O otwartych związkach

Pewna stacja telewizyjna chciała kiedyś nakręcić program o Zbrojmistrzu i o mnie — a konkretnie o naszym związku. Odmówiliśmy z różnych powodów, ale temat wydaje mi się interesujący — bo związki otwarte są inne, niż zamknięte, ale nie do końca w taki sposób, jak się być może wydaje.

Przede wszystkim, związków otwartych jest tak na oko 1848 rodzajów (risercz ziemkiewiczowski na próbce złożonej ze mnie i mego psa Gucia), więc gotów jestem wypowiadać się tylko na swój temat. Mój związek wyróżnia się kilkoma rzeczami, które powodują, że jest dla obu stron akceptowalny. Przede wszystkim pełną szczerością — jeśli coś się dzieje, druga strona o tym wie. Osobiście preferuję metodę mówienia 1) w cztery oczy (nie przez telefon, SMS, etc.) oraz 2) po fakcie — ponieważ wiele razy spotkania nie dochodzą do skutku, a ja nie wymagam od Zbrojmistrza, żeby pamiętał, z kim byłem umówiony 17 lipca o godzinie 16, a potem 19 lipca o 20, a potem 21 o 14, bo pierwsze dwa spotkania się nie wydarzyły.

W naszym ujęciu związku otwartego istnieje pojęcie zdrady i jest nim ukrywanie przed sobą spotkań i innych rzeczy. Jeśli ja lub Zbrojmistrz zechcemy się z kimś wymasować, to prędzej czy później dojdzie to do skutku i nie będzie problemu, natomiast jeśli z jakiegoś powodu jeden z nas nie chce, żeby drugi o tym wiedział, to warto się przyjrzeć temu powodowi i zastanowić, czy na pewno aby umawiam się na niezobowiązujący seks, czy też na przykład idziemy na romantyczną randkę z kinem i restauracją, udając przed wszystkimi zainteresowanymi, że „och, to tylko mój kumpel John”. Skoro o tym mowa, John również zostaje z góry poinformowany, że mam partnera i nie mam planów tego zmieniać.

Dla mnie osobiście liczy się też dobór nowych znajomych. Nina napisała:

Seks może oznaczać emocjonalne otwarcie na drugiego człowieka tylko wtedy, gdy zachodzi pod obecność Uczuć. Poza tym – nie licz na czułość, ciepło, atmosferę intymności i zaufania. Do tej gry przystępuje się jak do pokera. Z zamkniętą twarzą, z kartami przy sobie. Ściągamy ubrania, bierzemy się do dzieła, w międzyczasie rozmawiając o rzeczach emocjonalnie obojętnych. A potem szast, prast i do domu. Szczere westchnienie “Och, jak mi dobrze” spotyka się z uniesieniem brwi. Zbędne czułości są zbędne. Tutaj przeczytałam taki passus: “Tak, łatwiej mi się z kimś przespać, niż zjeść z nim później śniadanie.”

U mnie podobieństwo jest głównie takie, że nie umiem usnąć obok osoby, której nie znam, więc nigdy nie spędzam nocy w obcym łóżku (tudzież obcy nie spędza nocy w moim). Ułatwia to fakt, że Amsterdam jest wielkości chomika dżungarskiego i posiadanie roweru oznacza, że WSZĘDZIE da się dojechać w skończonym czasie. Ale otwieram się na partnerów emocjonalnie, na tyle, na ile jest to bezpieczne i nie sięga stopnia, po którym głupio byłoby mi przyznać się Zbrojmistrzowi do tego, co zaszło. Bo ja, widzicie, nauczyłem się czegoś przez te lata i uprawiam seks wyłącznie z ludźmi, których lubię. Naprawdę lubię, a nie „lubię cię, Zdzisiu, fajny z ciebie kolo, wpadnij kiedyś, tylko daj znać, żebym na pewno był w domu”. Dlaczego miałbym swoją obecnością cielesną i duchową robić, excusez le mot, dobrze osobom, których nie lubię?

Znowu Nina:

Mówimy o niezobowiązującej relacji łóżkowej, czy tak? No więc dla mnie nieodzownym podłożem takowej są wzajemna sympatia i koleżeństwo. A zatem zaufanie. A zatem pewna, być może nie bezkresna, ale jednak – bliskość.

Zupełnie się nie odnajduję w świecie zimnych jak szkło relacji o transakcyjnym zapaszku. Chłód, rezerwa, twarz pokerzysty po – mnie dobijają. Jeśli nie czułabym do kogoś dość sympatii, by zjeść z nim śniadanie, tym bardziej nie zdjęłabym przy nim majtek.

No więc ja też, ale jest mi z tym doskonale. Zdaję sobie sprawę, że tracę wiele „okazji”, ale szczerze mówiąc okazje te wzbudzają we mnie co najwyżej niesmak. Osoba, z którą idę do łóżka, to osoba, która podczas mojego pobytu w szpitalu dopytuje się o moje zdrowie; potrafi przyjść z kwiatami; po zakończeniu aktu leży obok mnie przez godzinę i rozmawia o różnych sprawach. Na początku mojej kariety sluty pospolitej zdarzało mi się sypiać z byle kim i odkryłem, że czuję się — jak to w znanej kliszy — pusty i zużyty takim traktowaniem samego siebie i swoich partnerów. Są tacy, którym wszystko jedno, jak się okazuje, ja do nich nie należę. Toteż napotkanie osoby, z którą mi dobrze powoduje u mnie chęć spotykania się z nią częściej.

Aby odkryć, jak naprawdę przedstawiają się moje upodobania w doborze partnerów potrzebowałem praktyki. W rezultacie tej praktyki mam aktualnie w swoim życiu, oprócz Zbrojmistrza, jednego regularnie dochodzącego, jednego nieregularnie i jednego potencjalnego. Pozostali odpadli na różnych etapach i z różnych powodów — nie byli wystarczająco sympatyczni, zainteresowani, interesujący. Jeden odpadł, bo jest uzależniony od narkotyków, a ja ten film już raz oglądałem i mi się nie podobał. Dochodzący regularnie jest nauczycielem, biseksualistą, generalnie to planuje się ożenić i mieć dzieci, ale na razie kandydatka się nie nawinęła, więc figluje sobie tu i tam. Jeśli znajdzie sobie dziewczynę, czego mu serdecznie życzę, odkleję się od niego z pewnym żalem, bo jest bardzo w moim typie, ale bez większego trudu.

Nie uprawiam poliamorii. Być może kiedyś zacznę, ale będzie to raczej wbrew moim życzeniom — dwuosobowy związek potrafi dostarczyć wystarczającej ilości problemów, zwłaszcza, jeśli jedną z tych osób jestem ja 😉 Poliamoria jednak jako koncept nie jest tym, czego sam bym sobie życzył i jeśli będę mieć na to wpływ — a nie do końca wierzę, że zakochiwanie to coś, na co mamy wpływ — to będę jej unikać.

Zdjęcie: Care2


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców