tomek_kulesza napisał ciekawie na Polyinpoland o męskiej seksualności widzianej z punktu widzenia heteroseksualnego i cisseksualnego (cisseksualizm — odwrotność transseksualizmu: całkowite utożsamianie się z własną płcią biologiczną), po czym wezwał mnie do tablicy. I słusznie, bo jak sam wspomina:

„Stereotyp męskości zawiera takie [cechy], jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności.”

No i jak ja mogę się nie zainteresować. 🙂

Seksualność męska jest mi dosyć bliska, tak ogólnie. Przy czym mieszkanie w Amsterdamie pozwoliło mi się dodatkowo przyjrzeć stereotypom związanym z rasą, problemom (lub ich brakowi) związanym z religijnością, poglądami politycznymi, etc. Część rzeczy, o których Tomek pisze, pozostaje prawdą niezależnie od orientacji, chociażby to:

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. […] Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa, zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. […] I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

Z wyjątkiem kobiety, oczywiście, cała reszta jak najbardziej pasuje, przy czym pewne rzeczy są powiązane ze sobą. Przy podziale na partnera aktywnego (top) i pasywnego (bottom) pasywność jest uznawana za „złą” przez tych samych ludzi, którzy przy opisie własnej osoby używają wyrazów typu „męski”, „niebudzący skojarzeń” oraz pochodzą z krajów Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Największy problem mają mężczyźni pochodzenia afrykańskiego, którzy zdają sobie sprawę z ciążącego na nich stereotypu mandingo, wiecznie nienasyconego seksualnie Murzyna, koniecznie z ogromnym członkiem, bez przerwy zmieniającego partnerów i super-hiper-męskiego.

Poznałem osobiście czterech czarnoskórych gejów. Dwaj z nich mieli ciężkie problemy ze sferą seksualną — jeden w ogóle unikał seksu, bo bał się strasznie, że zostanie potraktowany jak obiekt (przy czym o tyle miał rację, że kiedy już komuś zaufał, został potraktowany przedmiotowo, wykorzystany i porzucony), drugi zaś na zmianę bał się wszelkiego dotyku i czułości oraz zachowywał się jak kompletnie nieczuły, brutalny gwałciciel. Trzeci zachowywał się kompletnie zgodnie ze stereotypem, zaliczając wszystko, co się ruszało i na drzewo nie uciekało, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę pragnie miłości, wierności i tak dalej. Żaden z nich nie uważał się za religijnego, ale pierwsi dwaj zostali wychowani w religijnych rodzinach. Wszyscy trzej określali siebie jako „top only” oraz twierdzili, że są biseksualni, nawet ten, który w życiu żadnej kobiety nie dotknął — tak silny był w ich głowach stereotyp, że homoseksualizm jest niemęski, a oni przecież MUSZĄ BYĆ MĘSCY. Czwarty wreszcie był normalnym (ha! Navaira napisał „normalny”!) facetem, dla którego kolor skóry był wyłącznie kolorem skóry, a nie determinantą wszystkich zachowań seksualnych, nie miał kompleksu mandingo, potrzeby udawania biseksualisty i bycia wyłącznie top. Nie miał też żadnych problemów w sferze seksualnej.

Jeśli przyjrzymy się cechom typowym dla męskiej i kobiecej seksualności — tzn. typowym, jeśli rzecz jasna jesteśmy seksistą-socjobiologiem z odchyleniem prawicowym — co widzimy? Mężczyzna powinien być brutalny, wiecznie nienasycony, obdarzony, gotów do zaspokajania partnerki/partnera zawsze i wszędzie i nie wiadomo jak długo. Kobieta powinna być delikatna, wrażliwa, broń Boże nie lubić seksu za bardzo BO TO ZŁO. Mężczyzna bierze, kobieta daje. (Patrz zdanie „pies nie weźmie, jeśli suka nie da” i obwinianie wyłącznie kobiet za zdrady, bo przecież Wszyscy Wiemy, Jacy Są Mężczyźni.) A teraz wyobraźmy sobie, że zestawiamy ze sobą dwóch mężczyzn lub dwie kobiety; osoby, rzecz jasna, wychowane w JAKIMŚ społeczeństwie, które operuje JAKIMŚ zestawem stereotypów, nakazów i zakazów, które wdrukowuje JAKIŚ imprint. Im bardziej konserwatywna jest społeczność, w jakiej wychowywały się te osoby, tym bardziej prostacki jest imprint: mężczyzna jest męski, przynosi mięso i sika do ognia, kobieta jest kobieca, sprząta, gotuje i ładnie pachnie. W takim razie seks dwóch mężczyzn powinien przypominać walkę bokserską, a seks dwóch kobiet — muskanie się delikatnie płatkami róż. (Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że owszem, zdarza się, że to prawda, ale raczej rzadko.)

Jakiś rok temu przeczytałem ciekawy artykuł o gejowskim portalu Manhunt. Artykuł ów wspominał, że my, geje (o lesbijkach nie pisano) nie nauczyliśmy się nigdy rytuałów uwodzenia i podrywu; nasza orientacja była przez lata sprowadzana do maksymalnie prostackiego „oni się rąbią w dupę”, my sami traktowani przedmiotowo i wykluczani ze społeczeństwa, dla którego zawsze byliśmy Obcymi, przysłowiowymi „onymi”. My, normalni versus oni, „te geje”. Tak więc nie ma się specjalnie co dziwić, że to, co zbudowaliśmy dla siebie, również powstało pod wpływem imprintu środowiskowego; nie ma się również co dziwić, że po latach kultury opartej na seksie, narkotykach i muzyce tanecznej dopiero teraz sięgamy po małżeństwo i rytuały typowe dla „romantycznych” związków. Po prostu dopiero teraz zaczynamy uświadamiać sobie, że wbrew temu, co nam wciskają od dekad konserwatyści, NIE jesteśmy zboczeńcami, NIE musimy skupiać się wyłącznie na seksie i nasza orientacja seksualna NIE determinuje absolutnie wszystkiego, czym się zajmujemy, co lubimy i co nas kręci. Męska seksualność w wydaniu gejowskim przez długi czas stanowiła karykaturę; po części dlatego, że podświadomie geje starali się być jeszcze bardziej męscy, aby pozbyć się odium zniewieściałych wiotkich istot w różowych sukienkach przybierających co chwila pozę czajniczka, po części — dlatego, że wmawiano nam, że MUSIMY sprowadzać naszą kulturę tylko i wyłącznie do tejże seksualności, tak więc uparcie dzieliliśmy się na Tych Męskich i Tych Przegiętych, jakby nie istniało nic pomiędzy Mike’em Tysonem i Żakliną.

Jednym z powodów, dla których wyjechałem z Polski było zmęczenie szufladkami. Nie czułem się jak Mike Tyson, ale nie czułem się też jak Żaklina. Moje długie włosy nie oznaczały, że byłem kompletnie pasywny, a ich ścięcie i zastąpienie irokezem nie oznaczało, że nagle stałem się kompletnie aktywny. Nie czułem potrzeby słuchania TYLKO metalu lub TYLKO Madonny. Mniej więcej to, jak mniemam, ma na myśli Tomek, pisząc:

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii, że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo […] zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Siedzenie w szufladce potrafi być wygodne, to prawda. Tyle, że nie każdy z nas ma, excusez le mot, kwadratową dupę. A szufladka ma zawsze ten sam kształt. Ciężko jest ocenić, jak dużo osób NAPRAWDĘ czuje się wygodnie w szufladce; 80%? 40%? Ile kobiet NAPRAWDĘ lubi wyłącznie delikatne głaskanie puszkiem, seks rozumie jako Obowiązek Małżeński, który pragnie spełniać wyłącznie z Jedynym Ukochanym i wyłącznie celem prokreacji? Ilu mężczyzn NAPRAWDĘ jest tymi super-aktywnymi, zawsze gotowymi, zawsze chętnymi, zawsze aktywnymi, pozbawionymi uczuć samcami alfa sterowanymi mniejszą główką? Metroseksualizm nie jest skutkiem promocji homoseksualizmu, dodawania do wody hormonów ani trującej propagandy Zachodu; jest skutkiem odkrycia przez tłamszonych latami mężczyzn, że NIE MUSZĄ trzymać się norm, a siedzenie na poduszce, zamiast w kwadratowej szufladzie potrafi być całkiem wygodne. A ci, którzy największe gromy ciskają na zniewieściałych facetów i babochłopy, być może rzeczywiście kochają swoje szufladki… a być może najbardziej boją się wyściubić z nich nosa.

Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, miłość powinna być zakazana.

Pomyślcie chociażby o objawach nagłego odstawienia. Zakochana osoba, z którą zrywa partner, czy partnerka jest niezdolna do pracy, często do samodzielnego ubrania się i umycia, zrobienia zakupów, kawy czy herbaty. Histeryczny płacz, zaniedbywanie higieny, problemy z komunikacją z otoczeniem, skoki nastroju od „jak ja nienawidzę tego podłego gnoja” aż do „jak ja go strasznie kocham, o Boże, jak ja go kocham” należą do normy. Żadna z substancji, jakich zdarzyło mi się używać, nie generuje tak przerażającego uzależnienia i takich trudności z odstawieniem — nie próbowałem heroiny, być może odstawianie heroiny przebiłoby objawy generowane przez zerwanie z ukochanym, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę sprawdzać nawet dla dobra nauki.

Świeże zakochanie daje haja nieporównywalnego, znowu, z żadną znaną mi substancją. Kiedy zakochałem się — wbrew własnej woli — w jednym takim brodatym Arabie, który rozpoczął z nami pracę, nie wiedząc o nim w ogóle NIC, włącznie z tym, czy aby jest gejem, nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Przez 3-4 dni zjadłem, o ile pomnę, dwa małe jogurty. Chodziłem jednak na siłownię i biłem na niej rekordy, napędzany opętańczą energią biorącą się nie wiadomo skąd. Raz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, ja zaś porzuciłem to, co robiłem i poleciałem do toalety zwymiotować. Mój organizm generował tak niewiarygodne ilości CZEGOŚ — chyba nie tylko oksytocyny, nie wydaje mi się, że ta działa aż tak gwałtownie — że nie potrzebowałem już nic więcej, aby nie tylko funkcjonować, ale zgoła czynić to na wielokrotnie zwiększonych obrotach. Amfetamina my ass.

Skutki społeczne miłości są nie do przecenienia. Ileż karier, ile majątków, firm legło w gruzach na skutek rozwodów? Małżeństwa są najdobitniejszym dowodem na to, że miłość jest przerażająco szkodliwa; oto bogaci, inteligentni ludzie bezmyślnie przekazują w cudze ręce połowę swojego majątku. Na szczęście w ostatnich latach coraz częstsze jest spisywanie intercyzy, dzięki której przynajmniej części skutków miłości daje się zapobiec i zredukować nieco jej szkodliwość. A co dzieje się w przypadku, gdy pojawia się dostawca mocniejszego, bardziej czystego narkotyku? Towar, którego używaliśmy do tej pory nagle przestaje nas kręcić; nowy dostawca zaczyna zajmować czas w naszych myślach i miejsce w naszym łóżku, w kąt idzie lojalność i obowiązki, jakie mieliśmy wobec poprzedniego dostawcy. Chciałem powiedzieć, żony/męża/chłopaka/dziewczyny.

Nic nie wydaje się zabezpieczać nas przed zgubnym skutkiem miłości. Nawet doświadczenie, płynące z wieku. Sam pół roku temu byłem przekonany, że uodporniłem się już przeciwko miłości i więcej mi się ona nie przytrafi, ale zamiast się tym cieszyć, głupio wzdychałem, że strasznie za nią tęsknię. I proszę, ponad cztery miesiące już mijają od poznania DJa, a ja znowu chodzę na haju, zaniedbując siłownię, pisaną książkę, remiksowane piosenki, regularne sprzątanie, pracę nad portfolio, ponieważ w mojej hierarchii ważności przebywanie z DJem jest na miejscu pierwszym, a jeśli jest to niemożliwe, objawy odstawienia pojawiają się w ciągu 24 godzin i uniemożliwiają skupienie się na czymkolwiek innym, z wyjątkiem pisania notek na bloga, oglądania głupich filmów, wysyłania mu SMSów i opowiadania różnym znajomym i przyjaciołom, jak bardzo tęsknię za moją małą paskudą.

Napisałbym coś więcej, ale nie dostałem nowej dawki narkotyku już od 4 dni i naprawdę nie mogę się skupić na niczym dłużej, niż pół godziny. Wraca jutro. Rano. Miał wrócić po południu, ale nie może beze mnie wytrzymać aż tak długo.

Najpierw autoreklama: zapraszam do lektury mojego debiutu w roli Carrie Bradshaw kolumnisty portalu homiki.pl. Polecam również komentarze — bardzo zabawne. 🙂

*

Od paru dni zastanawiam się nad odpowiedzią na dwa pytania: 1. co to jest męskość? oraz 2. czy ja i DJ jesteśmy męscy? Oczywiście, odpowiedź na pytanie 2. zależy od odpowiedzi na pytanie 1., więc nad tym pierwszym zastanawiam się bardziej intensywnie, a całość wzięła mi się ze znalezienia wątku o przedszkolaku lubiącym kolor różowy i co poniektórych wpisów w owym wątku.

Tego, co napisałem na heteroblogasku nie będę, rzecz jasna, powtarzać, ale temat fascynuje mnie od dłuższego czasu, a zwłaszcza od kiedy obejrzałem na BBC film dokumentalny o konstruktach męskości i kobiecości w reklamie. O tym, że na reklamach dłonie mężczyzn chwytają przedmioty, a dłonie kobiet omdlewająco spływają wzdłuż ciała, lub służą przedmiotom jako elegancka podstawka. O tym, że mężczyźni patrzą na ogół w kamerę, a kobiety — na mężczyzn. O tym, że mężczyźni stoją, siedzą lub oddają się sportom, zaś kobiety leżą lub przybierają pozy charakterystyczne dla małych dziewczynek. Film trwał 45 minut, a ja od tego czasu nie mogę przestać dostrzegać prawdziwości ukazanych w nim schematów; co gorsza, schematy dotyczące kobiet nie są prezentowane w pismach dla mężczyzn, lecz w pismach dla kobiet właśnie — mój ulubiony Glamour dokładnie tak pokazuje kobiety w rozkładówkach o modzie i reklamach. Czy chodzi o to, żeby wpoić kobietom myśl, że takie właśnie są — słabe, wiotkie, nieobecne, pasywne? Czy to jest właśnie ta słynna kobiecość, o której tyle słyszymy? I czy rzeczywiście męskość to siła, zdecydowanie, brutalność, aktywność i bycie samcem alfa?

Taka definicja męskości miała sens, owszem, tak mniej więcej do 1960 roku. Miała sens wtedy, kiedy mężczyzna chodził do pracy, zdobywał mięso, chciałem powiedzieć — pieniądze, po czym utargane ciężką harówką dzięgi przynosił do domu, gdzie czekała żona, pachnąca perfumami, oraz obiad, pachnący golonką i piwem. W świecie, w którym kobiety i mężczyźni tak samo często chodzą do pracy, na siłownię, prowadzą samochody, kupują kosmetyki, noszą spodnie — ta definicja zwyczajnie nie ma sensu, a twarde udawanie, że świat wcale się nie zmienił i kurczowe trzymanie się starych definicji (oraz, co gorsza, usprawiedliwianie nimi niższych płac kobiet oraz spychania na nie wszelkich prac domowych) jest skrzyżowaniem niedorozwoju umysłowego z chamstwem.

