Napiętnowany profesor prezentuje emo

W dzisiejszym odcinku w rolach głównych wystąpią dwaj intelektualiści produkujący emo, oraz jeden mały navaira, którego emo intelektualistów nie rusza.

Intelektualistą pierwszym jest profesor Piotr Winczorek. Lat 67, profesor nauk prawnych, specjalizuje się w zakresie nauki o państwie oraz prawie konstytucyjnym. Wykłada na UW oraz w Ostrołęce. (Współczuję dojazdów do pracy.) Były działacz Stronnictwa Demokratycznego, w latach 1991-1993 członek Trybunału Stanu, publikuje na łamach czasopism i wydaje liczne pozycje książkowe. Tak informuje nas Wikipedia.

Profesor nauk prawnych mówi do nas tak:

W toczącej się dyskusji na temat tzw. związków partnerskich nagminnie mieszają się się dwa wątki: moralno-obyczajowy, silnie przy tym zabarwiony religijnie, i prawny. Co do pierwszego wypowiadać się szerzej nie będę. Nie jest jednak, moim zdaniem, niczym szczególnym czy niedopuszczalnym, że tym, którzy wysuwają argumenty na rzecz etycznej akceptacji takich związków i, w konsekwencji, prawnego ich uregulowania przeciwstawiany jest pogląd, iż ich istnienie jest na tyle moralnie destruktywne, że nie one mogą zostać wsparte przez unormowania ustawowe.

Mujborze, moralnie destruktywne istnienie związków. Panie profesorze, to Pana zaskoczy, ale te związki JUŻ ISTNIEJĄ. Nie czekają na unormowania ustawowe, tylko siem biorom i siem robiom. Poza tym, naprawdę wydaje mi się, że poniżej godności profesora konstytucjonalisty jest pisanie o „moralnej destruktywności” bez zdefiniowania, na czym moralna destruktywność polega.

Oczywiście, rozumiem, dlaczego pan profesor nie definiuje. Nie definiuje, ponieważ moralna destruktywność siedzi wyłącznie w głowach prawicowców uprawiających emo. Tak się śmiesznie składa, że w moim budynku mieszkam ja (gej), mój kumpel (gej) oraz małżeństwo heteroseksualne z dzieckiem sztuk jeden. I to małżeństwo w ogóle się nie chce rozpaść! Mimo, że my moralnie je destruujemy zza ściany jak dzicy. Co gorsza, dziecko małżeństwa mnie lubi, cieszy się na mój widok i macha do mnie łapkami i oni mu na to pozwalają! Panie profesorze, pan słyszysz i nie grzmisz? Wszakże moralna destruktywność!

Strasznie chciałbym zobaczyć, jak, dajmy na to, Monika Olejnik wypytuje Niesiołowskiego, profesora Winczorka lub profesora Majcherka (profesor Majcherek zaraz będzie, spaliłem niespodziankę) o to, w jaki konkretnie sposób małżeństwa lub związki rejestrowane osób tej samej płci destruują moralnie. Co konkretnie robi fakt rejestracji naszych związków parze hetero. Rozbija małżeństwa? Morduje dzieci? Kwasi mleko w krowich wymionach? No co? Panowie intelektualiści, powiedzcie mi, jakże ja i DJ was destruujemy moralnie, bo ciekawość mnie zeżre.

Pan profesor kontynuuje obłudne udawanie, że nie jest konserwą:

Jedynie tytułem intelektualnego eksperymentu rozważać dziś chyba należy całkowity zakaz i penalizację związków partnerskich – homoseksualnych czy, tym bardziej, heteroseksualnych.

Och, cóż za niezwykły pomysł, a może byśmy, panie profesorze, jednak nie rozważali, a zwłaszcza „tym bardziej”? Zwłaszcza, że:

Nawet najwięksi nasi moralni i religijni rygoryści tego nie postulują. Żądają natomiast, aby związków takich nie pochwalać, nie sprzyjać ich upowszechnianiu i, jeśli są już smutnym faktem, to traktować je jak coś, co należy do ściśle prywatnej (a przy tym wstydliwej) sfery życia.

Kiedy ja się nie wstydzę. Pana… ok, religijnych rygorystów opinia na temat mojego związku wisi mi i powiewa. Nie przychodzę wszakże do ich domostw, kościołów i innych meczetów, nie włażę na ambonę i nie opowiadam o moich ulubionych formach seksu analnego, jakie z DJem uprawiamy. Reklamują się raczej małżeństwa, za pomocą noszenia obrączek, oraz oczywiście pary heteroseksualne za pomocą prowadzania się w ciąży (ESCANDALO — oznacza to, że kobieta najprawdopodobniej uprawiała SEKSOWANIE SIĘ) i posiadania dzieci. A co do określania mojego związku jako smutnego faktu, panie profesorze, widział pan posłankę Kempę? To jest dopiero smutny fakt. (No, co ja mogę profesorowi powiedzieć na takie dictum?)

Dalej pan profesor pisze nam tak:

Nie bez znaczenia dla interesującej nas tu sprawy jest też art. 53 ust. 1 zapewniający każdemu wolność sumienia (i religii). Wolność sumienia wyraża się, między innymi, w zakazie narzucania jednostce przekonań moralnych i obyczajowych, a tym bardziej przymuszania siłami państwa do ich akceptacji oraz do praktykowania wynikających z nich norm, o ile nie są one zarazem normami prawnymi (np. karalność kazirodztwa).

Jest zatem poza sporem, że małżeństwem w Polsce może być jedynie związek kobiety i mężczyzny.

Moment. Chwilencja.

Co to znaczy „poza sporem”? Poza sporem to są pewne stałe matematyczne i nic ponad to. Kiedyś poza sporem było, że Ziemia jest płaska, a dookoła niej kręci się Słońce. Zdawałoby się, że od tego czasu zmądrzeliśmy, ale wyraźnie nie tyczy się to konserwatywnej inteligencji. Zadaniem intelektualisty jest poddawanie w wątpliwość wszystkiego, co ludziom nieco głupszym wydaje się „poza sporem”.

Zwracam też uwagę na wolność sumienia (i religii) zapewnioną KAŻDEMU. Nie: każdemu chrześcijaninowi głosującemu na PiS. Nie: każdemu profesorowi Winczorkowi i jego żonie. (Zakładam, że profesor żonę posiada, ale generalnie mnie jego życie prywatne mało interesuje, smutne fakty, wstydliwości i cała reszta.) Tylko KAŻDEMU. A co, jeśli moja religia pozwala wyłącznie na małżeństwa osób homoseksualnych? (Mniejsza, co to za wyznanie. Powiedzmy, że Kościół Lady Gagi.) Zakazujemy heterykom? Panie profesorze, proszę bez żenady. Zakaz narzucania przekonań moralnych i obyczajowych oraz praktykowania wynikających z nich norm? Ależ ciężko o lepszą definicję podejścia państwa polskiego do związków osób tej samej płci!

Dalej profesor kopie się już beznadziejnie:

Na małżeństwo w rozumieniu ustawowym składa się zespół wzajemnych praw i obowiązków. Jeśli związek partnerski zostałby wyposażony w taki sam zestaw praw i obowiązków co małżeństwo, byłby, od strony ustawowej, po prostu małżeństwem niezależnie od swej nazwy. Dotyczy to zarówno związku homo-, jak i heteroseksualnego.

No właśnie. Cieszę się, że profesor rozumie konieczność natychmiastowej legalizacji małżeństw osób tej samej płci.

Zostawmy profesora Winczorka na razie w spokoju i przejdźmy do profesora Janusza A. Majcherka, filozofa i socjologa kultury, lat 57, współpracownika Rzepy i Tygodnika Powszechnego, a jednocześnie intelektualisty o wiele bardziej wywrotowego i otwartego na dywagacje. (Dopuszczam możliwość, że profesor o tym nie wie.) Profesor Majcherek zaczyna z grubej rury:

Formalizacja związków nieformalnych jest sprzeczna z logiką.

Z jaką logiką? Czy formalizacja polegająca na wzięciu ślubu też jest z nią sprzeczna? Czy jest to jakaś związkologika wykładana przez profesora Majcherka, czy chodzi o logikę matematyczną, którą miałem nieszczęście studiować i w której nic nie było o związkach nieformalnych?

Paul Scheffer, znany w Polsce holenderski publicysta i badacz stosunków międzykulturowych, przekonywał mnie niedawno (i przekonał), że świat opacznie interpretuje stosunki panujące w Holandii, patrząc na nie przez pryzmat coffee shopów, dzielnic czerwonych latarni i prawa do eutanazji, mających rzekomo świadczyć o szczególnym obyczajowym liberalizmie Holendrów. Tymczasem jest przeciwnie: w holenderskiej mentalności, ukształtowanej przez protestanckie zamiłowanie do rygorystycznego ładu, tkwi skłonność do regulowania wszystkich aspektów życia wspólnoty. […] Są tacy, którzy żyją ze sobą bez ślubu, więc to musi być administracyjnie uporządkowane.

Co oczywiście jest o wiele gorszym rozwiązaniem, niż jakże polskie „LALALALA JA NIC NIE WIDZĘ NIC NIE SŁYSZĘ NIE MA ZWIĄZKÓW HOMO NIE MA NIE MAAAAAAAA LALALALALAAAA”. (Nawiasem mówiąc, zgadzam się z Schefferem, dokładnie tak wygląda holenderskie pojmowanie prawa. O czym jeszcze za momentinho.)

Formalizacja związków nieformalnych to w sensie logicznym i prawnym niedorzeczność: albo coś jest formalne, albo nie. Jeśli ktoś chce żyć w związku sformalizowanym, to bierze ślub. Jeśli żyje w związku nieformalnym, to jego sprawa. 

O! Kolejny profesor zaleca natychmiastową legalizację małżeństw osób tej samej płci!

Miarą rzeczywistych przemian obyczajowych jest powszechna dziś akceptacja związków nieformalnych i dzieci przychodzących w nich na świat, których już nikt nie wyzywa od bękartów, a ich matek od dziwek. Pojęcie konkubinatu weszło do potocznego języka jako wolne od poniżających konotacji. Polskie społeczeństwo przestaje się interesować, kto z kim sypia i czy ze współlokatorem (lub współlokatorką) łączą go związki zalegalizowane w kościele lub urzędzie.

Z wyjątkiem rzecz jasna profesora Winczorka, dla którego jest to smutny fakt i sprawa wstydliwa.

Społeczeństwo polskie przywykło już nie dociekać, co robią w nocy niespokrewnieni ze sobą dorośli ludzie mieszkający pod jednym dachem, nawet tej samej płci. Wyrazem obyczajowych przemian jest to, że państwo nie żąda od nich sformalizowania związku, a nie to, że taką formalizację im proponuje. To właśnie próba sformalizowania ich relacji nieuchronnie prowokuje drażliwe pytania, bowiem oznacza domaganie się legalizacji, a nie jest obojętne, co w ten sposób miałoby zostać zalegalizowane. Sugestia, że także partnerskie stosunki łączące rodzeństwo, sprowadza cały pomysł do absurdu. Czy nie lepiej więc pozostawić obywatelom swobodę kształtowania nieformalnych relacji między sobą, a państwo trzymać od nich z daleka?

Profesorze Majcherek, prezentuje profesor przerażającą obłudę.

Problem nie polega na tym, że państwo za bardzo się wtrąca w życie obywateli i należy je trzymać od obywateli z daleka. Problem polega na tym, że państwo dzieli obywateli na lepszych i gorszych, podobnie dzieląc ich związki (małżeńskie, bądź nie) i niektórym związkom nie przyznaje niektórych praw, bo nie. 

Czy uczciwe jest piętnowanie jako zacofańców i homofobów wszystkich mających takie wątpliwości? 

#łojezujakieemo prezentuje nam napiętnowany profesor.

Chyba że idzie faktycznie o legalizację związków homoseksualnych i nadanie im statusu zbliżonego do małżeństwa. Ale wówczas trzeba to postawić jasno, jak ostatnio władze Nowego Jorku legalizujące małżeństwa jednopłciowe, bez wikłania się w kuriozalne przykłady partnerskich związków dwóch sąsiadek.

Oczywiście rozumiem, że profesor Majcherek pisze to z przekąsem, jako dowód na Zepsucie Złego Zachodu. Ale zgadzam się z nim PRAWIE w stu procentach.

Dywagacje o rejestracji związków profesora Winczorka oparte są na wewnętrznym przekonaniu profesora, że ślub jest dobry, hetero jest dobre, a nieślub jest zły i niehetero jest złe. Dywagacje profesora Majcherka są jeszcze dalsze od rzeczywistości, ponieważ opierają się na założeniu, że małżeństwo i konkubinat różnią się wyłącznie tą smutno-wstydliwą obrączką na palcu. Otóż profesorze Majcherek, mam dla pana wielce zaskakującą wiadomość: TAK NIE JEST. Polskie prawo odmawia osobom niepozostającym w związku małżeńskim bardzo zwyczajnych rzeczy, od decydowania o leczeniu partnera przez odbieranie poczty z urzędu aż do podatku spadkowego, który w przypadku dwóch kobiet mieszkających razem od 50 lat wyniesie tyle samo, co w przypadku osób kompletnie sobie obcych. 

Co gorsza, profesor Majcherek podminowuje Tradycyjną Rodzinę o wiele bardziej, niż mój związek z DJem, kiedy pisze:

Tradycyjny związek małżeński rozumiany był jako społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, poza takim związkiem niedopuszczalne i karalne. Postęp obyczajowy polega jednak na tym, że dziś ani prawo, ani otoczenie nie wymaga od dorosłych ludzi stanu wolnego uzyskania czyjejkolwiek (poza partnerem) zgody na współżycie seksualne.

W takim razie należy sobie zadać wiele pytań (z wyjątkiem profesora Winczorka, dla którego pozostają one poza sporem): po co nam w ogóle małżeństwo? Po co nadawać mu wyjątkową rolę i zapisywać ją w konstytucji? Po co zmuszać ludzi do zawierania ślubów tylko po to, żeby mogli zadecydować o tym, gdzie pogrzebana zostanie ukochana osoba? Skoro związek małżeński to społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, widać jasno, że pojęcie związku małżeńskiego dawno się przeżyło i zdezaktualizowało. Co robimy, profesorze? Likwidujemy? Rozszerzamy na wszystkich chętnych?

Przywołany wcześniej Scheffer tłumaczy bardzo przystępnie sposób, w jaki Holendrzy postrzegają tworzenie prawa: prawo ma regulować zjawiska, które i tak występują. Holendrzy wiedzą, że ludzie palą ziele, więc aktywność dekryminalizują, bo nie jest ich celem zapchanie wszystkich cel w kraju palaczami ziela. Wiedzą, że pary homoseksualne żyją razem latami, niezależnie, co na ten temat sądzą pp. Majcherek, Winczorek i Niesiołowski, więc legalizują śluby osób homoseksualnych. Wiedzą, że nie każdy chce wziąć ślub, więc legalizują związki rejestrowane. Osoba, która spróbuje udowodnić mi, że to ZUO i moralna degrengolada, ryzykuje wiele: mianowicie to, że będzie musiała wytłumaczyć mi, na czym konkretnie polega moralna destrukcja społeczeństwa pod wpływem legalizowania rzeczy, które społeczeństwo i tak robiło, robi i robić będzie.

*

Wyautowałem się jeszcze bardziej, patrz nowy nagłówek bloga.

Dawno, dawno temu Newsweek przeprowadził ze mną wywiad. Pracowałem i mieszkałem wtedy nadal w Warszawie i bałem się pokazać twarzy w ogólnopolskim tygodniku; bałem się, nie wiedzieć czemu, konkretnie pani w sklepie spożywczym naprzeciwko. Była to osoba nadzwyczaj chamska i nieuprzejma, która jednakowoż traktowała mnie względnie miło (jak na swoje standardy), a mi z jakiegoś powodu wpadło do głowy, że zacznie mnie oplotkowywać i pluć mi w biały ser. Tak więc pokazałem kawałek brody wystający spod wielkiego kapelusza.

Do tej pory jest mi z tego powodu wstyd. Mógłbym się powołać na okoliczność łagodzącą w postaci pierwszego rzutu depresji, ale naprawdę, depresja i tchórzostwo to nie jest tak do końca to samo. Teraz, rzecz jasna, to nie do końca to samo, ale jednak jakoś czuję, że warto się pokazać. Jakby ktoś się kiedyś pytał, to możecie pokazać moje zdjęcie i powiedzieć, że tak wygląda homoseksualista.

  • Nagłówek uroczy. 😉
    A co do metod, jakimi homozwiązki degradują Tradycyjną Rodzinę, to problem idealnie naświetlił Lewis Black, o tu: http://www.youtube.com/watch?v=o-id4GKsaQk

  • Dziękuję, jestem zachwycony wizją Lewisa Blacka 😀

  • Ojej, ojej te wpisy są coraz lepsze. I blog też. Ojej chyba zaczynam wyczekiwać kolejnych.

  • Ja tam od dawna mówię, że powinny być TYLKO związki partnerskie, dla dowolnego układu ludzi, pod warunkiem że wszyscy zainteresowani zgadzają się z własnej i nieprzymuszonej woli. Ba, uważam, że w kwestii *praw* (ale nie obowiązków) każdy powinien mieć prawo obdarować nimi kogokolwiek, choćby Benia Szesnastego.
    A ślub – to zjawisko kulturowo religijne i takie powinno pozostać. Nie bronię nikomu ślubu w kościele, przed kapłanem Latającego Potwora Spaghetti w durszlaku na głowie, a nawet w USC powinno się móc takowy zorganizować z okazji podpisania papierów do związku partnerskiego (dla kultystów świeckich tradycji PRL i ludzi którzy nie mają innego pomysłu, a coś wypada zorganizować)
    Ale to będzie anarchia, podkopywanie tradycji i w ogóle lewactwo. Tak więc kończę wywód zanim ktoś mnie postawi pod lewą ścianą, która chociaż mi jest bliższa od tej po prawej, to jednak ścian podpierać nie będę bo nie i już.

  • Ja w kwestii (nomen omen) formalnej. Otóż zdanie:

    „Formalizacja związków nieformalnych jest sprzeczna z logiką.”

    Jest w sposób oczywisty błędne. Sprzeczna z logika byłaby formalizacja zwiazków formalnych.
    Pozdrawiam. Nagłówek super.

  • @workingmum
    Zależy jak zrozumieć to zdanie. Profesorowi najprawdopodobniej chodziło o to, że „związek partnerski” czy #whatever będzie „związkiem nieformalnym” mającym umocowanie prawne, podczas gdy istotą związku nieformalnego (np. „chodzimy ze sobą”) jest jego brak umocowania w czymkolwiek za wyjątkiem psychiki osób będących w takim związku. Oczywiście, nie mam zielonego pojęcia, czemu „związek partnerski” ma być tożsamy ze związkiem nieformalnym, na mój mały trollowy rozumek jeśli dwie (lub więcej jak juzem wspominało) osoby ruszą cztery (w zasadzie to będzie osiem) litery do USC by uprawiać papierkologię stosowaną – i jak rozumiem raczej nie za darmo – to chyba nie dlatego, że chcą zachować nieformalny charakter swojego związku, tylko raczej z powodów dokładnie przeciwnych…

  • Pozwoliłem sobie. Tuszę, że nie masz nic przeciwko.

  • @chakravant Właśnie tak mi wychodzi mniej więcej. Rejestrowane związki partnerskie rozumiane jako przekazanie pewnych praw oraz małżeństwa kościelne dla par hetero, co mi tam, niech sobie mają, Kościół może sobie dzielić ludzi na lepszych i gorszych, bo nie ma obowiązku bycia członkiem Kościoła. Natomiast prawo państwowe dotyczy wszystkich i nie ma wyjątków, co oznacza, że wybieranie sobie jednego konkretnego rodzaju związku między ludźmi jako „tego dobrego” jest dyskryminacją.

    Cholera, zamieniłem się w szwedzką feministkę.

    Aha, a co do lewactwa, ja w Polsce jestem na lewo od lewaków, w Holandii jestem gdzieś w centrum z lekkim odchyłem w lewo.

    @nprst Oczywiście, że nie. 🙂

  • navairo, czy ta pani z bazarku to nie jest pani z bazarku przy Julianowskiej???

  • eee, podjarałysmy się z żona, że mieszkałeś na Bródnie, po czym doczytałam, że to pani ze spożywczaka, nie bazarku. ech.

    a na temat skomentuję później, bo mnie się zdawa, że jednak się z Tobą trochę nie zgadzam.

  • @klezmatics Nie, mieszkałem wtedy na Tarchominie, okolice Odkrytej. A nie zgadzać się ze mną wolno, czekam na komentarz 🙂

  • „Pojęcie konkubinatu weszło do potocznego języka jako wolne od poniżających konotacji”

    Polecam jednak panu profesorowi sprawdzić powyższe twierdzenie empirycznie. Ja na przykład mówię o moim konkubencie „mój konkubent” i powiedziałabym, że tych konotacji sporo się jednak pałęta. Taka chociażby pani doktor z uniwersytetu obrzuciła mnie kiedyś spojrzeniem tak zmieszanym, że prawie mi się przykro zrobiło (w sumie ją lubię). Najpopularniejszą reakcją jest mniej lub bardziej życzliwe pytanie „ale DLACZEGO ty go tak nazywasz?”
    Najmniej zdziwiony był chyba listonosz, który przyniósł kiedyś paczkę dla konkubenta. Ale taki listonosz to już pewnie widział niejeden moralnie destruktywny związek 🙂

  • no bo mnie się, drogi Navairo, zdawa, żeś Ty pana Majcherka nieco opacznie zrozumiał. otóż naigrawa się mojem skromnem zdaniem pan Majcherek z super-sprytnych pomysłów (już nie wiem, czy SLD, czy samej Grupy Inicjatywnej), żeby sformalizowane związki jednopłciowe wprowadzić jakoś tak cichutko, przy okazji, niemalże przysłowiowymi tylnymi drzwiami (tak jak się kupuje prezerwatywy w aptece na jednym oddechu wymieniając je między aspiryną, plasterkiem a syropkiem na bezsenność, byle tylko niczyjej uwagi nie zwrócić).

    bo ja to tekst jego czytam, że pan Majcherek zachęca gromko, by przestać udawać, jakoby to chodziło o ułatwienie życia tym wszystkim, co heteronormą nie są zainteresowani – i jasno powiedzieć. O. ŚLUBY. CHODZI. KURKA. O. RÓWNOŚĆ. głośno i odważnie powiedzieć, a nie kręcić. tchórzostwo nam wypomina, znaczy. słusznie zresztą. [disclaimer – ja się do „nam” nie przyznaję, bo mi się projekt zupełnie nie podoba i na tyle, na ile sobie mogę pozwolić na zdanie prywatne poza moje funkcje wychodzące pozwolić – jest do bani]

    nota bene, sami członkowie GI podczas słynnych spotkań konsultacyjnych oraz nawet w rozmowie ze mną przeprowadzonej na potrzeby homików.pl przyznali, że nie istnieją w Polsce żadne mniej czy bardziej sformalizowane środowiska heteryków zainteresowane związkami partnerskimi dla siebie. żadna młoda lewica, żadni zieloni, żadne feministki. nikt się do GI nie zgłaszał, nikt chęci współpracy nie proponował. więc niejako wychodzi, że to my pedały ich na siłę uszczęśliwiamy i na własnym grzbiecie obitym publicystyką prawicową przynosimy te związki. których oni wcale aż tak bardzo nie chca ani nie potrzebują.

    a samo sformułowanie o nielogiczności formalizacji związków nieformalnych może niezbyt zręczne, za to w świetle mej powyższej interpretacji sensowne. bo po cholerę heterykom (a przeciez cały czas udajemy, ze tak naprawdę chodzi głównie o heteryków, a my homosie to tylko tak przy okazji się tam cichcem wciśniemy) związki parterskie, skoro są śluby. a jak się ktoś wzdraga przed papierkiem, to i przed papierkową w końcu umową związku partnerskiego też się powinien wzdragać. ni?

    chyba same oczywistości napisałam, niemniej.

  • 3

  • [jeszcze raz, bo blox zaswawolił]
    Pięknie zamiotłeś i nie mam nic do dodania.

    Aha: if I may: bardzo z ciebie atrakcyjny Navaira.

  • O, jaka fajna notka. Przyszedłem tu za szprotą i warto było. Dzięki!

  • @klezmatics
    Och, sprawa jest prosta. Że tak to ujmę, „wy, homosie” jesteście przykładem gospodarki niedoboru. Ponieważ nie macie innych opcji, kombinujecie, jak ugrać chociaż część praw, które się k*wa wam, jak każdemu obywatelowi tego popieprzonego kraju należą. Jak facet i panienka żyją sobie w luźnym związku i nawet dzieci z tego są, to nie martwią się kwestiami spadków czy opieki nad partnerem, bo jak się zrobi nieciekawie, zawsze można na szybko wziąć ślub. Oczywiście, zawsze kogoś szlag może trafić z nagła, ale to ryzyko wkalkulowane. Z resztą temat najbardziej problematyczny, czyli prawa do dziecka są już rozwiązane przez biologię. A co do siedzenia przy łóżku chorego też mogą natknąć się na zwyczajny ludzki gest zrozumienia. Przy temacie dziedziczenia również, choć z tym różnie bywa (ale widziałom już historie w których dziewczyna zmarłego dostała wsparcie od rodziny denata).
    Tymczasem para XX czy YY żadnych tego typu opcji nie ma. Dziecko jest jednego z nich i jeśli to jego szlag trafi, to drugie dla prawa jest nikim, a na zrozumienie urzędników nie ma co liczyć. Związek jest raczej w większości przypadków nie akceptowany przez rodzinę, lub chłodno tolerowany, więc na wyrozumiałość i opiekę też nie ma co liczyć. A temat odwiedzin chorego w szpitalu – na dwoje babka wróżyła, jak się trafi na „prawicowy” personel, to nie ma wała by ktoś nie skorzystał z okazji by tym pieprzonym pedałom i lesbom nie pokazał że tu jest Polska, kraj świętego DżejPiTu i żadnym dewiantom na rękę nie pójdziemy. Tak więc mnie nie dziwi, że heteryków temat tak nie kręci – owszem, jak homo im załatwią, to pewnie skorzystają o ile nie będzie z tym za dużo roboty (bo jak będzie, to czemu nie ślub cywilny).

  • „Tak więc mnie nie dziwi, że heteryków temat tak nie kręci – owszem, jak homo im załatwią, to pewnie skorzystają o ile nie będzie z tym za dużo roboty (bo jak będzie, to czemu nie ślub cywilny). ”

    Moim skromnym zdaniem heterycy też są zainteresowani tym tematem. To, ze stawia się znak równości między związkami partnerskimi a związkami homoseksualnymi jest winą polityków. Od PIS po SLD. Myślisz, że kim lepiej straszyć ludzi parą hetero, która chce mieć choć część przywilejów, czy parą homo która potem wyciągnie ręce po dzieci, psy, koty i co tam im się jeszcze zamani (czym straszy nas p. Kempa). Niestety ale wielu ludzi w Polsce nie jest przychylnych takim związkom, ale są za to wyborcami. Dla polityków nie jest ważne to aby ulżyć jakiejś grupie społecznej, dla nich ważny jest kapitał polityczny.

    P.S. czytam Twojego bloga od dawna. słitaśna focia 🙂

  • @klezmatics Gdyby nie to, że ja psora Majcherka znam od dłuższego czasu, może bym się nabrał. On nie tyle wypomina „nam” tchórzostwo, co hipokryzję. W pewnym stopniu się z nim zgadzam, o tyle, że mnie wkurza strasznie wspomniane przez Ciebie udawanie, że wcale nie chcemy pełnych praw i że ustawę o związkach napisała Grupa Inicjatywna LGTB celem zaspokojenia potrzeb par hetero żyjących w konkubinacie — bo mi się kojarzy właśnie ze wstydzeniem się samych siebie i Robieniem Tego W Domu Po Kryjomu (tutaj WO objeżdża Majcherka za sugestię RTWDPK). Tyle, że moim celem jest powiedzenie „jesteśmy ludźmi takimi, jak wy i należą się nam takie same prawa i jak się komuś nie podoba, to jazda do domu robić emo po kryjomu”, a celem Majcherka jest uwalenie ustawy metodą „no przyznajcie się pedały, że chcecie brać śluby i rozbijać katolickie rodziny swoją niemoralnością” (w podtekście: chyba nie sądzicie, że się na to nabierzemy)

    @prawda_jest_taka Dla mnie konkubinat to pojęcie z sali sądowej. „Konkubent Janiny S., Marian W. spożywał z nią alkohol, po czym odbyli oni stosunek seksualny.” Może profesor Winczorek tego nie czuje, ale on w ogóle różnych rzeczy chyba nie czuje.

    @chakravant: *klask* *klask* *klask* *klask* jeśli tak wygląda Twoje trollowanie, to trolluj więcej, proszę.

    @kangurzyca_z_malenstwem śliczny nick 🙂 Myślę, że jeśli ustawa przejdzie, to pojawią się rzecz jasna jacyś nieliczni zainteresowani heterycy, ale generalnie skłaniam się jednak ku zdaniu klezmatics — im ta ustawa nie jest jakoś nadmiernie potrzebna. Związkom osób tej samej płci natomiast jest niezbędna.

  • Dziękuję 🙂

    Wiesz co wydaje mi się, Że wszystkim zainteresowanym zależy na tej ustawie. Niezależnie czy są hetero, czy homo. Jednak zgadzam się z Tobą, że dla homoseksualistów taka ustawa to jedyny możliwy sposób uregulowań prawnych.

    Rozmawiałam z kilkoma znajomymi na temat związków partnerskich. Zdziwiłam się ogromnie kiedy były przeciwne temu. Na moje pytanie dlaczego ich tak to bardzo oburza, odpowiadali że jak ktoś chce mieć takie same przywileje jak małżeństwo to niech weźmie ślub a „pedałom (przepraszam ale to cytat) to już się całkiem we łbach poprzewracało. Teraz chcą związków, potem ślubów a na koniec adopcji dzieci” Przyznam szczerze że byłam w szoku, szczególnie że są to ludzie wykształceni. Nie bardzo rozumiem w czym mi jako mężatce, czy też mojej rodzinie mogą zaszkodzić związki partnerskie. Ani mi z tego nie ubędzie ani przybędzie.

  • @klezmatics
    „bo po cholerę heterykom […] związki parterskie, skoro są śluby.”

    Po taką cholerę, że nie wszyscy z nich mają ochotę na jedynie słuszny niekonfigurowalny pakiet super-mega-hiper-deluxe, którym państwo ich obowiązkowo uszczęśliwia. Są ludzie – w tym heterycy – którzy woleliby zawrzeć związek na ustalonych przez siebie zasadach, indywidualnie regulując np. kwestie alimentacyjne, ubezpieczeniowe czy majątkowe albo nawet personalne (związki wieloosobowe? – czemu nie). Małżeństwo, jakie mieli na myśli autorzy KRiO, już dawno nie jest jedyną widoczną formą związku, a jednak prawo nie nadąża za przemianami społecznymi i uparcie próbuje wtłoczyć nowe relacje w stare ramy. Jak wyglądałoby zastosowanie takich form prawnych w praktyce? Dla jednych takie związki mogłyby służyć jako „faza testowa” przed przejściem do formy bardziej zobowiązującej, niechby nawet i małżeństwa. Dla innych byłaby to forma uregulowania związku w sytuacji, gdy komplikacje rodzinne czynią ślub problematycznym (na przykład: wiadomo, że jeśli zaprosi się na wesele obie strony rodziny, bankowo skończy się na rozróbie sztachetami, jeśli nie zaprosi się żadnej, obrażą się wszyscy, jeśli nie urządzi się wesela, takoż).

  • @wredny_widelec
    Jak nie weźmie się ślubu, nie tylko się obrażą, ale jeszcze będą się oburzać, że trwacie w grzechu. Ślub cywilny jest nawet mniej grzeszny od takiego związku partnerskiego (bez względu na to co mówi w tej materii kościół).
    Poza tym ja nie mówię na ten przykład, że heterycy nie chcą związków partnerskich, tylko, że nie potrzebują ich tak bardzo jak homo (czy bi mający partnerów tej samej płci skoro już o tym mowa). Homo-śluby na razie w Polsze nie przejdą i nie wiem, czy to tchórzostwo, czy pragmatyzm, że „środowiska” próbują ugrać ile się da. Hetero po prostu nie mają takiej determinacji jak homo – a nie czarujmy się, lobbowanie czy nawet zebranie odpowiedniej ilości podpisów pod projektem ustawy to sporo pracy – a nie czarujmy się, bez lobbingu te podpisy się zmarnują, czego najlepszym przykładem były losy ustawy antyaborcyjnej, czy ustawy zakazującej in vitro (nie to, bym płakało po tych wybrykach prawicowej myśli ustawodawczej).

  • @Hetero po prostu nie mają takiej determinacji jak homo

    No to faktycznie krucho – bo i u homo tej determinacji tyle co kot napłakał.

  • @chakravant

    Nie, nie – wiem, co mówię (na tyle, na ile można wiedzieć z obserwacji zjawiska). Mieszkanie bez ślubu staje się tak powszechne, że jakoś tam przechodzi, nawet jeśli niektórzy z rodziny krzywo patrzą i utyskują pod nosem. Natomiast niezaproszenie rodziny na uroczystość bywa już traktowane jako otwarty policzek.

    Co do reszty: OCZYWIŚCIE, że osobom homoseksualnym związki partnerskie potrzebne są nieskończenie bardziej. Z punktu widzenia takiej osoby, heterycy wybrzydzający na małżeństwa faktycznie mogą wyglądać trochę jak turysta, który wcina konfitury przed biednym hinduskim dzieckiem i jeszcze narzeka, że truskawkowe, a nie jakieś tam inne. Co nie zmienia faktu, że sprowadzanie sprawy do „po co im związki, skoro mają śluby” jest dużym uproszczeniem i – moim zdaniem – trywializowaniem sprawy. Wprowadzenie związków partnerskich to nie tylko przyznanie należnych praw gejom i lesbijkom, ale w ogóle oficjalna zmiana sposobu postrzegania relacji międzyludzkich.

  • @wredny_widelec

    ja nie napisałam, że ja sądzę, że heterykom zw.part nie są potrzebne (zacytowane było wyłącznie wyjaśnieniem, czemu uważam stwierdzenie o nielogiczności za logiczne). wiem (bom bi, więc potencjalnie w związku hetero się znaleźć mogę), że są potrzebne. będę się tylko upierać, że istnienie instytucji ślubu cywilnego, który można wziąć skromnie, po cichu i potraktować go wyłącznie jako formalność jest SPORYM ułatwieniem (i wiem, że Ty to wiesz, więc nie ma się co kopać).

    ja chciałam zwrócić uwagę na to, że nie istnieją żaden grupy nacisku ze strony heteryków, nikt się nie angażuje, nikt nie wszedł do GI, nikt z heteryków – oprócz Pacewicza, któren żonaty jest – nie lobbuje ostro za zw.part. i to jest smutne.

    ale to też już zostało napisane 🙂

  • @wredny_widelec
    Ok, masz moje pełne zrozumienie tematu, też mam rodzinę. Nie trywializuję też sprawy, istnieje tona powodów dla których ktoś może nie chcieć ślubu, a chcieć, by jego związek miał jakieś umocowanie prawne, nawet jeśli drugiej kategorii.
    Jeśli cokolwiek, to próbuję znaleźć wyjaśnienie, dla którego nie było owych chętnych na MNIEJ formalne związki (k*cze, jeśli ktoś chce urzędowy papierek, to może rzeczywiście nie nazywajmy tego związkiem nieformalnym) w grupach inicjatywnych. Moim zdaniem dlatego, że perspektywa heteryków (choć nie wykluczam, że wśród hetero również są tacy radykalni socjopaci jak ja) nie wygląda „musimy mieć związki partnerskie, bo inaczej nic nam nie zostanie”, tylko raczej „fajnie by było, gdyby były, uprościłoby nam to życie, no cóż, poczekamy, zobaczymy”. A z takiej perspektywy nie ma co liczyć na akcje zbierania podpisów, lobbowania…
    Nie czarujmy się, proces legislacyjny to zabawa dla fanatyków, albo desperatów.
    Obawiam się też, że jest jeszcze jeden aspekt, choć staram się ludzi z reguły o niego nie posądzać. Otóż, całkiem możliwe, że „ludzie” nie angażują się we współpracę ze środowiskami LGBTQ właśnie dlatego, że są to owe środowiska. Bo z pedałami, to wiecie, tak głupio trochę, niby jestem tolerancyjny/a, ale co ludzie powiedzą? Samo znam sporo takich miłych i tolerancyjnych ludzi, więc obawiam się, że to może być jeden z powodów. Potem z wykorzystaniem w praktyce (jak już przejdzie) może być z resztą podobnie – „będziesz brać związek partnerski? co ty, homo jesteś, czy co?”