Książki, które

„Zasady – w statusie (własnym, nie tutaj w komentarzach) należy wpisać 10 książek, które przez całe życie z nami zostały. Bez zastanowienia. To nie mają być wiekopomne dzieła literatury tylko nasze najważniejsze lektury. W poście oznaczamy 10 osób które nominujemy do dalszej gry! Oznaczamy też osobę, która nas nominowała, żeby mogła to przeczytać.”

Jako, że ciągle usiłuję #zostaćkominkiem wpisuję na blogu, a nie w statusie, w nadziei, że pokochają mnie milijony, drugie tyle znienawidzi, a wszyscy klikną w reklamy, których na moim blogu nie ma, gdyż jestem nieudacznikiem i nie umiem na blogowaniu zarobić. (Wciąż czekam na zaproszenie do pisania felietonów dla Polityki, jestem pewien, że list zaginął, ale lada chwila wyślą drugi, z lepszymi stawkami…)

Bez dalszych wstępów, książki. Staram się nie spoilować niczego, jeśli mi się nie uda, przepraszam.

1. Julio Cortazar, „Gra w klasy”

Już sama budowa formalna utworu, który można czytać na niezliczoną ilość sposobów, który zawiera „rozdziały, bez których można się obejść” i w którym można albo w pewnym momencie zakończyć, albo też nie, albo się zapętlić jest wyjątkowa. Co dopiero treść. Traveler, co nigdy nie podróżował, Oliveira, od którego wziąłem do tej pory używany w sieci pseudonim, paczka bardzo dziwnych przyjaciół, słuchających „Joniego Mitchella” (tu propsy dla Zofii Chądzyńskiej, która była cudowna i boska i której nawet to wybaczę)… Sposób, w jaki pisze Cortazar jest w pewnym stopniu podobny do tego, w jaki pisze Perez-Reverte, ale tam, gdzie Perez-Reverte nadrabia pieprzeniem okropnych głupot z pewnym siebie wyrazem twarzy Cortazar prezentuje ogromną erudycję muzyczną, geograficzną i literacką, tego samego oczekując od czytelnika. Ulubiony fragment: koncert fortepianowy.

2. Joanna Chmielewska, „Wszystko czerwone”

Chmielewska, jak wszyscy wiemy, skończyła się na Kill’Em All, ale co z tego, skoro wcześniej napisała jakieś 40 książek doskonałych lub prawie doskonałych. „Wszystko czerwone” czytałem tyle razy, że mi się rozpadło, kuzyn — wtedy introligator — obłożył je od nowa w twardą oprawę, a pani Joanna ozdobiła autografem. W tej książce podoba mi się WSZYSTKO, opisy Danii, opisy znajomych i przyjaciół Alicji i Joanny, pan Muldgaard (czy ja w ogóle muszę o tym wspominać…), a przede wszystkim nagromadzenie dowcipów wszelkiego rodzaju na centymetr kwadratowy książki, która w zasadzie jest krwawym kryminałem. Ulubiony fragment: tylko jeden? no dobrze, to Edek, który nie ział i nie grzębił.

3. Michael Cunningham, „Godziny”

Jeśli ktoś czyta tego bloga, to zapewne nie jest zaskoczony tym, że na mojej liście pojawiają się „Godziny”, książka doskonała i absolutnie dla mnie niezbędna do życia. Cunningham opętał mnie tak bardzo, że próbowałem nawet wiele razy przeczytać „Miss Dalloway” i równie wiele razy od tejże „Miss Dalloway” odpadałem, bo dzieło nie jest w moim typie ani trochę. Cunningham posiada niewiarygodny dar do tworzenia postaci tak bardzo z życia wziętych, że żywych, a historia trzech kobiet związanych ze sobą pomimo różnic w czasie i przestrzeni wciąga i nie odpuszcza do ostatniej strony (podobnie jak serial „Cold Feet”, w Polsce „Usta, Usta” — uwaga na marginesie). Na podstawie idealnej książki powstał idealny film. Ulubiony fragment: Virginia decydująca, że nie zabije swojej bohaterki.

4. Lucy Maud Montgomery, „Emilka” (seria)

Dzień dobry państwu, jestem brodatym, wytatuowanym kowalem i kocham „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”. Ania jakoś mniej mi pasowała, może dlatego, że siedem tomów tego dzieła jest w jakiś sposób przewidywalne, tymczasem Emilka wychowuje się w warunkach, o jakich ja marzyłem — pustkowie, tajemnicze domostwo, brak ojca (tak, można o tym marzyć). Kilkoro przyjaciół, dar literacki, dorastanie na wyspie w Kanadzie — dla mnie kosmos, ale jakże piękny. Może moje pragnienie zamieszkania na wsi nie jest takie do końca nowe? Ulubiony fragment: ślub Ilzy.

5. Helen Fielding, „Dziennik Bridget Jones”.

Czytałem Bridget, zanim to było modne. Sukces tej książki w Polsce nie był wcale natychmiastowy. Czytało ją parę osób, zachwycały się i polecały kolejnym, które ją czytały, zachwycały się… etc. Byłem jednym z pierwszych — był taki okres, kiedy pół pensji wydawałem na nowości wydawnicze z serii Kameleon (jeśli dobrze pamiętam, bo już tego wydania nie mam, zaczytałem na śmierć). Po skończeniu wracałem do strony pierwszej i czytałem od nowa. I tak wiele, wiele razy. Gdy dostałem pocztą jeden z pierwszych egzemplarzy drugiej części, usunąłem przeszkody (tzn. mamę) ze swojego pokoju i przystąpiłem do lektury, zakończonej o drugiej nad ranem odczuciem zawodu. Częściowo dlatego, że Fielding lekko przedobrzyła z podkręcaniem żartów tak, żeby zamiast haha było hahahahahahaha, częściowo po prostu dlatego, że już to kiedyś czytałem, tylko wtedy było nowe i wyjątkowe. Fielding stworzyła cały gatunek literacki, pogardliwie nazwany chick-lit, do którego zaliczono niesłusznie bardzo dobre powieści np. Marian Keyes tylko dlatego, że napisała je kobieta płci odmiennej. Do Bridget nie wracam od lat, ale ciągle pamiętam nieustanne chichry w autobusie, w toalecie, przy gościach lub na korytarzu uczelni dlatego, że Bridget akurat coś powiedziała, zrobiła, albo ugotowała. Ulubiony fragment: Bridget przyrządza kolację na swoje własne urodziny.

6. Marian Keyes, „Wakacje Rachel”

Keyes, niepijąca alkoholiczka z odporną na leczenie depresją, jest — w skrócie — genialna, a bez skrótu geeeniaaalnaaaa. Jej umiejętność pisania o sprawach dramatycznych, przerażających, często wręcz potwornych jest porównywalna chyba tylko z umiejętnością Chmielewskiej, aby rozśmieszyć nas kolejnymi zabójstwami, lub Almodovara, aby rozbawić nas scenami gwałtu i przemocy. Tym razem na tapetę wzięła uzależnienie, które pokazuje od środka — Rachel wybiera się na odwyk, który postrzega jako coś w rodzaju hotelu dla celebrytów, w którym sobie przyjemnie wypocznie, aby potem wrócić do swojego poprzedniego stylu życia w nimbie odbitej sławy. Postać Rachel zostaje poprowadzona mistrzowsko, a uzależnienie opisane jest tak, jak może je opisać wyłącznie osoba, która go doświadczyła. Pilch mógłby Keyes czyścić buty językiem, ale oczywiście z uwagi na seksizm Pilch jest Wjelkim Autorytetem i Autorem Klasycznej Lyteratury, a Keyes obrywa różowymi okładkami w gwiazdki i ląduje między „Zakupoholiczka i dziecko”, a „Moje wesele w remizie ze Szkockim Przystojniakiem”. Ulubiony fragment: nie mogę podać, żeby nie spalić, więc powiedzmy, że pod koniec.

7. J. R. R. Tolkien, „Silmarillion”

Tolkiena tak naprawdę powinno się czytać z etykietami na okładce: „Hobbit” w wieku ok. 13 lat, „Władca Pierścieni” od 16, a „Silmarillion” co najmniej 20. Ja dorwałem wszystkie naraz i oczywiście był to błąd. Po pochłonięciu „Hobbita” rzuciłem się na „Władcę” i odkryłem ze zdziwieniem, że to jest książka o jakimś przyjęciu, po czym zakończyłem lekturę, zanim cokolwiek miało szansę się wydarzyć. Kiedy spróbowałem ponownie i przebrnąłem przez wstęp, pisany w oczywisty sposób przez enta dla entów, „Władca Pierścieni” stał się moją ulubioną lekturą. Odkrycie, że istnieje „Silmarillion”, który wyobrażałem sobie rzecz jasna jako ciąg dalszy, zachwyciło mnie do omdlenia niemalże, po czym spróbowałem to przeczytać i kompletnie wymiękłem. Książka, pisana mniej więcej w taki sposób: „Fingor miał jedenastu synów: Finadama, Finbajora, Fincykuta, Findelfina, Finegipta, Finfulka, Fingolfina, Finhilariousa, Finitalica, Finjamala, Finkrosta” (żadna z tych postaci więcej się w książce nie pojawia) nie była właściwą lekturą dla osoby pożądającej kolejnych sag z serii „bohaterowie idą, walczą, idą, walczą, znajdują artefakt” lub „bohaterowie mają artefakt, idą, walczą, idą, walczą, wrzucają go do wielkiego wulkanu”. Wiele lat zajęło mi odkrycie tego, że Tolkien po prostu spakował jakieś 50 powieści do rozmiaru jednej książki, opowiadając każdą z nich (w tym „Władcę”) na kilkunastu stronach. „Silmarillion” to jedyna książka Tolkiena, jaka jest mi nadal potrzebna. Ulubiony fragment: Beren i Luthien, spłakałem się przy tym jak dziecko jakieś pięćset razy.

8. Chris Heath, „Pet Shop Boys, literally”

Pet Shop Boys są moim ulubionym zespołem oficjalnie od 1991 roku, a nieoficjalnie w 1991 kupiłem sobie dużo kaset z rozmaitych wytwórni typu Tak Records i odkryłem, że lubię ich od dawna, tylko nie wiedziałem, że się tak nazywają. Na „Literally” uczyłem się angielskiego, poszczególne fragmenty umiałbym cytować obudzony w środku nocy, udało mi się uzyskać na książce autograf Neila Tennanta i prędzej oddałbym mały palec u lewej ręki, niż tę książkę. Chris Heath pisze w sposób podobny nieco do Stiega Larssona, skupiając się do przesady na szczegółach i dając to cudowne poczucie, że jesteśmy świadkami czegoś, czego się zwykle nie ogląda. Cóż, niektóre zespoły, jak Depeche Mode, robią sobie filmy autobiograficzne z trasy koncertowej, niektóre zamawiają książki i bardzo mi się to podoba. Film obejrzałbym raz, książkę przeczytałem po wielokroć i przeczytam jeszcze nieraz: Ulubiony fragment: komentarze rodziców Chrisa na temat jego nowej fryzury.

9. Kirył Bułyczow, seria o Alicji, dziewczynce z przyszłości

Jak nie kochać Alicji, która przybyła z XXI wieku (hehe), ma 12 lat (jak ja wtedy, plus minus), walczy z kosmicznymi piratami, po Moskwie podróżuje teleportobusami i wygrywa w szachy z mistrzami? Teraz, gdy mam trochę więcej niż 12 lat, pamiętam co dziwne głównie okładki, a treść trochę mniej, ale Alicja nadal wzbudza we mnie uczucie niewiarygodnej zazdrości, chociażby z uwagi na teleportobusy. Bardzo zazdroszczę Rosjanom, którym dostało się 40 książek o Alicji (nam pięć). W podstawówce nauczono mnie płynnie mówić i pisać po rosyjsku, tylko co z tego, jak wtedy nie było Allegro, a teraz, kiedy mogę sobie kupić wszystkie książki o Alicji, nic z nich nie zrozumiem. Ulubionego fragmentu w sumie nie mam, bo nie pamiętam, ale gdybym miał dzieci, dałbym im Alicję do czytania.

10. Karl May, „Winnetou”

„Winnetou” był pierwszym tak ostentacyjnie homoerotycznym dziełem, jakie zdarzyło mi się przeczytać, z wypiekami na twarzy i dziwnymi, nieznanymi mi wcześniej doznaniami. Nie wiem, ile miałem wtedy lat, jakieś 8-9 (nauczyłem się czytać sam w wieku 4 lat, bo rodzina odmawiała lektury w kółko tych samych ulubionych książeczek) i być może powinienem czekać dłużej, ale książki były w domu, a mnie nikt specjalnie nie pilnował, więc czytałem, co chciałem. Ojczym był zwolennikiem sci-fi, ale trafiały się i westerny i kryminały; mama czytała kryminały, bo romansów było wtedy jeszcze mało (komunizm był jakiś taki mało romantyczny, zdaje się). Tak więc jako ośmiolatek umiałem popełnić morderstwo doskonałe, ukryć ciało, przeprowadzić za policję całe śledztwo i ogólnie było to już nieco nudne, gdy nagle pojawili się w moim życiu dzielni kowboje, równie dzielni, choć niekiedy źli Indianie, wśród których wyróżniał się rzecz jasna Winnetou, wpierw wróg, potem najlepszy przyjaciel Old Shatterhanda (zwanego również „Szarlih”). Filmy wstrząsnęły mną głównie ze względu na obsadę, bo nie tak ją sobie wyobrażałem. Przeczytałem wszystko Maya co tylko dało się dostać w Polsce, ale najlepiej pamiętam mrocznie ekscytującą aurę określenia „pal męczarni”, muskularne ciało Winnetou wynurzającego się z rzeki, czy przez co tam akurat płynął i dwóch panów padających sobie w objęcia. Kwestia seksualności Maya do tej pory jest kontrowersyjna, jak to bywa z pewnego rodzaju prezentacjami męskości, ja wiem tyle, że „Winnetou” był pierwszym momentem, kiedy zrozumiałem, że to, co zwykle łączy chłopców i dziewczęta nie stosuje się do mnie. Ulubiony fragment: każdy, w którym występuje Winnetou, oczywiście.

Nikogo nie nominuję, bo to nie Facebook, ale zachęcam do pisania i wrzucania albo linków, albo własnych spisów w komentarzach 🙂

 

  • Karolina

    Emilka tak, ale gdybym miała wybierać Montgomery nie Anię i nie Rillę (która jest wszak częścią Ani), to jeszcze „Błękitny Zamek”. Uroczy. Gra w klasy mnie nigdy aż tak nie poruszyła, za to Kronopie i Famy miałam PRZEPISANE do zeszytu z kotkiem zielonym atramentem. Ja w swojej liście nie uwzględniłam Tolkiena, ale przeżycia miałam podobne jak Ty, tyle, że zaczęłam od Władcy, przeczytałam tom i się zawiesiłam, a potem nie mogłam długo wrócić, ale jak już wróciłam, to wsiąkłam. Chmielewska… Ach. W ogóle mam poczucie, patrząc na listy przyjaciół, że wiele tytułów, lub choćby autorów, się powtarza. Pokoleniowe?

    • Ray Grant

      Błękitny Zamek też! Przeczytałem niedawno i nawet chyba notkę machnąłem (niedawno to będzie z rok temu). Montgomery nie umiała tworzyć wybitnie głębokich i zaskakujących fabuł, ale pisała cudownie (zdaje się, że gdyby miały dziecko z Virginią Woolf, to powstałaby powieść absolutna).

      Może i pokoleniowe 🙂 Albo po prostu mamy oboje wybitnie dobry gust 😉

      • Marta

        Pokoleniowe stanowczo! Ja rocznik ’80 i tez „Emilka”, „Blekitny zamek” i dorzucilabym jeszcze „Jane ze Wzgorza Latarni”:)

  • Aachenac

    BARDZO dziekuje za twoja liste; rzeczywiscie moglbym sie po czesci podpisac, choc moje typy sa nieco inne:
    Tigana by G.G.Kay
    Opowiesci o pilocie PIksie by S.Lem LUB Limes inferior by A.Zajdel
    The Harry Potter series by J.K.Rowlings
    The Earthsea series by U.K.LeGuin
    Deception Point by Dan Brown
    The Painted Man series by P.V.Brett
    The Kingkiller Chronicle series by P.Rothfuss
    (unfortunately) Ender’s Game by O.S.Card (no bo to skonczony cham, szowinistai homofob)
    The Lord of the Rings by J.R.R.Tolkien
    The Expanse series by J.S.A. Corey
    seria o Wiedzminie by A.Sapkowski.

    • Ray Grant

      O, a czemu Pirx albo Limes Inferior? (Ja mógłbym dodać trylogię Borunia i Trepki, nawet pomimo tego, że jest to jedna wielka apoteoza komunizmu) Card, no cholera, wiem. Ale „Gra Endera” była świetna. Czasami tak jest, że straszny dupek zostaje obdarzony wybitnym talentem (np. Morrissey) i trzeba prowadzić walki ze samym sobą pod kątem tego, czy opłaca się wybaczać.

      • Aachenac

        Bo liczba miejsc ograniczona do 10, i nie moglem sie zdecydowac, ktore bardziej. Lem zachwycil 12-letniego mnie rozmachem opowiadan, a Limes – konstrukcja powiesci, do ktorej wielokrotnie podchodzilem, a skonczylem dopiero w wieku 15lat.

        BTW, wlasnie znalazlem w internetach:
        http://www.theguardian.com/books/2014/sep/05/margaret-atwood-new-work-unseen-century-future-library

        • Ray Grant

          Ten pomysł z Future Library jest podły i jeśli Cunningham się na to zdecyduje, ze swoim tempem tworzenia, to ja się do tej Future Library włamię osobiście.

          • Aachenac

            WLAM SIE, stanowczo tak!!! Osobiscie bede ci wytrychy podawal. Tylko poczekaj, niech sie troche zapelnia polki 😉

      • Aachenac

        Acha,
        i BARDZO ci dziekuje za Chmielewska (chociaz moim #1 jest Wszyscy jestesmy podejrzani, a #2 Boczne drogi 🙂 )

  • An

    Czytelnik regularny, choć zazwyczaj milczący z tej strony 🙂
    Ja w kwestii „Winnetou”, bo jestem świeżo po lekturze i to oryginału. Tak się złożyło, że w dzieciństwie mnie ta książka ominęła i nadrobiłam w trzeciej dekadzie życia. I hmmm, postrzegam to jako straszną ramotę, choć całkiem ładnym niemieckim napisaną. Ale właśnie interpretacja homoerotyczna wydaje mi się jedynym, co w tej książce może się jeszcze bronić.
    Poza tym… „Szarlih”? Wow, czego ci tłumacze nie wymyślą! W oryginale mówili na niego „Charley”, co ewidentnie jest zniekształconym „Charlie” – czyli Old Shutterhand miał na imię Karl, jak autor 😛 Alter ego autora jak nic. Ale od prób wyciągania wniosków o orientacji Maya się powstrzymam. Homoerotyczne odczytanie książki jest możliwe i bez nich.

    • Ray Grant

      May w dalszym życiu zaczął głosić, że jest Old Shatterhandem, co dało wiele powodów do śmiechu i złośliwości natrząsającym się z niego pismakom. Przy okazji guglania dzisiaj wyczytałem, że prawdopodobnie miał DID (Dissociative Identity Disorder), co teraz jest chorobą trochę zbadaną, ale wtedy było po prostu powodem do napisania „May oszalał”.

      Też mi się wydaje, że jego dzieła to były okropne ramoty, pamiętam jakieś dalsze, wydawane w Polsce w zeszytach i czytało się je już w wieku 15 (plus minus) lat z pewnym zażenowaniem. Wprowadzał postacie kobiece, które mu ewidentnie nie wychodziły, jak Sienkiewiczowi zresztą — może w obronie przed posądzeniami o homoseksualizm właśnie. Jego orientacja nie jest do końca ważna, mam wrażenie, że pisał pewne rzeczy podświadomie, podobnie jak Żeromski zachwycający się pięknem muskularnych robotników, czy Tolkien, który był tak przerażony wedżajną, że wymyślił sobie siedmiu ojców krasnoludzkiego plemienia, którzy osobiście wyprodukowali resztę, zapewne przy pomocy in vitro. 🙂

      • Aachenac

        Pysznie interpretujesz.
        Ale wlasnie takie zeszyty czytalem, bo ojciec kupowal (namietnie nie jest dobrym epitetem…) nagminnie. I cos jest na rzeczy jest w tych kobiecych watkach nieudanych, ciekawe spostrzezenie.

        • Ray Grant

          Rzucają mi się w oczy, bo ja bardzo lubię dobrze napisane postaci kobiece, a mężczyznom często wychodzą albo seks-roboty, albo płaskowniki. W „Trylogii” Sienkiewicza chociażby jedyna ciekawa postać kobieca to Baśka, która w zasadzie jest chłopakiem, pozostałe zajmują się snuciem i mdleniem. Cunninghama cenię między innymi za umiejętność tworzenia żywych ludzi niezależnie od płci, wieku czy orientacji.

          • Aachenac

            W takim razie sprobuj Imie wiatru i kolejne tomy by P. Rothfuss; Niesamowita heroina.
            Takoz w Tiganie, IMHO najlepszym dziele GGKay’a.
            Nt. Wiedzmina nawet nie bede zaczynal…

          • Ray Grant

            Wiedźmin to już dawno 🙂 Chociaż do tego nowego jakoś się nie mogę zabrać. Rothfuss i Kaya poszukam 🙂

          • „Dobrze napisane postaci kobiece”…. no to banalnie powiem: „Pani Bovary”, „Szklany klosz”, „Płeć wiśni” Winterson albo „Smażone zielone pomidory”, „Całe życie Sabiny”, które wymieniłam na mojej liście, „Kamienie z dna rzeki” Ursuli Hegi…. (chyba mogłabym wykonać osobną listę)

          • Ray Grant

            Winterson to wiadomo 🙂 „Szklany Klosz” leci prosto do drugiego posta o kolejnych 10 książkach, bo przecież czytałem to tak długo, aż się rozleciało na kawałki, teraz mam e-booka i już mi to nie grozi.

  • Aachenac

    NOWY (Ostatnie zyczenie, MIecz przeznaczenia) sa doskonale IMO; wydaja sie uzupelniac trzon. NAJNOWSZY (Sezon burz) jest… OK. Wiesz, niby to samo, niby jakosc jest, ale jednak traci odgrzewanymi kartoflami. No i oczywiscie zostawia ałtorowi (SIC! nie bede padal do nozek bo wszyscy tak robia) furtke na przyszle dojenie krowy.

  • tak bez zastanowienia to co mi przeorało mózg i zostało na zawsze: Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, Jan Grabowski „Puc, Bursztyn i goście”, (Kajko i Kokosz – jeśli komiksy też się liczą), Virginia Woolf „Do latarni morskiej”, Helena Boguszewska „Całe życie Sabiny” (genialna, niesłusznie zapomniana powieści z XX-lecia międzywojennego), Kundera „Nieznośna lekkość bytu”, Marquez „Sto lat samotności” , Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”, Musierowicz „Kłamczucha” ( i inne Jeżycjady), „Błękitny zamek” L.M.M., „Żar” Marai (cu-do-wna), „Homo Faber” Frischa, „Dom dzienny, dom nocny” Tokarczuk – no nie da rady w 10 się zamknąć… ale ze te wspomnienia, które mnie porwały, gdy musiałam sobie to przypomnieć, dzięki ci Ray;)

    • Ray Grant

      No i co mi zrobiłaś, będę musiał drugą dziesiątkę napisać, bo przecież „Ida sierpniowa”, „Thorgal” (w ogóle nie pomyślałem o komiksach), „Mistrz i Małgorzata”…

      • Ray, ale to jest w zasadzie świetny pomysł, żeby tę listę rozbudować, 10 to jest cholernie mało, jeśli masz lat 30 kilka i czytasz od plus minus ćwierć wieku albo i więcej….?; wydaje mi się,że być może 30ka byłaby względnie satysfakcjonująca, choć zapewne nie wyczerpałaby tematu, a może zasada, że można podać tyle książek, ile ma się lat? Poza tym wszystkim takie cudze listy są nieocenioną bazą do doboru przyszłych lektur, więc jak dorzucisz coś do swojej listy, a my rozbudujemy nasze, to może stworzymy inspirujący spis tytułów, taki „za zaś” (jak mawiała moja babcia). No i te wspominki… „Thorgal…” Tak!!! Uwielbiałam Thorgala….

  • To ja też podrzucę swoją listę:

    1. Karol May, właściwie wszystko, ale na pewno cykl o Winnetou, ale też i cykl bliskowschodni.(jak teraz szłyszę o Kurdach, jazydach czy zaratusztrianach, to od razu skojarzenia biegną do dzieciństwa i do czytania Maya, no i Kara ben Nemzi i Hadzi Halef Omar tez byli fajni, ale wiadomo, że Winnetou i Old Shatterhand
    A w ogóle u Maya nie tylko motywy homoerotyczne, ale nawet i trans bywały, w kilku książkach (choćby w „Skarbie w srebrnym jeziorze” pojawił się niejaki Ciotka Droll)

    2 „Złoto Gór czarnych” Krystyny i Alfreda Szklarskich
    3. „Szalony Koń” i w ogóle Arkady Fiedler
    z rzeczy już późniejszych:
    4. Heinrich Boell „Zwierzenia Clowna”
    5. Iris Murdoch, szczególnie „Zielony rycerz” i „Dylemat Jacksona” ale właściwie wszystko.
    6. E. T.A. Hoffmann „Diable Eliksiry”.
    7. „Miłość w czasach zarazy” Marqueza
    8. „Wojna końca świata” Mario Vargasa Llosy.
    9. Stephen King „Danse Macabre” (ale i wiele innych)
    10.Agatha Christie- nie wyróżnię jednej powieści, ale wyróżnię na pewno cykl z panną Jane Marple.

    Uzasdaniać nie będę, bo po prostu warto przeczytać, no i te uzasadnienia byłyby smętne i osobiste:

    Ale twoje się świetnie czytało.

  • i_am_keyser_soze

    Hm myślałem, że będzie mi trudno:

    Andrzej Ziminiak „Klatka pełna aniołów”
    Hugh Lofting „Doktror Dolittle” cały cykl
    Aleksander Dumas „Trzej muszkieterowie”, „Hrabia Monte Christo”.
    Agatha Christie – cokolwiek, poza „Domem nad kanałem”, który jest straszliwą pomyłką.
    Aleksander Krawczuk – cokolwiek.
    Mitologie – przeczytałem każdą którą dostałem w łapy. Po 10 razy.
    Neil Gaiman „Amerykańscy bogowie”
    E. H. Gombrich „O sztuce”
    Richard Russo „Prawy człowiek”
    Candice Bushnell „Seks w wielkim mieście”

    • Ray Grant

      Najbardziej zaskoczyłeś mnie Candice Bushnell, bo mi się ta książka w ogóle nie podobała. Judith Krantz za to mógłbym dodać, banalnie „Dom Mody”, ale tak naprawdę najbardziej „Dazzle”.

      • i_am_keyser_soze

        Zaskoczyło mnie, że ta książka jest taka gorzka i i zostawia po sobie takie uczucie beznadzieji. To się buduje stopniowo, na początku wcale się tego nie spodziewasz, aż na końcu jedyne co zostaje z tego drinka to tonik. Lubię też przekonywać się, że ta książka ciągle robi mi to od nowa.

  • dees

    co za śliczna lista, i ktoś oprócz mnie czytał i kochał Alicję Bułyczowa! 40?! nie miałam pojęcia! teraz będę cierpieć. moją pierwszą „poważną” lekturą był właśnie Winnetou, ale że miałam 6 lat (i może, bo jestem heterokobietą), to nie zwróciłam uwagi na to samo co Ty. natomiast moje progi wiekowe to 9 lat na Hobbita i 12 na władcę pierścieni. idealne 😉
    a przy okazji – nie jestem niestety miljonem, ale uwielbiam Cię czytać.

  • Aaa, ja nie umiem wybierac ulubionych ksiazek. I na liscie i w komentarzach duzo sie powtarza (Tigana! Blekitny zamek! Wiedzmin! Krawczuk! Dumas! etc.). Odnosnie Winnetou, on zdaje sie mial siostre, ktora jest jego zenskim wcieleniem, zeby Szarlih mogl sie wzenic w rodzine. I ona potem umiera. Pamietam, zem byla mloda jak czytalam, ale zauwazylam niejasno, ze jej smierc, w porownianiu ze smiercia Winnetou, jest maaaaalo istotna.

