Koniec?

No i wracam…




Dwa tygodnie w kuźni okazały się najpiękniejszym okresem mojego życia. Kiedy raptem siedem miesięcy temu spędzałem całe dni czując się jak brukselka, problemem było dla mnie wyjście z domu i udanie się do parku po drugiej stronie ulicy, a założenie skarpetek potrafiło zająć 45 minut naprawdę nie spodziewałem się, że kiedyś jeszcze będę tak niesamowicie szczęśliwy. Podczas pracy — przy czym „praca” nie jest dobrym określeniem czegoś, co aż tak mnie uszczęśliwia, wcale nie męczy i co mógłbym wykonywać wyłącznie z przerwami na jedzenie i sen — niekiedy miewałem w oczach łzy ze szczęścia. Kiedy coś mi uparcie nie wychodziło, złościłem się, ale nadal byłem szczęśliwy; a kiedy za piątą próbą w końcu się udawało, nieomal widziałem, jak fala serotoniny zalewająca mój mózg złoci się w słońcu.

Podobnie jest z reakcjami osób, które widzą produkty moich rąk. Przywykłem do tego, że ludziom w zasadzie podoba się to, co robię, ale nigdy jeszcze nie widziałem, jak mojej przyjaciółce z wrażenia odejmuje głos. Większość ludzi bardzo jest ciekawa tego, jak można za pomocą młota i kowadła stworzyć różę, a ja chętnie im to po sto razy opowiadam. Ba — ciężko jest doprowadzić do tego, żebym się trochę przymknął lub pogadał o czymś innym. Wychodząc z kuźni ostatniego wieczora czułem się pusty. Jakbym obudził się z przepięknego snu i odkrył, że rzeczywistość w ogóle się do niego nie umywa. Ale… to przecież nie koniec.

Z każdym dniem utrwalało się we mnie przekonanie, że to dopiero początek; a moja depresja — podobnie, jak za pierwszym razem — okazuje się wyzwoleniem. To depresja przecież zmusiła mnie do działania; do zmian. Gdyby nie ona, być może nadal siedziałbym za swoim biurkiem, smętnie rozważając zmianę pracy. Nie miałbym w oczach łez szczęścia, głaszcząc okładkę „The Art of Blacksmithing”, czytając o technikach obróbki metalu i wiedząc, że niemal wszystkie poznałem. Nie miałbym w Facebooku wiadomości od kowala imieniem Casper, który gratuluje mi zakończenia kursu i pyta, w jakie dni chcę przychodzić do jego kuźni ćwiczyć nowo nabyte umiejętności. Nie miałbym nowo nabytych umiejętności. Nie miałbym w kieszeni pierwszych pięciu złotych za gwoździa z łbem w kształcie kalafiora. Nie dzwoniłbym na Okęcie, przedstawiając się słowami „dzień dobry pani, jestem kowalem i mam takie pytanie…” aby dowiedzieć się, czy w bagażu można przewozić niedokończony sztylet.

Moje życie jest przepiękne i fakt, że za chwilę zażyję, jak co dnia, tabletkę antydepresantu zupełnie w tym nie przeszkadza.

*

Ogłoszenia parafialne:

Kilkoro z Was wysłało mi requesty na Facebooku. Niestety, nie akceptuję requestów od osób, których nie znam. Jeśli jesteś regularną komentatorką lub komentatorem, wyślij wiadomość i podaj swojego nicka.

Kilka osób pytało o możliwość zakupu różnych fragmentów mojej radosnej twórczości — oczywiście z przyjemnością umożliwię Wam jej nabycie. Muszę tylko te dzieła zinwentaryzować, pofotografować i gdzieś zamieścić — oraz obmyśleć sposób płatności i ceny.

No i obiecuję, że nie będę od tej pory pisać WYŁĄCZNIE o młotkach i kowadłach… 🙂

  • przenajświętsza panienko, teraz te geje to już nawet do naszych kuźni weszły, prawdziwych mężów udają i niedługo to w ogóle nie będzie można takiego na ulicy poznać… i przed kim ja mam dzieci ostrzegać??

    niech żyje subwersja!

  • jakis czas temu przeczytalam aktualne Twoje wpisy, potem troche starsze, a potem te najstarsze:)
    te wpisy o kowalstwie sa takie po prostu szczesliwe i optymistyczne, fajnie sie je czyta.
    pozdrawiam

  • Czytuję Twojego bloga od dłuższego czasu. Dopiero teraz zdecydowałam się skomentować, bo wcześniej jakoś wybitnie drażnił mnie koncept zakładania konta dla paru wpisów.
    Zrobiłam to jednak, bo chciałam powiedzieć, że z ostatnich postów bije naprawdę duża ilość entuzjazmu, aż się człowiekowi uśmiech na twarzy pojawia, jak siedzi przed monitorem. Naprawdę. Można niemalże dotknąć Twojego szczęścia, tego artystycznego zapału i pasji. Mimo, że jestem tylko randomową laską z neta, jestem naprawdę szczęśliwa, że się spełniasz, że odkrywasz w życiu coś nowego i fajnego, co sprawia Ci frajdę. Znam to z autopsji, jak tak się wpadnie w twórczy ciąg, to wszystko się robi znacznie fajniejsze 🙂
    A tak na koniec szepnę tylko, że uwielbiam czytać Twoje wpisy, bo generalnie one mejkują maj dej i nastrajają mnie w dużym stopniu pozytywnie.
    Poza tym, mójborze, róża była śliczna; swego czasu interesowałam się rzeźbami z metalu, ale sądziłam, że robienie ich wymaga precyzyjnych, niemalże chirurgicznych narzędzi… Jestem pod wrażeniem.

  • Oj, jak tak dalej pójdzie, to jeszcze antydepresanty odstawisz i zostaniesz Zupełnie Szczęśliwym Kowalem.
    Czy można w bagażu przewozić niedokończony sztylet? A dokończony?

  • potwierdziam, że ten oto gość jest zajebistym artystą kowalem. To pisałam ja, szczęśliwa posiadaczka przedmiotu wykonanego przez rzeczonego:-)

  • Ekhm.
    Choroba afektywna dwubiegunowa? ;P

  • @klezmatics
    Nie krakaj

  • @lucette_nader Ale rzecz jasna kuję wyłącznie w różowej sukieneczce 🙂

    @enzowy @blackiebocchan Dziękuję serdecznie. 🙂 Z róży jestem diabelnie dumny, a najzabawniejsze to, że płatki robi się za pomocą wycięcia ich piłą do metalu, włożenia do okrągłej „miseczki” i nawalania młotkiem co sił :)))

    @natalia_oreiro Jak się okazuje, można, przynajmniej niedokończony. Bałem się troszkę, że mnie oskarżą o próbę przemytu zabytków bez zezwolenia z Muzeum Narodowego 😛

    @klezmatics A dziękuję za takie dobre życzenia 😛

  • Nawet jeśli mam rację, to póki navaira całkiem nie odleci i będzie brał regularnie leki, wszystko będzie OK 😉

  • Ale ja nie biorę leków na dwubiegunową 😛

  • Nie twierdzę, że kowalstwo mnie fascynuje (albo nawet interesuje ;)), ale ja Cię rozumiem. Z Nowym Rokiem, po utracie pracy, miałam dwie możliwości. Jedną z nich było zapaść na depresję. Drugą – nie zapaść. Ta druga cholernie trudna. I wtedy zaczęłam biegać. Z grupą, trenerem etc. Biegam dopiero miesiąc, ale efekt jest taki, że też jestem w stanie rozmawiać godzinami o czymś, co dla niewtajemniczonych jest machaniem nogami w celu przemieszczenia się z punktu do punktu. A tu się zaczyna mówienie żargonem – odcinki, podbiegi, kilometry, zawody. I cóż – powiedzenie, że wszystko mi się zaczęło układać, to byłaby gruba przesada. Ale dzięki bieganiu radzę sobie z rzeczywistością. I jest to zdecydowanie fantastyczne, że coś takiego mam. Także mimo, że trochę przynudzasz, trzymam kciuki za Twoją nową drogę życiową, nieśmiało prosząc o więcej wpisów na heteroseksualistach 😀

  • Navaira, nie było mnie na blogowisku „chwilę” a tu takie pozytywne zmiany – od razu przypomniał mi się Twój wpis, że te dragi, ta deprecha, że samobójstwo, a dzisiaj widzę pełnię szczęścia 🙂 Cudnie! Myślę, że trochę działa połączenie w jednej chwili wysiłku/zaangażowania fizycznego z odcięciem głowy od myślenia o przygnębiającej rzeczywistości 🙂 Jedni biegają, inni ćwiczą jogę, a jeszcze inni siedzą w kuźni, ale chyba w każdym przypadku chodzi o to samo – o poodczuwanie swojego jestestwa z innej strony, tej o której zapomnielliśmy 🙂

  • Jenki, ale kurtała:):):)
    Pozdr, entuzjasto. Tak sobie myślę, że może też zacznę pisać o tym co mnie uszczęśliwia, fajnie potem wrócić i przejrzeć.
    Bo jak się ma kolekcję reportaży z czarnej dupy, to w niczym to nie pomaga…

  • @bohaterpozytywny @8jola8 Mnie to kowalstwo chyba uratowało życie, nie bardzo umiem to inaczej wyrazić.

    @allek.in.all historypreservation.com/hpassociates/detailpop.php?uniqnum=59

    Pisz, pisz! 🙂 Pozytywne pisanie jest pozytywne 😉

  • Tak, można powiedzieć, że kowalstwo Cię uratowało 🙂 ale wiesz, tak teraz mi się pomyślało, że może jednak powinieneś też siebie docenić. Bo to jednak Twoja zasługa, że postanowiłeś spróbować czegoś nowego. Więc w jakimś sensie to Ty sam dałeś sobie szansę, a kowalstwo było skutkiem/kolejnym etapem, który wystrzelił Cię w górę 🙂 W kowalstwie siła, ale w Tobie jednak też!

  • No, coś tam napisałem 😉 Nienegatywnie. W efekcie prawdopodobnie napiszę więcej:)

    Pieeeeukny kawał ubrania.
    A w swoim czasie człowiek w czymś takim http://www.kropa.pl/data/gfx/pictures/large/4/7/52674_1.jpg chodził i też się cieszył… Łezka się kręci w oku.