Nas Troje

Podczas mojego kursu kowalstwa dołączyły do mnie dwie osoby, z których jedną znam od lat, a z drugą czuję się, jakbym ją znał od lat. Wszyscy troje cierpimy/cierpieliśmy na depresję, tak więc udało nam się przeprowadzić rodzaj rozmowy, który tzw. normalnym ludziom podniósłby włosy na karku. Podczas owej rozmowy bawiliśmy się doskonale, popijaliśmy naleweczkę i ogólnie było nam szalenie miło, zwłaszcza, gdy rozmawialiśmy o próbach samobójczych. (Nieudane próby samobójcze mają plus — można o nich potem rozmawiać, ciesząc się doskonałym zdrowiem.)

Ciekawym tematem okazał się wpływ wychowania na dokonywane przez nas wybory. Nowy przyjaciel i ja mieliśmy ten rodzaj rodziców, który przed każdym odrobinę ryzykowniejszym posunięciem dziecka mówi:

— Przecież i tak ci się nie uda.
— Kochanie, ja wiem, że ty chcesz, ale to nie dla ciebie.
— Ja oczywiście trzymam kciuki, ale przecież wiesz, że nie wyjdzie.
— Tylko chciałam cię przygotować na wypadek porażki.

Oraz, rzecz jasna, najbardziej morderczą rzecz, jaką można dziecku powiedzieć, a mianowicie:

— Uważaj na siebie.

Powtórzone tysiąc razy słowa „uważaj na siebie” to wspaniały sposób na wychowanie dziecka, które wszystkiego się boi, jest ciche, nieśmiałe, zalęknione i zajmuje się głównie siedzeniem w kąciku i udawaniem, że go nie ma. W tej frazie groźne jest wszystko, a głównie niekonkretność określenia. „Uważaj na siebie” sugeruje, że świat poza granicami mieszkania jest niebezpieczny, co gorsza — niebezpieczny niekonkretnie. Skrzywdzić może nas wszystko i każdy, wobec czego należy bez przerwy uważać, uważać, uważać. Na mężczyzn i kobiety, na starych i młodych, na dzieci i staruszków, samochody i autobusy, no, na wszystkich i wszystko.

Wszystkie zdanka z powyższej listy biorą się rzecz jasna z troski o dziecko, któremu należy zaoszczędzić siniaków na kolanku, bycia skrzywdzonym w jakikolwiek sposób i generalnie tego, co nazywamy życiem. Chowane w ten sposób dziecko boi się wszystkiego, łącznie z odniesieniem sukcesu, na wszelki wypadek rezygnuje ze swoich marzeń i pragnień, bo i tak się nie uda, ma problemy z nawiązywaniem znajomości, znajdowaniem pracy, ba — ma problemy z wychodzeniem z domu. Bo przecież na zewnątrz czai się NIEZNANE ZUO.

Nie czuję się upoważniony do opowiadania o życiu moich przyjaciół, ale o swoim jak najbardziej. Jednym z powodów, dla których wyglądam, jak wyglądam, jest ten właśnie sposób wychowania. Nie będąc pewnym, czego należy się bać, na wszelki wypadek zacząłem od groźnie wyglądających mężczyzn. Na przykład takich w kurtkach skórzanych. (Po czym nabyłem ramoneskę.) Po przekonaniu się, że mężczyźni w ramoneskach nie są tacy znowu straszni, przeszedłem do bania się mężczyzn z tatuażami. A potem chuliganów różnego rodzaju, w szczególności punków i skinów. No i rzecz jasna napakowanych na siłowni mięśniaków. Aż w końcu okazało się, że jestem napakowanym, wytatuowanym punkiem w skórzanej kurtce, glanach i bojówkach i nie mam się już czego bać, z wyjątkiem rzecz jasna starszych pań w autobusach.

Po osiągnięciu tego etapu nastąpiło kilka ciekawych zmian w moim życiu. Po pierwsze, otoczenie zaczęło mnie akceptować i lubić BARDZIEJ, ponieważ jak się okazuje ludzie umieją wyczuć, czy sposób, w jaki wyglądasz, nosisz się i zachowujesz to kostium i maska, czy zwyczajnie tak ci dobrze. Po drugie, przestałem się bać, patrzeć pod nogi, unikać ciemnych uliczek i wychodzenia z domu — teraz to mnie się boją, a mi wydaje się to strasznie zabawne. Po trzecie — po wyjściu z depresji przystąpiłem do spełniania swoich marzeń, najpierw, sześć lat temu mniej śmiało, teraz bardziej. I do tego wszystkiego wystarczyły jedyne dwa lata psychoterapii!

*

Jak wspomniałem, było nas troje, a trzecia osoba miała doświadczenie odwrotne. Jest ona mianowicie posiadaczką rodziców, którzy wrzucają dziecko na głęboką wodę, po czym udają się na kawę, co jakiś czas niemrawo sprawdzając, czy jeszcze nie utonęło.

Tak, jak moim marzeniem było bycie odważnym, śmiałym ekstrawertykiem, tak marzeniem mojej przyjaciółki było posiadanie nudnego życia, w którym nic się nie dzieje, nikt się od ciebie niczego nie domaga, nie jesteś poddawaną żadnym testom, nowym sytuacjom i najlepiej masz święty spokój. Mnie święty spokój o mało nie zabił, jej o mało nie zabił nadmiar intensywnych i ekscytujących doświadczeń. Ja odreagowałem poszukiwaniem ostrych wrażeń, ona — poszukiwaniem spokoju. W obu przypadkach za wszelką cenę i nie bacząc na konsekwencje.

Jednym z wniosków, jakie wyciągnęliśmy z naszych dyskusji był ten, że zajebiście trudno jest być rodzicem. Nasi rodzice nie należą do osób psychopatycznie znęcających się nad dziećmi, wprost przeciwnie — w porównaniu z nami są przerażająco normalni. (Oba wyrazy użyte nieprzypadkowo.) Z pewnością żadne z nich nie stosowało swoich metod wychowawczych z premedytacją chcąc nam zrobić krzywdę. A jednak efekt końcowy okazał się smutny — żadne z nas trojga nie zdołało spełnić swoich marzeń, wszyscy wpadliśmy w depresję, do tej pory, po latach terapii, borykamy się z efektami wychowania. (Czy już wspominałem o rozmowie z lekarzem, z której wynikło, że będę brać swoje lekarstwa przez co najmniej cały rok 2012, a potem się zobaczy?)

Nie potrafię zrozumieć powodu, dla którego w Polsce tak intensywnie odmawia się osobom homoseksualnym prawa do adopcji. Bo niby heterycy tak sobie świetnie radzą, hę? W wyniku wychowania w rodzinie hetero nigdy nie wyrasta się na osobę nieszczęśliwą, chorą, z problemami umysłowymi? Homoseksualne dzieci biorą się niby skąd? Para alkoholików mieszkających w pudłach na dworcu ma większe możliwości posiadania dzieci, niż nudnie stabilna para homoseksualna mieszkająca w wielkim domu w Konstancinie — naprawdę z tymi pierwszymi w charakterze rodziców jest dziecku o tyle lepiej?

W dyskusji o homoadopcji właściwie zawsze przewija się stwierdzenie „oczywiście, wszyscy zgodzimy się z tym, że dziecku najlepiej jest u pary heteroseksualnej, bo potrzeba mu mamusi i tatusia”. Po tym stwierdzeniu czasami pada „ale”, czasami nie, ale jednak ten podtekst zawsze jest obecny. A jednak na świecie tyle jest osób nieszczęśliwych, chorych, skrzywionych, z uzależnieniami, z depresją, tyle jest prób samobójczych. Te wszystkie osoby miały, przynajmniej przez chwilę, dwoje rodziców płci odmiennych.

Może heteroseksualiści na razie powinni dać sobie spokój z wychowywaniem dzieci?

  • ha, znowu się w tych twoich literkach odnajduję: tzn. moi bardzo we mnie wierzyli i wierzą (bo jestem ich rezolutnym dzidziusiem), ale jednocześnie OSTRZEGALI!!!!!!11, i nadal zresztą OSTRZEGAJĄ (bo jestem ich rezolutnym dzidziusiem). efekt podobny do modelu pierwszego.

  • Kayla (aka workingmum)

    Ty mnie nie przerażaj, już mam dwoje a Ty mi mówisz, że każda droga jest zła?

    • Ray Grant

      Hahaha. Tak jest, my lewacy doradzamy aborcję pourodzeniową!!11! ;P Nie, każde ekstremum jest złe, powiedziałbym.

  • aselniczka

    Ha! Mi (mi! mi!), starej, ponad trzydziestoletniej krowie, mama cały czas mówi: Uważaj! I patrzy się z lękiem słuchając moich kolejnych pomysłów. Z drugiej strony: akceptuje mimo wszystko, mimo tego lęku, i wspiera całkiem konkretnie. Dlatego o następnym pomyśle na życie w ogóle jej nie powiem, dopiero po wszystkim, jak mi wyjdzie 😀
    A Ty Kayla nie fisiuj, bo jesteś zajebista i masz zajebiście w głowie poukładane :))

  • ranishka

    oszfak, zabolało. Teksty swoich rodziców rozpoznaję, tylko że dla nich „uważaj na siebie” byłoby zbyt optymistyczne – zwracam uwagę, że „uważaj na siebie” zakłada, że jednak coś można zrobić. Schować się w tym kąciku chociażby. U mnie, poza baniem się wszystkiego, królowało „nie nastawiaj się, bo się rozczarujesz”. Wobec czego piąty rok psychoterapeutycznej walki z sobą, obecnie nastawionej na poradzenie sobie z megaproblemem pt. „oż niedobrze, zaczęło mi się w życiu układać, zaczęłam bezwiednie mieć nadzieję na to, że tak zostanie, IDZIE ARMAGEDDON!!!1!”. Twoja ramoneska i Twoje kowalstwo dają mi nadzieję, że jednak po trzydzistce będzie lepiej 😉 [‚szfak, znowu wspomniałam o nadziei, wszyscy zginiemy.]

    • Ray Grant

      Och, moja mama, dowiedziawszy się o nieśmiałych próbach odniesienia sukcesu w szołbiznesie, zaczęła mi regularnie powtarzać „dziecko, ty sobie nie poradzisz, zjedzą cię, to polskie piekiełko, okropni ludzie”, etc. Wiele lat minęło, zanim w końcu zastanowiłem się, skąd ona to niby wie, całe życie przepracowawszy w biurze.

  • Jiima

    @Ray

    Sytuacja jest tak naprawdę skomplikowana. Przede wszystkim, bad news dla ciebie, twoich przyjaciół wspomnianych w noci no i niestety dla mnie również – depresja najprawdopodobniej ma podłoże metaboliczne, a przynajmniej podłoże metaboliczne jest warunkiem koniecznym. Wychowanie takie czy inne może „pomóc”, ale nie musi. Oczywiście, jeśli będziesz szczęśliwy w tym jak żyjesz i co robisz, będziesz mieć mniejsze szanse na nawrót, ale – ok, wiem że się wkurzysz – uważaj na siebie (tyle że ja mam dosłownie to na myśli – uważaj na *siebie* a nie na Wszechpolaków na wyjeździe czy babcie na pielgrzymce Radia Maryja).

    Twierdzenie natomiast „to ci się nie uda” jest rzeczywiście słodkim sposobem wyrażania troski rodzicielskiej. Tak słodkim, że bym utopiło chętnie takich słodziaków w dużej ilości czegoś lepkiego. No, może nie całkiem utopiło, głowy mogły by im wystawać. Tak dobrze zgadujesz, też to słyszałom. Przy czym u mnie #samaniewiem czy był to objaw troski, czy raczej rozczarowania i pogardy, przynajmniej ze strony mojego ojca. Marzył mu się silny syn, „prawdziwy facet”, oraz piękna (niekoniecznie inteligentna) córka, która sobie złapie bogatego męża. Ponieważ nie pasuję do żadnego z tych wzorców, nasłuchałom się westchnień typu „ty dziecko musisz się uczyć, bo do żadnej porządnej roboty się nie nadajesz”.

    Co do adopcji dzieci przez pary homo, sprawa ponownie jest bardzo złożona, choć tak naprawdę jedyne sensowne argumenty przeciw (ok, nie całkiem przeciw, ale „z tym należałoby jeszcze zaczekać”) słyszę z lewej strony i są dość smutne – takie dziecko mogłoby bowiem w Tradycyjnym Polskim Społeczeństwie ™ mieć przesrane za fakt posiadania dwóch tatusiów / dwóch mamuś. Smutne bo #samaniewiem, z jednej strony uważam że nie należy kłaść uszu po sobie, gdy „90% katolików” wali całą resztę (która tak naprawdę jest w większości, ale boi się lub zwyczajnie jest im wygodniej udawać że należą do „90%”) swoimi zaściankowymi, XIX-wiecznymi poglądami i żąda dostosowania się do nich bo tak. Z drugiej, ja to ja, moje dzieci to zupełnie inne osoby, więc czasem mam trudny dylemat, czy walnąć tępemu fanatykowi mówkę, czy raczej przełknąć niecenzuralne słowa, bo czemu dziecko ma mieć pod górkę dlatego, że trafił mu się rodzic – idealista?
    Dobra, namieszałom w zeznaniach, ale konkluzja jest taka, że po prostu nie wiem.

    • Ray Grant

      Dziecko w Polsce miewa przesrane za: niechodzenie na religię, bycie rudym, bycie piegowatym, posiadanie okularów (mi się trafiło szczęście bycia jedynym okularnikiem w klasie), posiadanie tanich ciuchów, nieposiadanie ajFona, posiadanie poglądów lewicowych, posiadanie poglądów prawicowych, oglądanie nie tych filmów, niepalenie papierosów, etc. Przypominam, że nie rozpatrujemy sytuacji „para homo odbiera płaczącym rodzicom ukochaną latoroślę” tylko „para homo wychowuje dziecko, dla którego alternatywą był dom dziecka”.

      • Jiima

        Toteż ja zamierzam dziecku dać srajfona i lepsze ciuchy, nie wyskakiwać z dezorientacją pciową i poglądami. Co do posyłania na religię i palenia papierosów, to akurat nie przejdzie bo ze szkodliwymi nałogami należy walczyć, nawet za cenę -5 do popularności.

        Ale tak poważnie, to samo nie wiem jak mówiłom. Adopcja – czy to przez pary homo, hetero, wielkie grupy rodzinne i samotnych rodziców (a co, tacy też są) jest tematem tak skomplikowanym i wielowymiarowym, że nie da się powiedzieć TAK/NIE. Poza tym mówimy o adopcji, rodzinie zastępczej czy przysposobieniu?
        Przeciwwskazań do „przydziału” dziecka jest długa lista, co ciekawe, przynajmniej wśród tych lewackich psychologów opłacanych przez cywilizację śmierci w Brukseli ™ z którymi miewam do czynienia, jest na niej też fanatyzm religijny, chęć „poświęcenia swojego życia dziecku” i parę innych cech za które każdy czytelnik frondelka (R) zakwalifikowałby delikwenta jako rodzica idealnego, nic tylko dać cały dom dziecka pod opiekę i czekać aż wyrośnie na młodych powstańców ™. Niestety jakiś tam poziom „normalności” w mojej zwichrowanej psychice się gdzieś chowa, więc bycie „nietypowym” (nie tylko homo i tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że ja bym w ośrodku adopcyjnym szans nie miało) jakimś tam minusem być powinno. Niewielkim, bo niewielkim, ale.

        Można oczywiście kwestionować cały system, który miał być bezpieczny, a niestety jest po prostu asekurancki. Oczywiście, rozumiem, że należy chronić dziecko przed wpadnięciem łapy pedofila, czy nawet porządnej katolickiej rodziny, która będzie traktować „przybłędę” jako darmową siłę roboczą (przypadek z gazet). Jednak ja osobiście uważam, że lepiej by dziecko miało zastępczą samotną matkę ze skłonnością do depresji niż siedziało w bidulu. System natomiast uważa wprost przeciwnie ™, co daje do myślenia albo co ze mną jest nie tak, albo co z systemem.

        Owszem, zdaję sobie sprawę, że jeśli homoseksualizm (czy whateverseksualizm) wpiszemy zamiast do „za chuja nie dawać i wsadzić do więzienia tego kto się zgodzi” na listę „czynniki ryzyka, rozważyć za i przeciw”, to większość naszych kochanych pracowników ośrodków adopcyjnych będzie „przeciw” tak dla zasady, bo im wolno, nikt ich nie sprawdzi, a ocalą polską katolicką latorośl ™ przed spedaleniem (R). W drugą stronę też można zgadywać, że para dajmy na to lesbijek, które nie dostaną dziecka bo jedna ma chorobę dwubiegunową, druga chce poświęcić swoje życie wychowaniu potomstwa, a obydwie są bezrobotne, zrobi aferę że dyskryminuje się je za orientację seksualną.

        Czyli trzeba by wymyśleć system od nowa, bo obecny rzeczywiście dla „innych” się nie nadaje.

  • no ale z drugiej strony, to równie dobrze dziecko może mieć przekichane, bo rodzice, chociaż hetero, są biedni albo za bogaci, albo znani, albo nauczyciele, albo, albo, albo. oczywiście dziecko pary homo ma dużą szansę na to, że nie raz dostanie w twarz zarówno od rówieśników, jak i nauczyciela w szkole (tak, tak, bo niby czemu dzieciom nie dokuczać), ale czy to jest dobry powód, by z dzieci rezygnować? to na pewno gigantyczne wyzwanie dla rodziców – choć chyba w dużych miastach jest szansa na brak większych komplikacji? (nie wiem, nie wychowywałam się w dużym mieście). bo i z homofobią jest różnie – czasem beton, ale często naskórek.

    • Jiima

      W „większych miastach” jest również niefajnie. Co rusz spotykam miłych, fajnych ludzi, którzy jedynie w chwilach szczerości wylewają z siebie wiadro pomyj, w którym pływa homofobia, rasizm, seksizm i cała masa innych izmów.
      Może to dlatego, że wybrałom sobie zły zawód, informatyka to robota w której bez przerwy spotyka się „prawdziwych facetów ™”, a tacy są jedną z grup ryzyka.

      • watashi79

        ja jestem po informatyce 😛

      • @ Jiima

        bardziej miałam na myśli np. możliwość przeniesienia dziecka do innej szkoły i ogólnie anonimowość, o którą w małym miasteczku czy nie daj boże na wsi można się jedynie modlić 😉
        z bucerą jest różnie – znam bardzo „wychowanych” i wykształconych ludzi, którzy na średnio są tolerancyjni itd., a potem nagle w łeb „lesbą”, „pedałem”, „zdecydujsię”, „naprawdę jesteś hetero”. i na odwrót: od kobiety, która nigdy na dłużej nie wyjeżdżała ze wsi, można usłyszeć, że dwóch facetów = okej i w ogóle jak to źle, że przez paskudną rodzinę ktoś tam się musiał z powodu swojego związku wyprowadzić.

        • Jiima

          @lucette_nader
          Z tym przeniesieniem i anonimowością w „wielkim mieście” też jest różnie, w zasadzie „wielkie miasto” to kompleks miast i miasteczek, pomiędzy którymi granice są umowne, ale jednak istnieją. W jednym miasteczku każdy wie o każdym wszystko, w innym wszyscy mają wszystkich generalnie gdzieś dopóki nie rzygają na klatce i nie kradną kwiatków z ogródka. Granicami są płoty, osiedla, większe ulice przecinające osiedle, bloki, klatki schodowe…
          „Wieś” też się rozmywa, w mojej dawnej wsi są przynajmniej dwie strefy, jedna zamieszkana przez autochtonów, gdzie rzeczywiście jak czegoś o sąsiadach nie wiedzą to wymyślą, żeby nie być niekumatym; zaś w drugiej, będącej de facto podmiejską sypialnią masz „miejskie” warunki prywatności.
          Przenieść się też niełatwo, nawet w wypadku szkoły. Z liceum wiąże się szansa na dostanie się na studia, a podstawówki czy gimnazjum nie będziesz szukać w innej dzielnicy czy nawet po drugiej stronie ruchliwej trasy, bo ryzyko zbyt duże w wypadku małego dziecka…

          @watashi79
          Ja też, trzy koleżanki i kilku kolegów o mocno lewicowych poglądach też… ale nie zmienia to faktu że większość jest inna. Co gorsza, muszę się pożalić, bo akurat z żadnym z tych sensownych nie zdarzyło mi się dotąd pracować…

  • arvata

    aaaaa wiesz co zrobiłeś? ja teraz będę mieć psychozę, czy mówić dziecku „ostrożnie po schodach” czy nie mówić… serio, młody ma 2,5 roku, w jednym miejscu spędza jakieś 3 sekundy i ja już wiem że wychowywanie to cholernie trudna sprawa, a ty dorzucasz tu jeszcze jakieś dodatkowe warunki…

    • Ray Grant

      Wydaje mi się, że to kwestia raczej ostrzegania w naprawdę niebezpiecznych sytuacjach, a nie wpadania w ekstrema, jak rodzice opisani powyżej 🙂 Przypominam też, choć wiem, że po grząskim gruncie stąpa stopa ma, że dzieci uczą się na błędach i czasami lepiej, żeby z tych schodów zleciały i wybiły sobie mleczaka, niż żeby 15 lat później wyrąbały się po tanim winie na motorynce pod ciężarówkę.

      Nawiasem mówiąc, sam zdołałem rozwalić sobie kolana, łokcie, zlecieć z roweru, wrotek oraz wybić sobie ząb na placu zabaw mimo tego, że mama ciągle kazała mi być ostrożnym 😉

      • Jiima

        Kto wie co byś wybił gdybyś nie był ostrożny?

  • traumaticbunny

    Wiesz, dałeś mi do myślenia tym ‚uważaj na siebie’. Też to słyszałam całe życie i jak jestem pewna, że nie to był powód mojego wycofania i bazyliona problemów z socjalizacją, tak myślę, że pewnie coś do tego dołożył. A teraz łapę się, że sama ostrzegam mojego malucha 24/7, na razie tylko kiedy balansuje na oparciu kanapy albo coś podobnego, ale przeca mały rośnie i niedługo się przerzuci na inne balansowania… Ostatnie, czego bym chciała, to powstrzymywać go przed eksploracją świata i nabijaniem sobie tych siniaków i guzów, które go mają życia nauczyć.

    Kiedy słyszę argument ‚dziecko powinno mieć mamusię i tatusia’, zawsze odpowiadam za pomocą tego, czego mnie nauczono na studiach pedagogicznych – dziecko powinno mieć ‚męskie’ i ‚kobiece’ wzorce pochodzące od osób, z którymi jest związane emocjonalnie. I nie ważne, czy jest to mama czy babcia albo zaprzyjaźniona sąsiadka, nie ważne, czy jest to tatuś czy raczej dorosły brat albo pan od polskiego. Btw, nie mam to na myśli stereotypowych ról kobiecych i męskich tylko ogólny wzorzec wedle którego dziecko się określa i rozwija osobowościowo i społecznie. Konkluzja: posiadanie rodziców tej samej płci nie przeszkadza w prawidłowym rozwoju dziecka, tak, jak nie przeszkadza posiadanie jednego rodzica – przeszkadzają negatywne wzorce zachowań płci dowolnej.

    • Ray Grant

      Oczywiście, że powinno mieć mamusię i tatusia, i jeszcze żeby byli bogaci, kochający, wierni sobie do grobowej deski i co roku jeździli zapalać świeczki pod portretem Matki Boskiej w Częstochowie, ale ilu osobom się tak naprawdę takie szczęście przydarzyło? 🙂

      Mi akurat brakowało męskiego wzorca w otoczeniu, przyznam bez bicia, mimo, że jako żywo nie adoptowały mnie żadne lesbijki…

      • Jiima

        Wzorce śmorce tutaj akurat odpowiem, bo archetypy można łatwo podłapać w otoczeniu i nie trzeba mieć koniecznie supermęskiego tatę (sprawdzić czy nie kryptogej) i superkobiecą mamę (sprawdzić czy nie zdradza taty). Na przykład za cholerę nie potrafię ustalić, czemu starsze prezentuje wysoką dozę seksizmu (u czterolatka z aspergerem można wybaczyć, ale czasem robię facepalma po jego wypowiedziach i długo, z mozołem tłumaczę że to zupełnie nie tak) a młodsze ma fiksację na punkcie różowego. A tak się z rodzicem B staraliśmy. Ale babcie i dziadkowie, wychowawczynie w przedszkolu i rówieśnicy wiedzą lepiej.

  • Celne, bardzo celne. I uświadomiło mi, że ludziom, na których mi zależy też do znudzenia powtarzam, żeby na siebie uważali 😡

  • Podpisuję się pod tym wpisem całą klawiaturą 🙂
    Osobiście należę do tych bojących się, tzn. już coraz odważniejszych 🙂 ale cień odważnika w postaci niewiary w swoje siły i przekonania, że nic nie ma sensu, nie warto ryzykować oraz że wszędzie czai się zuo, ciągle gdzieś krąży. Usilnie dążę do RÓWNOWAGI.
    Co do dzieci, to stwierdziłam kiedyś, że nie chcę mieć dziecka dopóki sama nie będę poukładana i nie poczuję, że jestem je w stanie świadomie wychować.
    A co do wychowywania przez pary homoseksualne, to mam czasem wrażenie, że „społeczeństwo” raczej rzadko myśli tu o dzieciach, żeby im dobrze było. W przeciwnym przypadku domy dziecka by nie istniały. Tylko bardziej o sobie, że będzie miało problem z akceptacją TYCH dzieci i tej całej sytuacji. Bo to ono, „społeczeństwo”, miałoby problem z odnalezieniem się w niej, a nie dzieciaki.
    Najlepszy jest argument z wzorcami kobiecymi i męskimi, które dziecko musi mieć, żeby nie było zwichrowane. A tych brakuje w dowolnych rodzinach.

  • A ja byłam akurat przypadkiem odmiennym, bowiem wszyscy moi opiekunowie (biologiczni i zastępczy) prezentowali malowniczy mamtowdupizm – do tego stopnia, że gdy zawaliłam rok, nie mieli nawet zielonego pojęcia, z czego mam poprawkę i to bynajmniej nie dlatego, że im nie powiedziałam. W efekcie nie wykształciłam sobie poczucia „uważania na siebie”, bowiem nigdy tak naprawdę nikogo nie obchodziło, czy na siebie uważam, za to miałam momenty (trwające po kilka miesięcy) kompletnego zaniku jakiejkolwiek ambicji i chęci zrobienia czegokolwiek poza siedzeniem i oglądaniem naprawdę głupich seriali.

    Co do męskich i kobiecych wzorców – mnie do 12 roku życia wychowywał jedynie ojciec, więc mniej więcej do tego czasu nie miałam pojęcia, do czego służy podkład na gębę, za to znałam na pamięć wszystkie części Aliena i miałam kolekcję pokemonów, której zazdrościli mi na całej dzielni.

  • Tak czytałam Twój wpis i czytałam… i czekałam, aż dojdziesz do konkluzji, że bycie rodzicem to cholernie trudna robota.
    Ja w trakcie terapii grupowej zauważyłam, że straumatyzowana i pogięta psychika dorosłych dzieci bardzo często wybrukowana dobrymi chęciami rodziców. Ciekawe, czy moje dzieci też będą mieć przechlapane z powodu moich dobrych intencji;]

    A co do uważania na siebie – ilekroć po odwiedzinach u rodziców zbieram się do wyjścia, mama mówi sakramentalne „Uważaj na siebie”. Ten zwyczaj jest do tego stopnia zrytualizowany, że mam wrażenie, że jeśli kiedyś nie każe mi na siebie uważać, natychmiast wpadnę pod samochód/napadną mnie dresiarze/coś spadnie mi na łeb. Mama chyba też tak myśli…

    PS To mój pierwszy wpis tutaj, więc… Dzień dobry!:)

  • czereśnia

    @”Uważaj na siebie”

    Same here, podobnie jak wszelkie szantaże zdrowiem pt. „wolelibyśmy, żebyś jednak nie, bo zachorujesz” (i argumentacja szła oczywiście nie w kierunku „spróbujmy znaleźć sposób, żeby móc zrobić, a nie zachorować”, a „nie rób wogle, bo umrzesz”). Do tego dodajmy „to jeszcze nie dla ciebie, masz czas, jeszcze nie musisz, a po co to tobie”, dzięki czemu mam teraz wrażenie, że życie przeszło mi gdzieś obok, gdy ja grzecznie czekałam, aż do niego dorosnę.

    • haha, to też. u mnie to jeszcze zaowocowało jakimś oporem przed mówieniem rodzicom rzeczy NAJWAŻNIEJSZYCH. bo przecież skoro dzidziuś, to. (ach, tak, ciemiączko!!)

  • Meg

    Ech, jestem ciekawa, co o mnie powie za x lat moja osobista córka. Mam nadzieję, że nie jestem baardzo toksycza:-) Co do adopcji, to ja jestem całą sobą za. Moi znajomi, którzy przypadkiem są homo, nadają się na rodziców znacznie lepiej, niż biologiczny ojciec mojej córki…

  • Nina Wum

    Szanowny Gospodarzu,

    Po pierwsze primo: kopiesz tyłek, bezapelacyjnie! Twórczość Twoją czytam od dawna i Przepadam, ale tak żeby się wychylać – to pierwszy raz.
    Po drugie primo: łączę się w bólu spowodowanym posiadaniem podobnież wujowego bagażu Mądrości Życiowych. Do nieśmiertelnej listy dołączyłabym jeszcze:
    „Nie ubieraj się tak, bo będą się z ciebie śmiali.”
    Dziś, kilometry łez, terapii i potu później, uważam, że na rodzica powinien być egzamin. Wieloetapowy. Połączony z testami, skutecznie odsiewającymi osoby: ciasnomózgie, dotknięte wyuczoną bezradnością oraz takie, dla których największą traumą jest odstawanie od społeczeństwa choćby o milimetr.
    Inna sprawa, że wtedy byśmy wymarli.
    Pozdrawiam ciepło, przystojny przyszły mistrzu młota! Optymistyczny ton,
    w jakim zdajesz sprawę z krwiotwórczych przemian w Twoim życiu napełnia mnie nadzieją.

  • watashi79

    czy tylko ja zauważyłem, że autor umiejętnie przemilczał fazę bycia chuliganem? 😛
    poza tym dzieci są głupie i dopiero po latach dochodzą do wniosku, że niektórym w okularach jest do twarzy.

    co do adopcji, to jest jedno obiektywne kryterium: nie powinien mieć (rodzić/adoptować) dzieci ktoś, kto nie da sobie z nimi rady (przy czym nie mam tu na myśli tłuczenia pasem przy każdym nieposłuszeństwie).

    niedawno pojawił się artykuł na temat choroby rodziców i jej wpływu na dzieci:
    http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,11151430,Pobudzenie__agresja__psychoza__Ludzie_na_hustawce.html

    czytając ten wpis popłakałem się byłem. zanik ambicji jest przygnębiający.

  • watashi79

    dlaczego mój drugi komentarz został zbyty jakąś informacją, która po chwili zniknęła razem z treścią? 🙁

    • Ray Grant

      Istnieje możliwość, że ta informacja brzmiała „komencik przesłany do moderacji”, non? (Niestety, nowy blog oznacza konieczność aprobaty każdego komentarza od osoby, której jeszcze nie aprobowałem… fuj, co za zdanie.)

      • watashi79

        chyba non, bo o ile pierwszy komentarz pojawił się z adnotacją „oczekuje na moderację” (czy coś w ten deseń), o tyle drugi wziął i zniknął.

        „bo mnie to wyskoczyło!” (i znikło)

  • zla.m

    Przesadzony wpis. Jak Ci już ktoś napisał – depresja ma podłoże metaboliczne i nie można jej dziecku wdrukować.

    Jasne, można depresji „pomóc”, jasne, są rodzice patologiczni, są historie takie, że nie jestem w stanie ich przeczytać do końca, bo serce boli.

    Ale zrzucanie wszelkiej winy na całkiem normalnych rodziców za wszelkie nasze cechy charakteru, które nam nie pasują, to przesada i pójście na łatwiznę. Lenistwo, panie. „To nie moja wina, mamusia krzyczała, tatuś ignorował, a starsza siostra była nadopiekuńcza.”

    Wychowanie „załatwia” około 50% osobowości, reszta to geny+ inne związane z organizmem rzeczy (wydzielanie albo nie rozmaitych hormonów i neuroprzekaźników). Na dodatek jak się tak organiczna część spieprzy, to najlepsze wychowanie może nic nie dać.

    I o ile zdanie: „rób, ale przecież wiesz, że nie dasz rady” jest naprawdę toksyczne, to dla mnie „uważaj na siebie” jest wyrazem miłości. Tak, ja słyszę: opiekuj się sobą, dbaj o siebie, tak jakbym ja dbał, gdybym był z tobą. Uważaj na SIEBIE, a nie: „bój się świata”

    • Ray Grant

      Pozwolę sobie uprzejmie się nie zgodzić, oraz ucieszyć, że wreszcie pojawił się ktoś, kto ma inne zdanie ode mnie 🙂

    • watashi79

      @zla.m
      # I o ile zdanie: “rób, ale przecież wiesz, że nie dasz rady” jest naprawdę toksyczne

      przecież to degraduje poczucie własnej wartości, a zdaje mi się, że to właśnie jest podstawą depresji. czy nie?

      # „dbaj o siebie, tak jakbym ja dbał, gdybym był z tobą. Uważaj na SIEBIE, a nie: “bój się świata”

      przyznam, że nie rozumiem. w jaki sposób uważaj? w sensie nie zrób nic głupiego?
      „dbaj o siebie” i „uważaj na siebie” ma wg mnie inne zabarwienie. „uwaga” wprowadza w stan pewnego alertu (ładne, polskie słowo) czy pobudzenia. mi się kojarzy z „uwaga! wysokie napięcie!” i powtarzanie tego dziecku przy każdej okazji przez 18 lat może dać +50 do szans na kłopoty różnego rodzaju.

    • czereśnia

      „I o ile zdanie: “rób, ale przecież wiesz, że nie dasz rady” jest naprawdę toksyczne, to dla mnie “uważaj na siebie” jest wyrazem miłości. Tak, ja słyszę: opiekuj się sobą, dbaj o siebie, tak jakbym ja dbał, gdybym był z tobą. Uważaj na SIEBIE, a nie: “bój się świata””
      Nikt nie twierdzi, że „uważaj na siebie” nie jest wyrazem miłości; ale moim zdaniem jest przede wszystkim wyrazem strachu o dziecko, który z tej miłości wynika i który jest przerzucany NA dziecko. Twoje tłumaczenie, co znaczy „uważaj na siebie”, w prostej linii prowadzi do tego, że dorosłe już dziecko przed zrobieniem każdej rzeczy zastanawia się, co by powiedzieli na to rodzice. Jeśli uważasz to za stan pożądany, to OK dla Ciebie. Ja nie.

  • naima_on_line

    Przyznam, że aż mną zatrzęsło od zdania:
    „Przypominam też, choć wiem, że po grząskim gruncie stąpa stopa ma, że dzieci uczą się na błędach i czasami lepiej, żeby z tych schodów zleciały i wybiły sobie mleczaka, niż żeby 15 lat później wyrąbały się po tanim winie na motorynce pod ciężarówkę.”
    Otóż, mając ogląd zarówno jako dziecko jak i od prawie trzech lat rodzic, chciałabym krzyknąć non sequitur. Wybicie sobie różnych rzeczy za młodu nie gwarantuje rozumu i braku tendencji ryzykanckich czy samobójczych, jak też nadopiekuńczość rodzica nie skutkuje bezwzględnie wycofaniem społecznym w przyszłości. Na szczęście poza rodziną wychowuje nas podwórko, szkoła, koledzy, sąsiedzi, ciotki, babcie, dziadkowie i cała reszta wszechświata, stąd zdolność skorygowania różnych złych rzeczy, które się stały w domu – i na odwrót: zrobienia traumy, którą dobry dom ukoi i zaleczy.
    Masz rację, Ray, że karmienie dziecka własnym strachem, traumą czy brakiem samoakceptacji i wiary w siebie (te „nie poradzisz sobie”, „to nie dla ciebie” to proste przeniesienie własnego obrazu na dziecko, przykro mi) jest trujące i destrukcyjne, i trzeba dużo kontrkomunikatów ze świata oraz wielu sukcesów, żeby takie zinternalizowane przesłanie przełamać. Ale nie zgodzę się na twoją radykalną pointę, że to wina heteryckiego wychowania, te wszystkie nieszczęścia. To wina tego, że jesteśmy ludźmi, i nasze przerośnięte mózgi nie dają rady same ze sobą. Orientacja nie jest gwarancją jakiegokolwiek sukcesu, w tym wychowawczego, co sprawia, że IMHO nie tędy powinien przebiegać cenzus zgody na „manie” dzieci (osobna kwestia językowa, która mnie wpienia, to właśnie „posiadanie” dzieci, jakby można było posiadać żywego człowieka). Przesłanki na sukces rodzicielsko-wychowawczy biorą się z ogarnięcia pożarów we własnej głowie, poczucia kompetencji, dojrzałości i odpowiedzialności, które to stany niestety u żadnego żywego człowieka nie są permanentne. A dziecko się ma przez kilkanaście lat, co najmniej.

    Tyle moich mądrości, oczywiście nie musisz przejmować się opinią anonimowego łosia z internetów (TM)

    • Ray Grant

      Ależ ja się natrząsam w tym ostatnim fragmencie o heteroseksualistach 🙂 Z całą resztą się zgadzam, a fragment o dziecku i gruncie ma na celu wyłącznie próbę poszukiwania jakiegoś middle ground pomiędzy zatuleniem na śmierć, a wrzuceniem do oceanu i oddaleniem się beztrosko…

  • Jiima

    Navaira, skoro już eksperymentujesz z blogiem, mógłbyś jakoś włączyć obsługę sajtu dla urządzeń mobilnych? Niekoniecznie tą bajerancką wersję dla ipada którą u kogoś widziałom na wordpressie, wystarczy ta prosta.

    Pwetti pwease 🙂
    (w wymieniu wszystkich którzy chcą cię czytać ze smartfona)

    • Ray Grant

      Obszczywiście! (Jak tylko znajdę, jak to się robi.)

  • arvata

    heh no dobra, u nas pierwszy złamany ząb jest 😉

    naima – „posiadanie” drugiego człowieka to wyłącznie kwestia językowa, w fińskim nie ma czasownika „mieć” – jest posiadać [z tego co pamiętam z zajęć] ale go się nie używa w stosunku do ludzi

    a’ propos wychowania – włos mi się zjeżył, po przeczytaniu informacji o „chrześcijańskich” książkach o wychowaniu według biblii… maskara

  • verni.o

    Fakt faktem – rodzice mogą wbić człowieka w poczucie ogólnej niemożności.
    Ale zupełnie się nie zgadzam z Twoją interpretacją hasła: „Uważaj na siebie”. To wyraz troski, wzmocniony przekonaniem, że sobie poradzisz. Uważaj na siebie, wiem, że umiesz o siebie zadbać, więc proszę, żebyś dbał. Jesteś ważny, więc na siebie uważaj. Nie: uważaj na morderców, silne wiatry, złe zbiegi okoliczności i niewiadomego pochodzenia wódkę, czyli Cały Ten Zły, Nieprzychylny Świat. Wygeneruj troskę i skieruj ją do wewnątrz. To pokrzepiający przekaz, choć wiele oczywiście zależy od kontekstu.

    Moja top lista depresantów to:
    – ty się do tego nie nadajesz,
    – a jaką masz gwarancję, że się uda/że tam będzie lepiej?
    – a kiedyś to chciałaś… ale ci nie wyszło! (w domyśle: to niby teraz ci się uda? wolne żarty)
    – no, to ci się poszczęściło (i nie chodzi tu bynajmniej o znalezienie w ogródku skrzynki złota, czy to, że pociąg, na który się spóźniłeś, też się spóźnił, tylko o deprecjonowanie pracy i talentu potrzebnych do odniesienia jakiegoś sukcesu)!
    – kompletna olewka, pytanie kilkakrotnie o te same rzeczy i nierejstrowanie odpowiedzi;

    Znalazłoby się parę innych rzeczy. Generalnie uważam, że większość zależy jednak od nas samych. Negatywna postawa rodziców zmusiła mnie jednak do wypracowania sobie mechanizmu wdupiemania i niedzielenia się planami i przemyśleniami i zostawiania decyzji jedynie samej sobie. Taka samodzielność ma same plusy, ale lepiej jednak, żeby wynikała z postawy „dam radę sama”, niż z postawy „i tak mi nikt nie pomoże”.

  • mała_czarna

    Wyśmienity tekst. Ja też odnalazłam siebie w nim. U mnie w parze z „uważaj na siebie” szło zawsze „po co się za to brałaś, nie dasz rady, uważaj bo coś zepsujesz” i przez część życia walczyłam z tym, próbując udowodnić, że jednak umiem coś. Ale system, że zamiast nagrody czy pochwały było zdziwienie, zrobił swoje, przestałam wierzyć, przestałam próbować.

    A propos ostatniego zdania wpisu: Czasem bardzo się z tym zgadzam, bo to, że można mieć dzieci nie oznacza, że od razu trzeba.

  • rosa

    drodzy zaniepokojeni rodzice A i B! Nie zamartwiajcie sie! Moj przyklad jest troche bardziej pozytywny. Zarowno moj rodzic A jak i B maja ogromne problemy ze soba. Ja i dwojka mojego rodzenstwa, modelowo trzymanych pod kloszem, mielismy okazje poznac ich shizy do podszewki. Nie zabraklo sprzecznych komunikatow typu: masz nieprzecietna inteligencje/masz takie dobre oceny tylko dlatego, bo uczysz sie na pamiec, czy tak skutecznych metod motywacji jak dlugotrwale dissowanie. Obeszlo sie bez wizyt u specjalistow i lekow, udalo sie znalezc kilkoro przyjaciol. chwile stresu i wypalenia ma kazdy. A zakochiwanie sie w kim popadnie ma summa summarum mala szkodliwosc…

  • Bardzo dobry tekst (jak zwykle), acz moim zdaniem trza tez uważać (he he, na siebie), by nie zwalać winy za wszystko na rodziców.
    Bo to łatwizna jest.
    Oczywiście, że w dużej mierze jesteśmy uwarunkowani tym, jak zostaliśmy wychowani.
    ale właśnie przecież warunkiem „dorośnięcia” jest poczucie, że ja odpowiadam za siebie, za swoje sukcesy i porażki, nie rodzice.

    Gdy mam do nich żal/obciążam ich/winię ich (nawet słusznie), to ciągle de facto nie jestem autonomiczny.
    Dlatego ja mam czasem wrażenie, że wspólczesna psychologia (a może czasem tylko popsychologia) przerzuca odpowiedzialność z nas na rodziców.

    Jest taka książka całkiem ciekawa (akurat głownie do kobiet skierowana) „Don’t blame your mother”.

    P.S. Wszystko fajnie, notka i komentarze ciekawe, ale jak czytam cos takiego, to mi niedobrze:

    „e nie raz dostanie w twarz zarówno od rówieśników, jak i nauczyciela w szkole (tak, tak, bo niby czemu dzieciom nie dokuczać),”

    Bo tak nauczyciele dają w twarz (nawet jak przenośnia, to protestuję przeciw stereotypom antynauczycielskim)

  • Rita

    Widzę, że kurs i spotkania zaowocowały interesującymi przemyśleniami interpretacyjnymi 🙂 oraz niezłą dyskusją. Odnośnie rodziców, post-rodzicielskich problemów, powiem filozoficznie: wszystko można, póki można. tj. gdy ktoś sobie radzi, mimo około-traumatycznych doświadczeń, czapki z głów, panowie, panie. Gdy ktoś sobie nie radzi i potrafi sięgnąć po pomoc, ponownie czapki z głów (nie takie proste). Rodzice ponoszą odpowiedzialność, i nieraz mamy im coś za złe – ważne, żeby „przegryźć” wszystkie wąty ku-rodzicielskie i zająć się własną sprawczością i odpowiedzialnością za życie. Tak sobie myślę. [Rita/raienn]

  • Manni

    O rany, zadziwił mnie ten fragment z „uważaj na siebie”, bo u mnie w domu ta fraza przyjmowana jest zupełnie inaczej. Owszem, ma w sobie zapowiedź jakichś zagrożeń, jakie niesie ze sobą życie, no ale hej – tak to jest i nic nie poradzisz. Jednak ja widzę w tym czułość i pogodzenie się z tym, że wychodzisz, że mimo tego, że „świat jest zły i niepojęty” trzeba stawić mu czoła.

  • rosa

    Znalazlam argument empiryczny na potwierdzenie zawartej w artykule tezy, przynajmniej po czesci: „uwazaj na siebie” czy „ludzie sa zli, chca cie tylko wykorzystac” powoduje znaczne trudnosci w zawiazywaniu kontaktow miedzyludzkich. Odkrylam to przebywajac w ostatnim czasie w gronie Chinczykow. U nich takie teksty sa podstawa mentalnosci i nieodlacznym elementem wychowania. Tak wychowany osobnik boi sie nieznanego. Dlatego Chinczycy trzymaja sie w swojej grupie tu, w Europie. Chcieliby inaczej, ale to moze byc niebezpieczne. Dlatego tak trudno spotkac pare Europejka-Chinczyk: chocby byl i zakochany po uszy, nie zbierze sie na odwage i nie podejdzie.