    Odnosnie czytania z wypiekami na nastoletniej twarzy, musze dodac Klaudyne. Erotyka z perspektywy kobiecej, z duza iloscia homo-. Przepiekne.

  • Marta

    Moje dziesiec ksiazek, wybrane pod katem, jak czesto do nich wracam i jakie wywarly na mnie wrazenie (kolejnosc przypadkowa).

    1. Janina Wieczerska, „Korzeniacy, czyli jesien wsamrazkow” (bo czytalam ja jako dziecko i byla ona zaczatkiem mojego ekologicznego myslenia)
    2. George Orwell, „Rok 1984” (bo choc Zamiatin byl pierwszy, to Orwell napisal najgenialniejsza antyutopie, ktora do dzis przeraza)
    3. Mark Twain, „Listy z ziemi” (bo przeczytalam ja wtedy, kiedy przeczuwalam, ze nie wierze juz i jakos mnie w tym utwierdzila)
    4. Beata Krupska, „Sceny z zycia smokow” (bo poprawia mi humor za kazdym razem, gdy ja czytam)
    5. Haruki Murakami, „Koniec swiata i hard-boiled wonderland” (ale moglby tez byc „Kafka nad morzem” albo „Kronika Ptaka Nakrecacza”; bo uwielbiam jego fantazje, jego swiat i jego opisy jedzenia)
    6. cala trylogia Stanislawa Grzesiuka (za humor, barwne opisy i swiadectwo tamtych czasow bez wybielania siebie)
    7. Aleksander Solzenicyn, „Archipelag Gulag” (bo opisuje to, czego opisac i zrozumiec nie sposob)
    8. Bohumil Hrabal, „Listy do Kwiecienki” (bo ujal mnie od pierwszego zdania i tak zaczela sie moja przygoda z czeska literatura)
    9. Franz Kafka, „Proces” (bo nieczesto sie zdarza, zeby lektura szkolna wywolala takie piorunujace wrazenie, jakie ta zrobila na mnie)
    10. Margit Sandemo, „Saga o Ludziach Lodu” (bo zapoczatkowala fascynacje Islandia i dala inspiracje do pierwszego tatuazu)

  • agulha

    No, to tajna i pilna czytelniczka bloga też powie:
    1. Ursula Kroeber LeGuin „Lewa ręka ciemności”; mogę zabrać na bezludna wyspę; zresztą inne tej autorki tez, choć w mniejszym stopniu; 2. Bolesław Prus „Lalka”; 3. Mistrz i Małgorzata; 4. Stanisław Lem „Solaris”; moim zdaniem jedna z najważniejszych książek o tym, czym jest osoba i osobowość, w pewnym sensie kontynuacja „Terminusa”; 5. Cortazar „Opowieści o kronopiach i famach”; 6. Miłosz „Piesek przydrożny”; 7. Mickiewicz „Pan Tadeusz”; 8. Dan Simmons, tetralogia Hyperiońska; 9. Pratchett – wszystkie książki z Vimesem w roli głównej (albowiem to moja wielka platoniczna i beznadziejna miłość); 10. Frank Herbert „Diuna” (ale reszta cyklu już nie).

  • Iza

    „Pilch mógłby Keyes czyścić buty językiem, ale oczywiście z uwagi na seksizm Pilch jest Wjelkim Autorytetem i Autorem Klasycznej Lyteratury, a Keyes obrywa różowymi okładkami w gwiazdki i i ląduje między „Zakupoholiczka i dziecko”, a „Moje wesele w remizie ze Szkockim Przystojniakiem”” przepiękne 🙂 a moja lista pokrywa się z twoją w co najmniej pięciu punktach. I mam dokładnie te same wrażenia jeśli chodzi o Karola Maya i „Winnetou”, tyle, że dopiero około 30tki na to wpadłam(ale już w dzieciństwie zastanawiał mnie brak postaci kobiecych u Maya). Jutro idę wypożyczyć „Wakacje Rachel”.