O zmianach

Nie, nie o #dobrejzmianie, ta notka nie jest polityczna.

Do napisania zainspirował mnie pewien pies. Był niewątpliwie najmniej inteligentnym przedstawicielem swojego gatunku, jakiegokolwiek napotkałem. Gdy rzucałem mu patyk, rzucał się radośnie do biegu w kierunku zupełnie odmiennym od tego, który obrałem rzucając, po kilku sekundach zapominał, co właściwie robił i wracał do mnie domagać się rzucania patykami. Do końca nie zapamiętał, co to jest ten fiflak dyndający mu z tyłu, regularnie rozpoczynał gonitwy, w końcu osiągał wiktorię, gryzł się w ogon i skowyczał zaskoczony.

Pies zmarł 1 lipca. Nie był mój, ale znałem go dłużej, niż większość swoich przyjaciół. Jako szczeniaka, psa w sile wieku, że tak powiem, jako starszego pana, jako leżącego bez ruchu na dywaniku chuderlawca. Nie jest tak, że widywałem się z nim co dnia, ale czuję się dziwnie, ponieważ znowu zaszła zmiana: moja droga przyjaciółka nie ma już Draacula i nie widzę sposobu, żeby jej to wynagrodzić.

Zmiany – cóż, oczywiście bardzo lubię zmiany, ale tylko te na lepsze, na przykład otrzymywanie podwyżki (w czasach, gdy jeszcze pracowałem) było zmianą aż nadto pożądaną w moim życiu i przydarzało się za rzadko. Przenosiny do Amsterdamu o mało nie doprowadziły mnie do kompletnego rozpadu nerwowego, ale okazały się najlepszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjąłem i jeśli czegoś żałuję, to że czekałem tak długo. Problem mam ze zmianami permanentnymi.

Pierwszą zmianą permanentną, jaką pamiętam było zniknięcie mojego ojczyma. Osobnik ten zniknął w towarzystwie całej pensji mojej Mamy (no dobra, nie całej, zostawił 20 zł) pozostawiając ją z trójką dzieci, w tym niemowlakiem. Z dnia na dzień stałem się najstarszym mężczyzną w domu – mając lat 14. Gdy inne nastolatki buntowały się przeciwko rodzicom i rozpijały pierwsze wina marki Vino w krzaczorach, ja musiałem być dorosły, bo Mama pracowała, a prace domowe same się nie wykonywały. Mój brat miał zaś złośliwie siedem lat i nie dało się go przyuczyć na przykład do mycia okien. Zniknięcie ojczyma było zmianą, która przyniosła ze sobą plusy dodatnie i ujemne – dodatnim był brak przemocowego alkoholika w domu, ujemnym byli dzwoniący do Mamy dłużnicy, których ojczym skołował i znikł oraz fakt, że z jednej pensji było ciężko utrzymać cztery osoby, a programu 500+ jeszcze wtedy nie było. (Nawiasem mówiąc, aby dopełnić obrazu mojego ojczyma dodam, że mieliśmy jechać na wakacje zimowe, zachlał i do prowadzenia się nie nadawał, pojechaliśmy dzień później, walił śnieg i mieliśmy wypadek, który przeżyliśmy chyba tylko przypadkiem.)

Właściwie to skłamałem, bo pamiętam, że gdy zmarł mój dziadek ojczym jeszcze pałętał się w pobliżu. O tym, że dziadek ma jednocześnie raka i demencję nikt mi nie powiedział, po prostu jakoś tak się złożyło, że nie widzieliśmy się przez jakiś czas, aż pewnego dnia przybyliśmy z wizytą, mama popchnęła mnie lekko i powiedziała „przywitaj się z dziadkiem”. Mój dziadek był najcudowniejszym i najukochańszym człowiekiem w moim życiu; gdy ojczym robił to, co robił, a mama pracowała, dziadek miał dla mnie czas i nieskończoną ilość miłości. Wszedłem do pokoju i ujrzałem pokryty skórą kościotrup, spoglądający na mnie zapadniętymi oczyma i w oczywisty sposób niewiedzący, kim jestem. Miałem lat 13 i też nie wiedziałem, kim jest. Gdzie jest mój dziadek i kim jest ten ktoś? „Cześć dzia-dziadku” wymamrotałem, na ile pamiętam to 25 lat później. Gdy dziadek zmarł, płakałem przez dwa dni właściwie bez przerwy, chociaż tak naprawdę dziadka zabrano mi już sporo wcześniej i ten ktoś obcy, kto zmarł nie był moim ukochanym dziadziusiem, który dawał mi wygrywać w kości, a gdy miałem lat bardzo mało co nocy wstawał z nieskończoną cierpliwością, zapalał światło i czekał, aż zrobię siusiu, bo bałem się ciemnego korytarza.

