O pochwale ludzi prostych

Chciałem te tytuł jakoś ładnie wystylizować, ale zdolności mam ku temu jak biskup ku rozmnażaniu, tzn. z pewnością istnieją nieliczne różowe żaby, które marzą o karierze baletnicy, ale nie chwalą się kolegom i koleżankom… w każdym razie, darowałem sobie, bo i tak jest niezły, prawda? A zaraz dowalę na odlew i powiem, że chodzi mi o Josa. Zaręczam, że nie sugeruję, iż jest on biskupem.

Jos jest natomiast człowiekiem prostym. Jest to rzecz, która trzyma nasz związek w kupie tak mniej więcej od drugiej randki, kiedy mu powiedziałem, że nie chcę związku, nie chcę chłopaka i w ogóle nie chcę niczego innego, niż niezobowiązujące spotkania na masaż. Moje słowa były wynikiem wielu długich i intelektualnych przemyśleń, a konkretnie tego, że z Szacownym Eks-Małżonkiem byłem ponad dwa lata, z Wikingiem szesnaście miesięcy, z DJem sześć i uznałem, że krzywa wskazuje jednoznacznie, jak świetnie nadaję się do związków. Tak, z wykształcenia jestem magistrem inżynierem matematykiem. Nie, nie uczą nas, jak sobie dobierać partnerów. Jos zaś usłyszał od mamy lata wcześniej, że jeśli możesz mieć coś, albo nic, to milej mieć coś, niż nic. Kierując się tą filozofią życiową zaczął się ze mną spotykać, spokojnie, acz nieświadomie zaczekał, aż zacznę się gotować na małym ogniu, a teraz jesteśmy blisko pięć miesięcy po ślubie, z czego jasno widać, na co się moje przemyślenia zdały.

Potrafię przeintelektualizować wszystko, dowodem czego będzie następna notka. Stopień skomplikowania mojego mózgu jest bardzo wysoki, inteligencja na poziomie niższej MENSA (miałem kiedyś robić test, ale należy go robić w języku ojczystym, kazano mi być w Poznaniu w konkretnie określonym dniu i mi się nie chciało) i to bardzo fajna rzecz, kiedy trzeba pisać książkę o Islandii – aktualnie zawieszona, ale mało brakowało, a cała reszta mojego życia też by była zawieszona, więc chwilowo się akurat tym nie trapię. Skomplikowanie i inteligencja przydają się natomiast psu na dupę, kiedy chodzi o uczucia, a zdecydowanie szkodzą, kiedy mamy w głowie dwubiegunówkę. Ponieważ nie dość, że popełniamy decyzje, które mają potencjalnie wieloletnie konsekwencje, ale jeszcze nam się wydaje, że skoro jesteśmy Bardzo Mądrzy, to te decyzje też. A wysokie IQ połączone z hipomanią oznacza, że jeśli gwiazdy ułożą się pomyślnie, w kwadrans wytłumaczę ci, że CHCESZ sprzedać dom i zainwestować pieniądze w mój biznes rozmnażania żab-baletnic. Tym oto sposobem udało mi się przejść przez półroczną hipomanię ze wszystkimi kwiatkami z podręcznika, nie wzbudzając podejrzeń nikogo, z wyjątkiem moich komentatorów. Którzy się nimi, podejrzeniami, nie samymi sobą, nie podzielili. Thanks, Obama!

Ostatnio miałem być może najtrudniejszy okres w życiu. Chwilowo jest, powiedzmy, zawieszony. Optymista liczy, że na długo. Pesymista kracze, że zobaczymy jutro, a w ogóle to po południu. Intelektualista bierze wykresy nastroju i zaczyna wnikliwie studiować. Z wykresów ogólnie przychodzi mi mało, bo robię je od 2012 i takiego okresu, jak ostatnie trzy tygodnie w nich nie było. Co może mieć pewien związek z tym, że ponad roku bólu pleców, do którego ostatnio dołączył się ból podbrzusza i mruganie tak silne i częste, że mam bóle mięśni gałek ocznych i powiek też nie było. Usiłuję to twardo zrozumieć, dotrzeć do podszewki sprawy niczym Detektywka LaToya (poniżej). Jos niczego nie próbuje zrozumieć, jest obok i pomaga, jak może. I bardzo dobrze, bo moje rozumowanie doprowadziło mnie równo 10 dni temu do uznania, że nadszedł koniec moich dni.

tumblr_inline_n5bxokjxg81soma0j

(Nie nadszedł i jestem z tego zadowolony.)

Kiedy u Josa zdiagnozowano nowotwór, powiedział mi, że ma czwarty coś. No tak, spytałem, ale co. Nie pamiętał. Google poinformował mnie, że albo jest niegroźne, albo też przeżywalność wynosi… a nieważne, ile wynosi. W każdym razie zacząłem roztrząsać kwestię prawdopodobieństw i w rezultacie kilka dni później Jos wypoczywał po operacji, a ja byłem w stanie hipomanii i dręczyła mnie myśl, że nie czuję się winny temu, że powinienem się czuć winny, ale nie czuję się winny. Mąż natomiast przetrwał całość zadowolony z życia, choć zirytowany, że z operacji nie da się wrócić na rowerze (co akurat przewidziałem słusznie) i uczucia rąbnęły go dopiero kilka tygodni później. Na jakieś dwie godziny. Jajakoko intelektualista z wysokim IQ i umiejętnością przewidywania gry w brydża na kilka lew z góry (w szachy nie grywam) żarłem się procentami. Czy naprawdę wyszedłem na tym dobrze?

Oczywiście nie jestem jedyną skomplikowaną osobą na świecie. Mam przyjaciółkę, która jest programistką, fetyszystką z bardzo sprecyzowanym gustem, poliamorystką, szyje przepiękne ciuchy i ma depresję. (Ma też tę przyjemną cechę, że nie zna polskiego i nie wie, że piszę bloga, bo jak nic by mnie udusiła.) Rozmowy z nią bywają męczące nawet dla mnie, ponieważ robi to samo, co ja kilka lat temu, tylko bardziej. A jak wiadomo, nic nas w ludziach tak nie denerwuje, jak cechy, które sami posiadamy. Na podstawie swoich przemyśleń, IQ i tak dalej przyjaciółka doszła do wniosku, że nigdy nie będzie szczęśliwa w związku, po czym przytrafił się jej przyjaciel. Kiedy przyjaciel trwał u jej boku, nie chcąc się odczepić, w wyniku przemyśleń uznała, że jest to błąd systemu i z pewnością ją zostawi, kiedy tylko dowie się, jaka jest Naprawdę. Zainteresowany zacząłem z niej wyciągać różne szczegóły, po czym spytałem, ile czasu się już znają. Sześć lat, na początku z łóżka, potem jako przyjaciele, potem jako bliscy przyjaciele, a teraz w związku. Naprawdę? Zapytałem lekko kąśliwie co, na miłość Bogów, mówi jej, że po sześciu latach bliskości on tylko czeka, żeby ją rzucić, po czym przeprosiłem zaraz w następnym zdaniu, bo depresja nawet po ślubie wmawia mi, że należy Josa zostawić, żeby mógł być szczęśliwy z kimś mniej pojebanym. Bo przecież kiedy mnie lepiej pozna, to i tak zostawi. Mieszkamy razem, najpierw pomieszkując, a potem na stałe od ponad dwóch lat. Jak można wymyśleć, że mnie nie zna? Bardzo prosto, trzeba zastosować odpowiednie konstrukcje, pomijając inne, w przekonaniu, że jestem bardzo mądry.

Kiedy Jos poznał mnie, poszedł drogą wskazaną przez mamę, ciesząc się tym, co daję i nie martwiąc tym, czego nie daję. Rozważania na temat tego, czy w ogóle się nim zainteresuję skończyły się w momencie, kiedy się zainteresowałem, co miało miejsce około trzech godzin po poznaniu go osobiście. Nigdy nie zajmował sobie umysłu prowadzeniem wątku „czy mnie zostawi, kiedy mnie zostawi, z pewnością po prostu nie zna mnie wystarczająco” i tak dalej. Kiedy bierze się za twórczość różnego rodzaju wpada na dziesiątki pomysłów, niektóre realizuje, a niektóre nie i te wykonane przynosi mi (i Buniowi) do oglądania. Ja zaś tworzę, po czym natychmiast ignoruję zalety i widzę wyłącznie wady, bo perfekcjonizm boli, następnie zaś staram się dzieła nikomu (głównie Josowi) nie pokazywać, bo przecież nie jest idealne.

Mam nadzieję, że w międzyczasie udało mi się wykazać, że „prosty” nie oznacza ani „prostacki”, ani „głupi”. Jos odczuwa emocje, jak każdy, tyle, że nie usiłuje ich przekształcać w zagadki intelektualne, regulowane przy pomocy rachunku prawdopodobieństwa i rozważań bazujących na moim przeszłym doświadczeniu. Pozytywnymi się cieszy, negatywnymi nie i tyle. Ja usiłuję docierać do powodów, sterować (sterowanie uczuciami i emocjami zajebiście się udaje i w ogóle jest bardzo zdrowe) (to był sarkazm) i wyliczać. Zazdroszczę mu ogromnie, bo jego życie jest o wiele łatwiejsze (to nie był sarkazm). Normalsi wydają mi się raczej nudni, ale Jos jest stuknięty akurat w sposób, który jest kompatybilny z moimi potrzebami, to znaczy kreatywnie. Czerniaka postrzega jako problem raczej lekarzy, niż własny, bo przecież się nie zoperuje. Ja wpadam w głębiny internetu, usiłując wyliczyć jednocześnie dwa współczynniki, bo nie wiem, czy czwarty stosuje się do stopnia rozwoju poziomo, czy pionowo – w ogóle możliwe, że napisałem tu coś strasznie głupiego, bo sprawdzałem to kilka lat temu w stanie emocjonalnym raczej, cóż, skomplikowanym. On wychodzi na tym lepiej.

Możliwe, że jeszcze dzisiaj wstawię notkę o tym, co wychodzi, kiedy przeintelektualizujemy seks. Do miłości może się nie zabiorę, bo potem będę o tym myślał.

Zdjęcie znalezione na stronie Insured By Andy, gdzie jest niepodpisane, więc możliwe, że ze stocka, a możliwe, że nie.

  • Z.

    No i znowu to robisz. Piszesz notkę, a ja po przeczytaniu mam ochotę najpierw wykrzyknąć „Boże, to o mnie!”, a potem pojechać do Ciebie, stanąć w progu, cholernie mocno przytulić, powiedzieć „dziękuję”, a potem się rozpłakać ze wzruszenia i radości, że tacy ludzie są na świecie, Rozumieją Rzeczy, piszą o nich notki, a ja mogę je czytać i dzięki temu mieć nadzieję, że u mnie też w końcu kiedyś Będzie Dobrze i też trafię na swojego Josa. 🙂

  • ds

    dziękuję, napisałeś o mnie.

  • Grant Thorsson

    Ściskam Z. i ds, w jednym komentarzu, żeby się nie powtarzać 🙂

  • no tak…. a ja jestem Josem…. im jestem starsza, tym bardziej jestem Josem, nieźle… 😉

    • Grant Thorsson

      A czy ja też bym się mógł nauczyć?

      • ty jesteś świetny będąc zawikłanym sobą i pewnie też jest to jedna z wielu przyczyn, dla których Jos cię kocha 😉

  • Ten sam schemat u mnie i u Wiewióra – ja kombinuję, on jest prosty. To trzyma w kupie nasze małżeństwo. My, kombinatorzy, potrzebujemy takich partnerów, którzy nie zasupłają się we własne myśli. Zastanawia mnie jednak co takim Josom i Wiewiórom jest potrzebne w nas, kombinatorach, że nie wybierają partnerów prostych, tylko zakręconych jak świńskie ogony.

    • Grant Thorsson

      Jos twierdzi, że nigdy się ze mną nie nudzi – rzeczywiście dostarczam nieustannych rozrywek, od komedii po horror i wszystko pomiędzy.

  • NEHT

    Mam to, i wcale nie chce być normalsem, poza tym podejrzewam ASD, ale nie mogę się zebrać, żeby się zdiagnozować.

  • Gammon No.82

    Alejakto, on nie rozkminia wszystkiego?
    Niebywałe.