W dzisiejszym odcinku w rolach głównych wystąpią dwaj intelektualiści produkujący emo, oraz jeden mały navaira, którego emo intelektualistów nie rusza.

Intelektualistą pierwszym jest profesor Piotr Winczorek. Lat 67, profesor nauk prawnych, specjalizuje się w zakresie nauki o państwie oraz prawie konstytucyjnym. Wykłada na UW oraz w Ostrołęce. (Współczuję dojazdów do pracy.) Były działacz Stronnictwa Demokratycznego, w latach 1991-1993 członek Trybunału Stanu, publikuje na łamach czasopism i wydaje liczne pozycje książkowe. Tak informuje nas Wikipedia.

Profesor nauk prawnych mówi do nas tak:

W toczącej się dyskusji na temat tzw. związków partnerskich nagminnie mieszają się się dwa wątki: moralno-obyczajowy, silnie przy tym zabarwiony religijnie, i prawny. Co do pierwszego wypowiadać się szerzej nie będę. Nie jest jednak, moim zdaniem, niczym szczególnym czy niedopuszczalnym, że tym, którzy wysuwają argumenty na rzecz etycznej akceptacji takich związków i, w konsekwencji, prawnego ich uregulowania przeciwstawiany jest pogląd, iż ich istnienie jest na tyle moralnie destruktywne, że nie one mogą zostać wsparte przez unormowania ustawowe.

Mujborze, moralnie destruktywne istnienie związków. Panie profesorze, to Pana zaskoczy, ale te związki JUŻ ISTNIEJĄ. Nie czekają na unormowania ustawowe, tylko siem biorom i siem robiom. Poza tym, naprawdę wydaje mi się, że poniżej godności profesora konstytucjonalisty jest pisanie o „moralnej destruktywności” bez zdefiniowania, na czym moralna destruktywność polega.

Oczywiście, rozumiem, dlaczego pan profesor nie definiuje. Nie definiuje, ponieważ moralna destruktywność siedzi wyłącznie w głowach prawicowców uprawiających emo. Tak się śmiesznie składa, że w moim budynku mieszkam ja (gej), mój kumpel (gej) oraz małżeństwo heteroseksualne z dzieckiem sztuk jeden. I to małżeństwo w ogóle się nie chce rozpaść! Mimo, że my moralnie je destruujemy zza ściany jak dzicy. Co gorsza, dziecko małżeństwa mnie lubi, cieszy się na mój widok i macha do mnie łapkami i oni mu na to pozwalają! Panie profesorze, pan słyszysz i nie grzmisz? Wszakże moralna destruktywność!

Strasznie chciałbym zobaczyć, jak, dajmy na to, Monika Olejnik wypytuje Niesiołowskiego, profesora Winczorka lub profesora Majcherka (profesor Majcherek zaraz będzie, spaliłem niespodziankę) o to, w jaki konkretnie sposób małżeństwa lub związki rejestrowane osób tej samej płci destruują moralnie. Co konkretnie robi fakt rejestracji naszych związków parze hetero. Rozbija małżeństwa? Morduje dzieci? Kwasi mleko w krowich wymionach? No co? Panowie intelektualiści, powiedzcie mi, jakże ja i DJ was destruujemy moralnie, bo ciekawość mnie zeżre.

Pan profesor kontynuuje obłudne udawanie, że nie jest konserwą:

Jedynie tytułem intelektualnego eksperymentu rozważać dziś chyba należy całkowity zakaz i penalizację związków partnerskich – homoseksualnych czy, tym bardziej, heteroseksualnych.

Och, cóż za niezwykły pomysł, a może byśmy, panie profesorze, jednak nie rozważali, a zwłaszcza „tym bardziej”? Zwłaszcza, że:

Nawet najwięksi nasi moralni i religijni rygoryści tego nie postulują. Żądają natomiast, aby związków takich nie pochwalać, nie sprzyjać ich upowszechnianiu i, jeśli są już smutnym faktem, to traktować je jak coś, co należy do ściśle prywatnej (a przy tym wstydliwej) sfery życia.

Kiedy ja się nie wstydzę. Pana… ok, religijnych rygorystów opinia na temat mojego związku wisi mi i powiewa. Nie przychodzę wszakże do ich domostw, kościołów i innych meczetów, nie włażę na ambonę i nie opowiadam o moich ulubionych formach seksu analnego, jakie z DJem uprawiamy. Reklamują się raczej małżeństwa, za pomocą noszenia obrączek, oraz oczywiście pary heteroseksualne za pomocą prowadzania się w ciąży (ESCANDALO — oznacza to, że kobieta najprawdopodobniej uprawiała SEKSOWANIE SIĘ) i posiadania dzieci. A co do określania mojego związku jako smutnego faktu, panie profesorze, widział pan posłankę Kempę? To jest dopiero smutny fakt. (No, co ja mogę profesorowi powiedzieć na takie dictum?)

Dalej pan profesor pisze nam tak:

Nie bez znaczenia dla interesującej nas tu sprawy jest też art. 53 ust. 1 zapewniający każdemu wolność sumienia (i religii). Wolność sumienia wyraża się, między innymi, w zakazie narzucania jednostce przekonań moralnych i obyczajowych, a tym bardziej przymuszania siłami państwa do ich akceptacji oraz do praktykowania wynikających z nich norm, o ile nie są one zarazem normami prawnymi (np. karalność kazirodztwa).

Jest zatem poza sporem, że małżeństwem w Polsce może być jedynie związek kobiety i mężczyzny.

Moment. Chwilencja.

Co to znaczy „poza sporem”? Poza sporem to są pewne stałe matematyczne i nic ponad to. Kiedyś poza sporem było, że Ziemia jest płaska, a dookoła niej kręci się Słońce. Zdawałoby się, że od tego czasu zmądrzeliśmy, ale wyraźnie nie tyczy się to konserwatywnej inteligencji. Zadaniem intelektualisty jest poddawanie w wątpliwość wszystkiego, co ludziom nieco głupszym wydaje się „poza sporem”.

Zwracam też uwagę na wolność sumienia (i religii) zapewnioną KAŻDEMU. Nie: każdemu chrześcijaninowi głosującemu na PiS. Nie: każdemu profesorowi Winczorkowi i jego żonie. (Zakładam, że profesor żonę posiada, ale generalnie mnie jego życie prywatne mało interesuje, smutne fakty, wstydliwości i cała reszta.) Tylko KAŻDEMU. A co, jeśli moja religia pozwala wyłącznie na małżeństwa osób homoseksualnych? (Mniejsza, co to za wyznanie. Powiedzmy, że Kościół Lady Gagi.) Zakazujemy heterykom? Panie profesorze, proszę bez żenady. Zakaz narzucania przekonań moralnych i obyczajowych oraz praktykowania wynikających z nich norm? Ależ ciężko o lepszą definicję podejścia państwa polskiego do związków osób tej samej płci!

Dalej profesor kopie się już beznadziejnie:

Na małżeństwo w rozumieniu ustawowym składa się zespół wzajemnych praw i obowiązków. Jeśli związek partnerski zostałby wyposażony w taki sam zestaw praw i obowiązków co małżeństwo, byłby, od strony ustawowej, po prostu małżeństwem niezależnie od swej nazwy. Dotyczy to zarówno związku homo-, jak i heteroseksualnego.

No właśnie. Cieszę się, że profesor rozumie konieczność natychmiastowej legalizacji małżeństw osób tej samej płci.

Zostawmy profesora Winczorka na razie w spokoju i przejdźmy do profesora Janusza A. Majcherka, filozofa i socjologa kultury, lat 57, współpracownika Rzepy i Tygodnika Powszechnego, a jednocześnie intelektualisty o wiele bardziej wywrotowego i otwartego na dywagacje. (Dopuszczam możliwość, że profesor o tym nie wie.) Profesor Majcherek zaczyna z grubej rury:

Formalizacja związków nieformalnych jest sprzeczna z logiką.

Z jaką logiką? Czy formalizacja polegająca na wzięciu ślubu też jest z nią sprzeczna? Czy jest to jakaś związkologika wykładana przez profesora Majcherka, czy chodzi o logikę matematyczną, którą miałem nieszczęście studiować i w której nic nie było o związkach nieformalnych?

Paul Scheffer, znany w Polsce holenderski publicysta i badacz stosunków międzykulturowych, przekonywał mnie niedawno (i przekonał), że świat opacznie interpretuje stosunki panujące w Holandii, patrząc na nie przez pryzmat coffee shopów, dzielnic czerwonych latarni i prawa do eutanazji, mających rzekomo świadczyć o szczególnym obyczajowym liberalizmie Holendrów. Tymczasem jest przeciwnie: w holenderskiej mentalności, ukształtowanej przez protestanckie zamiłowanie do rygorystycznego ładu, tkwi skłonność do regulowania wszystkich aspektów życia wspólnoty. […] Są tacy, którzy żyją ze sobą bez ślubu, więc to musi być administracyjnie uporządkowane.

Co oczywiście jest o wiele gorszym rozwiązaniem, niż jakże polskie „LALALALA JA NIC NIE WIDZĘ NIC NIE SŁYSZĘ NIE MA ZWIĄZKÓW HOMO NIE MA NIE MAAAAAAAA LALALALALAAAA”. (Nawiasem mówiąc, zgadzam się z Schefferem, dokładnie tak wygląda holenderskie pojmowanie prawa. O czym jeszcze za momentinho.)

Formalizacja związków nieformalnych to w sensie logicznym i prawnym niedorzeczność: albo coś jest formalne, albo nie. Jeśli ktoś chce żyć w związku sformalizowanym, to bierze ślub. Jeśli żyje w związku nieformalnym, to jego sprawa. 

O! Kolejny profesor zaleca natychmiastową legalizację małżeństw osób tej samej płci!

Miarą rzeczywistych przemian obyczajowych jest powszechna dziś akceptacja związków nieformalnych i dzieci przychodzących w nich na świat, których już nikt nie wyzywa od bękartów, a ich matek od dziwek. Pojęcie konkubinatu weszło do potocznego języka jako wolne od poniżających konotacji. Polskie społeczeństwo przestaje się interesować, kto z kim sypia i czy ze współlokatorem (lub współlokatorką) łączą go związki zalegalizowane w kościele lub urzędzie.

Z wyjątkiem rzecz jasna profesora Winczorka, dla którego jest to smutny fakt i sprawa wstydliwa.

Społeczeństwo polskie przywykło już nie dociekać, co robią w nocy niespokrewnieni ze sobą dorośli ludzie mieszkający pod jednym dachem, nawet tej samej płci. Wyrazem obyczajowych przemian jest to, że państwo nie żąda od nich sformalizowania związku, a nie to, że taką formalizację im proponuje. To właśnie próba sformalizowania ich relacji nieuchronnie prowokuje drażliwe pytania, bowiem oznacza domaganie się legalizacji, a nie jest obojętne, co w ten sposób miałoby zostać zalegalizowane. Sugestia, że także partnerskie stosunki łączące rodzeństwo, sprowadza cały pomysł do absurdu. Czy nie lepiej więc pozostawić obywatelom swobodę kształtowania nieformalnych relacji między sobą, a państwo trzymać od nich z daleka?

Profesorze Majcherek, prezentuje profesor przerażającą obłudę.

Problem nie polega na tym, że państwo za bardzo się wtrąca w życie obywateli i należy je trzymać od obywateli z daleka. Problem polega na tym, że państwo dzieli obywateli na lepszych i gorszych, podobnie dzieląc ich związki (małżeńskie, bądź nie) i niektórym związkom nie przyznaje niektórych praw, bo nie. 

Czy uczciwe jest piętnowanie jako zacofańców i homofobów wszystkich mających takie wątpliwości? 

#łojezujakieemo prezentuje nam napiętnowany profesor.

Chyba że idzie faktycznie o legalizację związków homoseksualnych i nadanie im statusu zbliżonego do małżeństwa. Ale wówczas trzeba to postawić jasno, jak ostatnio władze Nowego Jorku legalizujące małżeństwa jednopłciowe, bez wikłania się w kuriozalne przykłady partnerskich związków dwóch sąsiadek.

Oczywiście rozumiem, że profesor Majcherek pisze to z przekąsem, jako dowód na Zepsucie Złego Zachodu. Ale zgadzam się z nim PRAWIE w stu procentach.

Dywagacje o rejestracji związków profesora Winczorka oparte są na wewnętrznym przekonaniu profesora, że ślub jest dobry, hetero jest dobre, a nieślub jest zły i niehetero jest złe. Dywagacje profesora Majcherka są jeszcze dalsze od rzeczywistości, ponieważ opierają się na założeniu, że małżeństwo i konkubinat różnią się wyłącznie tą smutno-wstydliwą obrączką na palcu. Otóż profesorze Majcherek, mam dla pana wielce zaskakującą wiadomość: TAK NIE JEST. Polskie prawo odmawia osobom niepozostającym w związku małżeńskim bardzo zwyczajnych rzeczy, od decydowania o leczeniu partnera przez odbieranie poczty z urzędu aż do podatku spadkowego, który w przypadku dwóch kobiet mieszkających razem od 50 lat wyniesie tyle samo, co w przypadku osób kompletnie sobie obcych. 

Co gorsza, profesor Majcherek podminowuje Tradycyjną Rodzinę o wiele bardziej, niż mój związek z DJem, kiedy pisze:

Tradycyjny związek małżeński rozumiany był jako społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, poza takim związkiem niedopuszczalne i karalne. Postęp obyczajowy polega jednak na tym, że dziś ani prawo, ani otoczenie nie wymaga od dorosłych ludzi stanu wolnego uzyskania czyjejkolwiek (poza partnerem) zgody na współżycie seksualne.

W takim razie należy sobie zadać wiele pytań (z wyjątkiem profesora Winczorka, dla którego pozostają one poza sporem): po co nam w ogóle małżeństwo? Po co nadawać mu wyjątkową rolę i zapisywać ją w konstytucji? Po co zmuszać ludzi do zawierania ślubów tylko po to, żeby mogli zadecydować o tym, gdzie pogrzebana zostanie ukochana osoba? Skoro związek małżeński to społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, widać jasno, że pojęcie związku małżeńskiego dawno się przeżyło i zdezaktualizowało. Co robimy, profesorze? Likwidujemy? Rozszerzamy na wszystkich chętnych?

Przywołany wcześniej Scheffer tłumaczy bardzo przystępnie sposób, w jaki Holendrzy postrzegają tworzenie prawa: prawo ma regulować zjawiska, które i tak występują. Holendrzy wiedzą, że ludzie palą ziele, więc aktywność dekryminalizują, bo nie jest ich celem zapchanie wszystkich cel w kraju palaczami ziela. Wiedzą, że pary homoseksualne żyją razem latami, niezależnie, co na ten temat sądzą pp. Majcherek, Winczorek i Niesiołowski, więc legalizują śluby osób homoseksualnych. Wiedzą, że nie każdy chce wziąć ślub, więc legalizują związki rejestrowane. Osoba, która spróbuje udowodnić mi, że to ZUO i moralna degrengolada, ryzykuje wiele: mianowicie to, że będzie musiała wytłumaczyć mi, na czym konkretnie polega moralna destrukcja społeczeństwa pod wpływem legalizowania rzeczy, które społeczeństwo i tak robiło, robi i robić będzie.

*

Wyautowałem się jeszcze bardziej, patrz nowy nagłówek bloga.

Dawno, dawno temu Newsweek przeprowadził ze mną wywiad. Pracowałem i mieszkałem wtedy nadal w Warszawie i bałem się pokazać twarzy w ogólnopolskim tygodniku; bałem się, nie wiedzieć czemu, konkretnie pani w sklepie spożywczym naprzeciwko. Była to osoba nadzwyczaj chamska i nieuprzejma, która jednakowoż traktowała mnie względnie miło (jak na swoje standardy), a mi z jakiegoś powodu wpadło do głowy, że zacznie mnie oplotkowywać i pluć mi w biały ser. Tak więc pokazałem kawałek brody wystający spod wielkiego kapelusza.

Do tej pory jest mi z tego powodu wstyd. Mógłbym się powołać na okoliczność łagodzącą w postaci pierwszego rzutu depresji, ale naprawdę, depresja i tchórzostwo to nie jest tak do końca to samo. Teraz, rzecz jasna, to nie do końca to samo, ale jednak jakoś czuję, że warto się pokazać. Jakby ktoś się kiedyś pytał, to możecie pokazać moje zdjęcie i powiedzieć, że tak wygląda homoseksualista.

Czasem jest dobrze, a czasem trochę mniej dobrze. W tej chwili jest mniej dobrze, ale ogólnie jednak nieźle.

*

Pierwszą notkę o depresji wywlekałem z siebie pazurami i zębami, przekonany, że nie powinienem się tak otwierać, a poza tym, co to kogo obchodzi. Odzew przewyższył wszelkie moje oczekiwania, a przy okazji wyautowało mi się dużo komentatorów, ludzi sympatycznych i fajnych, którzy przyznali się, że też zdzirę na swojej drodze życiowej spotkali. Ja zaś dorzucę moje ukochane Janet Jackson i Marian Keyes. Jakoś tak się dzieje, że depresja dotyka głównie (acz, rzecz jasna, nie jedynie) osób sympatycznych, emocjonalnie rozwiniętych i wrażliwych. Taki Chris Brown, czy Jacek Kurski raczej nie borykają się z problemami z samooceną, kompleksami i zdzirą uniemożliwiającą funkcjonowanie.

*

Ileż jest na świecie osób, które chętnie ocenią, czy to, jak się zachowuję, co robię, czym odżywiam, jak wyglądam, w co się ubieram jest dobre, czy złe; czy zasługuję na pochwały, czy też nie; czy zasługuję na legalizację związku, czy też nie. Jakoś tak jest, że to właśnie te osoby, które NIE czują, że mają monopol na Prawdę, Dobroć i Słowo Boże, te, które mają wątpliwości i gotowe są dać się przekonać, jeśli pojawią się wystarczające argumenty — te właśnie osoby wydają się stanowić mniejszość podatną na depresję. Oraz mniejszość, z którą potrafię się zaprzyjaźnić. Chciałbym wierzyć, że to przypadek, że wśród moich przyjaciół jest tyle osób z rozmaitymi problemami psychologicznymi, ale nie wierzę. Może po prostu osoby z problemami psychologicznymi są bardziej interesujące?

*

Zakończyło działalność wydawnictwo Abiekt.pl. Bardzo żałuję. Kilka książek wydawnictwa otrzymałem jako prezenty od Szacownego Eksmałżonka i bardzo mi się podobały, z wyjątkiem okropnej czcionki „komiksowej” na okładce Fun Home. (Ale jak się daje książki fetyszyście typografii, to trzeba się liczyć z dziwnymi komentarzami typu „co, Comic Sans nie było na komputerze”…)

Komiks „Konrad i Paul”, który wydawnictwo opublikowało zdaje się na początku swojego istnienia podzielił polskie środowisko gejowskie, ponieważ pokazywał to środowisko takim, jakie ono jest. Dwaj panowie żyją sobie w otwartym związku, uprawiają seks z różnymi chętnymi, wpadają na pomysły czasem zabawne, czasem obrzydliwe, a czasem i to i to naraz i się tego nie wstydzą. I to właśnie podzieliło środowisko, które również lubi uprawiać seks z różnymi chętnymi i wpada na różne pomysły, ale się tego wstydzi i ukrywa. „Po co o takich rzeczach mówić na głos…” — A może po to właśnie, żeby zdjąć z nich odium brudnych i wstrętnych rzeczy, o których nie mówi się publicznie?

Osoby z Monopolem na Prawdę, w skrócie OMPy, żerują właśnie na naszym poczuciu wstydu. Osoby, które usiłują nam wciskać, że homoseksualizm jest kwestią wyboru i jako taki nie zasługuje na żadne względy prawne, podobnie. Dostajemy piany na ustach, wykłócając się, że nie, nie jest kwestią wyboru (naprawdę, heteroseksualizm niesie za sobą takie profity i zwyczajną wygodę, że chyba tylko osoby o inklinacjach masochistycznych WYBRAŁYBY homoseksualizm), zamiast spytać chłodno: no, a jeśli jest, to co wtedy? Pan wybrał swoją żonę, mimo, że wygląda ona jak kanapa, a ona wybrała pana, mimo, że wygląda pan jak Quasimodo w gabinecie krzywych luster, naprawdę, ludzie dokonują najdziwniejszych wyborów, ale kto panu dał prawo decydować, że ten wybór jest dobry, a ten już jest fe?

