O błędach, których nie popełniają bogaci ludzie

W Polityce online pojawił się zestaw 9 slajdów pt. „9 błędów, których nie popełniają ludzie bogaci”. Po pierwsze, nie idźcie tą drogą, niepodpisany stażysto i psie Guciu. Ostatnia rzecz, jaką chcę oglądać na polityka.pl są slajdy. Po drugie, #jezujezunieczyt.

Przyjrzyjmy się błędom, których nie popełniają ludzie bogaci.

Bogaci ludzie nie zapominają o inwestowaniu w siebie. Rozumieją, jak ważne są: podnoszenie swoich kwalifikacji i zdobywanie certyfikatów. Są w stanie poświęcić swój czas na edukację dla przyszłych korzyści finansowych.

Żeby inwestować w siebie, trzeba mieć coś do inwestowania. Jeśli założymy, że przeciwieństwem bogatego człowieka jest człowiek niebogaty, powiedzmy – średniak, mediana zarobków w roku 2015 wynosiła 3291,56 zł brutto, co przekłada się na 2359 zł netto. Dominanta, czyli najczęstsza pensja to 2469 zł brutto, czyli poniżej 1800 netto. Z tych pieniędzy trzeba się utrzymać, kupić ubrania, być może wynająć mieszkanie lub pokój, czasami wybrać się do lekarza nierefundowanego przez NFZ. Stażysta beztrosko pisze, że bogaci są w stanie „poświęcić swój czas”. To nie czas jest tu największym ograniczeniem, chociaż średnia ilość czasu spędzanego przez Polaka w pracy to 40-42.5 godziny tygodniowo. Trudno mi sobie wyobrazić osoby, inwestujące w siebie czas i pieniądze zarobione na pełnym etacie z nadgodzinami i zaoszczędzone z 1800 zł netto. Być może dotyczy to wyłącznie osób mieszkających nadal z rodzicami.

Bogaci ludzie nie zapominają odkładać na przyszłość. Nie żyją tylko dniem dzisiejszym. Zastanawiają się raczej, co będzie im potrzebne jutro. I zabezpieczają te potrzeby już dziś.

W międzyczasie zainwestowaliśmy część pensji wynoszącej mniej niż 600 euro w siebie. Spędziliśmy na nauce czas i wydaliśmy piniondz na certyfikaty. Teraz dowiadujemy się, że należy odkładać na przyszłość. CO może odkładać na przyszłość inwestująca w siebie osoba, próbująca się utrzymać z pensji wynoszącej 1800 zł netto minus kwota zainwestowana?

Bogaci ludzie nie wybierają najtańszych opcji. Co jest lepsze: wydać 250 zł raz na dwa miesiące czy 1 tys. zł raz na rok? Bogaci ludzie wolą wydać raz, a więcej, by nie musieć wydawać mniej, ale częściej. W ten sposób sporo oszczędzają.

To dobra porada, pominąwszy fakt, że w międzyczasie zainwestowaliśmy w siebie i odłożyliśmy coś na przyszłość. Załóżmy, że owa przyszłość to właśnie ten tysiąc złotych raz na rok. Biedny traci dwa razy, to wiadomo od dawna i przetestowałem na sobie. Powiedzmy więc, że ta rada nie jest bardzo głupia, samotna matka z trojgiem dzieci dostanie podwójne 500+, może coś z tego wyjdzie. Nie wiem jednak, czy się z tego powodu dramatycznie wzbogaci i będzie mogła nie popełniać błędów takich, jak nieinwestowanie w certyfikaty.

Bogaci ludzie nie żyją ponad stan. Mogą wydawać mnóstwo pieniędzy na restauracje, kiedy mają akurat nadwyżkę finansową. Ale kiedy mają spadki dochodów, to ograniczają swoje wydatki, aby znów mieć nadwyżki.

Lekki facepalm. Kiedy nasz ojczym okradł moją mamę, narobił długów i znikł, pozostawiając mamę z trójką dzieci, w tym niemowlęciem oraz telefonami od dłużników, zdecydowanie nie żyliśmy ponad stan. Mama wyprzedawała biżuterię, pozbyła się kuchenki mikrofalowej, bo coś trzeba było żyć, a ja miałem lat czternaście, kończyłem podstawówkę i nie za bardzo mogłem iść do pracy. Jestem mocno przekonany, że nie mieliśmy żadnych nadwyżek finansowych, które moglibyśmy wydawać na restauracje, wliczając w to bary mleczne.

Bogaci ludzie nie mają sekretów finansowych przed członkami swojej rodziny. Pieniądze to temat otwartej rozmowy. Nie ukrywają zakupów przed współmałżonkami. Rozmawiają o tym, bo wiedzą, że wydają wspólne pieniądze, a nie należące tylko do jednej czy drugiej osoby.

Niespecjalnie rozumiem, czemu ta porada miałaby dotyczyć tylko ludzi bogatych. Ludzie biedni raczej też nie mają sekretów finansowych, chyba, że są np. alkoholikami, ale bogatych alkoholizm też nie omija. Czasami zamiast picia wódki jak zwierzęta bogaci inwestują w kokainę, ale też nie jestem pewien, czy chwalą się tym rodzinie.

Bogaci ludzie nie komplikują swojej rzeczywistości. Począwszy od swojego portfela finansowego i zawartych w nim inwestycji, aż po sprawy takie jak urządzenie domu, bogaci ludzie najbardziej cenią najwyższą jakość w połączeniu z największą prostotą.

Jeeezuuuuu ratuj mnie i kraj, w którym istnieje założenie, że ludzie niebogaci posiadają „portfel finansowy i zawarte w nim inwestycje” oraz urządzają dom za pomocą „najwyższej jakości w połączeniu z najwyższą prostotą”. To znaczy prostota być może rzeczywiście, ponieważ jeśli kogoś nie stać na zakup rzeźby nowoczesnej za 10 tysięcy złotych, to takowej nie posiada. Co wpływa dodatnio na najwyższość prostoty.

Bogaci ludzie nie ignorują sprawozdań finansowych. Przeglądanie wyciągów bankowych, planowanie wydatków, analizowanie wpływów zarówno firmowych, jak i domowych… to wszystko wchodzi im w nawyk.

Podoba mi się założenie, że bogaci ludzie co do jednego posiadają firmy i analizują wpływy. Oczyma duszy widzę moją mamę, sprzedającą mikrofalę, aby kupić chleb, jak siedzi na kanapie i czyta Financial Times, aby dowiedzieć się, jak najlepiej zaplanować wydatki. Taki nawyk.

Bogaci ludzie nie zapominają o swoich pasjach. Praca to dla nich tylko praca, jednak kiedy wykonywana jest z pasją, to przestaje wymagać aż tak wielkiego wysiłku i przynosi więcej zysków finansowych.

O tak, praca na kasie w Biedronce, nocnego stróża pilnującego budynku lub urzędniczki, przez cały dzień przekładającej papiery to zdecydowanie coś, co można wykonywać z pasją, dzięki której wzrastają dramatycznie zyski finansowe. Być może chodzi o to, że jeśli nocny stróż pracuje na półtora etatu, aby zaspokoić swą pasję stróżowania, to zarobi więcej. Z tym muszę się zgodzić.

Bogaci nie pozwalają, aby pieniądze przysłoniły im inne ważne wartości. Dzięki zarabianym pieniądzom mają więcej możliwości do realizacji swoich marzeń. Skupiając uwagę na zarabianiu, nie zapominają o rodzinie i własnym zdrowiu. Wiedzą, że tych wartości nie da się kupić za żadne pieniądze.

Ilu procent emerytów nie stać na wykupienie lekarstw? Pierwszy link, jaki znalazłem (w międzyczasie na guglu zaroiło się od opowieści o tym, że PiS wprowadzi darmowe leki dla seniorów) to niestety Super Express, który twierdzi, że w grudniu 2015 na medykamenty nie było stać jednej trzeciej emerytów. Zapewne dlatego, że wszystko wydali na realizację swoich pasji i marzeń, zapominając o portfelu finansowym i zawartych w nim inwestycjach. Samotne matki z trójką dzieci oddają się zaś kupowaniu najwyższej jakości… bo ja wiem… telewizorów, smartfonów, mieszkań za gotówkę, sztuki nowoczesnej – nie zapominając jednak o największej prostocie.

Na szczęście był to ostatni błąd niepopełniany przez ludzi bogatych. Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że w części ubogich gospodarstw domowych na ścianie wisi plazma, a w kieszeni cyka ajfon. Dzięki slajdom Polityki wiem, że ludzie ci są już w połowie drogi do bogactwa, albowiem inwestują w najwyższą jakość, nie zapominając o największej prostocie, jednak zamiast inwestować w certyfikaty i oddawać się przeglądaniu swoich inwestycji grzecznie płacą kredyty, dopóki nie stracą pasjonującej pracy nocnego stróża, nie zostaną postawieni przed wyborem „umowa o dzieło albo won pętaku”, dziecko nie wróci ze szkoły z dziurawym butem (rzecz jasna najwyższej jakości, ale i buty za 1000 zł kiedyś się rozpadają – według stażysty Polityki raz na rok).

The Atlantic rozkosznie zastanawia się, jak to może być, że dzieci bogatych rodziców nieźle radzą sobie w życiu:

So what exactly is it about being raised by a wealthy family that improves economic outcomes? A closer look at the data yielded possible answers, but none of them were conclusive. The researchers’ best guess was that, surprisingly, it had little to do with teaching kids how to buy and sell stocks, putting kids in touch with useful professional contacts, or paying tuition to send them to private schools. Instead, what might matter a lot is that wealthier children develop a tendency to save money. Or, the researchers say, it could be even simpler: Richer parents gift their children with more money (and less debt).

Czytamy sobie o dzieciach, kupujących i sprzedających akcje i nawiązujących użyteczne zawodowo kontakty, gdy nagle WTEM!!!! Bogaci rodzice dają dzieciom więcej pieniędzy niż niebogaci! To niezwykłe odkrycie z pewnością jest owocem pracy wielu zespołów amerykańskich naukowców. Aby założyć startup, trzeba mieć jakieś pieniądze, nawet jeśli pracujemy z pasji (co – jak mniemam – w startupach zdarza się częściej, niż w urzędach). Tyle, że 90% startupów upada, zanim zdąży się podnieść z ziemi. Dzieci bogatych rodziców zwyczajnie dzwonią do tatusia i mamusi i mówią: niestety moja hodowla lam nie odniosła sukcesu, a rodzice odpowiadają: nie martw się kochanie, tatuś przeleje ci na konto 100k złotych, załóż hodowlę aligatorów. Oczywiście istnieją wyjątki – znana mi biznesłumen nie daje swojemu synowi NIC, ponieważ syn wybrał pracę, której mama nie akceptuje. Jest gotowa opłacić mu założenie startupu, ale chłopak kompletnie nie posiada do tego ani talentu, ani pasji. Nie zmienia to faktu, iż biedni rodzice nie przeleją dziecku na konto stu tysięcy złotych na kolejny startup, a znalezienie inwestorów zainteresowanych opłaceniem hodowli aligatorów może być niełatwe.

W Polsce teoretycznie istnieje coś takiego, jak darmowa edukacja. Ale there’s no such thing as a free lunch, bo na uczelnię trzeba dojechać (a czasami znaleźć miejsce do zamieszkania), zaopatrzyć się w podręczniki, zeszyty i inne przydatne narzędzia, czasami coś jeść, np. chińskie zupki i stary chleb z keczupem, często kupić laptopa o prędkości zapewniającej, że np. program nie będzie się kompilować przez cały weekend. Mówię to z pozycji osoby, która nie dostawała od mamy żadnych pieniędzy, pominąwszy te niezbędne – na podręczniki, odzież, jedzenie. Moja znajoma ze studiów w prezencie ślubnym otrzymała mieszkanie, zakupione za gotówkę. Jakiś czas zajęło mi przeżucie faktu, że absolutnie nie grozi mi otrzymanie czegokolwiek, wyjąwszy może bardzo smaczny obiad. Moje pierwsze zarobki, w roku 1999 wyniosły 600 zł pod stołem, z której to kwoty oddawałem mamie 350. Muszę przyznać, że pozostałych mi 250 zł nie inwestowałem w siebie, nie stworzyłem portfela finansowego, nie kupowałem i nie sprzedawałem akcji. W moim pokoju panowała prostota, aczkolwiek nie posunąłbym się do określenia „najwyższa jakość”, zważywszy na to, że półki z książkami wisiały nad kanapą, na której spałem i wyginały się pod ciężarem. Dzięki czemu każdego wieczora towarzyszył mi dreszczyk podekscytowania związanego z myślą, że półka spadnie mi na głowę i zabije na miejscu.

Gdybym to ja dostał zadanie stworzenia slajdów na temat błędów, których nie popełniają ludzie bogaci, galeria składałaby się z jednego zdjęcia i podpisu „ludzie bogaci nie popełniają błędu, jakim jest urodzenie się w biednej rodzinie”.

Zdjęcie: przyszły bogacz rozważa swój portfel finansowy i niezbędne inwestycje w siebie. (Wayne S. Grazio, „Homemade Outdoor Kitchen”, CC 2.0)

  • Ten artykułoid to kwintesencja polskiego myślenia o pieniądzach. „Bogaci są bogaci, bo są bogaci, przestań narzekać i zacznij być bogaty, pętaku.”

    • Grant Thorsson

      Ale – doceń, że nie pojawił się wyraz „kołcz”.

      • Nigdy za wiele o tej szajce. ogniem i żelazem!

        • Chcę być kołczem jak dorosnę, wzbogacę się zapewne nieprzytomnie, hyhy 😛
          A poważnie, to pokłaniam w podzięce, bo ja bym nie umiała napisać takiego długiego tekstu na tak drażliwy temat bez użycia słów uważanych za obraźliwe 🙂

  • Myślę, że trochę nie zrozumiałeś, do kogo tak naprawdę to jest kierowane. Bynajmniej nie do ludzi biednych, którzy walczą o przetrwanie. Odbiorcą tych slajdów ma być klasa średnia. Ci, których stać na odłożenie pieniędzy, uczenie się, założenie portfela inwestycyjnego, ale którzy o tym nigdy nie pomyśleli i wyrzucają sporą zarabianą kasę na chwilowe zachcianki. To jest adresowane do ludzi, którzy nie mają własnego domu, ale wynajmują wygodne mieszkanie w nowym budownictwie, jedzą wyłącznie rzeczy bio- i organic oraz kupują nowy samochód co trzy lata, bo przecież z takim starym nie wypada się pokazywać na daczy u kolegów z kubika obok. A jednocześnie mają za złe światu, że nie stać ich na wakacje na Malediwach co lato i samochód wyższej klasy.
    Dla takich ludzi to są całkiem rozsądne rady. Bardzo spłycone i w sumie można by je streścić do „nie żyj ponad stan, idioto i zacznij oszczędzać”, ale generalnie sensowne.

    • Karolina

      Może i te rady skierowane są do klasy średniej, ale przez porównywanie wszystkiego do owych mitycznych „bogatych ludzi” (bo rzeczywistość chyba najwybitniej ilustruje niedawna afera „Panama Papers”), czyta się ten tekst jak bajkę.

  • Agnieszka

    Poza punktem trzecim, w którym zawartą myśl z o wiele większym wdziękiem przedstawił sir Terry Pratchett jako Vimesa teorię obuwniczej niesprawiedliwości społecznej (no, ale do tego trzeba być sir Terrym Pratchettem), cała reszta jest niezależna od zawartości portfela – można rozwijać się w bibliotece osiedlowej (aczkolwiek tam nie dają certyfikatów, o zgrozo! cóż to za rozwój bez certyfikatu…), można zarabiać dużo i w czasie wolnym (albo i nie) dłubać w nosie przed telewizorem, podczas reklam zastanawiając się, jak ukryć wysokość przychodów przed żoną, żeby zołza nie zabrała za dużo po rozwodzie. Doprawdy, zastanawiam się, w jakim świecie żyje autor artykułu – serio wszyscy bogaci są kreatywni, pracowici, uczciwi, przewidujący, myślący perspektywicznie (albo w o ogóle…), stale się rozwijają, zarówno zawodowo jak i prywatnie, i dbają o rodzinę?

    • poziomka

      Fajny stand-up.

  • Wydaje mi się, że trochę znęcasz się nad jakimś biednym stażystą, który dostał zadanie wyobrażenia sobie, jak to jest być bogatym. No i wyobraził sobie najlepiej jak tylko potrafił…

    • Tym niemniej publikuje to Polityka, a nie ów stażysta na swoim blogasku… i to już jest trochę słabe.

    • i_am_keyser_soze

      Sekunda w Google wskazała mi źródło wyobraźni tego stażysty. Btw. co za upadek Polityki.

      • Chyba widziałem te porady na BusinessInsider. Choć pewnie i to nie jest źródło.
        Niemniej porady całkiem sensowne, tylko źle zatytułowane. Zdobywając certyfikaty na pewno nie staniesz się bogaty jak Donald Trump (czy on ma jakikolwiek certyfikat?). Ale do pełznięcia w górę klasy średniej (zamiast osuwania się w dół) może się przydać.

  • Przypomniałam sobie inflację i wymianę pieniędzy 🙂 W 1989 na pierwszym stanowisku zarabiałam 200 tys zł, po kilku latach w kolejnej już 4mln. Inwestując nadwyżki, poszłam na prywatne studia, które po 2 latach sumiennego płacenia przestały istnieć. Do reszty – mnie telepie – sama widzę ile dostaje przyjaciólka – starszy sekretarz sądowy z licencjatem, dwójka dzieci – 2300 na rękę. Wszystkie wakacje z kasy zapomogowej. Itp., Itd., gdzie się nie obrócisz.

  • Dzieki za ten wpis.
    Tez mnie podobne pseudoartykuly doprowadzaja do pasji. Syty glodnego nie zrozumie, a przepasc ciagle sie powieksza.
    Czemus biedny? Sam sobie jestes winien, bo glupi jestes. Czemus glupi? A bo trzeba bylo sie urodzic bogatym…
    Bogaci oczywiscie mysla, ze wszystko zawdzeczaja sobie i swojej ciezkiej pracy. Tia…

    • Szkoda tylko że bogaci in spe też w to wierzą. A może przede wszystkim oni.

      • Myslę, że autentycznie bogatym utrzymywanie rzesz w naiwnej wierze w SUKCE$$ jest bardzo na rękę. Dopóki się aspiruje, nie chwyta się cegły w dłoń.

        • Czasem mam wrażenie, że to taki syndrom sztokholmski… Ktoś dostał w dupę od systemu, ale i tak go broni własną piersią. Albo forma wyparcia? Przyznać „jestem biedny i nigdy nie będę bogaty” to porażka. Lepiej zamiast tego wierzyć, że jeszcze się będzie bogatym, a wszyscy pozostali, którzy nie są, widocznie nie zasłużyli…

          • tesska:
            tak, latwiej wyprzec i wlasnie dlatego zawsze znajdzie sie wiekszosc golodupcow, ktorzy beda popierac podobne pierdolety. I to jest smutne 🙁

          • Ech, aż mi się przypomina mój eks, twardo upierający się, że bogaci powinni płacić takie same podatki jak biedni, bo inaczej są okradani. Kij, że mieszkał z mamusią w wieku trzydziestu lat i nic nie zanosiło na zmianę…

  • Markéta Štrajtová

    Co jest lepsze: wydać 250 zł raz na dwa miesiące czy 1 tys. zł raz na rok?

    Często spotykam się z tego typu usprawiedliwianiem kupowania droższych rzeczy. Tak serio te 250 zł też byłoby na rok, ale ludziom chyba wstyd, że lubią od czasu do czasu popuścić pasa. Może to i klasa uwiera, głupio przed resztą społeczeństwa, więc trzeba się tłumaczyć?

    • @Markéta Štrajtová

      To też nie do końca tak. Zdarzają się rzeczy dobre i tanie, ale w dzisiejszych czasach chyba łatwiej o drogi i przepłacony chłam niż o sensowną rzecz za sensowną cenę. Dlatego w pewnych kategoriach rzeczy (np. ubrania, buty, AGD, ale to też zależy od firmy) lepiej jest czasem zapłacić więcej za coś, co podziała sensowną ilość czasu niż np. kupić pralkę na której serwisowanie wyda się więcej niż na sam zakup. Lub będzie stała nieczynna bo naprawy gwarancyjne mają naprawdę niski priorytet.

      Ale uogólnianie tego na wszystkie rzeczy jest zdecydowanym nadużyciem.

    • Ja bym powiedział, że tu jest problem z „asymetrią informacji”. Tak, lepiej kupić droższe i niech dłużej potrzyma, ale zwykle klient nie ma zielonego pojęcia na temat trwałości produktu. I często nie ma go skąd wziąć. Nie wie więc, czy dokładając pieniądze przepłaca, czy też kupuje na lata.

    • Kiedyś kupiłam dziecku tani plecak do szkoły w supermarkecie. Po dwóch tygodniach kupowałam następny, tym razem drogi, który wytrzymał dużo dłużej.

  • Duża część Twojego komentarza mocno mnie wkurza. To nie jest tak, że nie mamy z czego oszczędzać. Nie możemy jedynie oszczędzać takich samych kwot. Osoba bogata odłoży 5000 miesiecznie. Ja mogę 50 zł. Ale uczy mnie to systematyczności, a poza tym w perspektywie czasu robi się z tego przyzwoita kwota, którą mogę przeznaczyć właśnie na ciekaw książki.
    Poza tym biedni mają tendencje do bycia… bardziej biedny.

    Ostatnio w sklepie spotkałem się z sytuacją:
    K: Po proszę paczkę fajek, a jak starczy to chleb.

    To są osoby, które później narzekają, że nie mają kasy.

    Co do sprawozdań finansowych – a próbowałeś budżetu domowego?

    • „Biedni maja tendencję do bycia…bardziej biednymi” – jasne. Przecież to nie tak, że po rozdysponowaniu głodowej pensji na czynsz, jedzenie, rachunek za prąd u gaz i jakieś najtańsze żarcie z dyskontu nie zostaje im nic. Zostaje im , ale ONI MAJA TENDENCJĘ.
      Idź pan na drzewo.

    • „Ja mogę 50 zł” – a teraz wyobraź sobie, że zarabiasz 500 zł mniej. I co, ile odłożysz?

      • Jeśli zarabiasz 500 zł miesięcznie to coś jest z Tobą nie tak od strony zawodowej. Chyba, że masz wyłącznie rentę i nie jesteś zdolna do pracy.

        W każdym innym przypadku praca za 500 zł to Twój wybór. U siebie na blogu regularnie publikuje różnego rodzaju przećwiczone pomysły na zarobienie takiej kwoty w kilka dni.

        • 1) Kto powiedział, że mówimy o mnie?
          2) Och, blog zmieniający świat, że też nie słyszałam o nim wcześniej! <3 A masz radę, żeby zamiast pracować na kasie, założyć własną Biedronkę?

        • Grant Thorsson

          Aż poleciałem sprawdzić, 500 zł zawsze się przyda, WTEM:

          Nothing Found

          It seems we can’t find what you’re looking for. Perhaps searching can help.

          Może to jest jakiś dowcip konceptualny, którego nie rozumiem…

          Może zechcesz nam wytłumaczyć, kto by Ci kroił ser w sklepie, gdyby wszyscy zostali dyrektorami. Albo co mają robić osoby z małych miejscowości lub wsi. (Wyjechać do Warszawy i #zauszyćstartup?)

          Z drugiej strony zapewne Twój blog stanowi odpowiedź: nothing found.

          • Zgooglałam po nazwisku i pierwsza rada, na jaką trafiłam na twitterze, brzmiała „Zostań blogerem” 😀 Ray, przyznaj się, dostajesz pięć stów za kilka dni notek? 😉

          • Grant Thorsson

            Niestety nie. #jakibłądpopełniam

          • Mój blog to http://www.geekwork.pl i na niego zapraszam 🙂 Artykuł o którym mówiłem:
            http://www.geekwork.pl/29-sposobow-na-zarobienie-dodatkowych-pieniedzy/.

            A jeśli chodzi o moje doświadczenie zawodowe to pracowałem zarówno jako manager w dużej korporacji, aktualnie prowadzę swoją firmę, a po drodze pracowałem w zakładzie produkującym szafki medyczne, w call center, na kasie w Macu jak i w kilku innych bardzo dziwnych miejscach.

            Słabe zarobki są tylko i wyłącznie winą ludzi, którzy się na nie godzą.

            System jest poprany – ale jest popyt jest podaż. Jeśli ludzie nie zgodzili by się na prace za 500 zł to pracodawcy zaczeliby więcej płacić…

          • Ray, ja nie wiem, skąd to wytrzasnąłeś, ale trzeba pilnować, żeby nie uciekło, aż zalejemy formaliną i postawimy w Sèvres jako wzorzec korwinisty.

          • Grant Thorsson

            To nie ja, samo przypełzło 😀

          • Grant Thorsson

            Ale popatrz, jak się spełniają jego marzenia:
            http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,35636,20274665,mlodym-nie-chce-sie-pracowac-potrzebujemy-80-pracownikow.html

            „Odnosimy wrażenie, że młodym ludziom nie chce się pracować – mówi pracowniczka hotelu Bartan w Gdańsku-Sobieszewie, w którym poszukiwane są pokojówki i kelnerki lub kelnerzy. – Mało kto się zgłasza, a jak już kogoś zatrudniamy, to okazuje się, że taka osoba nie jest w stanie podołać obowiązkom, jest jej ciężko, szybko rezygnuje.”

            No i idą wszyscy #zauszyćstartupy, olewając ciepłym moczem umowy na dzieło bez ubezpieczenia.

          • Musi Twój zwierzęcy magnetyzm!

          • Widziałam i świętowałam 🙂 Oczywiście #januszebiznesu oburzeni, że jak to, przyszło 500+ i nikomu nie chce się zapierdalać za piątkę za godzinę?! Czekam, kiedy wpadną na to, że pyskowanie w internetach o bezczelnych i roszczeniowych pracownikach nie sprawi, że ustawią się do nich kolejki.

    • marchakmichal:
      oh czyzby? Proponuje eksperyment w swiecie realnym: dostajesz 1300 PLN i masz za to sie utrzymac przez co namniej pol roku. SAM. Nie, ze jakies mieszkanie u mamusi albo z bogata dziewczyna czy ze ktos ci oplaca czynsz albo pozycza samochod. Nie. Wynajem na rynku, samodzielny dojazd do pracy, oplacenie rachunkow, samodzielnie kupowanie zarcia.
      Zgos sie po pol roku i policzymy ile oszczedziles, bo odnosze wrazenie ze mowisz o czyms, o czym nie masz zielonego pojecia.

      HINT: przy takich zarobkach nawet jesli jakims cudem cos ci sie uda zaoszczedzic, pojdzie to wszystko na sytuacje typu emergency (np. dentyste bo zab sie zlamal, na przyklad na naprawe pralki bo stara sie rozleciala etc.).

      • Pewnie Ci odpisze, że jeśli dostajesz 1300 zł, to Twój wybór i zostań dyrektorem Biedronki 😉

      • Oczywistym jest, że nie da się przeżyć za 1300 zł przez pół roku. Tylko dlaczego miałbym za tyle żyć? Mogę iść zbierać złom, pracować przez internet albo robić tysiąc innych rzeczy. Uczyć się, ponosić kwalifikacje zamiast marudzić że państwo płaci mi zasiłku 1300 na półroku. Nie bądź leniem rusz dupę.

  • Smęcisz. Skoro praca na kasie w Biedronce Ci nie pasuje, to ją zmień.
    I nie pisz, że się nie da. Bo da się. No chyba, że nie podnosiłeś swoich kwalifikacji 🙂

    • Grant Thorsson

      „Skoro praca na kasie w Biedronce Ci nie pasuje, to ją zmień” …i zostań dyrektorem dużej firmy!

      • Zostań dyrektorem Biedronki!

        • i_am_keyser_soze

          Załóż Biedronkę!

          • Grant Thorsson

            Weszkę…

          • #zauszBiedronkę moim nowym ulubionym hasłem <3

    • Andy:
      da sie, da. Na prace na przyklad w centrum logistycznym Amazonu. Gdzie podwyzke zjedza ci dojazdy i gdzie sra sie na czas. A na podnoszenie kwalifikacji to oprocz pieniedzy trzeba miec czas. Na przyklad ten miedzy 22.00, kiedy sie juz dotrze do domu, a 6 rano, kiedy sie wstaje, zeby zdazyc do pracy na 8.00.

      Znow zaproponuje eksperyment z zycia realnego: dostajesz w reke resume pani, ktora siedzi na kasie w Biedronce i idziesz szukac pracy. Daj znac za 3 miesiace, co znalazles i jak sobie kwalifikacje podniosles, ok?

      • Musisz być bardzo smutny i zgnuśniałym człowiekiem w swoim życiu.

  • Aurelion
  • Machnę nowy wątek, bo koszmarnie się te wąskie kolumny czyta 😉 Nie wiem, czy widziałeś, że jest afera w hipsterskiej wegańskiej burgerowni (chyba w Warszawie) – pracownicy założyli związek zawodowy, następnego dnia posypały się zwolnienia. A szefostwo wielce zdziwione, że jak to, to lewicowi weganie nie chcą jeść w miejscu, w którym pracowników traktuje się jak śmieci? Swoją drogą nie wiem, co mnie bardziej urzeka – że ich radzenie sobie z kryzysem mogłoby robić za modelowy model tego, jak nie powinno to wyglądać, czy że paru fanów „wolnego rynku” daje sobie rękę (niewidzialną, zapewne) odciąć, że firma nijak nie odczuje takiego potraktowania pracowników, bo ich firma, ich prawo, jak pracownicy się stawiają, to niech spierdalają, a w miejsce lewicowej wegańskiej klienteli z pewnością znajdzie się odpowiednio prawilna. Totalnie widzę tę prawilną ekipę na wegańskich burgerach z ciecierzycy <3