Mógłbym pisać o obu Babciach, ale zmiany, które mam na myśli nie polegają tylko na śmierci. Kiedy Josowi zdiagnozowano raka skóry, jego życie również drastycznie się zmieniło. Człowiek, który niczego nie lubił bardziej niż pracy fizycznej w stroju bardzo niekompletnym w piekącym słońcu południa Francji resztę życia spędzi nosząc długie spodnie, długie rękawy, czapki i smarując się kremem z filtrem 50. Co roku będzie odwiedzać szpital celem sprawdzenia, czy rak nie powrócił. Raka w mojej rodzinie i wśród przyjaciół jest, że tak ładnie powiem, fchuj i też nie chcę się nad tym dalej rozwodzić. A rok 2016 z upodobaniem morduje ważnych dla mnie ludzi, którzy mnie nie znają, ale ja ich tak, Davida Bowie, Prince’a, Janinę Paradowską i tak dalej. Stąd obrazek na górze. 2016 jest do dupy.

Problem z nieodwracalnymi zmianami – jak np. moja diagnoza dwubiegunówki, choroby nieuleczalnej – jest taki, że trzymamy się poprzedniej rzeczywistości ręcyma i nogyma, jak pięciolatek dużego zestawu Lego w sklepie z zabawkami, gdy zawstydzona mama usiłuje go odkleić i zachęcić lodem Magnum lub zestawem 10x mniejszym i 5x tańszym. Najgorzej tąpnęła mną śmierć Babci, ponieważ nie było mnie już w kraju-raju, przyleciałem na pogrzeb, ciało zostało skremowane PRZED uroczystością, ksiądz przez trzy czwarte czasu mówił o tym, że biskup, arcybiskup i proszę dać na tacę, czasami wspominając, że „Władysława” (za każdym razem wyraźnie spoglądał na karteczkę) to coś tam, ale kościół potrzebuje piniondz. Zakonnica, która spacerowała z tacą na widok mojego wyrazu twarzy postanowiła się nie zbliżać i to był bardzo dobry pomysł. Rezultatem tego, że nigdy nie widziałem Babci Władzi martwej jest dziwne przekonanie mojego, jak by nie patrzeć, dorosłego umysłu, że wcale nie umarła, tylko gdzieś tam jest. Jak Elvis i Michael Jackson. Nie dostałem tego, co się po angielsku nazywa closure.

Dawno temu, na koncercie Suzanne Vega, bawiłem się wyśmienicie, hipomania była w rozkwicie, ale ja jeszcze nie wiedziałem co to, postanowiłem wskoczyć na scenę i zabrać sobie setlistę. Wyrzuciłem prawą nogę wzwyż i usłyszałem, jak pęka mi więzadło. Biały z bólu dałem się zaprowadzić na ławkę, gdy koledzy i przyjaciele już zrozumieli, że się nie wygłupiam. Kilka miesięcy spędziłem w łóżku. Kolejne kilka siedząc z nogą na wielkiej, nadmuchiwanej piłce. Ortopeda zrobił mi MRI i powiedział, że „nie widzi żadnych nieprawidłowości”. Nogę uratował mi fizjoterapeuta, ale do końca życia nie będę mógł grać w rugby i uprawiać kickboxingu. Co jest wielką łaską losu, bo leżąc w łóżku przewidywałem, że do końca życia nie będę chodzić bez kul. Jak mój kolega, który pewnego dnia przechodził sobie przez jezdnię na zielonym świetle i wpierdolił się w niego samochód. Kierowca uciekł, nikt go nie zapamiętał, a kolega od trzech lat na zmianę ma kolejne operacje, bardzo bolesną fizjoterapię (uzależniwszy się od środków przeciwbólowych, a potem przeżywszy objawy odstawienia odmówił brania kolejnych). Możliwe, że kiedyś nie będzie chodzić o kulach. Może. Jeśli los będzie łaskawy.

Nie umiem się łatwo godzić ze zmianami nieodwracalnymi. W tej chwili, pod hasłem Brexit oglądamy, jak kraj – tydzień temu potężny – sypie się w drobne kawałeczki, wszyscy, którzy mogą uciekają od władzy, w tym Nigel Farage – autor pomysłu i jego najgorętszy orędownik. Mnie osobiście Brexit dotyka średnio, ale mam wielu przyjaciół, którzy mieszkają w Jeszcze Wielkiej Brytanii, Polaków i nie tylko. Trudno się z nimi ostatnio rozmawia. Trudno czyta się na Huffington Post podsumowanie trzystu rasistowskich wyskoków w jednym tygodniu. No i co im mam powiedzieć? Że może będzie dobrze? Tego w tej chwili nie wie nikt, ani Osbourne, ani Farage, ani Tusk. Nastąpiła zmiana – niektórzy łudzą się jeszcze, że jakoś się ją da odwrócić. Nastąpiła ze zwykłej głupoty, czego dowodzi ilość wyszukiwanych zapytań „co to jest Unia Europejska” dzień po referendum. Nasz holenderski naziolek z żółtymi włoskami, Geert Wilders, już się pcha do kolejnego referendum.

Były takie czasy, gdy na Wigilię zbieraliśmy się całą rodziną w domu ciotki, bo miała najwięcej miejsca. Przyjeżdżał wujek (czasami, z rzadka, nawet dwaj), u głowy stołu siedziała rzecz jasna Babcia Władzia, dookoła plątały się nieprzytomne z podniecenia dzieci i nieco mniej podekscytowane nastolatki, którym przypadało w udziale sprzątanie, mama gotowała pierogi, ciotka latała z karpiem i innymi potrawami, ciągle komuś trzeba było podawać chleb. Wymusiłem zmianę – wyłączenie telewizora, bo pudło huczało akurat za mną i niczego innego nie słyszałem. Kochałem te wigilie, chociaż katolik ze mnie żaden (w rodzinie mamy nadzwyczaj mało osób wierzących). Po tym, jak ciotka odcięła się od homoseksualisty w rodzinie wigilie nagle stały się imprezą kilkuosobową – Mama, bracia, ja. Potem jeden z braci wziął ślub, urodziły mu się bliźnięta i teraz wigilia zyskała nową świecką tradycję znaną wszystkim rodzinom w Polsce, polegającą na tym, że trzeba obskoczyć obie rodziny, a złośliwie nie mieszkają w tym samym bloku. Jedna z wigilii o mało nie usunęła mnie z padołu, bo tak się dobrze bawiłem. Aktualnie świąt bożego narodzenia nie obchodzę wcale, obchodzę Yule i cieszę się z najdłuższej nocy w roku, bo potem jest już tylko lepiej. Prezenty usunęliśmy z pola widzenia, z potraw interesuje mnie głównie barszcz z uszkami, bo bardzo go lubię i jadam raz w roku. Proces bolesnej zmiany dobiegł końca.

Na koniec – jak wiadomo, zmieniłem nazwisko. Minęło od tego czasu dziesięć lat. W roku 2016 ciężko mi uwierzyć, że kiedykolwiek nazywałem się inaczej. Zmieniłem obywatelstwo, kraj zamieszkania, fryzurę (tak z milion razy), ale i tak niosłem ze sobą w cholerę bagażu emocjonalnego. W zeszłym tygodniu odkryłem coś, co kształtuje całe moje życie, od dzieciństwa aż do teraz – brak ojca, śmierć dziadka i zniknięcie ojczyma wytworzyły we mnie zespół cech, który powoduje, że bardzo łatwo otwieram się i nawiązuję z każdym intymne kontakty, tyle, że to ja ustawiam granice i poza te granice wykraczać nie wolno. Bardzo mało jest osób, które mnie znają naprawdę, w całości – może ze dwie, w tym Jos. Chciałbym to zmienić, ale jeszcze nie wiem, jak.

Rysunek: Sarah’s Scribbles. Polecam książkę „Adulthood Is A Myth”! Posiadam i zapewniam, że jest warta ceny.

  • Abe

    Sarah jest fantastyczna, a jej książka przyjemnie futrzasta na okładce, pysznie. Zmiany są stresujące (chociaż ostatnio przechodzę zmiany w kwestii wyglądu – na liście jeszcze czeka tatuaż niejeden – i też są stresujące, ale za to potem się człowiek czuje, jakby nagle coś w nim wskoczyło na odpowiednie miejsce, chociaż wcześniej nic nie brakowało). Mnie czeka decyzja o tym, czy wyjeżdżać w siną dal, ale to dopiero za dwa lata. Chciałabym, ale to przecież trudne (ale tkwienie w Polsce też) – jakoś mi te Twoje wzmianki o wyjeździe do Amsterdamu pomagają, najwyraźniej #dasie.

    A w kwestiach politycznych jest jeszcze ta grupa ludzi, która dziarsko zaprzecza: „nie wyjdą, nie wyjdą, jeszcze się z tego wycofają”. Niestety nie znam się na tym wystarczająco, żeby móc ocenić poziom możliwości tego stwierdzenia.