Kolonia to dziwne miejsce.


Ulica, na której mieszka odwiedzany przeze mnie Miś z Kolonii (jak sama nazwa wskazuje) jest jedną z droższych ulic w mieście. Mieszczą się na niej eleganckie bloki, galeria sztuki, sklep z bardzo drogimi pierdolansami. A jednak nie udało się wytyczyć jej w taki sposób, żeby mieściły się na niej jednocześnie samochody i ludzie. Ponieważ mieszkańcy parkują pod blokiem, pozostaje akurat tyle miejsca, żeby ALBO przejechał samochód, ALBO przeszedł człowiek. A samochody jeżdżą często.


Większość mijanych przeze mnie sklepów wygląda identycznie. Metal, szkło, ogromne szyby, za którymi świeci lodowate światło, oświetlając drogie produkty. Mieszkając w Amsterdamie przywykłem do o wiele bardziej organicznej architektury i Kolonia sprawia na mnie wrażenie miasta dostosowanego do potrzeb robotów. Dokładnie tak samo, jak Warszawa.


Podobieństw jest więcej. Spotykani w barach ludzie trzymają się w swoich grupkach i nie sprawiają wrażenia, jakby mieli ochotę nawiązywać kontakt, jeśli zaś już to robią, to nie moją ulubioną metodą — podejść i powiedzieć coś głupiego i zobaczyć, co się stanie — tylko np. wystawiając język i obleśnie się w moją stronę oblizując. W ciągu pobytu, pominąwszy Misia z Kolonii, jak na razie rozmawiałem z trzema osobami, z których każdą zagadnąłem osobiście, wybierając zupełnie przypadkowo pod kątem „o, ten wygląda sympatycznie i ma w sobie coś ciekawego”. Pierwszy okazał się Holendrem z Amsterdamu, drugi — Australijczykiem, a trzeci — Belgiem. Przysięgam, że nie podsłuchiwałem, w jakim języku mówią.


Swoją drogą, znowu wychodzi, że jestem Casanovą, ponieważ poderwałem wszystkich trzech. Australijczyka jakby najmniej, ponieważ był barmanem w trakcie pracy i niespecjalnie mógł się oderwać, ale polubił mnie na tyle, żeby zapominać pobrania ode mnie pieniędzy za napoje i zachęcać usilnie do wybrania się do baru następnego wieczora. (Bardzo lubię ten typ barmana.) Holender zaplanował spotkanie ze mną po powrocie do domu, czyli w przyszłym tygodniu, zaś Belg… to dłuższa historia. W skrócie powiem, że zagadywanie faceta w skórzanym mundurze policyjnym, skórzanej czapce, skórzanych rękawicach, skórzanym krawacie i z dwoma skórzanymi biczami u pasa, czy moja teoria, że on w ten sposób kompensuje sobie mizerny rozmiar jest słuszna może się skończyć w nadzwyczaj nieprzewidziany sposób i w sumie to bardzo dobrze, że jutro z tego miasta wyjeżdżam i już więcej mnie w tym barze nie zobaczą.


*


Właśnie przed chwilą mój kumpel zdefiniował zmianę mojej osobowości pod wpływem antydepresantów — nie mam zahamowań. To prawda. Niektóre rzeczy nadal wzbudzają moją niechęć — nie lubię darkroomów, w których po pierwsze jest ciemno, po drugie nie da się pogadać, a po trzecie włącza mi się głosik, pytający, jak często i dokładnie się tu sprząta i ile zarazków roi się po ławkach i podłogach. Wiecznie żywy jest Wewnętrzny Katolik, który nudzi, że za dużo przyjemności to grzech i lepiej bym pomedytował, lub poczytał Biblię. Ale Wewnętrznego Katolika jakoś podejrzanie łatwo przyciszyć (zwłaszcza po trzecim piwie), a nieśmiałość wziona i znikła. Ni ma. Nie ma takiego faceta, do którego bym nie zagadał. Są tacy, do których zagadywać nie mam ochoty, rzecz jasna, ale jeśli widzę coś fajnego, to nic mnie nie powstrzyma. A potem się okazuje, że oni wszyscy są moimi zaczepkami zachwyceni i gotowi mi to okazać na wiele interesujących sposobów, również przy użyciu skórzanego bicza przy barze w obecności gości.


Z jednej strony chciałbym, żeby mi ta pyskatość pozostała po zaprzestaniu terapii chemikaliami, bo jest fajna i odnosi same sukcesy, z drugiej — nie do końca wiem, czy na pewno chcę spędzić kolejne np. 10 lat ładując się z zapałem w kolejne kłopoty z kolejnymi facetami w kolejnych barach. A antydepresanty mają też taki skutek uboczny — tak twierdzi mój terapeuta, a nie mam powodu mu nie wierzyć — że raczej uniemożliwiają zakochanie się i wszystko to, czego potrzeba, aby się z kimś związać. A na razie raczej nie mogę pigułów odstawić. W zeszłym tygodniu przeoczyłem jeden raz mniejszą dawkę — biorę całego proszka rano i pół po południu, przeoczyłem to pół. Dzień potem byłem jakiś nieobecny, co odnotował Szacowny Małżonek. Następnego dnia zaś miałem w pełni rozwinięte objawy depresyjne, łącznie z myślami samobójczymi. Tak więc chyba jeszcze nie będziemy rezygnować z chemii…


*


Z Kolonii wyjeżdżam jutro i nie będę tęsknić. Nie podoba mi się tutaj. W Berlinie podoba mi się głównie część wschodnia, a konkretnie fragmenty, których jeszcze nie zdążyli odnowić. Kolonia wygląda jak Berlin Zachodni, jednocześnie skrzętnie ukrywając, że w rzeczywistości jest tu dosyć biednie. Nie tak biednie, jak w pomniejszych rumuńskich miasteczkach, ale jak na zgniły kapitalistyczny Zachód, którym straszono mnie w dzieciństwie, to jednak Kolonia cienko przędzie. Mnóstwo ludzi stąd wyjechało i wyjeżdżają kolejni; kryzys ekonomiczny wytłukł turystów z Włoch i Hiszpanii i tylko w chwilach takich, jak ten weekend — Bear Pride i najazd skórzanych misiów z całego świata — łazi tu dużo turystów i gada w obcych językach.


Na koniec jeszcze słowo na niedzielę o misiach. Ja misie lubię. Misie są brodate, czasami brzuchate, czasami muskularne, generalnie futrzaste, piją piwo litrami zamiast odginać paluszek od szklaneczki coli light, ubierają się w skórzane pantalony, t-shirty i dżinsy zamiast Prady i innych Kalwinów Klajnów, mają przyciężkie poczucie humoru, a jednocześnie potrafią wdzięcznie się przegiąć i wymachiwać łapą rozmiaru, cóż, niedźwiedziej, jakby były zwiewną westalką. Tyle, że w Kolonii misiów jest nadmiar. W barze stoi dwustu identycznych facetów. W barze obok kolejnych dwustu. Wszyscy brodaci, wszyscy duzi, wszyscy włochaci, wszyscy w podobnych ciuchach. A w środku tego wszystkiego siedzę ja w t-shircie „Beards Are Awesome” i się z nich natrząsam. Nie wiem, jak się czuje heteryk kochający cycate blondynki na zjeździe cycatych blondynek, ja w środku dwustu muskularnych niedźwiedzi czuję się strasznie ubawiony, bo kojarzą mi się z indie hipsterami, którzy wszyscy wyróżniają się z tłumu za pomocą wyglądania identycznie.


*


A teraz jest już jutro.


Śniadanie zjadłem w losowo wybranej knajpce, w której nieuprzejma pani nie znała ani słowa po angielsku, ale dogadaliśmy się za pomocą pokazywania palcem i przemawiania bardzo powoli. Aura jest mżąca i bardzo ciepła, raczej październikowa, niż listopadowa, a ja nieco niewyspany po wczorajszym wypadzie.


Trzy pierwsze bary spowodowały we mnie gwałtowne ataki klaustrofobii. Nie mam problemu z barami, w których jest dużo ludzi, ale jeśli nie ma nawet tyle miejsca, żebym mógł zdjąć z siebie kurtkę, to znaczy, że jest jednak trochę za przytulnie. W czwartym barze grali Britney Spears zamiast szlagierów o reniferach, znalazły się miejsca siedzące, a barman polewał bardzo szczodre drinki, klepał mnie po plecach i pytał, co też jeszcze chciałbym usłyszeć.


Byliśmy w środku może dziesięć minut, kiedy wpadła na mnie — niezupełnie przypadkowo — urocza, ciemnowłosa dziewczyna i powiedziała, że jest bardzo pijana i przeprasza, ale czy może tańczę. Może tańczyłem. Przetańczyliśmy jakieś pół godziny, po czym dziewczyna zapoznała Misia i mnie ze swoją najlepszą przyjaciółką, która z kolei zapoznała nas ze swoim chłopakiem. Pamiętny lekcji Misia o tym, że mieszkańcy Kolonii nie rozmawiają z obcymi zastanowiłem się przez chwilę, czy aby dotyczy to wyłącznie gejów, po czym okazało się, że żadna z tych trzech osób nie pochodzi z Kolonii, a najdłużej mieszka tu ciemnowłosa, bo aż osiem lat.


Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę. Misiu i jego nieleczona depresja mają na mnie bardzo zły wpływ, w barach wolno palić, muzyka jest beznadziejna, a dwaj poderwani faceci mieszkają za granicą. Na ulicy czyhają na człowieka bankomaty-złodzieje, które dopiero przed ostatnim potwierdzeniem transakcji od niechcenia wspominają, że pobierają 20% opłaty. Schampanja, „alternatywny” bar, raczy człowieka raz DJem Otzi, raz szlagierami typu „Halinko, fajną dupę masz”, co nie jest do końca sposobem, w jaki alternatywę rozumiem ja. Skojarzenia z Warszawą nie są przyjemne, bo Warszawy też nie lubię, lubię kilka wybranych miejsc i mieszkających w niej przyjaciół. A jednak nie żałuję, że tu przyjechałem, chociażby dlatego, że blokada pisarska runęła z hukiem i połowę pobytu spędziłem klikając z zapałem w laptopa, spotkałem ponownie misiową przyjaciółkę-anarchistkę i doskonale się ubawiłem, oraz nabyłem nadzwyczaj dziwny element ubioru — coś jakby środek marynarki z eleganckimi klapami, połączony z rękawami dresu z paskami. No i w portfelu mam wizytówkę belgijskiego skórzaka… 


*


Ostatnie godziny w Kolonii całkiem nieźle podsumowały moje odczucia wobec tego pobytu.


Wybraliśmy się do knajpy, w której podają najlepsze sznycle w mieście. Nie żałowałem — sznycle były ogromne i pyszne, kelnerka uprzejma i uśmiechnięta, a po mojej lewej stronie siedział niezwykle piękny, czarnowłosy i czarnobrody mężczyzna, na oko 35-40 lat, wielkie, czarne oczy. Pewnie Hiszpan, myślałem lekko nieobecnie, gdy Miś skarżył się na swojego szefa. Pewnie hetero. W domu siedzi żona, a on w podróży służbowej…


Zjedliśmy, wypiliśmy, po czym postanowiłem udać się do toalety, zupełnie przypadkiem wybierając moment dwie minuty po tym, jak udał się tam brodaty przystojniak. Niestety, za mną ruszył nieznany mi świński blondyn, który zaczął przemawiać do mnie po niemiecku.


— I don’t speak German — odpowiedziałem.


— Do you speak English?


— I believe I do. — Cholera, będzie do mnie gadać, pomyślałem niechętnie, patrząc z żalem, jak brodacz myje ręce i wychodzi.


— Where are you from?


— I’m from Amsterdam.


— Amazing! Amsterdam, Amsterdam! — zaczął śpiewać popularny tutaj szlagier z gatunku muzyki rubaszno-pijackiej, której nie znoszę.


— Yes, I heard this last night at a bar — odpowiedziałem i ruszyłem do wyjścia, on zaś za mną.


— I have a dream, baby! — poinformował mnie, kiedy już miałem usiąść z powrotem obok Misia.


— What is it?


Objął mnie i pogłaskał po plecach. — To have a Dutch man all of my own! — Po czym na szczęście oddalił się, zanim zdążyłem dać mu w pysk i objaśnić, że nie znoszę być dotykany bez pozwolenia przez kompletnie obcych ludzi.


Pełen niesmaku usiadłem. Ależ mnie Kolonia żegna. Jednak jacyś Niemcy mnie zagadują. Łapami. Nie znoszę tego okropnie.


— To był jeden z tych okropnych gejów z Kolonii — poinformował mnie równie zniesmaczony Miś.


— Rzeczywiście okropny — mruknąłem. — Nie trawię, jak ktoś mnie maca bez pytania. Porozmawiamy, polubimy się, wtedy możesz się przytulać, a nie jakiś obcy z łapami startuje. To akurat jest sposób, żebym kogoś natychmiast znienawidził.


— Przykro mi — powiedział szczerze zawstydzony Miś.


— Trudno, żaden problem, zaraz przecież wyjeżdżam. Chodź, zbieramy się…


Ciągle zniesmaczony i z uczuciem zbrukania ubierałem się, gdy nagle zawadziłem okiem o stolik, przy którym siedział brodacz. Brodacz wpatrywał się we mnie tymi wielkimi, pięknymi oczami, z tą miną, której z niczym nie da się pomylić, którą po angielsku określamy ‚bedroom eyes’ a po polsku nie mam pojęcia, a kiedy nasze oczy spotkały się, uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana i natychmiast zapomniałem o obleśnym blondasie.


Jeszcze wsiadając do pociągu miałem cichą nadzieję, że może, podobnie jak ja, był gościem z Amsterdamu i spotkamy się, ale oczywiście nic tak pięknego nie nastąpiło. A jednak ten uśmiech kompletnie zmienił mój nastrój. Nawet odkrycie, że projektanci dworca nie wpadli na pomysł, że ktoś mógłby chcieć tam usiąść niczego nie zmieniło. Ten uśmiech — i smród dymu papierosowego z mojej bluzy, którą wyprałbym od razu, gdyby nie to, że przyjazd tuż przed północą — towarzyszą mi nadal, kiedy piszę ten akapit już w pociągu. Dziękuję Ci, nieznajomy brodaczu. A tobie, nieznajomy świński blondynie, serdecznie życzę hemoroidów.


*


A w styczniu najpewniej Ateny…

Bezrobocie mi nie służy.

watashi79 pyta mnie w komentarzu, czy poszukuję Nowego Zajęcia. Nie. Pracuję z psycholożką z outplacementu, która kazała mi nie szukać Zajęcia do końca roku; spotykam się z wieloma facetami, imiona niektórych znam, a niektórych nie; chodzę do ulubionego baru (po tym, co tam wykonałem w niedzielną noc, mogą mnie więcej nie wpuścić — note to self, cenę następnego piwa sprzedanego przez Sandera zaokrąglić do 20 euro) i generalnie robię nie to, co powinienem, gdybym był poważnym, dojrzałym mężczyzną o właściwych zainteresowaniach. Przy czym to nie do końca ja uważam, że powinienem, a moja psycholożka oraz terapeuta oboje mi odradzają Robienie Tego, Co Powinienem, ale przeszkadza mi coś, czego się nie mogę do końca pozbyć — mój Wewnętrzny Katolik.

Tym uroczym mianem określam głosik, który się włącza, jeśli zaczynam się za dobrze bawić. Dopóki ten głosik pilnuje, żebym nie popadł w uzależnienie od narkotyków i niebezpiecznego seksu, jest dobrze. Gorzej, jeśli głosik pilnuje, żebym nie poleciał do Grecji na zaproszenie kumpla, albo też nie kupił czegoś, co mi jest potrzebne, bo „przecież masz teraz pieniądze, ale możesz kiedyś nie mieć” oraz „po co masz lecieć do Grecji, lepiej byś odłożył na Ciężkie Czasy”. To w psychologii nazywa się, zdaje się, przygotowywaniem z góry na porażkę — zakładaniem, że nie będzie dobrze, tylko gorzej i już trzeba się na to przygotowywać.

O moim życiu „miłosnym” wolę nie pisać, bo znowu mnie 8jola8 opieprzy. Tyle, że pytanie, czego tak naprawdę bym chciał — czy aby na pewno tłumu chętnych do seksu bez zobowiązań? A może po prostu JEDNEGO sensownego faceta bez problemów opisanych w DSM-IV? Chwilowo seks bez zobowiązań mnie całkiem zadowala, ale docelowo wolałbym jednak to drugie, a na to jakichś ogromnych szans nie widzę.

Kreatywnie trwa blokada, stąd brak notek. Nie piszę. Nie nagrywam. Nie projektuję. Wyciskam ciężary i zachowuję się w sposób nieakceptowany przez Kościół Katolicki. W przerwach sprzątam, robię zakupy, słucham Aerei Negrot i zwiedzam Facebooka. Oraz czekam na mój krótki kurs podstaw kowalstwa 10 grudnia.

Zapomniałem ostatnio pół tabletki (co dnia biorę półtora). Następnego dnia Szacowny Eksmałżonek, bawiący z wizytą, odnotował, że jestem jakiś dziwny i odległy. Dzień potem wróciły myśli samobójcze (na szczęście nie na długo). Chyba jeszcze nie będziemy odstawiać leków.

Wiem, że to nie jest ciekawa notka, ale chciałem dać znak życia. Ciekawą może obmyślę za jakiś czas. Na heteroblogasku zaś ziejący brak notek, bo lektura forum doprowadza mnie wyłącznie do walenia głową w biurko z frustracji pt. „jacy ci ludzie są banalni”. Nawet nie głupi. Po prostu powtarzają wiecznie to samo. Jak ja mam komponować nowe notki przy użyciu wiecznie takich samych postów na forach, hę?

Ostatni tydzień w dotychczasowej pracy.

Wypalenie zawodowe zawsze wydawało mi się wymyślonym problemem dotykającym osób kiepskich w tym, co robią. Nie przyszło mi do głowy, że dotknie mnie. A już na pewno nie dlatego, że odkryję, że zamknąłem się w złotej klatce, w pracy, która nie stanowi dla mnie wyzwania, która jest prosta, przyjemna, nieabsorbująca i przez większość czasu… nudna. Mili współpracownicy, fajne zarobki, pieniądze na wakacje, rozjazdy, kredyt na mieszkanie… i mordercza nuda.

Przez miesiące powtarzałem sobie: jest kryzys, masz kredyt, warunki ekonomiczne, rynek pracy, etc. etc. Najpierw działało. Potem działało coraz gorzej, zgrzytało i chrzęściło, aż działać przestało — i odkryłem, że nie jestem w stanie wyleźć z łóżka w poniedziałkowy poranek. Wtedy zrozumiałem, że podobnie jak wyrzucony z domu alkoholik, dotarłem do ściany — albo zmienię sytuację, w której jestem, albo sytuacja mnie zabije. W jak najbardziej dosłowny sposób, jak wiedzą ci, którzy chorowali na depresję.

W ten sposób z własnej woli odchodzę z dobrze płatnej, bezpiecznej pracy podczas kryzysu ekonomicznego. Ci, którzy nie rozumieją, jak czuje się osoba wypalona zawodowo — bądź pracują na kasie w supermarkecie za grosze — zapewne uważają, że jestem kompletnym idiotą z #whitegirlproblems. Ale podobnie, jak w związku, który dotarł do fazy powolnego rozkładu, w pewnym momencie trzeba powiedzieć „koniec” i odejść; nieważne są kredyty, czterogwiazdkowe wakacje i markowe ciuchy, jeśli każdy poranek rozpoczyna się od myśli samobójczych.

Ostatnie tygodnie w pracy wzbudzały we mnie wiele ekstremalnych uczuć. Z jednej strony: ulga. Z drugiej: przerażenie. Z trzeciej: radość. Z czwartej: to doznanie, które mamy, odkrywając, jak wiele ludzi lubiło z nami pracować, żałuje, że odchodzimy, pyta, czy i jak może nam pomóc i oferuje, że napisze nam referencje. Z piątej: wrażenie, że zmarnowałem ostatnie 12 lat; dotarłem do ściany, za którą cholera wie, co znajdę, przez 12 lat pracowałem w zawodzie, w którym w tej chwili nie wyobrażam sobie dalszej pracy, a nic innego nie umiem. Czy to znaczy, że spierdoliłem sobie życie?

Zgrzytając zębami staram się dożyć piątku. A co będzie w poniedziałek, kiedy okaże się, że weekend minął, a ja nigdzie nie muszę rano iść? Nie mam pojęcia.

W ramach przełamywania zastoju pisarskiego postanowiłem napisać coś o swoim życiu, eee… miłosnym.

Jakiś czas temu zostałem wywołany do tablicy przez autora bloga „Nie ufam facetom bez skazy”, który nie zgadzał się z moim zdaniem na temat randkowania online i zastanawiał się, czy ja może jestem jakiś Casanova. Nie poczuwam się zupełnie do bycia Casanovą, ale muszę przyznać, że randkowanie online w moim wypadku okazuje się jak najbardziej spełniać swoją rolę. Nie jestem tylko pewien, jak i czy w ogóle przekłada się to na budowanie związków.

Chwilowo jestem na szczęście nie w nastroju na związek, w związku (SEE WHAT I DID THERE) z czym spotykam się z chętnymi do masażu całego ciała dużym mężczyzną. Po czym masujący/masowani zaczynają wysyłać mi esemeski, zapytywać, co też porabiam, zapraszać na kolacje i wyznawać, że dużo o mnie myślą. W ten sposób niejako obalają stereotyp, że mężczyźni zainteresowani są tylko seksem, nie posiadają żadnych uczuć oraz liczy się dla nich tylko zaliczanie dup. Stereotyp ten za to zdaje się potwierdzam ja, ponieważ dopóki nie przejdzie mi zwyczaj wygłaszania przemów do wyimaginowanego DJa (na ogół przemowy da się streścić słowami „ty dupku”) i dopóki nie ustabilizuje mi się sytuacja zawodowa, staram się unikać związywania z kimkolwiek na dłużej, niż kilka tygodni.

Jak już wspominałem parę razy, Amsterdam jest miejscem, które przyciąga specyficzny rodzaj ludzi. W tym miejscu zaś ja przyciągam specyficzny rodzaj ludzi. W ostatnich dniach zaoferowano mi dwa trójkąty (nie skorzystałem), chętni do spotkania celem niezobowiązującego seksu piszą z miast odległych o 200 km i obiecują, że przyjadą, zaś ja generalnie nowe oferty w większości odrzucam, bo zbyt zajęty jestem czterema dżentelmenami aktualnie w rotacji.

Ze wszystkimi byłem szczery. Powiedziałem im, że nie mam chęci na związek, że spotykam się z innymi i że kiedyś chęć na związek mi wróci i będę wtedy monogamiczny i wierny, ale na razie ten moment nie nastąpił. Oni wszyscy przyjęli to do wiadomości, po czym ich stosunek wobec mnie się nie zmienił. Co udowadnia po raz kolejny, że świat daje nam to, czego się od niego domagamy. W moim przypadku jest to konwersacja, seks oraz domowe kolacje z kuchni greckiej, arubańskiej oraz — w przypadku Wilkołaka — z kuchni na wynos, bo on podobnie jak ja nie potrafi gotować. Co mi zupełnie nie przeszkadza.

Grek i Arubańczyk (Arubijczyk?) to dwa nowe nabytki. Z wyglądu kompletnie do siebie niepodobni, jeśli pominąć ciemną karnację i kolorystykę, z osobowości zresztą podobnie, gotują też różnie i zapewniają mi rozrywki muzyczne — jeden prezentuje mi greckie przeboje filmowe z lat 60, drugi zaś aktualną muzykę dance. Bardzo mi to odpowiada.

Starszy Cub, którego niektórzy pamiętają z czasów sprzed DJem, twierdzi, że mnie kocha, jego małżeństwo jest już skończone i powinniśmy razem jeździć na plażę oraz chodzić do knajp. Zgodnie z prawdą odpowiadam na to uprzejmie, że ja go bardzo lubię i chętnie się z nim prześpię (gdy znajdę wolny moment w mym jakże pełnym kalendarzyku). Martwi mnie trochę ta sytuacja, bo w przypadku Cuba akurat jest tak, że do masażu jest niezwykle utalentowany, ale do związku ze mną chyba nie do końca, toteż z nim widuję się na wszelki wypadek jak najrzadziej.

Z Wilkołakiem spędziłem ostatnio noc, co u mnie jest bardzo nietypowe i wymaga wielkich poświęceń, jako, że nie umiem spać w nieznanym łóżku i potrzebuję kilku nocy praktyki, aby móc zasnąć. Tak więc sobotnią noc „przespałem” z Wilkiem, a niedzielną spędziłem kurując ból głowy po nieprzespanej nocy. Tak się przypadkiem zdarzyło, że wpadł do mnie z wizytą jeden taki pan do spraw sprzedaży różnych różności, który po załatwieniu transakcji poinformował mnie, że jestem śliczny i słodki, dobrał mi się do rozporka, a w trakcie dobierania stwierdził, że musimy się koniecznie spotkać po to, żebym go mógł wyfistować. Nie do końca wiem, czy to dobry pomysł, po pierwsze primo dlatego, że nie jestem pewien, że to mnie kręci, a po drugie primo dlatego, że nie wiem, czy chcę łączyć sprawy romantyczne z handlowymi, bo mi się to za bardzo kojarzy z najstarszym zawodem świata.

Lista przebojów ma to do siebie, że posiada też poczekalnię. W poczekalni aktualnie znajdują się jeden szczupły skinhead, jeden bardzo inteligentny eks-punk i eks-squatter, który aktualnie posiada trzy domy w trzech różnych stolicach europejskich, jeden mieszkaniec miasta odległego o 200 km oraz jeden kumpel z ewentualnym podtekstem. Ale nikt nie ma aż TYLE czasu…