Mój nowy blog nazywa się tak, jak się nazywa, z pewnego powodu, który za chwilę Wam wyłuszczę mimo Waszych cichych protestów.



OTURZ…



(Tak, zawsze tak piszę ten wyraz.)



…mam pewną teorię, a mianowicie taką, że miłość na całe życie daje się spotkać wyłącznie przed trzydziestką. (Chyba, że oczywiście ktoś na ten to przykład chował się w jaskini, w wieku lat 28 został z niej wypuszczony i 2 lata uczył się języka. Generalnie, jeśli przez 10 lat próbowaliśmy związków i się nam nie udało, to zapewne już się nie uda.)



Teoria, oparta na wieloletnich obserwacjach środowiska zarówno homo jak i heteroseksualistów (zdeklarowanych bi znam tylko dwoje i są oni w związku ze sobą nawzajem, więc niewiele się daje zaobserwować) jak do tej pory niestety sprawdza się jak w pysk strzelił, a przyszła mi do głowy podczas lektury jednego z fajniejszych niderlandzkich stripów (komiksów), „S1ngel”, w którym bohaterka mówi tak: „Chciałabym spotkać chłopaka. Tak między 31 a 34. Żeby był przystojny i się fajnie ubierał, ale nie był próżny. Inteligentny, oczytany, miły i koniecznie żeby lubił kuchnię japońską. Hmm… kiedyś chciałam tylko, żeby był sympatyczny…”



Kiedy mamy lat 20, zakochujemy się kompletnie bez hamulców, filtrów i myślenia. Bo on ma ładne oczy, ona ładne nogi, on tak inteligentnie wygląda gdy mówi o Kierkegaardzie, ona tak bosko opowiada o wyprawach w góry. On gra na gitarze. Ona na perkusji. I wystarczy. Nie myślimy o bagażu doświadczeń, bo go nie mamy; o nawykach też nie, bo na ogół mieszkamy u rodziców albo w akademiku i jedyne, o czym marzymy, to odrobina spokoju i żeby nikt nam nie zadawał głupich pytań typu „o której wrócisz” i „z kim ty się znowu zadajesz”.



Kiedy mamy lat 33, a za sobą trzy bolesne zerwania i jedne zaręczyny zakończone zgadnijcie czym, myślimy inaczej. Odkrywamy rozkosze życia w samotności, niekiedy przerywanego kolegą z suszi i winem (patrz notka moovki wspomniana powyżej), a niekiedy nie. Przywykamy do tego, że nikt nam nie zostawia zużytych skarpetek pod zlewem, nie wyjada nam nutelli, nie pyta z przekąsem „a gorszego szajsu nie było?” kiedy przynosimy do domu nową książkę Magdaleny Grocholi. I kiedy spotkamy kogoś, kto wydaje się być całkiem sympatyczny, nagle w głowie pojawia się caaaałe mnóstwo pytań i problemów.



Przede wszystkim: czy aby na pewno chcemy się w to pchać? Czy jesteśmy gotowi na mozolne dopasowywanie, ryzyko bycia skrzywdzonymi, zastanawianie się, czy już można powiedzieć „kocham cię” i nie odstraszyć drugiej osoby? Czy to na pewno ten, dla którego warto zrezygnować z opcji? Czy w ogóle jesteśmy gotowi zrezygnować z opcji?



Po drugie: czy aby tego szukaliśmy? Przecież on ma 35 lat, a nie 31-34; ubiera się fajnie, ale chyba się za długo przegląda w lustrze; a co najgorsze, jest złego zdania o japońskiej kuchni i w zasadzie to woli pizzę. PIZZĘ?! Czy ten barbarzyńca aby na pewno posiada chociażby ze dwa kubki smakowe?



Po trzecie: czy aby na pewno można mu ufać? Facet-singiel po trzydziestce, którego najdłuższy związek trwał cztery lata? A bo ja wiem co o tym myśleć, droga Kasiu? (Pomijamy tu oczywiście, że nasz własny najdłuższy związek trwał trzy lata, bo to w ogóle nie ma nic wspólnego z rozmową.) Może on jakiś niepoważny? Ale z drugiej strony zawsze lubiłyśmy starszych, mamy same trzydziechę na karku i ciężko będzie nam znaleźć tego Tarzana, co do tej pory chował się w puszczy, a teraz nagle w wieku lat 34 wyhycnął zza baobabu i zakochał się w nas od pierwszego wejrzenia, jednocześnie prezentując świetne maniery, doskonały gust odzieżowy oraz fantastyczne obeznanie w japońskich knajpach na terenie zamieszkiwanego przez nas miasta.



No i tak przepuszczając każdego kolejnego kandydata na absztyfikanta przez powyższą maszynkę do mięsa odkrywamy ze smutkiem, że nie. Że nie pasuje. Że nie ufamy. Że nie jesteśmy gotowi. Albo też próbujemy, ale po 6-12 miesiącach kandydat wpienia nas tak bardzo, że prędzej bylibyśmy gotowi resztę życia spędzić w zakonie, niż dziesięć minut w towarzystwie ćwoka, który nie wie, kto to jest Gregg Araki. Sorry, ale.



No i takie właśnie zachowania obserwowałem wśród krewnych i znajomych królika, niekiedy zaś wśród siebie samego, aż wziąłem i zakochałem się jak ostatni siedemnastolatek, przy czym najzabawniejsze jest to, że ja zacząłem późno i w wieku lat 17 nie zakochiwałem się, tylko siedziałem w domu i pisałem programy w Turbo Pascalu… i moja własna teoria przestała mi się podobać. Bo z jednej strony kompletnie mi się wyłączyło zastanawianie czy warto zaufać, czy chcemy się pchać i czy aby do siebie pasujemy, ponieważ miłość mnie oślepia, ogłusza i pcha, zupełnie nie zwracając uwagi na pierdoły i bagaż. Z drugiej zaś strony mały głosik w większej główce powtarza z uporem, że zobaczymy, jak długo to potrwa. I co ja mam o tym myśleć, droga Kasiu? Jakieś porady od osób doświadczonych?

Na froncie gazeta.pl pojawił się link do notki niejakiej moovki, która ośmieliła się napisać, że jest sobie singielką, czasami ją ten stan męczy, wtedy zaś zastanawia się, co by było, gdyby nią nie była. Całość zilustrowała obrazkami z reklam, gdzie kobiety zajmują się kuchen, kredyten und kinderen. W ciągu kilkunastu godzin pod blogiem pojawiło się kilkadziesiąt komentarzy w stylu tego autorstwa maxa:




jak ktos juz tu zauwazyl, nie bardzo wiadomo o co chodzi. skoro jestes zadowolona z siebie singielka to po co ta ironia?



W notce nie pada nigdzie stwierdzenie, że moovka jest zadowolona, ba, pisze ona zgoła, że bycie singielką czasami ją męczy.




ironia zreszta nie trafiona, bo jedyne co wynika z tego tekstu to to ze niewiele potrafisz, niewiele masz, niewiele osiagnelas bo nie potrafisz sie skoncentrowac na jednej rzeczy



Posiadanie męża jako miernik osiągnięć życiowych?




i nawet nie bardzo masz ambicje zeby cokolwiek osiagac 

wystarczajaco satysfakcjonujace dla ciebie jest to ze mozesz zjesc suszi od kolegi, pochleptac wina i zakonczyc aktem seksualnym. Szczerze mowiac, to niewielkie osiagniecia i choc moze wydaje Ci sie inaczej, wiele mezatek zajada suszi rozmawia ze swoimi partnerami i nawet, o zgrozo, pieprzy sie z regularnoscia w zupelnosci satysfakcjonujaca. 



Faktycznie, to jest dla mnie powód aby natychmiast zostać mężatką.



f_p:




tekst jest podejrzany i mało przekonujący jak dla mnie , autentycznie zadowolony z singielstwa singiel nie potrzebuje takich racjonalizacji,masowania ego, pokazywania jak mu jest dobrze w zestawieniu z małżeństwem gdzie na pewno jest zle 



Tak jest! Single piszący blogi mają obowiązek unikać tematu bycia singlem i pisać wyłącznie o tym, jak potwornie cierpią na skutek niebycia małżonkami. Jeżeli nie cierpią, to są podejrzani i mało przekonujący.




krótko mówiąc: jest mi dobrze, jestem szczesliwy w stanie jakim jestem kropka



Wie f_p co, blog f_p to musi być potwornie nudny, ale przynajmniej notki krótkie.



basic.woman222 (skąd ta potrzeba chwalenia się nawet w nickach tym, że nie ma się czym chwalić?)




No cóz, byc może gdybys kogoś miała (na stałe, a nie tylko wpada-bzyka), nie byłabyś taka zgorzkniała i żyłabyś, zamiast klepac bzdury na blogu? Who knows…



A może byłaby potwornie zgorzkniała i pisała bloga o tym, jak mąż jej nie rozumie, a dzieci zamęczają? Nawiasem mówiąc, z notki zgorzknienie ani trochę nie przebija, z komentarzy zaś, hmmm.




Hę. Dlaczego tzw ‚singielki’ męczą cały świat opowieściami i historiami jak to im dobrze i super w porównaniu z mężatkami co już tylko gary i pieluchy i se do londynu nie pojadą? Jakieś płaskie podejście do rzeczywistości. Ja jako szczęsliwa mężonka siedze sobie z małżem przed tv, klikamy se kanały, filmy se oglądamy i jest nam zajefajosko nad spaghetti, które właśnie razem(!) zrobiliśmy, ponieważ uwielbiamy razem gotować i dłubać coś w kuchni właśnie we dwójkę. 



Dlaczego tzw. ‚mężatki’ męczą cały świat opowieściami i historiami jak to im dobrze i super w porównaniu z singielkami co już tylko suszi i Londyn i se z mężem TV nie pooglądają?



ona.jakich.wiele (znaczy się, normalna, a nie jakieś sing-tfu-spluw-ka):




jestes zwykla dzi . wka, ktora robi to z KOLEGA. Gratuluje kregoslupa moralnego. Seks mozna uprawiac z kims kogo sie kocha, mezem albo chlopakiem, nigdy z kolega. Ale do twojej wyfiokowanej glowki nie dotrze, szkoda slow. 



ona.jakich.wiele jest za to papieżycą, powołaną specjalnie do oceniania kręgosłupów moralnych i tworzenia list osób, z którymi wolno uprawiać seks.



Gość bez nicka w ogóle:





a najważniejsze w tym wszystkim to to sushi…ryba z ryżem. wielkie mi żarcie. 


jak ktoś nie ma fantazji do bycia żoną/mężem, to i bycie starą panną, ooo pardon – singielka/singllem mu nie wyjdzie.




No, i pewnie piją do tego szampana (siuśki jakieś żółte, wielki mi napój), leżą na skórzanej kanapie (ze skór zdechłych zwierząt, pewnie padły na jakieś schorzenia), oglądają film na TV plazmowym 50 cali (też coś, sąsiada stodoła się paliła ostatnio i ogień buchał na pięć tysięcy cali)… Zero fantazji, nawet męża nie ma.



Gość ja (ale nie ja, tylko on):




Większość tzw singielek i feministek, to nie singieliki i feministki z wyboru tylko z przeznaczenia(najczęściej nieatrakcyjne). Obie grupy w identyczny sposób podchodzą do pewnej sprawy, tzn usilnie wszystkim wmawiają, jakie są szczęśliwe bez facetów. Szkopuł w tym, że gdyby jedną bądź drugą zainteresował się jakiś inteligenty przystojniaczek, to w mig zmieniłyby swoje przekonania…



Tak sobie tłumacz swoją samotność, inteligenty singieliku, one są gópie po prostu i nie widzą, żeś Ty taki inteligenty, że wiesz wszystko o feminizmie, singlowaniu, a przede wszystkim o ortografii.



Czytając powyższe komentarze nagle zrozumiałem, dlaczego PiS z przyległościami tak strasznie potrzebuje się upewnić, że pary homoseksualne nigdy ale to nigdy nie będą mogły wziąć ślubu, czy też zarejestrować swojego partnerstwa. To trochę jak z opowiadaniem o kanarku wśród wróbli, jakie czytałem w dzieciństwie. U nas w Polsce nie może być tak, żeby ktoś realizował się w innym scenariuszu niż jeden jedyny obowiązujący: mąż, żona, dzieci, kościół, praca, emerytura, wnuki, the end. Wszystko inne odpada z góry. Żadnych par homo. Żadnych singli. Homoseksualistom wolno jedynie pisać o tym, jak cierpią wskutek niebycia hetero. Singlom — o tym, jak potwornie brakuje im drugiej połowy. Wszystko inne jest podejrzane, nieprzekonujące, a minister Kwiatkowski usłużnie płaszczy się przed episkopatem zapewniając, że ależ skąd, żadnych małżeństw osób tej samej płci. U nas w Polsce tylko jeden rodzaj szczęścia jest dozwolony, i mimo, że poseł Hofman się martwi (czym się pan poseł martwi? niech mi pan poseł wytłumaczy, co takie martwiące?) to my, wróbelki, już zadbamy i odmieńców zadziobiemy jakby co. Nie będzie byle moovka suszi jadła na nasz, podatnika, koszt i się z naszych reklam natrząsała. 



Z żalem stwierdzam, że jak na razie nie da się odgórnie wprowadzić zakazu uprawiania seksu i picia wina przez osoby niepozostające w związku małżeńskim. Ale nic straconego! Nadszedł ten moment, kiedy poseł Hofman i minister Kwiatkowski powinni założyć jakiś zespół do pracy nad tym jakże ważkim zagrożeniem dla cywilizacji białego, heteroseksualnego człowieka. Nie będzie singiel pluł nam w twarz (ryżem z sushi), a gej dzieci nam adoptował! Alleluja i do przodu!

Czyli navaira obnaża się ekshibicjonistycznie i tłumaczy, dlaczego jest taki pyskaty i mądraliński na temat związków cudzych: otóż posiadł on mądrość wynikłą z doświadczenia.



Mój pierwszy związek trwał ponad dwa lata i w zasadzie nie liczyłbym go wcale, gdyby nie to, że trwał ponad dwa lata. Byłem młody, głupi i nie wiedziałem, co to miłość, ale za to wiedziałem, że jestem bardzo samotny. Z Funiem nie byłem samotny i to niestety była główna zaleta tego związku. Obaj byliśmy kompletnie niedoświadczeni seksualnie, co dało mi wiele materiału do sitcomu „Zenek i Józio” jaki kiedyś napiszę, ale niestety pozostawiło mnie też z wrażeniem, że seks jest nie tyle przeceniany, co w ogóle nieprzyjemny.



Związku drugiego w ogóle bym nie liczył, ponieważ jak wiadomo jestem zdania, że sześć miesięcy to nie związek, tylko randkowanie, ale okres ten doświadczył mnie tak boleśnie, że niechcący udowodniłem nieprawdziwość zasady Charlotte York. Zasada Charlotte York brzmi: na każdy miesiąc nieudanego związku przypada tydzień „żałoby” zanim uda Ci się przestać zadręczać, tęsknić i żywić uczucia wobec eksa. W moim przypadku zanim udało mi się przestać żywić uczucia minęło pięć lat. Charlotte, gówniana z ciebie terapeutka. Won ze sceny. Co do samego związku, jeśli potrzebowałem więcej dowodów, że homoseksualizm i religijna rodzina nie są najlepszym połączeniem na świecie, to po rozstaniu z X już ich nie potrzebowałem, a nawet miałem nadmiar, którym mógłbym obdzielić przyjaciół, znajomych i ich wielodzietne rodziny.



Związek trzeci trwał najdłużej, jak na razie, bo ponad 3 lata i większość tego okresu wspominam pozytywnie. Scipio i ja przyjaźnimy się nadal. Jest to możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze primo, żaden z nas nie zranił, nie okłamał i nie zdradził tego drugiego, a po drugie primo, zrobiliśmy sobie po zerwaniu przerwę. A po tej przerwie spotkaliśmy się na herbatkę. A potem na piwo. A potem jakoś się tak okazało, że to, co mieliśmy wspólnego nadal mamy, a to, co nas różniło w zasadzie się nie liczy, bo nie jesteśmy już parą. Czyż to nie przyjemne?



Związek czwarty, z Wikingiem, trwał 18 miesięcy i w moim zamierzeniu miał być związkiem ostatnim. Niestety, za bardzo chciałem, żeby się udało. Gdyby nie to, zapewne trwałby 2 miesiące, po których zrobiłbym awanturę, obrzucił Wikinga przedmiotami, podpalił mu dywan i opluł koty. Zamiast tego jakże logicznego rozwiązania wciskałem samemu sobie, że zgadzanie się na wszystkie jego zachcianki nazywa się kompromisem, to, że on wszystko wie lepiej bierze się z jego chęci zrobienia mi jak najlepiej, a to, że niemal każde spotkanie z moimi przyjaciółmi lub rodziną kończy się kłótnią (zawsze na tematy niezwiązane i na ogół o pierdoły) jest przypadkiem. Niestety, pewnego dnia pisząc notkę na heteroblogaska zorientowałem się, że gdybym znalazł na forum post opisujący związek wypisz-wymaluj jak mój własny, wyśmiałbym autora lub autorkę niemiłosiernie. Po tym odkryciu już nie dało rady długo tłumaczyć samemu sobie, że to po prostu różnice kulturowe, a kompromisy (zawsze wyłącznie moje) to wyraz dojrzałości.



Osiem miesięcy po zerwaniu spędziłem na szlajaniu się po rynsztokach cieszeniu się urokami życia, zaliczyłem to i owo, poznałem życie od wielu innych stron niż do tej pory, po czym mi się znudziło. I w tym dokładnie momencie pojawił się w moim życiu jeden taki mały pyskaty DJ, z którym spędziłem tak coś koło 26 dni z ostatnich 30. (Tak, miesiąc temu to było.) Co z tego wyniknie, kochany pamiętniczku, dowiesz się z czasem.

My, samotne dziewczęta w wielkim mieście (jak wiadomo czytelnikom mojego drugiego blogaska jestem honorową kobietą) często narzekamy na to, jak okropni są faceci. Głupi, niemili, niesympatyczni, paskudni, wredni, brzydcy, niedomyci, etc. Nie znają się w ogóle na kinie japońskim, nie umieją ocenić jakości wina w restauracji, nie znają się ani trochę na literaturze iberoamerykańskiej i ubierają się bez gustu (tzn. na piątej randce pojawiają się bez krawata). Tak więc, wzdychamy smutno naszej przyjaciółce (lat 28, zamężna od 17 roku życia, siedmioro dzieci, z zawodu niepracująca) nad siódmym kieliszkiem bożole, chyba sama rozumiesz Basiu, że ja bym się z takim palantem nie mogła, no jakżeby znowu. On nie odróżnia Żoselułisaborżesa od Żuliokortazara!!! Jak ja mam budować życie z kimś takim?!



My, samotni mężczyźni w wielkim mieście (jak wiadomo czytelnikom mojego drugiego blogaska kobietą jestem li i jedynie honorową) często narzekamy na to, jak podłe są kobiety. Nic nie robią jeno zdradzają, wydają nasze pieniądze, wydają nasze pieniądze na gachów z którymi nas zdradzają, równolegle zaś tyją, wrzeszczą, łączą urodę posłanki Sobeckiej z osobowością posłanki Sobecką i ogólnie chyba to zrozumiałe, że byśmy się z czymś takim ożenić nie mogli i jakie ty masz Józiu szczęście, że spotkałeś Basię. Drugą godzinę się tak wywnętrzamy naszemu kumplowi Józiowi (który z wielką ulgą zostawił Basię z siedmiorgiem przychówku w domu i po raz pierwszy od 2003 wyrwał się na piwo z kumplem, tzn. z nami, i sprawia mu to tak wielką ulgę, że jest gotów nas słuchać w nieskończoność) gdy nagle widzimy na horyzoncie długonogą blondynkę przyodzianą w niezbyt wiele i zdanie, które właśnie mieliśmy napocząć — zdaje się coś o tym, że one wszystkie są takie same — usycha nam na ustach. — Zaraz wracam — rzucamy w kierunku Józia i udajemy się w kierunku blondynki.



Jakoś tak się dziwnie składa, że jest wiele kobiet, które twierdzą, że nie pragną niczego oprócz szczęśliwego zamążpójścia, oraz wielu facetów, którzy z równym zapałem twierdzą, że kobiety lecą wyłącznie na przystojnych drani w Mercedesach, a taki uroczy i sympatyczny safanduła jak on, wraz ze swoim pięcioletnim Fordem, nigdy nie znajdzie partnerki życiowej. Przez jakiś czas sam z zapałem przyłączałem się do chóru skandującego „wszyscy faceci są tacy sami”, aż dopóki nie dotarło do mnie, że posłanka Sobecka ma męża. I dwoje dzieci. Co oznacza, że musiała z mężem uprawiać seks co najmniej dwa razy.



My*, single w dużym mieście, po trzydziestce, z zarobkami, mieszkaniem etc., wcale tak naprawdę nie chcemy być w związku. Bo gdybyśmy chcieli, to byśmy byli. My chcemy mieć opcje. (Artykuł o opcjach tutaj) Znam ludzi, którzy są w związkach otwartych, którzy niby to są w związku, ale tak nie do końca, bo rozglądają się za upgrade’m, którzy co wieczór idą do innego baru, gdzie wylewają swoje smutki i samotność kolejnemu przystojnemu brunetowi, którego na koniec wieczora zabierają do domu, żeby im wymasował samotność, a potem każą spierdalać, bo samotność samotnością, ale oni nie lubią spać obok drugiej osoby. 



Tak jest, stawiam niniejszym kontrowersyjną tezę: otóż z lektury forów gazeta.pl wydaje się wynikać, iż mało jest prawdziwych singli, którzy lubią samotność, a dużo osób, które strasznie by chciały kogoś mieć, ale jakoś nie mają. Ja uważam, że jest odwrotnie: jest mnóstwo singli, którzy pasjami ubóstwiają być sami, ale krygują się, że ach och jaka jestem samotna w moim 35-metrowym mieszkanku wypełnionym po brzegi literaturą iberoamerykańską, bo wiedzą, że społeczeństwo tego oczekuje. A dopóki jestem sobie singlem i nie zdeklarowałem się przy żadnej drugiej osobie, mam opcje. A problem z opcjami jest taki, że można się bardzo łatwo przyzwyczaić do ich posiadania; a kiedy mamy opcje, myśl o byciu związku oznacza rezygnację z posiadania opcji… 



Osób prawdziwie samotnych i niezdolnych do nawiązania kontaktu z kimkolwiek innym mimo, że NAPRAWDĘ by chciały jest bardzo mało. Przy czym ten rodzaj fobii społecznej da się leczyć. Czy da się leczyć kurczowe trzymanie się opcji? Są pewne sposoby, np. doczekanie, aż przekroczymy pięćdziesiątkę i ilość dostępnych opcji drastycznie spadnie… ale tak naprawdę przede wszystkim trzeba chcieć.



Temat będziemy kontynuować, bo „singiel po trzydziestce” to kopalnia materiału i nie chciałbym, żeby mi się za szybko wyczerpała.



* Kiedy mówię „my, single”, mam na myśli siebie miesiąc temu, ale o tym też kiedy indziej.