Jak wiadomo, uprawiam z sukcesem randkowanie w internecie. (Poza internetem zresztą też, i także z sukcesem.) Mógłbym zapewne ogłosić, że za jedyne 999 zł możecie przybyć na moje eksklusivne seminarium, na którym jako Artysta Podrywu podzielę się sekretami swych sukcesów, ale określenie „Artysta Podrywu” wzbudza we mnie jedynie rechocik, zaś niektóre z ich metod rozpoznaję od pierwszego kopa i są doskonałą metodą, aby wzbudzić we mnie serdeczną i szczerą niechęć od pierwszego wejrzenia. Tak więc sekretami podzielę się za darmo, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od określeń typu „Casanova” czy „Artysta Podrywu” i dalej będziecie o mnie mówić „ten bolek z irokezem”.


Sekret pierwszy: zdjęcia. Zamieszczanie w profilu zdjęcia łokcia w wyjątkowo pociągającej pozie, czy też ilustrowanie profilu o nazwie „wrazliwy_romantyk21” zdjęciem genitaliów może nie zaowocować wybitnymi sukcesami. Zdjęcia należy dopasować do targetu, na którym nam zależy. Jeśli poszukujemy męża, najchętniej intelektualisty kochającego muzykę poważną, nasze najbardziej cycate zdjęcie z wakacji w Kairze niekoniecznie musi być właściwym wyborem. Jeśli chcemy zrobić wrażenie naszym wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru, nie robimy miny pt. „Niemcy mnie biją” ani „właśnie usłyszałem o tragedii smoleńskiej”. No i przede wszystkim NIE zamieszczamy zdjęć przerabianych, zrobionych 20 kg temu, pod tym jednym kątem, na którym wyglądamy zupełnie inaczej niż w rzeczywistości… chyba, że zadowala nas flirt wyłącznie internetowy i w ogóle nie mamy ochoty nigdy wybrać się na żadną randkę w realu. Bo realu nie wyczyścimy w fotoszopie.


Stawiajmy na to, co nas wyróżnia. Jeśli mamy wyjątkowo krzywe zęby, zaprezentujmy je w uśmiechu. Jeśli mamy dużo tatuaży i kolczyk w nosie, pochwalmy się nimi. Przecież i tak nie chcielibyśmy spotkać osoby, która na widok naszego krzywego uśmiechu powie „eee… ja się chyba pomyliłem” i ucieknie w podskokach. Po cholerę ukrywać coś, co jak najbardziej wyróżnia nas wśród innych? Pochwalmy się tym — właśnie po to, aby odróżnić się od tłumu niewydziaranych bezkolczykowców z równymi zębami.


Sekret drugi: tekst. Jeśli piszemy „nie wiem co tu napisać, spytaj”, możemy równie dobrze napisać wprost: „jestem nudziarzem i nie ma we mnie nic interesującego”. O co miałbym spytać osobę prezentującą zdjęcie łokcia i informującą, że nie wie, co napisać? I po co miałbym to zrobić? Jeśli szukamy wyłącznie seksu, napiszmy, co lubimy w łóżku; jeśli szukamy kumpla do gry w tenisa, napiszmy, że szukamy kumpla do gry w tenisa; jeśli lubimy filmy Almodovara, kolekcjonujemy oryginalne wydania Małego Księcia, czy też ubóstwiamy pasjami gotować zupy, napiszmy o tym na profilu. W ten sposób zwiększamy szanse spotkania osoby, która ma te same zainteresowania — lub też uważa, że nasza pasja zupogotowawcza czyni z nas człowieka niezwykłego i fascynującego. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś podekscytował się informacją, że druga osoba „nie wie, co tu napisać” i poczuł z nią głęboką więź.


Sekret trzeci: wiadomość. Mój sposób na odzywanie się do ludzi jest prosty — zaglądam na ich profil, a jeśli coś mnie w nim interesuje, to o to pytam, lub komentuję. Jeśli nie zainteresuje mnie nic, to, cóż, hmm, nie wysyłam wiadomości, bo co też miałbym w niej napisać? Nigdy nie piszę rzeczy typu „cześć” lub „co tam?”. Takie teksty zostawiam osobom, których opis informuje, że nie wiedzą, co tu napisać. Czasami rzucam lekko złośliwą uwagą, czy dowcipem w swoim stylu. To nie zawsze działa; część osób się za takie rzeczy obraża, część ich nie rozumie, część — cholera wie, w każdym razie nie odpisują nic. Na tym polega robienie przesiewu: przecież nie chcielibyśmy spotykać się z osobą, przy której nad każdym wypowiedzianym zdaniem trzeba myśleć przez 20 minut, żeby przypadkiem się nie obraziła za nieodpowiednio zaakcentowany spójnik.


Sekret czwarty: zerżnięty z artystów podrywu. Nie zniechęcamy się. Nie obrażamy na rzeczywistość. Nie każdemu się spodobamy. Być może zgoła większości się nie spodobamy. Część osób zwyczajnie lubi wyłącznie wątłych, długowłosych blondynów i zaloty muskularnego czarnowłosego pancura wzbudzą w nich taki sam zachwyt, jak nieoczekiwany atak opryszczki. Przyjmujemy do wiadomości, życzymy szczęścia i oddalamy się w kierunku, z którego przybyliśmy. Przecież docelowo i tak musimy spotkać tylko jedną osobę. Kto nam powiedział, że to ma być właśnie ta? Owszem, jej zainteresowanie zbieractwem dżdżownic nas zachwyca, ale jej akurat nasza kolekcja pcheł nie. Trudno. Chcieliśmy. Nie wyszło. We move on.


I tu sekret piąty: nie łżemy. Nie adaptujemy się do wymagań. Jesteśmy sobą. Jeśli poświęciliśmy swe życie zbieraniu pcheł, a napotkana osoba pcheł nienawidzi, mamy wybór — albo oddajemy kolekcję na przemiał, albo z osobą pozostajemy oddanymi przyjaciółmi (którzy na wszelki wypadek spotykają się wyłącznie poza domem, odziani w kombinezony przeciwchemiczne). Bardzo wiele osób na randkach łże w żywe oczy na temat swojego zainteresowania sportem (tak, lubi, oglądać w TV), wybitnych zdolności kulinarnych (zamawia pizzę najlepiej w mieście!) tudzież zamiłowania do wędrówek wysokogórskich (w miarę możliwości przy użyciu gór płaskich i usianych sklepami z obuwiem). Te same osoby po trzech miesiącach płaczą w rękaw przyjaciółce: on jest okropny! ciągle mnie ciąga na boisko, każe gotować obiady, a jak wspominam o wyjeździe do Turcji na ol inklusiw, to on o górach i o górach!!! Czy naprawdę muszę tłumaczyć powody, dla których osoby te przekonane są o swoim braku szczęścia w miłości?


Sekret szósty: nie targetujemy się za dokładnie. Jednym z powodów moich licznych sukcesów jest to, że nie lecę wyłącznie na facetów przerażająco atrakcyjnych, w wieku od 31 do 31 i dwa miesiące, rudych w tym jednym wyjątkowym odcieniu, ale nie piegowatych, z brodą o długości między 9 a 11 mm, ubierających się u Kenzo i pachnących Diesel Fuel. Podoba mi się dużo różnych rzeczy, nie przeszkadza mi, jeśli facet ma brzuszek (o wiele bardziej przeszkadza mi, jeśli jest wyrzeźbiony jak Apollo, ja nie jestem i nie lubię, jak mi się o tym przypomina), nie lecę na pieniądze, na samochód i mieszkanie w dobrej okolicy, lecę za to energicznie i z przytupem na złośliwe poczucie humoru, czytelnictwo, dobry (tzn. podobny do mojego) gust muzyczny oraz przyjemną konwersację. O tym, czy te wszystkie rzeczy pan prezentuje wiem, ponieważ przejrzałem jego profil i pokonwersowaliśmy parę dni przed spotkaniem. Nigdy nie spotykam się z osobami, które „nie lubią długo pisać”, a na profilu informują wyłącznie o rozmiarze członka. Sztuka zadawania prostych pytań — ot, chociażby, „jakiej muzyki słuchasz”, „kto jest Twoim ulubionym pisarzem” oraz „czy lubisz Wulffmorgenthalera i Pid’Jina” pozwala mi dosyć prosto ustalić, czy konwersacja będzie się nam kleić.


No i sekret siódmy, który właściwie jest taki sam, jak czwarty: podchodzimy do sprawy z poczuciem humoru. Najgorszą randką w moim życiu było spotkanie z trenerem fitness, który, jak się okazało, przesyłał mi zdjęcia zrobione 20 kg temu (na zimę nieco mu się przytyło), zaś do kina przyprowadził dwóch kumpli. Przez cały film oni konwersowali po hiszpańsku, zaś ja obmyślałem najpierw wymówkę, dzięki której zaraz po filmie będę mógł się zmyć, zaś potem — notkę, którą zamieszczę na blogu. Nie spędziłem wieczora pijąc na smutno i wyznając lustru, że ci faceci to są jacyś pojebani i resztę życia z pewnością spędzę samotnie. Owszem, po roku cotygodniowych randek z trenerami fitness zapewne ciężko byłoby nam zachować czarujący uśmiech i musujące poczucie humoru, ale wtedy zawsze możemy sobie zrobić miesiąc przerwy i jako singiel wybrać się na wakacje do Turcji, wzdychając w upojeniu, jak to dobrze, że nareszcie nikt nas nie zmusza do łażenia po górach.

…gdzie w przeddzień Międzynarodowego Dnia AIDS piszę o HIV:

Pierwszym poznanym przeze mnie nosicielem wirusa HIV był Barry. Przystojny, muskularny, czarnoskóry Amerykanin z olśniewającym uśmiechem i mnóstwem problemów z samym sobą. Po wspólnym wypaleniu jointa i rozmowie o naszych rodzinach – niby różne kontynenty, a jak wiele wspólnego – wylądowaliśmy na mojej kanapie z Janet Jackson w tle. Po czym Barry powiedział mi o swoim zakażeniu, a ja…

Kolonia to dziwne miejsce.


Ulica, na której mieszka odwiedzany przeze mnie Miś z Kolonii (jak sama nazwa wskazuje) jest jedną z droższych ulic w mieście. Mieszczą się na niej eleganckie bloki, galeria sztuki, sklep z bardzo drogimi pierdolansami. A jednak nie udało się wytyczyć jej w taki sposób, żeby mieściły się na niej jednocześnie samochody i ludzie. Ponieważ mieszkańcy parkują pod blokiem, pozostaje akurat tyle miejsca, żeby ALBO przejechał samochód, ALBO przeszedł człowiek. A samochody jeżdżą często.


Większość mijanych przeze mnie sklepów wygląda identycznie. Metal, szkło, ogromne szyby, za którymi świeci lodowate światło, oświetlając drogie produkty. Mieszkając w Amsterdamie przywykłem do o wiele bardziej organicznej architektury i Kolonia sprawia na mnie wrażenie miasta dostosowanego do potrzeb robotów. Dokładnie tak samo, jak Warszawa.


Podobieństw jest więcej. Spotykani w barach ludzie trzymają się w swoich grupkach i nie sprawiają wrażenia, jakby mieli ochotę nawiązywać kontakt, jeśli zaś już to robią, to nie moją ulubioną metodą — podejść i powiedzieć coś głupiego i zobaczyć, co się stanie — tylko np. wystawiając język i obleśnie się w moją stronę oblizując. W ciągu pobytu, pominąwszy Misia z Kolonii, jak na razie rozmawiałem z trzema osobami, z których każdą zagadnąłem osobiście, wybierając zupełnie przypadkowo pod kątem „o, ten wygląda sympatycznie i ma w sobie coś ciekawego”. Pierwszy okazał się Holendrem z Amsterdamu, drugi — Australijczykiem, a trzeci — Belgiem. Przysięgam, że nie podsłuchiwałem, w jakim języku mówią.


Swoją drogą, znowu wychodzi, że jestem Casanovą, ponieważ poderwałem wszystkich trzech. Australijczyka jakby najmniej, ponieważ był barmanem w trakcie pracy i niespecjalnie mógł się oderwać, ale polubił mnie na tyle, żeby zapominać pobrania ode mnie pieniędzy za napoje i zachęcać usilnie do wybrania się do baru następnego wieczora. (Bardzo lubię ten typ barmana.) Holender zaplanował spotkanie ze mną po powrocie do domu, czyli w przyszłym tygodniu, zaś Belg… to dłuższa historia. W skrócie powiem, że zagadywanie faceta w skórzanym mundurze policyjnym, skórzanej czapce, skórzanych rękawicach, skórzanym krawacie i z dwoma skórzanymi biczami u pasa, czy moja teoria, że on w ten sposób kompensuje sobie mizerny rozmiar jest słuszna może się skończyć w nadzwyczaj nieprzewidziany sposób i w sumie to bardzo dobrze, że jutro z tego miasta wyjeżdżam i już więcej mnie w tym barze nie zobaczą.


*


Właśnie przed chwilą mój kumpel zdefiniował zmianę mojej osobowości pod wpływem antydepresantów — nie mam zahamowań. To prawda. Niektóre rzeczy nadal wzbudzają moją niechęć — nie lubię darkroomów, w których po pierwsze jest ciemno, po drugie nie da się pogadać, a po trzecie włącza mi się głosik, pytający, jak często i dokładnie się tu sprząta i ile zarazków roi się po ławkach i podłogach. Wiecznie żywy jest Wewnętrzny Katolik, który nudzi, że za dużo przyjemności to grzech i lepiej bym pomedytował, lub poczytał Biblię. Ale Wewnętrznego Katolika jakoś podejrzanie łatwo przyciszyć (zwłaszcza po trzecim piwie), a nieśmiałość wziona i znikła. Ni ma. Nie ma takiego faceta, do którego bym nie zagadał. Są tacy, do których zagadywać nie mam ochoty, rzecz jasna, ale jeśli widzę coś fajnego, to nic mnie nie powstrzyma. A potem się okazuje, że oni wszyscy są moimi zaczepkami zachwyceni i gotowi mi to okazać na wiele interesujących sposobów, również przy użyciu skórzanego bicza przy barze w obecności gości.


Z jednej strony chciałbym, żeby mi ta pyskatość pozostała po zaprzestaniu terapii chemikaliami, bo jest fajna i odnosi same sukcesy, z drugiej — nie do końca wiem, czy na pewno chcę spędzić kolejne np. 10 lat ładując się z zapałem w kolejne kłopoty z kolejnymi facetami w kolejnych barach. A antydepresanty mają też taki skutek uboczny — tak twierdzi mój terapeuta, a nie mam powodu mu nie wierzyć — że raczej uniemożliwiają zakochanie się i wszystko to, czego potrzeba, aby się z kimś związać. A na razie raczej nie mogę pigułów odstawić. W zeszłym tygodniu przeoczyłem jeden raz mniejszą dawkę — biorę całego proszka rano i pół po południu, przeoczyłem to pół. Dzień potem byłem jakiś nieobecny, co odnotował Szacowny Małżonek. Następnego dnia zaś miałem w pełni rozwinięte objawy depresyjne, łącznie z myślami samobójczymi. Tak więc chyba jeszcze nie będziemy rezygnować z chemii…


*


Z Kolonii wyjeżdżam jutro i nie będę tęsknić. Nie podoba mi się tutaj. W Berlinie podoba mi się głównie część wschodnia, a konkretnie fragmenty, których jeszcze nie zdążyli odnowić. Kolonia wygląda jak Berlin Zachodni, jednocześnie skrzętnie ukrywając, że w rzeczywistości jest tu dosyć biednie. Nie tak biednie, jak w pomniejszych rumuńskich miasteczkach, ale jak na zgniły kapitalistyczny Zachód, którym straszono mnie w dzieciństwie, to jednak Kolonia cienko przędzie. Mnóstwo ludzi stąd wyjechało i wyjeżdżają kolejni; kryzys ekonomiczny wytłukł turystów z Włoch i Hiszpanii i tylko w chwilach takich, jak ten weekend — Bear Pride i najazd skórzanych misiów z całego świata — łazi tu dużo turystów i gada w obcych językach.


Na koniec jeszcze słowo na niedzielę o misiach. Ja misie lubię. Misie są brodate, czasami brzuchate, czasami muskularne, generalnie futrzaste, piją piwo litrami zamiast odginać paluszek od szklaneczki coli light, ubierają się w skórzane pantalony, t-shirty i dżinsy zamiast Prady i innych Kalwinów Klajnów, mają przyciężkie poczucie humoru, a jednocześnie potrafią wdzięcznie się przegiąć i wymachiwać łapą rozmiaru, cóż, niedźwiedziej, jakby były zwiewną westalką. Tyle, że w Kolonii misiów jest nadmiar. W barze stoi dwustu identycznych facetów. W barze obok kolejnych dwustu. Wszyscy brodaci, wszyscy duzi, wszyscy włochaci, wszyscy w podobnych ciuchach. A w środku tego wszystkiego siedzę ja w t-shircie „Beards Are Awesome” i się z nich natrząsam. Nie wiem, jak się czuje heteryk kochający cycate blondynki na zjeździe cycatych blondynek, ja w środku dwustu muskularnych niedźwiedzi czuję się strasznie ubawiony, bo kojarzą mi się z indie hipsterami, którzy wszyscy wyróżniają się z tłumu za pomocą wyglądania identycznie.


*


A teraz jest już jutro.


Śniadanie zjadłem w losowo wybranej knajpce, w której nieuprzejma pani nie znała ani słowa po angielsku, ale dogadaliśmy się za pomocą pokazywania palcem i przemawiania bardzo powoli. Aura jest mżąca i bardzo ciepła, raczej październikowa, niż listopadowa, a ja nieco niewyspany po wczorajszym wypadzie.


Trzy pierwsze bary spowodowały we mnie gwałtowne ataki klaustrofobii. Nie mam problemu z barami, w których jest dużo ludzi, ale jeśli nie ma nawet tyle miejsca, żebym mógł zdjąć z siebie kurtkę, to znaczy, że jest jednak trochę za przytulnie. W czwartym barze grali Britney Spears zamiast szlagierów o reniferach, znalazły się miejsca siedzące, a barman polewał bardzo szczodre drinki, klepał mnie po plecach i pytał, co też jeszcze chciałbym usłyszeć.


Byliśmy w środku może dziesięć minut, kiedy wpadła na mnie — niezupełnie przypadkowo — urocza, ciemnowłosa dziewczyna i powiedziała, że jest bardzo pijana i przeprasza, ale czy może tańczę. Może tańczyłem. Przetańczyliśmy jakieś pół godziny, po czym dziewczyna zapoznała Misia i mnie ze swoją najlepszą przyjaciółką, która z kolei zapoznała nas ze swoim chłopakiem. Pamiętny lekcji Misia o tym, że mieszkańcy Kolonii nie rozmawiają z obcymi zastanowiłem się przez chwilę, czy aby dotyczy to wyłącznie gejów, po czym okazało się, że żadna z tych trzech osób nie pochodzi z Kolonii, a najdłużej mieszka tu ciemnowłosa, bo aż osiem lat.


Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę. Misiu i jego nieleczona depresja mają na mnie bardzo zły wpływ, w barach wolno palić, muzyka jest beznadziejna, a dwaj poderwani faceci mieszkają za granicą. Na ulicy czyhają na człowieka bankomaty-złodzieje, które dopiero przed ostatnim potwierdzeniem transakcji od niechcenia wspominają, że pobierają 20% opłaty. Schampanja, „alternatywny” bar, raczy człowieka raz DJem Otzi, raz szlagierami typu „Halinko, fajną dupę masz”, co nie jest do końca sposobem, w jaki alternatywę rozumiem ja. Skojarzenia z Warszawą nie są przyjemne, bo Warszawy też nie lubię, lubię kilka wybranych miejsc i mieszkających w niej przyjaciół. A jednak nie żałuję, że tu przyjechałem, chociażby dlatego, że blokada pisarska runęła z hukiem i połowę pobytu spędziłem klikając z zapałem w laptopa, spotkałem ponownie misiową przyjaciółkę-anarchistkę i doskonale się ubawiłem, oraz nabyłem nadzwyczaj dziwny element ubioru — coś jakby środek marynarki z eleganckimi klapami, połączony z rękawami dresu z paskami. No i w portfelu mam wizytówkę belgijskiego skórzaka… 


*


Ostatnie godziny w Kolonii całkiem nieźle podsumowały moje odczucia wobec tego pobytu.


Wybraliśmy się do knajpy, w której podają najlepsze sznycle w mieście. Nie żałowałem — sznycle były ogromne i pyszne, kelnerka uprzejma i uśmiechnięta, a po mojej lewej stronie siedział niezwykle piękny, czarnowłosy i czarnobrody mężczyzna, na oko 35-40 lat, wielkie, czarne oczy. Pewnie Hiszpan, myślałem lekko nieobecnie, gdy Miś skarżył się na swojego szefa. Pewnie hetero. W domu siedzi żona, a on w podróży służbowej…


Zjedliśmy, wypiliśmy, po czym postanowiłem udać się do toalety, zupełnie przypadkiem wybierając moment dwie minuty po tym, jak udał się tam brodaty przystojniak. Niestety, za mną ruszył nieznany mi świński blondyn, który zaczął przemawiać do mnie po niemiecku.


— I don’t speak German — odpowiedziałem.


— Do you speak English?


— I believe I do. — Cholera, będzie do mnie gadać, pomyślałem niechętnie, patrząc z żalem, jak brodacz myje ręce i wychodzi.


— Where are you from?


— I’m from Amsterdam.


— Amazing! Amsterdam, Amsterdam! — zaczął śpiewać popularny tutaj szlagier z gatunku muzyki rubaszno-pijackiej, której nie znoszę.


— Yes, I heard this last night at a bar — odpowiedziałem i ruszyłem do wyjścia, on zaś za mną.


— I have a dream, baby! — poinformował mnie, kiedy już miałem usiąść z powrotem obok Misia.


— What is it?


Objął mnie i pogłaskał po plecach. — To have a Dutch man all of my own! — Po czym na szczęście oddalił się, zanim zdążyłem dać mu w pysk i objaśnić, że nie znoszę być dotykany bez pozwolenia przez kompletnie obcych ludzi.


Pełen niesmaku usiadłem. Ależ mnie Kolonia żegna. Jednak jacyś Niemcy mnie zagadują. Łapami. Nie znoszę tego okropnie.


— To był jeden z tych okropnych gejów z Kolonii — poinformował mnie równie zniesmaczony Miś.


— Rzeczywiście okropny — mruknąłem. — Nie trawię, jak ktoś mnie maca bez pytania. Porozmawiamy, polubimy się, wtedy możesz się przytulać, a nie jakiś obcy z łapami startuje. To akurat jest sposób, żebym kogoś natychmiast znienawidził.


— Przykro mi — powiedział szczerze zawstydzony Miś.


— Trudno, żaden problem, zaraz przecież wyjeżdżam. Chodź, zbieramy się…


Ciągle zniesmaczony i z uczuciem zbrukania ubierałem się, gdy nagle zawadziłem okiem o stolik, przy którym siedział brodacz. Brodacz wpatrywał się we mnie tymi wielkimi, pięknymi oczami, z tą miną, której z niczym nie da się pomylić, którą po angielsku określamy ‚bedroom eyes’ a po polsku nie mam pojęcia, a kiedy nasze oczy spotkały się, uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana i natychmiast zapomniałem o obleśnym blondasie.


Jeszcze wsiadając do pociągu miałem cichą nadzieję, że może, podobnie jak ja, był gościem z Amsterdamu i spotkamy się, ale oczywiście nic tak pięknego nie nastąpiło. A jednak ten uśmiech kompletnie zmienił mój nastrój. Nawet odkrycie, że projektanci dworca nie wpadli na pomysł, że ktoś mógłby chcieć tam usiąść niczego nie zmieniło. Ten uśmiech — i smród dymu papierosowego z mojej bluzy, którą wyprałbym od razu, gdyby nie to, że przyjazd tuż przed północą — towarzyszą mi nadal, kiedy piszę ten akapit już w pociągu. Dziękuję Ci, nieznajomy brodaczu. A tobie, nieznajomy świński blondynie, serdecznie życzę hemoroidów.


*


A w styczniu najpewniej Ateny…

Bezrobocie mi nie służy.

watashi79 pyta mnie w komentarzu, czy poszukuję Nowego Zajęcia. Nie. Pracuję z psycholożką z outplacementu, która kazała mi nie szukać Zajęcia do końca roku; spotykam się z wieloma facetami, imiona niektórych znam, a niektórych nie; chodzę do ulubionego baru (po tym, co tam wykonałem w niedzielną noc, mogą mnie więcej nie wpuścić — note to self, cenę następnego piwa sprzedanego przez Sandera zaokrąglić do 20 euro) i generalnie robię nie to, co powinienem, gdybym był poważnym, dojrzałym mężczyzną o właściwych zainteresowaniach. Przy czym to nie do końca ja uważam, że powinienem, a moja psycholożka oraz terapeuta oboje mi odradzają Robienie Tego, Co Powinienem, ale przeszkadza mi coś, czego się nie mogę do końca pozbyć — mój Wewnętrzny Katolik.

Tym uroczym mianem określam głosik, który się włącza, jeśli zaczynam się za dobrze bawić. Dopóki ten głosik pilnuje, żebym nie popadł w uzależnienie od narkotyków i niebezpiecznego seksu, jest dobrze. Gorzej, jeśli głosik pilnuje, żebym nie poleciał do Grecji na zaproszenie kumpla, albo też nie kupił czegoś, co mi jest potrzebne, bo „przecież masz teraz pieniądze, ale możesz kiedyś nie mieć” oraz „po co masz lecieć do Grecji, lepiej byś odłożył na Ciężkie Czasy”. To w psychologii nazywa się, zdaje się, przygotowywaniem z góry na porażkę — zakładaniem, że nie będzie dobrze, tylko gorzej i już trzeba się na to przygotowywać.

O moim życiu „miłosnym” wolę nie pisać, bo znowu mnie 8jola8 opieprzy. Tyle, że pytanie, czego tak naprawdę bym chciał — czy aby na pewno tłumu chętnych do seksu bez zobowiązań? A może po prostu JEDNEGO sensownego faceta bez problemów opisanych w DSM-IV? Chwilowo seks bez zobowiązań mnie całkiem zadowala, ale docelowo wolałbym jednak to drugie, a na to jakichś ogromnych szans nie widzę.

Kreatywnie trwa blokada, stąd brak notek. Nie piszę. Nie nagrywam. Nie projektuję. Wyciskam ciężary i zachowuję się w sposób nieakceptowany przez Kościół Katolicki. W przerwach sprzątam, robię zakupy, słucham Aerei Negrot i zwiedzam Facebooka. Oraz czekam na mój krótki kurs podstaw kowalstwa 10 grudnia.

Zapomniałem ostatnio pół tabletki (co dnia biorę półtora). Następnego dnia Szacowny Eksmałżonek, bawiący z wizytą, odnotował, że jestem jakiś dziwny i odległy. Dzień potem wróciły myśli samobójcze (na szczęście nie na długo). Chyba jeszcze nie będziemy odstawiać leków.

Wiem, że to nie jest ciekawa notka, ale chciałem dać znak życia. Ciekawą może obmyślę za jakiś czas. Na heteroblogasku zaś ziejący brak notek, bo lektura forum doprowadza mnie wyłącznie do walenia głową w biurko z frustracji pt. „jacy ci ludzie są banalni”. Nawet nie głupi. Po prostu powtarzają wiecznie to samo. Jak ja mam komponować nowe notki przy użyciu wiecznie takich samych postów na forach, hę?