Mężczyźni, którzy uparcie twierdzą, że w życiu nie założyliby niczego różowego, nie umieją sprzątać, a dezodorant jest dla pedałów zwyczajnie okazują swoją frustrację niepojętym dla nich nowym porządkiem świata, w którym kobieta może, na przykład, zostać ich szefową — mimo, że nie posiada penisa. (Escandalo!) Problem w tym, że mimo rozlicznych badań nigdy nie potwierdzono tezy, iż penis jest organem służącym myśleniu i kreatywności. Owszem, posiadanie penisa ułatwia sikanie na stojąco, ale jeśli jesteśmy tacy pewni, że to stuprocentowo pozytywna cecha gwałtownie zwiększająca przydatność na rynku pracy, to kopnijmy w krocze faceta i kobietę i zobaczmy, które z nich 10 sekund po kopniaku będzie wiedziało, ile to jest osiem razy jedenaście.

Na mojej siłowni plącze się taki jeden trener kickboxingu. Łysy, brodaty, wielki, muskularny, wytatuowany. Odziewa się wyłącznie w bojówki i spodnie od dresu oraz koszulki z napisami typu MUAY THAI, WORLD CAGE-FIGHTING CHAMPIONSHIPS, etc. Pali cygara. (Nie podczas treningu.) Jakiś czas temu wyhaczyłem, że oprócz wszystkich cech powyżej wymienionych dodatkowo do pracy jeździ na motocyklu, ubrany od stóp do głów w skóry. I wtedy zrozumiałem, że jego penis musi być bardzo, bardzo malutki. 🙁

Pojęcie męskości i kobiecości w roku 2010 jest nadzwyczaj płynne. Czy męski jest aktor, grający Thora, który rzuca młotem i mięsem, na obiad zjada jednego żywego byka i wypija beczkę piwa, ale klateczkę ma wydepilowaną do ostatniego niedobitka włoska, a fryzurkę na głowie codziennie pieści mu trzech fryzjerów-gejów o imionach Denzello, Daniello i Julianello? Czy bardziej męski jest Jarosław Kaczyński, czy Gareth Thomas? Czy Oprah jest kobieca? A Ellen DeGeneres? A Madonna? Czy o męskości i kobiecości może świadczyć orientacja seksualna? (Biedny zniewieściały Gareth, gdyby tylko wziął przykład z Jarosława Kaczyńskiego.) Co z tym nieszczęsnym kolorem różowym? Czy męskość rośnie i maleje płynnie w zależności od tego, co na sobie mam? Dzisiaj akurat mam na sobie czarne dżinsy, czarny t-shirt i wściekle kolorowe buty — czy to oznacza, że od kostek w górę jestem męski, a od kostek w dół nie, czy też niemęskość butów znosi męskość dżinsów?

Przez to wszystko ciągle nie mogę się zdecydować, czy DJ i ja jesteśmy męscy, czy też nie, oraz który z nas jest bardziej męski, ale na szczęście oprócz przyjemności czysto intelektualnej niespecjalnie mi zależy na usunięciu tej jakże palącej niepewności, ponieważ mój penis jest rozmiaru takiego, że nie muszę palić cygar, zrzucać ludzi ze schodów i jeździć na motocyklu tylko po to, żeby poczuć się Prawdziwym Menszczyzno. Nie muszę. Ale mógłbym. Z przyjemną świadomością, że kiedy już wsiądę na motocykl, ubrany we wszystkie moje skórzane ciuchy i odjadę w siną dal, ściskając w zębach nieodłączne cygaro, w głowie śpiewać mi będzie Alizee. „Moi, Lolita”, zaśpiewa mi francuski podlotek, a ja razem z nią — bo jestem taki męski, że nawet Alizee się nie boję.

Dla jednych to choroba, dla drugich coś zupełnie normalnego, ale zdaniem kolejnego rozmówcy, najistotniejsze w tej debacie jest to, że homoseksualiści „robią z siebie cioty”, co sprawia, że chętniej się ich wyśmiewa, niż chce się zrozumieć. Inne osoby to potwierdzają.

Powyższe to fragment jednego z postów z bloga pani Katarzyny Formeli. (Pani Formela jest absolutnie fantastyczna, nadzwyczaj doceniam cierpliwość potrzebną do znajdowania wszystkich artykułów na tematy LGTB, pisania własnych i agregowania ich ku mojej wygodzie.) Teraz zaś fragment wywiadu z Martą Konarzewską, znalezionego tamże:

Biseksualny bohater „Zakazanych miłości” mówi: „Ciota to jest dla mnie koleś zamknięty na dwa spusty w solarium przez dwa dni, ma zbyt idealnie ułożone włosy czy wyregulowane brwi. Ciotą jest sposób zachowywania się na Mariolkę, tępą blondynę. Jęczenie, stękanie, wzdychanie i inne ochy i achy”. To ma być uczenie tolerancji? 

– Tak. Przez pokazanie mechanizmu działania homofobii. Igor, którego słowa pan przytoczył, sam ich nie wymyśla, a przejmuje z ogólnego języka nietolerancji. Nie jest tak, że istnieją „okrutni” heteroseksualiści, którzy nienawidzą tych „wstrętnych” homo, bi czy trans. Jest tak, że homofobii i transfobii uczą się zarówno osoby hetero, jak osoby homo czy trans.

Jest parę rodzajów homofobii, których NAPRAWDĘ nie trawię. Ten prezentowany przez Młodzież Wszechgłupią i inne odpady typu NOP mam w dupie, ponieważ opinia osób niepełnosprawnych umysłowo na temat mojego życia prywatnego kompletnie mnie nie interesuje. Chęć lania po mordzie włącza mi się raczej, gdy czytam opinie osób tzw. postępowych — przykładowo, „jestem oczywiście tolerancyjny i mam wielu homoseksualnych przyjaciół, ALE [tu jakaś głupia homofobiczna klisza, np. o adopcji]”. A najgorzej mnie wkurwia homofobia zinternalizowana i prezentowana przez same osoby LGBT, które zwyczajnie powinny mieć na tyle rozumu, żeby pewnych głupot nie rozpowszechniać.

Teksty o ciotach, podobne do tych w książce Konarzewskiej i Pacewicza, w Polsce czytywałem bardzo regularnie, w Holandii zaś prawie nigdy. O ciotach, męskich i niemęskich i tym podobnych stereotypach pisali w Holandii wyłącznie Polacy, Rosjanie i muzułmanie nacji rozmaitych — w swoich ogłoszeniach na portalach gejowskich. Również wyłącznie Polacy, Rosjanie, Arabowie i Afrykanie domagali się dyskrecji. Te rzeczy są ze sobą powiązane i świadczą o kompleksach na punkcie robienia rzeczy Złych i Niewłaściwych.

Ludzie pewni swojej wartości (i swoich wartości) nie mają potrzeby poniżania innych i wywyższania się ich kosztem; zachowanie to świadczy o kompleksach. Osoby nieposiadające kompleksów nie muszą ich wyładowywać na innych. (Stąd moje podejrzenie, że kibole wszczynający burdy na meczach po połowie wyładowują kompleks małego członka, a po połowie — tłumione instynkty homoseksualne, każące im zrzucać koszulki i bratać się z podobnymi sobie wygolonymi samcami. See also: Szprota o braku kobiet na manifestacji NOP.)

Mógłbym teraz wrzucić coś o tym, że moi najlepsi przyjaciele są odrobinkę ciotowaci, ale zwyczajnie nie wiem, czy są, bo ich pod tym względem w ogóle nie oceniam i szczerze mówiąc takich rzeczy nie widzę. Ciotowaty dla mnie jest sławny stylista Jacyków, przy czym lepszym słowem byłoby „wyglądający głupio”, bo nie jego brwi, włosy czy opalenizna są dla mnie problemem, tylko fakt, że dziwnym i niezrozumiałym sposobem sławnym stylistą został człowiek wyraźnie nieposiadający w domu lustra, cierpiący na daltonizm i przekonany, że botoks wpływa na jego wygląd pozytywnie. Nie przeczę, że bardziej od Jacykowa podoba mi się z wyglądu na przykład Joe Manganiello, czyli Alcide z True Blood, ale nie oznacza to, że jeden jest ciotowaty, a drugi męski, i przez to jeden jest gorszym człowiekiem od drugiego, tylko — że lubię muskularnych brodaczy. Nie wyklucza to możliwości, że w rozmowie Jacyków byłby fascynujący, a Manganiello przerażająco nudny; że pierwszy kocha dzieci, przeprowadza przez jezdnię staruszki i dokarmia gołębie, a drugi głosuje na Tea Party, częstuje dzieci papierosami i kradnie sygnał kablówki. Ale obu dałbym tę samą szansę w rozmowie i żadnego nie próbowałbym wyśmiewać, bo jest „zbyt ciotowaty” i przez to nie chce się go zrozumieć.

Kiedy o ciotowatości mówią osoby hetero, świadczy to o wyładowywaniu tłumionych kompleksów, cholera wie na jakim punkcie, i głębokiej potrzebie udowodnienia samemu sobie, że są gorsi. Brudne czarnuchy, głupie muslimy czy ciotowate pedały są doskonałymi celami, w które można prać ile wlezie — chociaż palmę pierwszeństwa ciągle dzierży chyba Żyd, Żyd-komunista lub w miarę możliwości pedałowaty Żyd-komunista — i udowadniać samemu sobie po raz pięćsetny, że jestem od nich wszystkich lepszy, bo nie jestem czarny, nie jestem muzułmaninem i nie jestem gejem. (To, że w żadnej z tych spraw, z wyjątkiem może religii, nie miałem wyboru, a w sprawie swojego bezrobocia, siedmiu klas podstawówki i wielkiego brzuszyska wylewającego się zza paska miałem, nie ma oczywiście żadnego wpływu na moje słuszne poglądy, przynajmniej póki nie skończy mi się jabol.) 

Kiedy o ciotowatości mówi gej, świadczy to w połowie o potrzebie udowodnienia samemu sobie, że kiedy Wszechgłuptaki czy inny NOP mówi o pedałach, to oni przecież nie mówią o mnie, bo ja jestem normalny, męski i nie chodzę na parady, tylko o Jakichś Innych Pedałach, a w drugiej połowie o debilizmie. Bo ja też takie rzeczy wygadywałem. Kiedy miałem lat 17 i jedyny gej, jakiego znałem, to był ten, którego widywałem w lustrze. Potem, na szczęście, odrobinę zmądrzałem. (I zeszczuplałem.) Igor, cytowany przez Martę Konarzewską, nie zmądrzał i nadal uważa, że jeśli powie coś o ciotach, to zrobi się od tego bardziej męski. Nie zrobi. Podobnie ani trochę bardziej męski nie zrobił się Rosjanin, który usiłował mnie poderwać na Gayromeo za pomocą swojego profilu, wypełnionego po brzegi farmazonami o tym, jak to nie trawi ciotowatych i niemęskich. Obok farmazonów Rosjanin prezentował dumnie swoją wątłą posturę i męską twarzyczkę godną co najmniej Kate Moss. Niestety, przestałem mu się podobać, kiedy powiedziałem mu, że jestem diabelnie ciotowaty, ponieważ kocham Kylie, Julię Roberts i czytuję Glamour. Wszystkie te rzeczy są prawdą. A jak się Igorowi nie podobam, niech wypierdala, zanim padnie na zawał dowiedziawszy się, że jestem też Żydem, komunistą i na domiar złego jakiś taki beżowy.