Natłok nowinek z Amsterdamu

NIE PRZYJEŻDŻAJCIE.

Amsterdam jest tak przerażająco zapchany ludźmi, że nie da się już prawie jeździć rowerami. Plagą są skutery, które nie zatrzymują się na pasach, podobnie jak rowerzyści jeźdźcy pierdzących kółeczek uważają światła i znaki drogowe za coś w rodzaju niezobowiązującej wskazówki. Tak więc władze miasta postanowiły po pierwsze nakazać jeźdźcom noszenie kasku, a po drugie wyrzucić ich ze ścieżek rowerowych.

Rozpętało się niewielkie piekiełko. W ramach „strajku” skuterzyści jeżdżą wyłącznie po ścieżkach, bez kasku, mimo tego, że dostaje się za to grzywnę w wysokości 95 euro. (Holendrzy lubują się w mało okrągłych liczbach, kiedyś otrzymałem nakaz zapłacenia grzywny €47.59, albo coś w tym stylu…) Celem otrzymania grzywny wcale nie trzeba zostać przyłapanym przez policję, automaty robią zdjęcia i wysyłają rachunki. Bardzo mnie to cieszy, pominąwszy strajk. Ogólnie źle życzę panom (bardzo rzadko paniom) zachrzaniającym na podkręconym skuterze po ścieżce rowerowej, dosłownie trzy godziny temu jeden o mało mnie nie usunął z padołu, w ostatniej chwili się zatrzymałem, śmignął na pewno szybciej, niż 35 km/h. Nie dość, że się nie zatrzymują ani nie zwalniają, jeśli ktoś się uprze przejść na pasach, skuterzyści wściekle wyją klaksonami i obrzucają delikwenta klątwami.

Prawie 50 tysięcy ludzi podpisało petycję celem przywrócenia stanu poprzedniego, słusznie zauważając, że dla skuterzystów jazda po jezdni jest mniej bezpieczna. Nie odnotowali tego, że celem nowych przepisów jest również zmniejszenie liczby skuterów, petycja zadziała raczej odwrotnie. W Amsterdamie rządzą aktualnie Zieloni.

Do roku 2030 Amsterdam chce zakazać wjeżdżania do centrum – tzw. 9 uliczek – samochodami nieelektrycznymi. Ma to kilka powodów, w tym ten, że w centrum przekroczone są normy zanieczyszczenia powietrza. *pauza na śmiech przez łzy mieszkańców np. Warszawy* Liczba miejsc parkingowych zostanie zmniejszona o dziesięć tysięcy, a koszt parkowania podniesiony – mimo tego, że już dzisiaj za godzinę parkowania płaci się jedną nerkę. Pomysł wkurza silnikowców, którzy z oczywistych powodów nie są zachwyceni zmianami. Jeden z nich próbował pozwać miasto, domagając się zamiast tego zmuszenia rowerzystów do zatrzymywania się jednakowoż na czerwonych światłach i ogólnie do przestrzegania prawa drogowego. Nie powiodło się, a szkoda.

Przypomnę tutaj, że w Holandii pierwszeństwo zawsze mają osoby przechodzące na pasach. W drugiej kolejności rowerzyści. W ostatniej kierowcy samochodów. Jeśli ktoś wjedzie w osobę na pasach, jest automatycznie winny, chyba, że osoba była narąbana i się np. przewróciła. Osobiście uprawiam zachowania pasywno-agresywne, chociaż może aktywno-agresywne, mianowicie bardzo ostentacyjnie zmierzam w stronę pasów, po czym nie zwracając uwagi (tzn. zwracając, bo życie mi miłe) przechodzę spokojnym krokiem. Jako honorowa kobieta potrafię się rozejrzeć bez poruszania głową.

Jeszcze żaden rowerzysta się przeze mnie nie wywalił, ale uprawiali różne sztuki, jazdę slalomem, zatrzymywanie się z piskiem opon (okazuje się, że rower da się rozpędzić tak, żeby przy hamowaniu piszczały opony), pod moim adresem padło wiele przekleństw. Wjechano we mnie raz, dość delikatnie, zanim kierowca zaczął kląć opierdoliłem go pierwszy. Odjechał z podkulonym ogonem, tzn. wygiętym lekko błotnikiem. Miałem potem siniaka, ale miałem też Wyższość Moralną.

Pod skuter bym tak nie wlazł, rzecz jasna…

Problemem Amsterdamu jest cały czas to samo, mianowicie fakt, iż miasto nie zostało zniszczone podczas wojny. Ulice wyglądają tak, jak sto lat temu, co jest bardzo romantyczne, ale sto lat temu jeździło jakby mniej samochodów. Korek amsterdamski polega na ogół na tym, że np. ciężarówka zatrzymuje się, ludzie zaczynają wypakowywać z niej różne rzeczy, a samochody za ciężarówką czekają do uśmiechniętej śmierci, czasami dziesięć minut, czasami dwie godziny. Nie da się z tym zrobić nic, chyba, że zasypać kanały i przerobić je na jezdnie. (Mam wrażenie, że w Warszawie zrobionoby to bardzo dawno temu…) Stąd też ogromna popularność rowerów, rowerom ciężarówki nie przeszkadzają, zawsze da się przejechać po chodniku albo zsiąść i przejść obok. Niestety skutery również przejeżdżają chodnikiem, niekiedy zwalniając, a niekiedy nie.

Najbardziej rowerzystów nie lubią taksówkarze, którzy wyżywają się na rowerach za amsterdamskie korki. Kiedyś jechałem sobie do pracy, owszem, pod prąd, ale byłem już przy samym budynku. Kierowca taksówki z premedytacją zepchnął mnie z jezdni, nic sobie nie zrobiłem, ale pożałowałem, że nie mam przy sobie gwoździa do rysowania karoserii. Zdarzyło mi się to więcej niż raz, przy czym wtedy akurat jechałem zgodnie z przepisami, ale jezdnia była wąska, a taksówkarzowi (lub pasażerowi) się spieszyło.

*

Piszę o tym między innymi dlatego, że od co najmniej roku nie jeżdżę po mieście rowerem.

Zaczęło się od remontów (remonty to jakaś klątwa, zesłana na mnie zapewne przez katolickiego boga). Lubię jeździć znanymi trasami, bo czuję się na nich bezpiecznie. W pewnym momencie trasy zaczęły się zmieniać co kilka tygodni, tam, gdzie do tej pory był skręt w lewo pojawiła się barierka, przy czym nie było w niej żadnej przerwy ani przedtem, ani potem i zafundowano mi objazd połowy centrum. Kiedy barierka znikła, przymknięto tunel, samochodom było wolno, rowerom nie. W następnej kolejności zamknięto połowę Singel, prezentując objazd przez chodniki i turystów jako przyjemną alternatywę. Kiedy już Singel otwarto, barierka została zastąpiona cementowymi klocami. W międzyczasie kilka razy o mało nie rozjechał mnie samochód, głównie dlatego, że nie miałem pojęcia którędy się dzisiaj jedzie do centrum. Inni rowerzyści, źli tak samo jak ja, wjeżdżali we mnie, kiedy z osłupieniem zatrzymywałem się w miejscu wczoraj jeszcze przejezdnym.

Nie wiem, który remont spowodował kompletne załamanie, chyba ten, kiedy Singel przystopowano z obu stron naraz, wbiłem się w jakieś nieznane mi uliczki i odkryłem, że mógłbym dotrzeć prędzej piechotą. Albo może wtedy, kiedy jeden z pierdzi-jeźdźców o mało nie przerobił mnie na pulpeta, bo pokazałem, że będę skręcać, ale on uznał to zapewne za krotochwilę…

(Jos będzie to dzieło czytać za pomocą Google Translate, ciekawe, czy Google zna słowo „krotochwila. Przepraszam za dygresję.)

Może wtedy, kiedy poziom hałasu przekroczył poziom bólu? Kiedy zdecydowałem, bliski łez, że do centrum w ogóle się nie da dotrzeć, przeoczywszy najpierw jakieś sto razy nowo otwarty tunel, który był bardzo ładny, tylko wyprowadzał mnie przed dworzec, gdzie ludzi jest jakby dużo…? Nie, to chyba nie to. Wtedy, kiedy między dworcem, promami, a przejazdem (ciągle się zmieniającym) wprowadzono tzw. przestrzeń niczyją, gdzie ludzie lezą, rowery lawirują, turyści jak to turyści zatrzymują się lub gwałtownie skręcają, a trzy czwarte patrzy się na telefony. Trzy czwarte rowerzystów też, przejeżdżałem obok osób uprawiających wideo-czaty podczas jazdy rowerem.

Centrum od dłuższego czasu unikam jak *myśli nad metaforą, bo do ognia się pcha* antyszczepionkowców. Nie mogę znieść tłumów. Kiedy nie da się inaczej, przepływam promem, wsiadam do metra i jadę jeden przystanek, unikając w ten sposób dwóch z trzech najgorszych miejsc. Trzecim z tych miejsc jest niestety prom, z którym nie mogę zrobić nic. Rower rdzewieje. Ukradziono mi z niego torby, co wprawiło mnie w podziw, bo pamiętałem, jak trudno je było założyć. Nie zmartwiłem się przesadnie, zwłaszcza, że jeden z zamków był zepsuty i kiedy już go zapiąłem odpięcie wymagało dwóch kulturystów. Rower będzie tak stać zapewne do dnia, kiedy się z Amsterdamu w końcu wyniesiemy. Nieważne, co wymyślą władze, turyści dalej będą rozpoczynać dzień od jointa, po czym leźć beztrosko środkiem ulicy ignorując dzwonienie i krzyki mające na celu ochronę ich życia narodzonego.

W każdym razie jeśli już koniecznie pchacie się do Amsterdamu, nie jedźcie samochodem. Chyba, że lubicie straszne korki, ulice jednokierunkowe tworzące labirynty (z premedytacją), płacenie trzycyfrowych sum za parkowanie przez 24 godziny… no dobrze, chyba jeszcze dwucyfrowych. Wtedy jedźcie samochodem. Pamiętając o tym, że nawet jeśli wpadniecie na rowerzystę pijanego w sztok i jadącego na czerwonym świetle i tak będzie to najpewniej Wasza wina.

Zdjęcie: Elena Rostunova/Alamy Stock Photo. Musiano je zrobić bardzo wcześnie rano, bo wiem która to ulica i tam właściwie nigdy nie jest tak przerażająco pusto.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców