Miłość po 40

Odwiedził mnie ostatnio przyjaciel z dawnych czasów. Odnowienie kontaktów okazało się bardzo przyjemne, opowiedzieliśmy sobie różne ciekawe rzeczy. Spytałem oczywiście jak się miewa rodzina. Przyjaciel odpowiedział, jakby nieco zawstydzony, „nasze życie jest nudne, po prostu się kochamy, czasami kłócimy, ale najważniejszy jest dla mnie komfort”. Doskonale go zrozumiałem i zapewniłem, że w moim przypadku wcale nie jest inaczej. Z imprezowicza zamieniłem się w człowieka, który lubi siedzieć na kanapie koło męża, przytulać się i razem z nim czytać.

Po prawie siedmiu latach razem nie rzucamy się już na siebie jak głodne lwy na mięsko. Jest nam po prostu dobrze. Jos przywołuje uśmiech na moją twarz za każdym razem gdy powie coś po polsku. Kiedy kładziemy się do łóżka i przytulamy na dobranoc, jestem rozanielony po prostu dlatego, że mam tego cudownego mężczyznę dla siebie. Absolutnie nie tęsknię za motylkami w brzuchu, przeżyłem takich zakochań kilka i żadne – aż do Josa – nie skończyło się dobrze. Nie mam ochoty na żadne randkowanie – związek otwarty technicznie nadal jest otwarty, ale nie czuję potrzeby korzystania z tej możliwości. Poszerzając nieco metaforę, owszem, w domu mam pyszny stek, człowiek czasami ma ochotę na hamburgera, ale sądząc po opowieściach znajomych i przyjaciół w hamburgerach są niesamowite ilości salmonelli. Hamburgerom (tzn. pięknym brodaczom) lubię się przyglądać, ale wcale nie mam ochoty z nimi rozmawiać. Mam za dużo doświadczeń z pięknymi ludźmi, którzy są tak przerażająco porąbani, egotystyczni, zakochani w sobie, że nie ma dla mnie żadnego miejsca. Nie życzę sobie w swoim otoczeniu użytkowników crystal meth, osób, które domagają się seksu bez prezerwatyw z uwagi na PrEP, zapominając o istnieniu wszystkich pozostałych chorób wenerycznych – dobiegam 41 roku życia, ciągle niczego nie złapałem i wcale nie mam na to ochoty. Owszem, to jest tylko podzbiór, bo jednak nie wszyscy geje są tacy sami, ale naprawdę nie mam ochoty na kolejne odkrycia tego typu.

O tym, jak kiepski może być seks z pięknym mężczyzną już opowiadałem i nawet mi to opowiadanie wydrukowano. Od tego czasu moje zainteresowanie drastycznie spadło. Słucham znajomych singli skarżących się na swoje nieudane próby podbojów. Nie zazdroszczę. Gorzej jest wtedy, gdy przyjaciele skarżą mi się na swoje związki lub przechodzą przez ciężkie zerwania. Czasami jest mi aż głupio gdy słucham o tym, że K. rozważa rozwód, bo idzie jej z mężem coraz gorzej. Potem K. nieodmiennie pyta jak jest między Josem a mną, a ja niemal się wstydzę, że nie mam żadnych opowieści wojennych. Jest nam bardzo dobrze.

Dotarło do mnie ostatnio, że pominąwszy brak zainteresowania posiadaniem 1.7 dziecka i 0.6 psa zachowujemy się jak zupełnie zwyczajna para middle class w pewnym wieku. Chcemy się wynieść z Amsterdamu do mniejszego miasteczka i mieć domek z ogródkiem. Nie potrzebujemy imprez (moglibyśmy się wybrać i z mniejszego miasteczka, ale sądząc po dotychczasowych doświadczeniach jest to mało prawdopodobne). Na dzień dzisiejszy pragnę możliwości siedzenia nad wodą, przechadzki między drzewami, spędzania czasu we własnym ogrodzie, ciszy. Islandia mnie woła, bo jest tak cudownie pusta i piękna. Wiem, że nawet długie wakacje to nie to samo co mieszkanie w kraju, w którym 15 stopni to wyjątkowo ciepły dzień, ale w tej chwili na dole mam bar, po lewej hotel, po prawej studentów z dobrymi głośnikami basowymi, a piętro niżej sąsiadów.

Sąsiedzkie kłótnie sięgnęły ostatnio takiego rozmiaru, że pan i pani stali po przeciwnych stronach ulicy – oczywiście tuż za naszymi oknami – drąc się do siebie przy użyciu gróźb karalnych. Czasami z Josem zastanawiamy się żartem czy nie powinniśmy się na siebie drzeć aby stać się prawdziwą parą, ale żaden z nas nie lubi nawet podnosić głosu. Zachowanie sąsiadów jest dla mnie niezrozumiałe również dlatego, że umarłbym ze wstydu. Dotarliśmy do punktu, gdy modlimy się, by oni się już rozwiedli. Pani co jakiś czas zabiera dzieci i oddala się na tydzień lub dwa. Nie wiem, jakich dragów używa jej (ciągle) mąż, może Franciszek by wiedział – od czego ma się pianę w kącikach ust i kompletnie nieprzytomne spojrzenie? Jest mi w sumie wszystko jedno, ale widok bywa przerażający, sąsiadowi ziele już nie wystarcza – nawet gdy rozpoczyna spożycie o dziewiątej rano. W naszej kuchni unosi się wtedy zapach, bo tak jest podłączony kuchenny wywiew, więc wiemy dokładnie kiedy sąsiad się… relaksuje. Sam lubię zapach ziela, ale Jos nie.

Pisałem kiedyś seks-bloga, gdzie opowiadałem o swoich nieudanych randkach. Parę lat temu przejrzałem własne zapiski i są smutne nawet mimo tego, że starałem się opisywać wydarzenia w sposób zabawny. Zdaje się, że mam odwrotny kryzys wieku średniego, Ferrari nie chcę, młodego bimbo jeszcze bardziej. Owszem, chciałbym się nauczyć jeździć na motocyklu – zakładając, że plecy na to pozwolą, nie umiem tego powiedzieć bez sprawdzenia, ruchy wydają mi się wystarczająco symetryczne by nie bolało. Ale zawsze chciałem jeździć na motocyklu, więc nie jest to kwestia mojej starości. Kiedy uda nam się wynieść i spędzę kilka miesięcy na niesłuchaniu muzyki z baru i pozostałych dźwiękowych atrakcji zapewne spróbuję zrobić kurs i sprawdzę, co na to plecy. Może to też zachowanie faceta w średnim wieku, ale zupełnie mnie to nie martwi, raczej bawi.

Z zewnątrz wyglądamy dziwnie, Jos jak prawdziwy wiking, ja – wiadomo, ale tak naprawdę jesteśmy zupełnie zwyczajnymi nudziarzami, tylko wyjątkowo kreatywnymi. Jest mi z tym cudownie. Mam nadzieję czuć komfort o którym wspomniał mój przyjaciel przez resztę życia. Wspomagamy się z Josem, pasujemy do siebie, sprawia nam przyjemność po prostu przebywanie pod jednym dachem. Okazuje się, że wcale nie chciałem dramatów, jak romantyczne by się nie wydawały. Mam najlepszego męża (który umie to powiedzieć po polsku!) jakiego umiałbym sobie wyobrazić. Co dnia dziękuję Bogom za to, że Jos znalazł się na mojej drodze, a ja nie uciekłem mimo tego, że bałem się siły uczuć jakie we mnie wybuchły po godzinie znajomości.

Są cztery rzeczy, które w życiu wiedziałem na pewno. Pojawiła się we mnie nie tyle nadzieja, co absolutna pewność. 1) Wiedziałem, że Jos jest tym jedynym po godzinie znajomości i prawie siedem lat później nadal potwierdzam, że to prawda. 2) Wiedziałem, że kowalstwo będzie tym, co chcę robić. 3) Wiem, że moja książka się ukaże i będzie dobra. 4) Będę kiedyś mieszkać w Islandii. Kiedy i jak nie wiem, ale wiem na pewno, że to nastąpi. W tej chwili została mi głównie potrzeba wygrania na loterii, ale tak naprawdę moją wygraną jest Jos. Planuję tę wygraną zatrzymać i nie oddawać nikomu.

Nudne, co? 🙂


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców