Moja ulubiona modlitwa

Owszem, naprawdę tak zatytułowałem notkę. Modlitwa leci tak:

$siła_wyższa,

użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

$siła_wyższa oczywiście oznacza to, co sobie życzycie tam podstawić. Chyba nikogo nie zaskoczy, że nie używam do tego jedynie słusznego polskiego Boga, tego z manią zaglądania ludziom pod kołdry i pilnującego, czy premier nie zjada mięsa z pielmieni. Wiem z doświadczenia, że ateistów ta modlitwa okropnie dręczy, bo musieliby uwierzyć w istnienie jakiejkolwiek siły wyższej, dodam więc, że $siła_wyższa to cokolwiek, co jest od nas silniejsze. Na przykład The Rock, który wydaje się mieć niewyczerpane pokłady pogody ducha. Nie znaczy to, że zachęcam do modlenia się do Dwayne’a Johnsona (chociaż to w sumie ciekawy pomysł). Polecam raczej użycie słów „siła wyższa” i zaniechanie prób definiowania, co oznaczają. Bo tożsamość, a nawet kwestia istnienia siły wyższej są tak naprawdę kompletnie nieważne i zamiast „modlitwy” możnaby użyć słowa „afirmacja”. Regularnie powtarzając to inne zdanie w rzeczywistości programujemy swój mózg.

 

Wierzę w to, że możemy zmienić swoje życie i jest to kwestia decyzji. Nie wierzę, że możemy zmienić wszystko. Wkurwia mnie czytanie „jeśli ja mogłem zrobić coś tam, to wszyscy mogą”. Albowiem gdyż nie, nie wszyscy i nie wszystko. Ja na przykład nie mogę grać w rugby jak mój znajomy misiaczek, bardzo bym chciał, ale plecy i kolano nie mają mojego płaszcza i co im pan zrobi. Z powodu kolana nigdy nie przebiegnę maratonu. Z drugiej strony osoba, która utrzymuje się z polskiej renty raczej nie uda się do Islandii – ja mogę zaoszczędzić właściwą sumę w pół roku. Potem mogę zdecydować, że wydam ową sumę na pobyt w Islandii lub na kilkadziesiąt gram kokainy. Przez pierwsze dwa lata bycia na rencie nigdzie nie jeździłem (wyjąwszy pobyty w Polsce), kokainy też nie kupowałem, bo byłem okropnie ubogi i nie ma w tym przesady. Ale dokonałem wyboru, aby zamiast whisky kupować przecenione kurze udka – udka są tu uznawane za coś w rodzaju odpadu, a ja za 2 euro miałem mięso na dwa dni. Kwestia ubóstwa (relatywnego) nie spędzała mi snu z powiek, może dlatego, że bardzo lubię kurze udka. Okropnie mnie bolało, że potrzebowałem przyjąć pomoc finansową od Josa, ale kiedy już odpuściłem sobie dumę i arogancję okazało się, że i z tym mogę żyć. Mogłem pomocy odmówić, zachować nienaruszoną dumę i patrzeć, jak bank sprzedaje za bezcen moje mieszkanie. Nie mogłem postanowić, że stanę się bogaty i dzięki postanowieniu odkryć cudowne rozmnożenie piniondza na koncie.

Nie wszyscy możemy zostać synami prezydentów USA, prezesami państwowych spółek, profesorami matematyki, sławnymi aktorami. Nie jesteśmy nawet w stanie przestać mieć cukrzycy. I tak dalej. Dlatego denerwują mnie książki z cyklu „niezawodny sposób na znalezienie męża”. Niezawodne dla wszystkich sposoby nie istnieją. Chociażby rzecz tak prosta, jak schudnięcie. Na kwetiapinie moja waga utrzymywała się na 93 kg niezależnie od tego, co robiłem na siłowni i co jadłem. Do wyboru, aby przestać brać lek zostałem zmuszony przez efekty uboczne (chociaż tak naprawdę wcale nie byłem do niczego zmuszony i mogłem się z nimi pogodzić!) i zupełnie bez próbowania zacząłem zrzucać kilogram tygodniowo. Osoba, która przyjdzie do mnie i powie „jeśli ja schudłam, to każdy może” narazi się na obelgi, a znam ich dużo i w różnych językach.

Nie mamy nad swoim życiem kontroli, ale mamy wpływ. Czasami wpływ ogranicza się do sposobu, w jaki postrzegamy problem – problem od tego nie zniknie, ale nam będzie łatwiej. Dlatego lubię określenie „pogoda ducha”. Zacząłem odkrywać potęgę tych słów daaaaawno temu, kiedy uciekał mi regularnie tramwaj. Moje odkrycie sprowadziło się do tego, że zamiast smagać się wyrzutami „czego nie wyszedłeś wcześniej z domu, leniu, patrz, co zrobiłeś” czekałem na następny tramwaj, słuchając muzyki i nie myślałem o niczym konkretnym. To się nazywa pogoda ducha. Termin przyjazdu następnego tramwaju jest rzeczą, której nie mogę zmienić. Mogę przestać się zadręczać. Mądrość udzielona, wybór dokonany, odrobina pogody ducha uzyskana. Perfekcjonizm, który domaga się stu procent przydeptany, bo walka o stuprocentową pogodę ducha prowadzi prosto do utraty wszystkiego, co do tej pory wybudowałem.

Jak wiadomo, Bubba (kowadło) został już sprzedany. Dwubiegunówka jest lekooporna. Plecy potrafią zacząć rąbać, gdy chodzimy po centrum handlowym, a ja mam pod pachą kurtkę. Zrobiłem wszystko co mogłem, a potem dużo więcej. Pozostaje mi albo zadręczanie się, albo pogoda ducha i na to mam wpływ – nie kontrolę, bo po pierwsze primo depresja, po drugie primo jestem jednak tylko człowiekiem. Podjęcie tej decyzji – zwłaszcza kilka pierwszych podejść – jest ogromnie trudne. Moja arogancja i duma pchały mnie długo – zbyt długo – w kierunku „innym może się nie udać, ale mi musi”. Nie udało się, a możliwe, że zbyt długie i uparte próby powrotu do kuźni wpłynęły na to, że nadal bolą mnie plecy. Tyle, że mniej.

Zwracam też uwagę, że w żadnym miejscu nie mówię, iż taka decyzja jest prosta, jej podjęcie zajmuje minutę, a realizacja drugą.

*

Do poszukiwania mądrości – proszenia o nią! – trzeba dojrzeć. Bo modlitwa, chociaż wydaje się skierowana do $siła_wyższa, wyjmuje nas z pozycji biednej ofiary, która na nic nie ma wpływu. A to bardzo wygodna pozycja, pisałem o tym kilka lat temu. Dopóki pozostajemy ofiarą i nic nie robimy, nie możemy się narazić na przegraną, krytykę, cudze opinie (durne i mądrzejsze). Zaoszczędzamy też dużo czasu, który możemy spędzić na leżeniu w bagienku. Disclaimer: depresja zajmuje się wyłącznie oszukiwaniem nas, że poza bagienkiem nie ma nic. W ten sposób może uczynić wielkie spustoszenie, zniszczyć dziesiątki szans, a potem wcisnąć nam, że to nasza wina. Ale można zdecydować, by z depresją walczyć; można zdecydować, że uwierzymy, że łże. Pod siłę wyższą podstawiamy psychiatrę, terapię i odpowiednio dobrane leki. Łgarstwa depresji nie są mądrością.

Wspomniałem wcześniej o misiaczku od rugby. Misiaczek jest człowiekiem – jak ja – zorientowanym na cel. Kiedy dopadła go depresja i wypalenie – chyba wspominałem, że postanowił, iż 60 godzin pracy w tygodniu to nie będzie dla niego problem – skonsultował się ze mną, po czym ruszył do psychiatry. Nie wiedziałem, że z tego bagienka można się wydostać w takim tempie. W tej chwili pod kierunkiem terapeuty wprowadza różne zmiany w swoim życiu, a ja się przyglądam z otwartą ze zdziwienia paszczą. Wczoraj podziękował mi za pomoc. Owszem, jest mi bardzo miło z tego powodu – jedynym, co mogłem zrobić (i niech moja arogancja to kiedyś zapamięta…) było odpowiadanie na jego pytania i czynienie delikatnych sugestii. Całą resztę roboty odwalił sam. Do mnie należy proszenie, aby siła wyższa przypominała mi regularnie o tym, że nie posiadam władzy nad ludzkością, moja mądrość nie rozciąga się na ratowanie całego świata, a najważniejsze dla mnie jest dbanie o to, żebym sam się nie popsuł. Bo jestem zajebiście dobry w udzielaniu porad i równie kiepski w stosowaniu się do nich. Misiaczek porady przyjął, błyskawicznie przemyślał, wcielił w życie. Aktualnie jest w pełni funkcjonalny, co nie znaczy, że lubi brać leki (zostały mu chyba dwa miesiące).

Supermocą udzieloną mi przez siłę wyższą – ta supermoc jest dostępna każdemu, kto w tej chwili jest w stanie psychicznym i fizycznym pozwalającym na czytanie blogów – jest to, iż zawsze mogę dokonać wyboru. Nie w każdej kwestii, nie każdego wyboru, ale jakiegoś na pewno. Tu wracamy do różnicy między kontrolą, a wpływem. Nie mogę naprawić pleców (brak kontroli), ale mogę ładować zakupy do plecaka, waga rozkłada się symetrycznie i nic mnie nie boli (wpływ). O noszenie kurtki po centrum handlowym mogę poprosić Josa, a nawet swoją mamę. Zaoszczędza mi to bólu, a mama i Jos nie mają nic przeciwko. Pozwalanie, aby moje maczo-ego spędzało godziny na przypominaniu mi, że prawdziwy mężczyzna coś tam coś tam – do bólu fizycznego dołożą emocjonalny. Zmuszenie się do dokonania wyboru, pamiętania o nim i zaniechania samobiczowania jest ogromnie trudne. Nie uważam, że jest to opcja dostępna dla każdego teraz. Ale akurat w tym przypadku jeśli ja mogłem, to Ty też – pamiętając, że może to zająć dwie minuty lub dziesięć lat, zwłaszcza w przypadku rzeczy ciężkich, jak nieuleczalna choroba, śmierć ukochanej osoby, etc. Czytamy często, że w walce z rakiem pomaga nastawienie na wygraną. Nie wiem, czy nastawienie wpływa na rozwój komórek rakowych, ale myślę, że wpływa na samopoczucie emocjonalne. Ciekawym odkryciem było dla mnie to, że kiedy pogodzę się z atakami depresji robi się ich mniej.

Wybory mają różny kaliber. Porzucenie snu o powrocie do kuźni jest dla mnie decyzją, z którą zmagam się co najmniej od pół roku, a tak naprawdę dłużej, ale jestem świetny w samooszukiwaniu. Zrozumienie, że jeśli nie zacznę naprawdę pisać książki, nie przygotuję się na krytykę, nie nauczę tej krytyki przyjmować i słuchać zajęło mi 32 lata (pierwszą książkę zacząłem pisać mając lat siedem). Przez 32 lata byłem jedną z tych osób, które z pewnością napisałyby arcydzieło, gdyby miały czas, ale jest chyba zrozumiałe, że nie mają, poza tym ludzie nie mają gustu, co ja będę perły przed wieprze. A potem z drugiej flanki: tak naprawdę nie posiadam żadnego talentu, próby pisania czegokolwiek to marnowanie czasu, lepiej zająć się np. dłubaniem w nosie, oglądaniem kotków i czytaniem cudzych książek. Wybór pisania – jednak – jak na razie dał mi zajęcie na rok i cztery dni (zacząłem 1 stycznia 2017). Redaktorka nie popuszcza i twardo dociska. Ja dokonuję wyboru, aby nie płakać w poduszkę zbyt długo, słuchać jej porad, douczać się tego, czego nie umiem. Wyboru, żeby przyjąć do wiadomości, że czegoś nie umiem. $siła_wyższa nie podejmuje za mnie wyboru, ale pomaga mi usystematyzować szufladki „mogę” i „nie mogę”.

Modlitwa jest uniwersalna i można ją stosować do absolutnie wszystkiego. Kiedyś okropnie się wkurzałem, kiedy widziałem osobę przejeżdżającą rowerem przez czerwone światło. Osoba była daleko, nie generowała żadnego niebezpieczeństwa dla mnie – dla siebie owszem (i dobrze), dla kierowców samochodów też (niedobrze), ale z jakiegoś powodu traktowałem to osobiście. W tej chwili spoglądam z pewną rezygnacją, sam zatrzymuję się na światłach i tyle mogę. Sytuacja wygląda dokładnie tak samo, ale nie szarga mi nerwów. Podobnie jest z paleniem na promie w miejscach niedozwolonych – najpierw okropnie mnie denerwowało, potem odkryłem, że do części zamykanej palacze jednak nie wchodzą (mam parę zdjęć osób smrodzących dokładnie pod znakiem zakazu) i zmusiłem się do zajęcia się swoimi sprawami. A od 1 stycznia wprowadzono całkowity zakaz palenia na promie, zakaz jest zasługą tych właśnie osób, które smrodziły pod znakami zakazu i moja pogoda ducha przeżywa piękne chwile.

Są rzeczy, które jest mi bardzo trudno zaakceptować – ciągle się z nimi męczę. Amnezje. Uszkodzenie ośrodka odpowiedzialnego za naukę języków. Islandzkiego próbuję ciągle, ale bardziej mnie frustruje, niż uszczęśliwia. Niderlandzki potrafi być bardzo prosty w czwartek, niezrozumiały w piątek. Z uwagi na pisanie niezbędna jest mi jak najlepsza angielszczyzna, staram się, ale kilka tygodni temu bardzo nagle wrócił mi silny polski akcent. Nie znam powodów, nie mam na to wpływu, moje ego piszczy i wygraża pięściami. Z myślą, że nigdy nie będę naprawdę płynnie mówić po niderlandzku już się pogodziłem. Islandzki jest wisienką na torcie, umiem zapytać, czy chcesz zjeść w restauracji, może w hotelu, a może u mnie lub u ciebie. Umiejętność wygłoszenia tych zdań może pewnego dnia okazać się bardzo przydatna. Kto wie? Modlitwa stosuje się też do prób podrywu. Czasami trzeba znaleźć odwagę, aby spytać brodatego Islandczyka, czy idziemy do niego, czy do mnie. Jeśli brodaty Islandczyk odmówi, pozostanie pogoda ducha. I dobrze, bo kiedyś zostawał alkohol i gwałtowny spadek samooceny.

Będę tęsknić za Bubbą, lub tym, co symbolizuje. Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto by w tej sytuacji nie tęsknił. Ale już dawno zamieniłem dręczenie się tym, że trzeba było głupi mebel rozkręcić na anegdotkę o tym, że należało go porąbać na kawałki, wybudować na środku ulicy ognisko, polać całość alkoholem, podpalić i tańczyć dookoła nago, śpiewając „Szła dzieweczka do laseczka”. Dostałbym mandat jak stąd do Ameryki, opłaciłoby się bardziej, niż niezliczone sesje z fizjoterapeutami. Nie musiałbym sprzedawać Bubby. Nie napisałbym książki. Siło wyższa, bądź tak miła i udziel mi odwagi i siły, aby przestudiować najnowsze uwagi redaktorki, zrozumieć je i zdołać zastosować w praktyce. Z góry dziękuję!


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców