Notatki z podróży

Piszę od wielu lat, ale brak mi słów, by opisać Islandię, a widziałem jej tylko malutki kawałek.

Większość kraju w ogóle nie nadaje się do zamieszkania, a do dużej części nie wpuszcza się turystów, nawet tych, którzy dysponują jeepem. Przyrodę najlepiej mogę chyba określić słowem „brutalna”. Kiedy bogowie tworzyli Islandię, nie byli przy tym zbyt subtelni. Lawa, kamienie, troszkę trawy i łubiny. Nie cackali się też przesadnie, jeśli chodzi o pogodę. Porywisty wiatr i powtarzające się co pół godziny rzęsiste ulewy to jedna sprawa, ale w połowie czerwca w Islandii nie zapada noc. W ogóle. Robi się trochę mniej słonecznie (no dobrze, trochę ciemniej pochmurno) i tyle. Celem zaśnięcia musieliśmy nabyć gustowne maseczki, na mojej oczywiście znalazł się wulkan i gdy Jos obudził się w „nocy” i spojrzał w moją stronę doznał lekkiego szoku.

Od jakiegoś czasu mieszkańcy kraju starają się naprawić zniszczenia dokonane przez Wikingów, którzy wyrąbali wszystkie drzewa. (Jeśli znacie dowcip o mechoptyku, w Islandii nie jest zabawny – w okresie, o którym piszę, budowało się domy z kamieni, a potem obtykało mchem przerwy między owymi kamieniami. Dostarczało to wiele uciechy, gdy deszcz zamieniał się w krótkotrwałą suszę i ni z tego, ni z owego nagle waliła się ściana.) Zalesianie powoli się posuwa, ale kiedy pojedzie się w pewne miejsca, chwilę trwa, zanim zauważymy, że czegoś w krajobrazie brakuje – drzew. Są za to krzaczki i dużo mchu. Woda i lawa. Jak na kraj „ognia i lodu” nie odkryłem nadmiaru ognia, być może dlatego, że w cztery dni nie da się Islandii obejrzeć. Odradzam wybieranie się na tzw. wycieczki objazdowe autokarem, chyba, że kogoś zadowala „macie dwie minuty, pstrykać szybko zdjęcia tu i tam i powrót do autokaru, bo musimy jechać dalej”. W samym Þingvellir spędziliśmy kilka godzin, a dałoby się więcej, ale chcieliśmy zobaczyć coś więcej. Zgodnie z poradą znalezioną w internetsach udaliśmy się na poszukiwanie wodospadu, ale okazało się, że Google Maps nie wszędzie jednak dotarło (Garmin w ogóle nie znał takiego miejsca) i zaczęło nas prowadzić w kółeczko po czarownej drodze, złożonej głównie z dziur i błota. Zapytaliśmy przechodzącą panią, czy cokolwiek słyszała, cokolwiek nie. Pani odparła, zmartwiona, iż nie jest w stanie nam pomóc, bo wczoraj zgubiła się, poszukując domu, w którym mieszka. Wodospadu nie znaleźliśmy.

Obejrzeliśmy za to Geysir. Sfilmowałem wytrysk (cicho tam z tyłu), Jos zrobił dużo zdjęć – będę wszystkie powoli wrzucać na www.facebook.com/bjornlarssenwriter, kiedy znajdę dwa dni na zabawę z Fotoszopem. Najciekawszym miejscem, jakie jednak zobaczyłem na własne oczy był Heiðmörk (dzięki, Bart). Turyści nie odkryli jego istnienia, więc w ciągu godziny minęły nas może trzy samochody. Miejsce emanuje mocą starych Bogów; nie ma tej mocy w nowo wybudowanej świątyni (może dlatego, że nawet tamtejszy Grandmaster Flash, czy jak się ten pan zowie, z nonszalancją stwierdza „przecież i tak nikt w nich nie wierzy”). Czarna droga pomiędzy łubinami i lawą. Lawy trochę przywiozłem (jest to legalne). Oprócz tego nie oparłem się metalowej łodzi wikingów z wyrzeźbionym słowem „ICELAND” i notatnikowi w drewnianej oprawie za jedyne 89 euro.

Jest to miejsce przerażająco drogie. Obiad dla trzech osób w dość miłej restauracji, popijany colą i wodą mineralną kosztował nas 200 euro. Przy czym restauracja wcale nie była z tych najdroższych. Generalnie jeśli ceny w Amsterdamie przelicza się na złotówki po kursie 1 euro = 2 zł, to w Islandii (nie tylko w Reykjaviku) 1 euro = 1 zł. T-shirtów uniknąłem, bo są na nich zabawne napisy typu „przeżyłem Reykjavik”, a nie trawię zabawnych napisów, poza tym dzieła owe kosztowały 35 euro za sztukę. Wykosztowaliśmy się za to na chleb, ser i najtańszą wędlinę w „tanim” supermarkecie, bo coś jednak trzeba jeść. Niewiarygodnie tanie jest za to parkowanie, po części dlatego, że w kraju jest mało samochodów, większość na wynajem – do Amsterdamu przyjeżdża samochodów zdecydowanie za wiele i turystów należy jak najbardziej zniechęcać (sześć euro za godzinę), w Reykjaviku trzy godziny kosztują euro dwadzieścia, czyli równo piętnaście razy taniej. Być może powinniśmy mieszkać w samochodzie…

Islandia wonieje siarką. Celem sprawdzenia, jak pachnie duża część kraju wystarczy odkręcić ciepłą wodę. Większość energii pochodzi ze źródeł geotermalnych, zdaje się, że tych, których miał poszukiwać Rydzyk. Tyle, że w Islandii naprawdę istnieją. W okolicach Geysir wygrodzone jest dużo miejsc, gdzie woda ma temperaturę powyżej stu stopni i turyści nie powinni się zapuszczać. Generalnie jeśli gdzieś są ostrzeżenia dla turystów, to należy ich się słuchać, a i tak jest mnóstwo miejsc zapraszających do złamania nogi lub zwalenia się na mordę, kompletnie pozbawionych nawet cienkiej, odgradzającej linki. Jeśli poszukujecie relaksu i miłego poczucia bezpieczeństwa, polecam raczej Czernobyl. W różnych miejscach bywałem, ale w takim jeszcze nie. Przed wyjazdem znalazłem stronę, na której spisano rzeczy warte obejrzenia (to na tej stronie był znikający wodospad), ostatni punkt brzmiał „po prostu oglądajcie wszystko”. To prawda. Nawet jazda autostradą dostarcza niezapomnianych wrażeń estetycznych.

Sam Reykjavik wygląda jak Berlin piętnaście lat temu. Mnóstwo street artu, przeplatanego przerażająco drogimi knajpami i sklepami. Obok siebie rękodzieło artystyczne, „fish leather”, co oczywiście przeczytałem jako „fetish leather” i nieco się zdziwiłem, oraz domy, które od zewnątrz wyglądają jak ićstondy, a od środka są eleganckie, czyste i piękne (nie, żebym zwiedził ich zbyt wiele). Zupełnym przypadkiem trafiliśmy akurat w weekend, w który odbywał się Festiwal Wikingów – może wyspa Wolin wyrobiła we mnie zbyt wielkie oczekiwania, ale festiwal odbywał się w miejscu wielkości średniego parkingu, a główną atrakcję stanowiły pieczone na ognisku świnie – oraz Dzień Niepodległości. Flagi wisiały wszędzie, na wystawach sklepów manekiny trzymały flagi w dłoniach, a co do samego święta nic Wam na jego temat nie powiem, bo nie trawię ludzi i uciekliśmy zwiedzać kraj. Mieliśmy cichą nadzieję, że turyści zajmą się oglądaniem Islandczyków w strojach ludowych, ale myliliśmy się, chyba, że w inne dni jest jeszcze gorzej.

Przez cały czas pobytu nie spotkaliśmy żadnej niemiłej osoby. Wiele zabawy dostarczyła nam pani, która na nasz widok zatrzymała samochód i spytała „czy panowie są prawdziwymi kryminalistami?” – mam specyficzne poczucie humoru i turlałem się (metaforycznie) ze śmiechu. A zgodnie z poradą Barta chodziłem przyodziany w skóry od stóp do głów, albowiem gdyż temperatura na zewnątrz wynosiła 12 stopni. Gospodyni określiła to mianem niespotykanie ciepłych dni jak na tę porę roku, dodając, że gdy jest powyżej 20 stopni Islandczycy zaczynają się czuć bardzo niekomfortowo i starają się z trudem przetrwać upiorne upały bez wychodzenia z domu. Na jednym z zabawnych t-shirtów widniał zegarek i napis „jeśli nie podoba ci się pogoda, zaczekaj pięć minut” – potwierdzam. Czasami musieliśmy czekać aż dziesięć minut, aby zobaczyć, jak straszna ulewa zmienia się w urocze słoneczko, tudzież odwrotnie.

Research do książki zajął mi pół dnia, które spędziliśmy w skansenie Árbaer. Wielce sympatyczna pani historyczka odmówiła przyjęcia od nas zapłaty za bilety, poczęstowała herbatą i kawą, po czym odpowiedziała na 38 z 40 pytań, jakie dla niej spisałem. O pozostałe dwa obiecała spytać specjalistę od tych spraw. Samo muzeum dostarczyło mi materiału do opisów, znalazłem tam bowiem autentyczny dom lekarza (gdzie zamieszka doktor Brynjólf), kuźnię (chyba nie muszę tłumaczyć, po co mi była potrzebna), meble z właściwych okresów historycznych, a ostatnią kroplą był kominek, przy którym wieczorami siaduje Gunnar. Kiedy już skończę ze zdjęciami, zaczynam pisać ostateczną – mam nadzieję – wersję, którą zarówno pani historyczka, jak i nasza gospodyni z Reykjaviku obiecały przeczytać i wytknąć mi bzdury.

Mówi się, że Islandia kradnie duszę i serce. To prawda. Nie byłbym gotów się tam przeprowadzić, bo 12 stopni w wyjątkowo ciepły dzień jednakowoż mi nie konweniuje, ale w przyszłym roku wybieram się na miesiąc. Zabierzemy ze sobą szynkę konserwową w puszkach i chińskie zupki, żeby nie zbankrutować, mamy obiecaną zniżkę 60% na wynajem, jeśli przyjedziemy poza sezonem (oczywiście taki jest plan). Potrzebuję obejrzeć pozostałe 98% kraju w ślamazarnym tempie, w miarę możliwości bez tłumu ryczących dzieci, jeszcze głośniejszych dorosłych i tak dalej.

  • Anna Cynthia Paciorkiewicz

    Nic bardziej mnie nie zachęciło do kupna książki jak ten właśnie wpis. Poczułam jak poważnie podchodzisz do reaserchu. A skoro lubię twoje lekkie pióro, a w książce nie będzie bzdur, to na pewno warto.

  • ik ben een kikker

    „Gdy jest powyżej 20 stopni, Islandczycy zaczynają się czuć bardzo niekomfortowo i starają się z trudem przetrwać upiorne upały bez wychodzenia z domu” – ja też, ja też! A jeszcze lepiej – bez wychodzenia z pracy w środku dnia, bo tam wszystko mam zorganizowane i nie muszę zużywać megadżuli energii na zabieranie się za cokolwiek zarówno z kategorii „prace domowe”, jak i „odpoczynek”. Dwanaście stopni w wyjątkowo ciepły dzień mi konweniuje, zwłaszcza w połączeniu z obecnością zbiorników o temperaturze pozwalającej na kąpiel przez cały rok – jeśli któryś ma 15-25 stopni, a nie wszystkie po 100. Pewien problem może stanowić stosunkowo gigantyczna amplituda długości dni i nocy z uwagi na moją zapadalność na depresję zimową, która jest absurdalna, zważywszy na mój entuzjazm w odniesieniu do pogody powszechnie uważanej za ohydną oraz odczucia wręcz przeciwne, gdy jesteśmy bombardowani fotonami przy pogodzie zwanej piękną. Z uroczej ulewy i strasznego słoneczka cieszylibyśmy się na zmianę. Chociaż nie… Polska – 49 do 54 stopni szerokości geograficznej, Islandia – 63 do 66, zwrotnik – 23 z haczykiem, czyli, jeśli dobrze rozumuję, jeżeli byłeś na Islandii około połowy czerwca, to Słońce świeciło tam pod takim kątem jak w Polsce na początku maja lub w połowie sierpnia (można mnie poprawiać, jeśli pomyliłam się w obliczeniach lub założeniach). Jednak tak, w tych terminach to już potrafi przysmażyć. Choć ulewa jest fajna tylko jeśli masz się w co przebrać i gdzie wysuszyć.