Notka z życia wzięta, czyli co tam u mnie nowego

Kilka dni temu przyśnił mi się DJ.

Ostatnio, w ramach sprawdzania, czy naprawdę niczego się nie boję, z premedytacją jeżdżę trasą koło jego domu. Unikałem jej od czasu zerwania, mimo, że jest to trasa krótsza i z mniejszą ilością podjazdów pod górkę. Teraz już nie unikam. No i oczywiście w końcu się doczekałem i zobaczyłem go, jak z kuzynem podjeżdżają na skuterku pod dom. Czy DJ mnie zobaczył, tego nie wiem.

Tej samej nocy miałem sen, w którym DJ wraca, przeprasza, pada na kolana i prosi mnie o powrót. Ja zaś uprzejmie podnoszę go z kolan, wydzielam mu jedną sztukę przyjacielskiego uścisku, po czym informuję, że nie jestem zainteresowany i kieruję w stronę wyjścia. Sen podniósł mnie na duchu na kilka sposobów — po pierwsze primo nie obudziłem się z krzykiem, po drugie primo — podobało mi się zakończenie, po trzecie primo — w ogóle całość zrobiła na mnie dobre wrażenie, więcej takich proszę.

*

Tymczasem zaś… czy wspominałem Wam kiedyś, drodzy Czytelnicy, o mojej stajni?

Tym żartobliwym mianem określam dostępnych mi w smętne jesienne wieczory ogierów. (jak wiadomo, „puszczalski” mężczyzna to ogier, zaś kobieta to szmata. In unrelated news, w Polsce seksizm nie jest problemem.) Dobieram ich na ogół pod kątem tego, czy da się z nimi porozmawiać również przed i po odbyciu wzajemnego masażu i nader rzadko mnie intuicja zawodzi; ba, w przypadku Starszego Cubsa znajomość (z przerwami) trwa trzeci rok i jest nader przyjemna.

Jakiś czas temu do mojej stajni dołączył sobie Zbrojmistrz. Zbrojmistrz samego siebie nazywa raczej Rudym Wikingiem, ale Wikinga już na tym blogu mieliśmy i nie będziemy się powtarzać. Drwala poznałem już po Zbrojmistrzu i jakoś tak Drwal się prędzej zakręcił, toteż kiedy Zbrojmistrz dojrzał do deklaracji idących dalej niż do łóżka i z powrotem, było za późno. Po czym Drwal się wykruszył, a Zbrojmistrz trwa na stanowisku.

Podobnie jak Drwal, Zbrojmistrz jest miły, uroczy, sympatyczny i dobry dla mnie (aż za bardzo — ubieram się ostatnio głównie w stroje, które uszył). Ma jednak cechę, której Drwal nie ma: nie nudzi mnie. Wprost przeciwnie — fascynuje. Jest niesamowicie kreatywny, inteligentny i nigdy nie kończą się nam tematy do rozmowy. Seksualnie jesteśmy o wiele bardziej kompatybilni, rozmawiamy szczerze o wszystkim i przez cały czas, tęsknimy za sobą i pozostajemy w kontakcie właściwie cały czas.

Oczywiście, nie jesteśmy w związku.

*

Moje związki generalnie mają jedną wadę — źle się kończą. (Tzn. przede wszystkim zło polega na tym, iż się kończą.) Co gorsza, coraz szybciej. Z Wikingiem wytrzymałem 18 miesięcy, z DJ-em 6, z Drwalem raptem 3 — nawet nie nazwałbym tego związkiem. A tymczasem Zbrojmistrz pozostaje na czele mojej stajni od ponad 3 miesięcy. Żaden z nas nie jest monogamiczny, żaden z nas nie udaje, że jest. Żaden z nas nie przyzna się drugiemu, że jest w nim zakochany, przy czym na moje oko obaj troszkę jesteśmy. Niewykluczone, że przez to nie udało się z Drwalem, bo ciągnęło mnie raczej ku Zbrojmistrzowi.

Przezwisko, nawiasem mówiąc, bierze się z tego, że łączy nas między innymi upodobanie do rzeczy kojarzących się ze średniowieczem. Zbrojmistrz osobiście produkuje kolczugi i elementy zbroi, ja jak wiadomo szkolę się w kowalstwie (za chwilę więcej na ten temat), obaj lubimy zamki, ogniska, dziwne stroje z epoki i tym podobne rzeczy. Tak więc łączy nas mnóstwo upodobań i chyba dlatego potrafimy się spotykać w tak dziwny sposób.

Jesteśmy w czymś w rodzaju bardzo nieformalnego związku otwartego i nagle okazuje się, że nie mam absolutnie żadnych problemów z byciem w związku otwartym. Najzwyczajniej w świecie czasami czy ja, czy on mamy ochotę na seks, on pracuje nocami, ja raczej dniami, więc czasami nie ma takiej możliwości, żebyśmy się spotkali i już. Tak więc wtedy wybieramy się uprawiać wzajemny masaż z kimś innym i żaden z nas nie ma z tym problemu — bo to, co Zbrojmistrza i mnie łączy jest takiego rodzaju, że seks z inną osobą w ogóle nie leży w tym samym kosmosie. On i ja czujemy, że znaleźliśmy pokrewną duszę; kogoś, z kim komunikujemy się w tak głęboki sposób, że prawdopodobnie gdybyśmy byli obaj zamężni, nasi mężowie musieliby zostać odstawieni na bok.

A jednocześnie żaden z nas nie chce być w związku z tym drugim. To znaczy, nie chce być to nieprecyzyjne określenie. Obaj mamy złe doświadczenia i obaj nie chcemy tego spieprzyć. Sam czuję, że poznałem kogoś wyjątkowego i dotychczasowe praktyki zwyczajnie do tej osoby nie pasują. Tak więc należy wymyślić coś innego, a dopóki nie wymyśliliśmy, po prostu się spotykamy, gadamy godzinami przez komunikatory i maile, wysyłamy sobie SMSy, uprawiamy dziki seks, spożywamy razem posiłki i robimy różne mniej i bardziej artystyczne rzeczy. I jest dobrze.

*

Co do kowalstwa: planowałem blogowe świętowanie z okazji rozpoczęcia nowej pracy jako czeladnik kowalski. Niestety, nic z tego nie wyszło, ponieważ pan, u którego miałem pracować z chęcią przyjmie nową stronę WWW, z chęcią przekaże mi marketing swojej kuźni, z chęcią przyjmie zamówienia, które przyniosę, ale pieniędzmi się ze mną niestety dzielić specjalnie nie chce. Jego prawo, ale straciłem dwa tygodnie czekając, aż mi to zakomunikuje po pierwszej informacji, że bardzo chętnie nawiąże ze mną współpracę. Niestety nie mam nieskończonej ilości pieniędzy i nie wygrałem jeszcze w totka, więc darmowej pracy w kuźni 5 dni w tygodniu przyjąć nie mogę, chociaż przyznam, że szalenie by mnie uszczęśliwiła.

Moje plany zawodowe, że tak to określę, zmieniają się w tempie przyprawiającym mnie o chorobę lokomocyjną. W zeszłym tygodniu planowałem założyć firmę zajmującą się grafiką w 90% i kowalstwem w 10%, z planem powolnej zamiany proporcji miejscami. W tym tygodniu dowiedziałem się, jak wyglądają moje finanse w najbliższych miesiącach i odczułem gwałtowną potrzebę znalezienia pracy, która zapłaci moje ubezpieczenie. W międzyczasie rozpocząłem pomaganie znajomemu w remoncie, a znajomy zgłosił chęć zapłaty za regularną pomoc, co oznacza, że stałem się słynnym polskim hydraulikiem (tylko, rzecz jasna, o wiele przystojniejszym). Chwilowo. Ponieważ życie ostatnio co kilka dni doświadcza mnie nowymi doznaniami, z których niektóre są bardzo przyjemne, a niektóre nie.

Jedno wiem na pewno (chociaż zapewne powinienem to natychmiast odpukać) — mam załatwione regularne praktyki w kuźni. Uczę się w tempie być może piorunującym, ale dla mnie rzecz jasna zbyt wolnym, bo ja chciałbym wszystko robić idealnie JUŻ. A tymczasem w międzyczasie wykonałem sobie pierwsze kleszcze, przy pomocy których wykonuję drugie; wykonałem własny punktak; a w nadchodzącym tygodniu wykonam sobie własny młotek. Doznania, jakich dostarcza mi praca przy pomocy narzędzi wykutych TYMI RĘCAMI są nieporównywalne absolutnie z niczym. To jest coś, co mnie nie nudzi, nie zniechęca, nie męczy, nie irytuje (nawet, jeśli cały dzień kuję nity jeden za drugim i każdy wychodzi zezowaty) i bez przerwy zachwyca. Więc jeśli ktokolwiek by mnie szukał w środy, to jestem w kuźni.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców