O rocznicy

Nie smoleńskiej rzecz jasna. (O tym na koniec.)

Kiedy w listopadzie 2011 zaklepałem sobie swój pierwszy, jednodniowy kurs kowalstwa — nie tyle kurs właściwie, co obwąchanie — nie mogłem się go doczekać. Do tego stopnia, że jeszcze przed kursem rozpocząłem rekonensanse. Pytałem znajomych, czy nie znają jakichś kowali — ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. No i okazało się, że ktoś słyszał i wie — pewien kolega zachęcił mnie do nawiązania kontaktu z niejakim Josephem.

Nawiązywanie rozpocząłem do wybrania się na stronę WWW Josepha, która wyglądała dość kiepsko, ale przedstawione na niej dzieła bardzo mi się spodobały. Pewną wątpliwość wzbudził we mnie fakt, że nie widziałem na niej niczego, co sugerowałoby pracę w kuźni, ale notka biograficzna tak poetycko opiewała „młot, ogień i kowadło” (oraz inne rzeczy) że i tak napisałem maila. Szło to jakoś tak:

Wielce Szanowny Panie Artysto,

niewartżem kurzu spod Pańskich podeszew, jednakowoż wielce chciałbym napotkać Pana i obejrzeć Waszmościne dzieła. Azaliż znalazłbyż Waszmość chwilęmoment celem zaprezentowania mi swej Sztuki?

Ze ścielącym się u nóżek poważaniem,

Przyszły Metalurg

Pan artysta zechciał i spotkaliśmy się o siedemnastej. O dwudziestej miałem z kimś kolację (oraz randkę) na drugim końcu miasta, ale uznałem, że dwie godziny na pewno wystarczą, aby obejrzeć wszystko. Nie wystarczyły. Mistrz tworzył bowiem w metalu, żywicy, szkle, gipsie, kamieniu, drewnie, skórze, tkaninach wszelakich oraz kombinacjach wyżej wymienionych (z pewnością o czymś zapomniałem). Moje oczy otwierały się szerzej i szerzej, a szczęka opadała do podłogi. Aż w pewnym momencie otwarły się zapewne na tyle szeroko, że moja intuicja wyjrzała, obrzuciła mistrza spojrzeniem i zawyrokowała:

— To TEN.

— Jak to ten? — zdziwiłem się.

— TEN jedyny, TEN, no, głupi jesteś? TEN i tyle.

Doznanie — po godzinie znajomości — było, powiedzmy delikatnie, nieoczekiwane. Oraz oparte na konkretnie niczym. Tak więc zignorowałem intuicję, ale nie mogłem zignorować faktu, że rudo-siwy artysta w typie Wikinga rzecz jasna MUSIAŁ mi się spodobać.

Zbrojmistrz, który wtedy nie był jeszcze moim Zbrojmistrzem, tylko obcym facetem robiącym niesamowite rzeczy, opowiedział mi historię. Miałem mianowicie na twarzy zrobioną z kolczugi maskę, która kończyła się tuż nad ustami. Joseph zaś miewał co jakiś czas rodzaj randki polegający na tym, że ktoś przychodził do niego, rozbierał się w przedpokoju, zakładał maskę, wchodził do pokoju, dostarczał Zbrojmistrzowi… jak by to ładnie… rozkoszy oralnej, po czym wychodził. Nie odbywało się w ogóle nic innego, rozmowa, przytulanie, pocałunki, etc. Maska była w użyciu na żądanie gościa i służyła temu, żeby go nie rozpoznano — zapewne gość był żonaty, znany z TV, był księdzem katolickim lub był to Jan Maria Rokita (y otros, y otros) (żartuję, kto by nie rozpoznał Jana Marii Rokity) (y otros, y otros). W każdym razie ważnym fragmentem tej historii jest fakt, że Joseph nie dowiedział się nigdy, czy da się całować z osobą przyodzianą w strój.

Bezczelnemu pancurowi łysnęło w oku i natychmiast zasugerował:

— To może sprawdzimy?

Był to okres mojego bipolarnego „haja”, okres, w którym nikt i nic nie mogło mi się oprzeć, a świat służył zaspokajaniu moich zachcianek. Nie oparł mi się również artysta. Całował się, jak się okazało, bardzo dobrze. I zapewne sprawdzilibyśmy, co jeszcze da się w tej masce robić, albo i bez niej, gdybym ja już nie miał tego wieczora randki. Tak więc ustaliliśmy, że spotkamy się niedługo celem kursu robienia kolczugi dla mnie — i być może celem innych ciekawych zajęć — i poszedłem sobie.

Zbrojmistrz powiedział mi pięć miesięcy później, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Ja tak naprawdę też, tyle, że odmówiłem przyjęcia tego do wiadomości. Co gorsza, zamiast tego trzymałem się Drwala, który był bezpieczny, bo nudny i przy którym intuicja mi nie pikała. Bo łatwiej być z kimś, kto nas nudzi, więc nie skrzywdzi odchodząc, prawda? Tak więc Josepha, zamiast tego, dołączyłem do swojego haremu, spotykałem się z nim na seks, pogaduszki, kino, kolację i rozmowy o sztuce. Z produkcji kolczug dużo nie wyszło, bo okazało się, że to okropnie nudne zajęcie dla osób posiadających tzw. „cierpliwąść”, czy jak to się tam pisze. Cierpliwość przydała się Zbrojmistrzowi również dlatego, że po mniej więcej miesiącu spotykania się z nim powiedziałem mu, że nie szukam nikogo na stałe i między nami nie będzie niczego więcej, niż tylko seks i przyjaźń. Zresztą, na stanowisku „stałego” był Drwal.

Z Drwalem, jak wiadomo, nie wyszło, po części dlatego, że pewnego dnia odkryłem coś dziwnego. Siedziałem otóż na kanapie z tym przystojnym, brodatym, rozłożystym, nudnym facetem, on oglądał telewizję, a ja… myślałem o Josephu. Myślałem o tym, że to z nim wolałbym spędzać czas. Ciekawe, co porabia. Ciekawe, czy czasami o mnie myśli. Co też robi. Co też tworzy. Co by powiedział, gdybym mu powiedział, że go ko…

W tym momencie intuicja, rzecz jasna, zarechotała i wyciągnęła rękę po 10 euro, które byłem jej winien.

Tak się złożyło, że 1 kwietnia odbyłem sesję fotograficzną dla niderlandzkiej gazety, a potem pojechałem prosto do Josepha, żeby mu powiedzieć, że zmieniłem zdanie i jednak bardzo bym chciał, żeby był moim chłopakiem. I co on na to. Spodziewałem się reakcji w stylu „no nie wiem, przecież sam mówiłeś, zastanowię się”. Otrzymałem natychmiastową, entuzjastyczną zgodę. I tym oto sposobem półtora tygodnia temu stuknęła nam oficjalna rocznica, w okrągłą i łatwą do zapamiętania datę. Rok po tym wesołym wydarzeniu żaden z nas wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście. Bo, widzicie, wygląda na to, że moja intuicja miała rację.

Nie pisałem o tym na blogu, bo było mi zwyczajnie głupio. Przeczytałem sobie ostatnio zapiski z poprzednich lat — powiedzmy delikatnie, że moje wybory miłosne nie były zbyt mądre. Z Wikingiem i DJem głównie się kłóciłem, po czym wymyślałem dla nich długie i zawiłe usprawiedliwienia. Po stronie plusów dodatnich zapisać mogę to, że nie spędziłem z żadnym z nich np. 20 lat, tylko związki kończyły się w miarę prędko. A jednak — nawet przed Wikingiem był niejaki Olivier, który podobnie jak DJ miał wszystkie podręcznikowe objawy narcyzmu. Wiking cierpi na zaburzenie kompulsywno-obsesyjne. Czemu zakochałem się akurat w nich?

Zbrojmistrz nie wydaje się posiadać żadnych zaburzeń oprócz jednego, irytującego jak cholera. Jest mianowicie podle zdolny manualnie. Szyje, gotuje, rzeźbi, wylewa z plastiku, robi kolczugi i kamizelki z łusek metalowych, a jeśli czegoś nie umie zrobić, to sprawdza sobie w Interwebsach i już umie. Mi nauka przychodzi mimo wszystko z trudem, chociaż po ponad roku daje bardzo wymierne rezultaty. Dla niego wszystko, co robi, jest łatwe. A jednak zaczęliśmy już pracować razem, może dlatego, że się dopełniamy. Ja zrobiłem kalendarz, broszurę, stronę WWW i Facebooka. On zrobił mi płaszcz elfów (premiera 20 kwietnia), liczne dzieła sztuki pokrywające grubą warstwą już nie tylko jego ale i moje mieszkanie, nakrycie głowy z kolczugi i wiele innych rzeczy. A przede wszystkim wprowadził w moje życie poczucie niezmąconego szczęścia — i stabilności. Bo nawet w okresie moich najgorszych „jazd” nie zostawił mnie samego wzorem DJa. Jak szło to powiedzonko ludowe? Prawdziwy jak rudzielec, jakoś tak, zdaje się.

*

Jak się okazało ku zdziwieniu głównie mojemu, debata w telewizji publicznej nie była spotkaniem ekspertów. A jednak upieram się, że przydałoby się, gdyby do ludzi „dopuszczających możliwość” przemówić ludzkim językiem. Zgadza się ze mną Leszek Jażdżewski:

Wyobraźmy sobie, że przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w 2007 roku w czasach rządów PiS w Gruzji rozbija się samolot z polską delegacją z Donaldem Tuskiem, Adamem Michnikiem, Bronisławem Geremkiem, Bronisławem Komorowskim i Markiem Belką na czele. Że śledztwo prowadzi zaprzyjaźniona z prezydentem Lechem Kaczyńskim administracja Saakaszwilego, że ustalenia w Polsce prowadzi komisja powołana przez premiera Jarosława Kaczyńskiego z szefem IPN Januszem Kurtyką. Że jej ustalenia okazują się nieprecyzyjne, że śledztwo się ślimaczy, a strona gruzińska nie jest skłonna do kooperacji. Czy w przypadku tak obciążonej dodatkowymi znaczeniami tragedii zaufalibyśmy funkcjonariuszom IV RP, że rzetelnie zajmują się katastrofą, w której zginęli ich przeciwnicy polityczni?

Więcej nic na ten temat nie mówię, już teraz dalszy ciąg programu…

  • Chłopaki, ściskam Was obu mocno i całuję (no dobra, żartuję – wiadomo, że wirtualnie 😉 oraz życzę stu lat w szczęściu, zdrowiu i sile, jakoż i fantazji z przytupem 🙂 :: Guys, hugs and kisses to both of you (OK, just kidding – virtually kissing, that is 😉

  • To jest piękna historia, ktora w konserwatywnych umysłach musi wzbudzić dysonans poznawczy: Bo jak to, tyle rozpusty, jakieś haremy, jakiś niezobowiazujacy seks i jednocześnie miłość? Stabilny związek musi rozpoczynać się od chodzenia za rączkę, a nie od rozwiązłych ekscesów. Myślę, że czlowiek o konserwatywnych poglądach odmowiłby wam w ogóle możliwości, że się kochacie. Uważałby, że w takich okolicznościach przyrody to niemożliwe. Pomijając nawet, że miłość musi być dwupłciowa, to musi być w związku monogamicznym i nie może rozpoczynać się od maski do robienia komuś anonimowego loda.

    To redefiniowanie związków w środowiskach gejowskich to jest chyba jedna z rzeczy, które najbardziej ludzi motywują do postaw homofobicznych. Bo pokazuje, że coś może być inaczej niż w tradycyjnym świecie, a i tak działać. To wywołuje niepokój. Podważa podstawy świata zastanego.

    Mnie natomiast zastanawia, dlaczego to akurat geje (lesbijki właśnie podobno mniej, ludzie hetero jeszcze mniej) mają taką odwagę kontestacji tradycyjnych norm?

    • Ray Grant

      Myślę, że gejom jest o tyle „łatwiej”, że nie bardzo mamy wybór. Z wyjątkiem rzecz jasna siedzenia-w-domu-po-kryjomu. Dwie dziewczyny trzymające się za rękę, siedzące sobie na kolanach, całujące się na przywitanie to „przyjaciółki”. Nie wszystkim się ta niewidzialność lesbijek podoba, ale faktem jest, że dwóch panów całujących się na powitanie może w Polsce nadal zdziwić. (Podobno.)

      Masz rację w temacie redefiniowania. Taka Terlikowska na przykład. Całe jej życie zbudowane jest na iluzji, że słowa „nigdy” i „zawsze” mają magiczną moc sprawczą. Odkrycie, że tak nie musi być, że są inne modele i co gorsza mogą się sprawdzać lepiej niż jej własny zaburzy jej wszystkie fundamenty postrzegania.

      Nie musisz też myśleć o ludziach o poglądach konserwatywnych, oni to mówią na głos bardzo często :> chociażby taki Gowin: „Małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Nikt mnie nie przekona, że trawa jest niebieska, że dwóch facetów razem jest taką samą parą jak kobieta i mężczyzna” On WIE. Z kimś, kto WIE nie da się dyskutować.

  • i_am_keyser_soze

    Pisałem jakiś sążnisty komentarz ale w pewnym momencie poczułem się jak idiota LOL. Nie ma co rozbierać na czynniki pierwsze dobrej historii z happy endem. Gratulki.

  • ds

    wzruszyłam się okropnie, dzięki za historię. wielu lat razem, jeśli będziecie tego chcieli! a czy ja mogę zadać strasznie głupie pytanie? skąd właściwie wiedziałeś od razu, że Zbrojmistrz jest odpowiedniej orientacji?

    • Ray Grant

      To było dość łatwe, bo wspólny znajomy wysłał mi link z portalu o nazwie Gayromeo 🙂 Ale w Amsterdamie generalnie nie funkcjonuje coś takiego jak ukrywanie się i coming out, chyba, że jest się młodym Marokańczykiem, Rosjaninem lub Polakiem. (Lub żonatym księdzem, rzecz jasna.) Więc i bez portalu wiedziałbym w ciągu jakiejś minuty.

  • Podoba mi się ta historia okrutnie, zaś zwłaszcza motyw z maską. (BTW, Jan Maria Rokita w gronie podejrzanych rozłożył mnie jak deskę do prasowania.) Ja też chcę poznać Jebutnie Imponującego Artystę! Kongruentnej z moją orientacji, jeśli można :D.

  • Gratulacje z powodu rocznicy.

    Z tymi związkami to różnie bywa, mnie się jakieś zdarzyły dopiero wtedy, gdy za wzór postawiłom sobie Atosa z „Trzech Muszkieterów” (oczywiście bez rozpijania się), który uznał, że nie zamierza szukać pieniędzy i zaczeka, aż same do niego przyjdą. Oczywiście zastosowałom to kwestii związków, nie jestem francuskim hrabią, by móc czekać aż pieniądze do mnie przyjdą…

    Co do uzdolnień i tak ci zazdroszczę, nawet jeśli Zbrojmistrzowi powinnom bardziej.

  • Marta

    Gratulacje, Ray, i oby tak dalej 😉 Niech sie Wam darzy.

  • Tatrauser

    Początek przypomniał mi stareńki dowcip
    („- Azaliż Księżno, mogę wejść?
    – A wejdź, a zaliż.”) – i jak się okazało ciąg dalszy wyglądał zupełnie jak rozwinięcie tego dialogu. 😉
    Niemniej pięknie. Wytrwałości.

    (Co to „płaszcz elfów”? Z kuźni? Stamtąd prędzej bym się spodziewał jakichś krasnoludzkich ciuchów)

  • Kayla

    Gratulacje z okazji rocznicy i serdeczne życzenia, byście dziesiątki kolejnych rocznic obchodzili z tym samym entuzjazmem!

  • @ray
    Myślę, że gejom jest o tyle „łatwiej”, że nie bardzo mamy wybór. Z wyjątkiem rzecz jasna siedzenia-w-domu-po-kryjomu. Dwie dziewczyny trzymające się za rękę, siedzące sobie na kolanach, całujące się na przywitanie to „przyjaciółki”. Nie wszystkim się ta niewidzialność lesbijek podoba, ale faktem jest, że dwóch panów całujących się na powitanie może w Polsce nadal zdziwić. (Podobno.)

    To nie tylko o to chodzi.

    Czy potrafisz sobie wyobrazić tę samą historię miłosną, ale w wykonaniu pary hetero? Byłoby to bardzo, bardzo nietypowe:

    „Miałam tego wieczora randkę, ale przedtem spotkałam się z artystą. Artysta mnie zafascynował. Opowiedział mi historię zrobionej przez siebie maski. Miał on zwyczaj umawiać się na randki z anonimowymi kobietami. Kobieta nakładała maskę, robiła mu loda i bez słowa wychodziła. Nie odbywało się w ogóle nic innego – przytulanie, rozmowa, pocałunki etc. Nie dowiedział się dotąd, czy w tej masce da się całować. Zatem z błyskiem w oku zaproponowałam mu, żebyśmy spróbowali. Umówiliśmy się na więcej, a następnie udałam się na randkę. Potem dołączyłam artystę do swojego haremu. Spotykaliśmy się na seks. Powiedziałam mu, że nie szukam nikogo na stałe. Tym bardziej, że miałam chłopaka. Etc. etc. Na koniec zostaliśmy kochającą parą, żyliśmy długo i szczęśliwie w niemonogamicznym związku, wyskakując co i rusz na randki z gorącymi laskami (on) i gorącymi laserami (ja).”

    Jestem dziwnie przekonana, że procent ludzi hetero, którzy zgodziliby się na taki model związku, jest mały w porównaniu z procentem gejów, którzy zgodziliby się na taki model związku.

    • Anuszko,
      rzeczywiście jesteś dziwnie przekonana. Np. ja (kobieta heteryczna, MAM NA TO PAPIERY) z chęcią bym wskoczyła w taki układ i to w pląsach.

    • Ray Grant

      Wyobrazić potrafię — znam pary hetero, które robią nie dokładnie identyczne rzecz jasna rzeczy, ale na przykład chadzają na imprezy fetyszystyczne i pan prowadzi panią na smyczy, mówiąc jej, komu ma zrobić laskę. Procent osób, które by się zgodziły — zapewne jest mniejszy. Procent osób, które by się do tego przyznały — z pewnością jest mniejszy 🙂

  • Daria

    Ray
    przede wszystkim życzę jeszcze wielu rocznic ze Zbrojmistrzem 🙂
    Mam dwa pytania, i mam nadzieję, że będą one zbytnią ingerencją w Twoje prywatne sprawy. Jeśli tak, proszę zignoruj 😉
    1) O ile dobrze pamiętam, Wasz związek zakłada możliwość seksu z innymi, prawda ? Czy bycie w związku z mężczyzną, który niesamowicie Ci się podoba fizycznie jak i intelektualnie, a dodatkowo wydaje się być otwartym na różne doznania erotyczne, nie zniechęca do kontaktów z innymi facetami ? Dlaczego mając wszystko w jednej osobie, wciąż szukamy czegoś u innych ?
    2) Mógłbyś zdradzić ilość lat Was dzielących ? Zbrojmistrz wydaje się być starszy, czy wiek nie jest przeszkodą/utrudnieniem?

    • Ray Grant

      Ad 1. Trafiłaś — zniechęca 🙂 Toteż my zaczęliśmy od tego, co opisałem, potem zrobił się z tego związek otwarty, a teraz mamy związek otwarty teoretycznie. Opcję, z której nie korzystamy. Gdyby przydarzyła się jakaś ciekawa okazja, wolno nam z niej skorzystać, ale — mówię za siebie — w porównaniu ze Zbrojmistrzem naprawdę mało kto jest aż tak ciekawy.

      Ad 2. Zbrojmistrz jest starszy o lat 18 i jest to dla nas raczej niezauważalne 🙂 Jesteśmy tej różnicy świadomi, ale nic z tą świadomością specjalnie nie robimy.

      Dobre pytania w ogóle (mam nadzieję, że to nie zabrzmiało arogancko). Trafiłaś w moje własne przemyślenia.

  • @nina
    Jesteś jednostkowym przykładem, który nie udowadnia, ilu statystycznie heteryków wskoczyłoby w taki układ w pląsach.

    Ponadto – piszesz w trybie przypuszczającym. WskoczyłaBYŚ. A np. Ray i jego znajomi po prostu tak żyją, a nie gdybają. Jeśli to pytanie nie będzie niegrzeczne – co powoduje, że jeszcze nie wskoczyłaś?

    W fantazji to nawet może więcej osób by wskoczyło w taki układ. Ale w rzeczywistości jest troszkę inaczej. I właśnie to mnie interesuje – że u gejów takie układy są REALNIE możliwe w dużo większym stopniu niż u hetero. Bo geje ustalili sobie inne normy. Jak to się dzieje, że gejom łatwiej jest redefiniować pojęcie związku? Ray mówi, że to dlatego, bo muszą, inaczej musieliby siedzieć w domu po kryjomu. Jednak nie bardzo zadowala mnie to wyjaśnienie, bo właściwie nie widzę związku jednego z drugim.

    • Anuszka,

      mnie z kolei zaintrygowało, dlaczego tak bardzo (że aż podane przez autora wyjaśnienie Cię nie zadowala) starasz się znaleźć tę magiczną różnicę między hetero a gejami? Do czego Ci to potrzebne?

      • P.S odpowiadając Ci Anuszko na pytanie – bo mi się jeszcze odpowiedni kolega na kajak nie trafił. Jednakże póki życia, póty nadziei.:D

    • Ray Grant

      Ja podrzucę historię, którą poznałem WCZORAJ.

      Mój kumpel, zamieszkały z mężem w Amsterdamie, zakochał się w Amerykaninie w ramach związku otwartego i napotkania Amerykanina w darkroomie. Miłość jest na tyle mocna, że właśnie wrócił po dwóch tygodniach z ukochanym. Miłość mężowi nie przeszkadza, kumpel sam jest zaskoczony swoją poliamorią, natomiast clue leży w tym, że Amerykanin kumpla załańcuchował. Dosłownie. Założył mu na szyję dość gruby łańcuch i kłódkę. Ponieważ w jego stanie USA nadal nie wolno im zalegalizować związku, geje amerykańscy (zwłaszcza wspólnota misiowo-skórzano-cygarowa) wynaleźli sobie własne rytuały. Ten akurat oznacza, że kumpel ma aktualnie męża w Amsterdamie i „daddy” w Stanach, a jeśli ktoś chciałby z kumplem uprawiać seks, to musi poprosić „daddy”ego o pozwolenie.

      I co z tego wynika? Tyle, że w człowieku leży potrzeba jakichś tam rytuałów. Odebrano nam możliwość użycia tych, których używają heteroseksualiści, więc ruszyliśmy na poszukiwania w różnych kierunkach. Jedni się łańcuchują, jedni tatuują, jedni mają związek otwarty, jedni zamknięty. Heteroseksualiści w większości po prostu nie myślą, że coś innego niż szkoła > ślub > dzieci > domek > ogródek > rozwód > powtarzać od punktu 2 jest możliwe.

  • @nina: Ta różnica między hetero i gejami zaintrygowała mnie, bo mam wrażenie, że dla ludzi hetero kontestowanie tradycyjnych norm dotyczących seksu i związków jest trudniejsze. Chyba, paradoksalnie, jest większa presja społeczna. I że może ludzie homoseksualni, skoro już muszą i tak pokonać jakąś barierę społeczną dotyczącą ujawnienia ich orientacji, to potem jest im już jakby wszystko jedno – kontestujemy, to kontestujemy na całego.

    Chociaż nie jestem pewna. Bo np. mogłoby temu przeczyć coś, co niedawno czytałam, że lesbijki podobno bardziej są przywiązane do tradycyjnych ról społecznych. Również przeczyć mogłoby to, że, jak pisze Ray, w Holandii to już raczej nie ma stresu, coming-outów itp., więc homoseksualista nie ma poczucia takiego przekroczenia granicy, za którą to już wszystko jedno.

    Ray, jeśli dobrze zrozumiałam, to masz na myśli Holandię (a więc kraj ogólnie liberalny), mówiąc, że jednak mniej ludzi hetero zgodziłoby się, a przynajmniej przyznało do takiej formy związku?

  • @Ray:
    Heteroseksualiści w większości po prostu nie myślą, że coś innego niż szkoła > ślub > dzieci > domek > ogródek > rozwód > powtarzać od punktu 2 jest możliwe.

    Czy dobrze rozumiem: Mówisz, że skoro ludzie hetero mają tradycyjnie ugruntowany wzorzec związku, to trudniej im dopuścić, iż inne formy związków są też możliwe. I jeszcze mówisz, że dla gejów tamte tradycyjne formy są zamknięte, więc mieli wolność, by wymyślić sobie inne, bo tradycja nie przesłaniała im innych możliwości. Tak?

    To brzmi rozsądnie, ale niektóre rzeczy mi nie pasują.

    1. To co już mówiłam o lesbijkach, że są podobno bardziej tradycyjne. A przecież dla nich tradycyjne formy związków też były zamknięte.

    2. Obecnie w wielu krajach tradycyjne formy związków – małżeństwo, dzieci – są już otwarte dla homoseksualistów. A jednak wcale nie tak duży procent spośród nich chce korzystać z tego utradycyjnienia.

    Wygląda na to, że – przeciwnie – to geje są prekursorami przemian społecznych w rozumieniu norm związanych z seksem i związkami. Najpierw robią coś geje, a dopiero po pewnym czasie dane praktyki przenikają do świata hetero i stają się tam coraz bardziej akceptowalne. Czy przypadkiem nie tak jest?

    • P.S. Ojej, teraz przeczytałam ostatni akapit i pomyślałam, że ktoś może go odczytać jako ocenę: „geje sieją deprawację”. Więc nie, ja jeśli miałabym oceniać, to właśnie w drugą stronę – jeśli sieją liberalizację, to moim zdaniem właśnie dobrze.

    • Ray Grant

      Pamiętaj o socjalizowaniu. Kobiety się jednak wychowuje od pierwszych dni życia inaczej. „Kasiu, nie krzycz, bo dziewczynki nie krzyczą” etc. Ośmiolatka Ci powie, że dziewictwo ważne jest wyłącznie dla kobiety. I nie jest ważne, jakiej orientacji ta kobieta jest, zresztą, lesbijki jak wiadomo nie istnieją.

      Ad 2. Tak, jak Polska się nie zmieniła nagle w kraj zachodni tylko dlatego, że upadł komunizm, tak i osoby LGTB nie będą się nagle zmieniać w osoby hetero dlatego, że wolno im wziąć ślub. Poza tym dla nas teraz pewne opcje stały się na tyle atrakcyjne, że wcale nie wszyscy chcemy je wymieniać na inne.

      Co do ostatniego akapitu, nie wiem. Kluby dla swingersów narodziły się chyba wcześniej niż gejowskie? Chociażby z uwagi na nielegalność homoseksualizmu do pewnego momentu.

    • Mówiąc bardzo, bardzo ogólnie – skoro już odkryłaś istnienie steków, sałatek z krewetkami, koktajli z awokado i innych uciech, naprawdę chciałabyś wrócić do codzienniej kanapki z masłem i ewentualnie plasterkiem szynki? To odpowiedź na pytanie, czemu dość niewielu gejów chce tradycyjnych małżeństw. Małżeństwo to koncept pochodzący nie z dzisiejszego świata. O ile kwestie prawnych regulacji dotyczących wspólnie wypracowanego majątku czy rozwiązania typu co w razie choroby / co po śmierci mają znaczenia dla osób, które a) nie mają rozdzielności majątkowej b) ma dla nich znaczenie, co będzie z nimi po śmierci, to już osoby nie tworzące związków opartych na tego typu wspólnocie (dorabiamy się wspólnie domku na przedmieściu) nie muszą być tym równie zainteresowane. Także i kwestia testamentu będzie pewnie mniej istotna dla kogoś, dla kogo obecny partner / partnerka nie oznacza bynajmniej dożywotniego partnera / partnerki.

      Tak czy inaczej, śmiem wnioskować z próby niereprezentatywnej osób, które znam i badań, o których słyszałam / czytałam, że o ile regulacje majątkowo-rodzinne są ważne, to spora część społeczności LGBTQI odrzuca przestarzały koncept małżeństwa i zostawia go z dobrodziejstwem inwentarza tym, którzy jeszcze widzą w nim jakikolwiek sens.

      Jako lesbijka w wieloletnim związku, teoretycznie otwartym (można, tylko jakoś nie kusi), zupełnie niekatolicka, nie jestem w najmniejszym stopniu zainteresowana tradycyjnym małżeństwem. Jako lesbijka w związku wychowującym wspólne koty i dorabiającym się mozolnie chałupy na wsi, jestem zainteresowana regulacjami mająkowo-medyczno-podatkowymi. Jednym słowem – czekam na związki partnerskie dostępne dla wszystkich bez względu na orientację oraz cywilne małżeństwa istniejące równolegle ze związkami – dostępne dla wszystkich, a do wyboru dla chętnych.

      A związki otwarte wśród kobiet niehetero? Są, są. Znam naprawdę wiele kobiet, które po okresie intensywnej otwartości, związków przelotnych, polimamorycznych etc., znalazły taki, który się „sam z siebie” ustabilizował. Znam i takie, które się stabilizować nei zamierzają.

      Tak sobei myślę, że statystyka ma znaczenie dla zaspokajania naszej ciekawości, być może, dużo ważniejsze jest to, by widzieć wiele możliwości wyboru swojej życiowej ścieżki i z nich korzystać. Ray ma rację – kobietom może być nieco trudniej przełamać socjalizację (to nie tylko polski fenomen) i to znajduje odbicie w statystyce. W skali jednostkowej znam bardzo nienormatywne związki homo, hetero, bi i jeszcze inne. Podobnie jak bardzo normatywne. Każdemu wedle gustu 🙂 Osobiście życzę ludziom tego, by jak najwięcej ich wyborów życiowych faktycznie pochodziło we świadomego wyboru.

      pozdr,
      Seo

  • Agnieszka

    Po pierwsze: Ray, życzę Wam wszystkiego dobrego! (I troszkę zazdroszczę…:))
    Po drugie: Ależ fascynująca dyskusja się rozwinęła! Tak sobie myślę – pewnie nie tyczy się to wszystkich przypadków, ale może części? – że podejście do nietradycyjnych form związków może być (znów: częściowo) spowodowane nie różnicą między homo a hetero a między kobietą a mężczyzną. Mam na myśli nie różnicę biologiczną a wychowanie i traktowanie przez społeczeństwo. Różnice, które Ray wielokrotnie poruszał na heteroseksualistach: traktowanie dziewictwa kobiety („cnota to skarb panienki”) i mężczyzny (czy ktoś w ogóle przywiązuje do tego wagę?), „prowadzenie się” mężczyzny to jego sprawa a „prowadzenie się” kobiety to niemal kwestia publiczna, honor rodziny itp. wpływają, w mniejszy lub większy sposób, na wiele kobiet, także nieheteroseksualnych. Na portalach ogłoszeniowych dla lesbijek pełno jest ogłoszeń typu „szukam żony, wiernej, uczciwej, paniom bi dziękuję”, pod anonsami „niezobowiązującymi” padają zaraz cierpko-melancholijne uwagi nt. prostytucji i upadku moralności (typu: „Czy nie ma już uczciwych kobiet, dla których wierność coś znaczy? Czy już tylko seks się liczy?”) a na forach wychwalane są „złote gwiazdy”, które w życiu nie tknęły mężczyzny. Nie sprawdzałam, ale przypuszczam, że przegląd ogłoszeń gejowskich wypadłby nieco inaczej.
    Przepraszam, jeśli wywód jest niespójny. Jak sądzicie, czy jest jakiś sens w tym, co napisałam?

    • Ray Grant

      Mi się też dyskusja podoba 🙂

      To jest odpowiedź też po części do anuszki — i tak, i nie. Uważam, że kobiety od mężczyzn różnią się pod tym kątem trochę, owszem, ale nie tak bardzo, jak by niektórzy chcieli. Owszem, kompozycja hormonalna jest inna, faceci mają więcej testosteronu, kobiety estrogenu, ALE to nie jest coś, co można ekstrapolować na całą populację. Z faktu, że (numerki losowe) 30% facetów i 10% kobiet chciałoby mieć związki otwarte nie wynika nic dla pani Kasi z Radomia albo pana Raya z Amsterdamu.

      A propos Amsterdamu, tutaj związek otwarty jest normą. W Warszawie, kiedy z niej wyjeżdżałem, nie był. Teraz podobno i w Polsce się to zmienia. Geje są w awangardzie O ILE WIEM, bo o lesbijkach w Polsce wiem niestety dość mało.

  • @Ray, Anuszka

    Ze swoich anecdata dodam, że z tym stosunkiem do stosunków i podziałem na płcie jest jak z tym statusem na fesbuku – „to skomplikowane”. „Przygotowanie do życia w rodzinie”, czyli mówiąc inaczej tresura dzieci sprawia, że owszem, faceci według mojej obserwacji są bardziej „otwarci” na nowe opcje, kobiety mniej, ale mam osobistą arogancką opinię, że wiąże się to raczej z tym, co „ludzie mówią” o facetach i kobietach (heteronormatywnych oczywiście, o reszcie mówią „zboczeńcy” i to zamyka temat). Facet będący w „otwartym związku” czy nawet bez związku to maczo, kobieta w analogicznej sytuacji to „puszczalska”, „materacyk” czy inne miłe epitety. Facetowi można zarzucić że jest niedojrzały, kobiecie, że się nie szanuje.

    Taka zasłyszana historia, która wiele mówi o relacjach społecznych. Otóż była sobie para w otwartym związku, otwarcie jakoś lepiej posłużyło Jej niż Jemu, gdyż zaczęła się spotykać z jeszcze jednym, w celach rozrywkowych głównie. On, Ona i Jeszcze Jeden się znali. Skończyło się na bójce Jeszcze Jednego i Jego, oraz rozpadzie związku… Mnie ten finał w ogóle nie zdziwił, ale generalnie jestem dość negatywnie nastawione do pci męskiej, więc może to dlatego…

    Co do wchodzenia w dziwne relacje, zgodzę się z Rayem, że jest dużo więcej osób, które wchodzą w takie układy, ale dużo mniej takich, którzy się do tego przyznają. Bo wicie, rozumicie, Tu Jest Polsza, Ojczyzna Nasza. Dzieci do przedszkola / szkoły chodzą i głupio by było, by cierpiały z powodu rozrywek swoich rodziców. A nawet jak nie dzieci, to zawsze jest jeszcze babcia, którą by to zabiło, gdyby się dowiedziała…

    • mimi

      @Jiima
      „zawsze jest jeszcze babcia, którą by to zabiło…” uśmiałam się przy tym komentarzu setnie ;-), ale za chwilę pomyślałam z niejakim smutkiem, że to kwintesencja polskiej mentalności. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ci przypomni o jakiejś babci, mamie, czy innym pociotku, którego zabije świadomość tego, co robisz :-/ A nie daj bosze jeszcze „dzieciom w szkole żyć nie dadzo, jak się dowiedzo”. No i żyją sobie Polacy spokojnie i „po bożemu”, dusząc w zarodku wszelkie swoje marzenia.
      @Ray
      Piękna opowieść o miłości! Gratuluję, choć trochę zazdroszczę (ale tak pozytywnie zazdroszczę, nie zielenieję przy tym i nie rzucam klątw ;-))) i powodzenia Wam życzę 🙂

  • @mimi
    Jak zwykle własne doświadczenia… U nas sporo rzeczy się babci nie mówi, więc gdyby moje koleje losu ułożyły się odrobinę inaczej i osoba z którą spędzałobym swoje najlepsze lata byłaby tej samej płci, to pewnie byłby zakaz wspominania o tym również. Że o bardziej wymyślnych układach nie wspomnę.

    A co do dzieci, to wystarczy mi, że ta sama osoba, która namawiała mnie na opublikowanie mojej niezbyt hm… przyzwoitej grafomanii dodała, że „oczywiście pod pseudonimem”, bo przecież ja dzieciate jestem i coby to było, jakby przypadkiem książka się spodobała i jeszcze ktoś skojarzył, że to rodzic tych biednych dzieci…
    (jakoś nikt nie pomyślał o tym, co będzie musiał znosić kot, jeśli w okolicy rozniesie się, że jest kotem piszącego pornosy beztalencia)

    • Ray Grant

      @Kot 😀

      Proszę, powiedz, że nie jesteś autorką „50 Twarzy Greja”, to by mnie może nie zabiło, ale przydusiło nieco.

  • Rosa

    Gratulacje! i tez niedlugo stuknie rocznica:) I tez mam wrazenie, ze niektore osoby mozna spotkac raz na, powiedzmy, 30 lat. Z takim pewnym Japonczykiem spotkalam sie trzeciego maja, co musoi miec znaczenie symboliczne, po czym na pierwszym spotkaniu bezwstydnie wpakowalismy sie sobie do majtek. Po ustaleniu, je obu nam swita poliamoria, zasnelismy szczesliwi i zakochani. A mialam juz wtedy jeden zwiazek.

    Co do zadanego wyzej pytania: mloda kobieta bedac, nadal mam ochote na seks z ludzmi pci obojga. Moj Japonczyk ma juz tej ochoty nieco mniej z powodow wyjez wymienionych. Nieco mi glupio z tego powodu. Tak, jakby moje pragnienia stawialy pod znakiem zapytania fakt, ze jest mi z nim najlepiej.

  • @Ray

    Raczej nie, o ile mi wiadomo, przynajmniej ja. Co do kota nie ręczę.
    Ale za taką kasę napisałobym nawet coś takiego… ale jak na razie płacą mi wyłącznie za pisanie programów komputerowych, niewiele w tym polotu, ale przynajmniej kot nie musi udawać, że mnie nie zna.

    Ale pewne podobieństwo z autorką jest, też jestem nudną osobą z wielkiego miasta, w normalnym związku, z dzieckiem w przedszkolu (z patronem JP II, srsly, jakbym wiedziało wcześniej, to pewnie bym się tam z papierami nie pchało, ale odległość 5 minut drogi tempem rączego żółwia to kusząca zaleta), która ma sporo dziwnych pomysłów. Tyle, że mi nikt za nie nie płaci…

  • Daria

    Ray, czy mogłabym zadać Ci kilka pytań dotyczących pracy w Holandii ?

    Pozdrawiam ciepło

    • Ray Grant

      Oczywiście. Mail indeedydoodas małpka gmail albo przez stronę Facebookową.

  • ik ben een kikker

    U nas też niedawno miała miejsce seria rocznic (gdy pierwszy raz zaświtała mi myśl o napisaniu niniejszego komentarza, miałam napisać: zbliża się seria rocznic…). Gratuluję Waszych wszystkich dotychczasowych i życzę wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy ślubu, która będzie za parę miesięcy (a gdy będę kończyć ten komentarz, pewnie będę mogła napisać: rocznicy ślubu sprzed paru miesięcy). A te nasze to:
    8 września 2015 r.: Prawdopodobnie Miłość mojego Życia stwierdza, że kocha tylko mnie, i w dodatku na zawsze.
    Stwierdza jak na razie sama w swym sercu. Kilkanaście godzin wcześniej poprosiła mnie na świadka swojego ślubu. Ślub za cztery lata w Archangielsku, zaręczyny kilka dni wcześniej, początek związku – kilka plus cztery. Mam być świadkiem, bo nikt inny nie jest takim wariatem, żeby tam jechać. Narzeczony jest moim kolegą z pracy, w którym się platonicznie podkochiwałam przez pół roku. Który notabene przyjeżdżał do mnie przez trzy czwarte miasta na nocne Polaków rozmowy, podczas gdy mój (ówczesny) mąż spał lub pracował przy komputerze.
    Widujemy się za rzadko (kilka razy w tygodniu, a czasem rzadziej). Ona dzielnie mnie pociesza po stracie faceta, którego dopiero co mi sprzątnęła sprzed nosa (zresztą od początku wiedziałam, że to byłoby bez sensu). Ja jakoś nie potrafię być na nią zła o to sprzątnięcie, choć logiczna byłaby sytuacja odwrotna, i stwierdzam, że równie dobrze mogę uczestniczyć na trzeciego w Fajnych Rzeczach, które Będą Robić (jak na przykład wycieczka do Archangielska). Wspominamy wakacje w składzie: wszystkie dotychczas wymienione osoby plus pies (niektórzy przyjeżdżają i wyjeżdżają w trakcie), podczas których każdy się przytulał z każdym, z pewnymi wyjątkami, oprócz psa, to znaczy pies nie był tym wyjątkiem. Przytulamy się nadal, gdyż nauczyłam się w dzieciństwie (14-18 lat), że to normalne, że koleżanki nocują u siebie i śpią przytulone w jednym łóżku (jakoś nigdy wcześniej mnie nie zastanowiło, że tak miałam tylko z jedną koleżanką…). Ze swadą i polotem jest mi na raty przedstawiane wypracowanie nt. „Przedstaw motyw biseksualizmu na przykładzie powieści „Czarodziejska góra” T. Manna i własnych doświadczeń”. Nadal niczego się nie domyślam.
    25 września: Zaręczamy się dla zgrywy (a w każdym razie ja to tak odbieram).
    Ponieważ otarłam już łzy po stracie potencjalnego faceta (od początku wiedziałam, że to bez sensu), postanawiam Ratować Swoje Małżeństwo. Idę do spowiedzi, mówię: „Kolegi więcej nie ruszę, koleżankę – owszem. Je ne regrette rien”. Dostaję rozgrzeszenie (sic!).
    Przełom września i października: Leżymy sobie na łóżku, przytulając się. W pewnym momencie zauważam, że odbieram pewne sygnały ze strony własnego organizmu. Spokojnie konstatuję: „aha, to tak wygląda oburęczność od środka”. Tym sposobem zostałam skonfrontowana z problemem odkrycia własnej orientacji seksualnej w wieku lat około trzydziestu (nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam). I to o tyle fajne, że człowiek musi się z tym mierzyć, gdy ma nieco więcej doświadczenia i dystansu niż w wieku lat kilkunastu (albo i to nie, jak na przykład ośmiu), ale niesie ze sobą pewne trudności, typu konieczność rozwodów, bo, się jak okazuje, Żyć Bez Niej Nie Mogę, a bez męża to niestety owszem, mimo że jest fajnym facetem, którego lubiłam i który nie wymagał ode mnie Bycia Kobietą, a rodzina nie pała entuzjazmem na myśl o moim rozwodzie, a właściwie nikomu to się ani trochę nie podoba, i jest w ogóle okropnie, aż następuje
    29 listopada: kiedy to się wyprowadzam od matki do Prawdopodobnie Miłości mojego Życia, rozpoczynając tym samym samodzielne życie poza domem rodzinnym, choć wcześniej nie myślałam, że będę do tego zdolna i dam sobie radę.
    I tak od ponad roku żyjemy razem, całym życiem głosząc pochwałę homoseksualizmu, i jeszcze nam się nie znudziło, i nie zapowiada się, żeby miało, i przeżyłyśmy różne rzeczy, nawet tak straszne jak moje Pisanie w Internecie. W międzyczasie nastąpił jeszcze jeden materiał na rocznicę, to znaczy
    9 stycznia 2016r.: to samo, co 8 września 2015 r., o tym samym kierunku i przeciwnym zwrocie.
    Nie zamieniłabym Prawdopodobnie Miłości mojego Życia na akceptowalność społeczną, na brak konieczności selekcjonowania faktów w rozmowach ze znajomymi czy tym bardziej w pracy, na niezastanawianie się, co o nas myślą sąsiedzi z piętra i co z tego wyniknie, a nawet na akceptację ze strony rodziny. Zresztą z tym ostatnim ostatnio coraz lepiej, rozwieść też się udało pokojowo.
    @Agnieszka: co jest złego w paniach bi?
    Nie wiem, czy stopień osadzenia niniejszej notki w temacie dyskusji spełnia normy netykiety. Ponadto nie tyle komentuję, co piszę o sobie, jakbym się wypowiadała na mitingu grupy dwunastokrokowej (szachistów korespondencyjnych), a nie zabierała głos w dyskusji. No bo jak zaczęłam czytać Twojego bloga, to przeczytałam do końca, i polubiłam Ciebie i Twoje pisanie, i ono wzbudziło we mnie nieodpartą potrzebę pisania, a nie chciało mi się Walczyć z Pokusą, żeby nie pisać, i ze strachem cofnęłam się przed pytaniem o źródła tejże pokusy, wzorując się na terapeucie zakazującym rozważań nt. źródeł zainteresowania BDSM-em („50 odcieni szarości i 6 kolorów tęczy”), i po prostu piszę, mając nadzieję, że Cię to nie wkurza, bo każdy ma swojego Angelo Kelly’ego (http://janinadaily.com/kochalam-angela-z-the-kelly-family/). Koniec.