*

Margaret Cho, moja ulubiona komediantka stand-up, całe życie boryka się z problemami z samooceną, ponieważ po pierwsze ma tego pecha, że nie urodziła się biała, a po drugie — ma problemy z wagą, które usiłowała zwalczać drakońskimi dietami, pigułkami z amfetaminą (patrz „Requiem Dla Snu”) i zastępowaniem jedzenia alkoholem. Kiedy telewizja ABC zaproponowała jej stworzenie własnego sitcomu, w którym grałaby rolę samej siebie, nakazano jej schudnąć. Była za gruba do zagrania samej siebie! Wszyscy wiemy, że chude jest dobre, a grube jest złe, białe jest piękne, a inne kolory to już tak różnie, a z tej wiedzy biorą się strony pro-ana, rasizm i wiele innych wesołych i zabawnych rzeczy.

Problemy z wagą, bulimia, anoreksja i tym podobne do mnie przemawiają, ponieważ przez bardzo długi czas sam zmagałem się ze swoim body image; odchudziłem się do 67 kg przy wzroście 184 cm i ciągle czułem się tłusty (jednocześnie odnotowując, że nie jestem w stanie siedzieć na twardym, bo suchy tyłek nie wyrabia); potem na siłowni usiłowałem za każdym treningiem spalać więcej kalorii na cardio do momentu, kiedy o mało nie spadałem z bieżni, a po powrocie wypijałem butelkę wina, zjadałem pizzę i szedłem spać. To, że moje ciało pod wpływem treningów w końcu uległo zmianie, odkryłem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem odbicie swojego torsu w lustrze pod takim kątem, że nie było widać twarzy i rozejrzałem się w poszukiwaniu tego napakowanego gościa. To, co widziałem w lustrze w domu — gdzie wiedziałem, że oglądana osoba to ja — jako żywo miało wątłe łapki jak patyczki i wielkie brzuszysko.

Nie odchudzałem się dlatego, że ktoś mi kazał; Szacowny Eksmałżonek twardo twierdził, że w niczym mu mój brzuszek nie przeszkadza. Nie odchudzałem się z powodu problemów zdrowotnych. Nie odchudzałem się z żadnego innego powodu, jak tylko głęboko w głowie zakorzeniona myśl, że grube jest złe i trzeba je odchudzić. Z tego też powodu spędzałem godziny na siłowni, a potem zapijałem winem uczucie, że jestem strasznie nieszczęśliwy ze samym sobą.

*

Przestańmy, drogie środowisko LGTB, odżegnywać się od jakiejkolwiek chęci brania ślubów i posiadania dzieci. Stańmy Gowinowi naprzeciw i powiedzmy mu bezczelnie: Panie Gowin, pan dla mnie jest żaden autorytet w dziedzinie tego, kogo mam kochać, a kogo nie, pana poglądy na temat ślubów osób tej samej płci też mnie nie ciekawią, pan się mnie nie pytał przed ślubem, nie wiem, czemu ja miałbym się pana pytać przed moim. Jeśli jest pan przekonany, że rodzina tradycyjna musi się rozpaść i ulec rozkładowi pod wpływem legalizacji związków osób homo, to albo pan nie kocha żony i pragnie uciec w ramiona mężczyzny, albo boi się pan, że żona ucieknie w ramiona kobiety, ale naprawdę, pana osobiste problemy kompletnie mnie nie interesują. Co mnie interesuje? Interesuje mnie, że mój mężczyzna ma syna z małżeństwa z kobietą płci odmiennej, mieszkamy razem od 6 lat, mieszkanie jest na męża, a mąż ma raka z przerzutami i nie dość, że nie mogę go odwiedzać w szpitalu, nie mogę się doprosić o informację, czy jeszcze żyje, a syn płacze wieczorami, że nie chce jechać do mamy do Anglii, tylko chce zostać ze mną, u nas w domu, na który nie będzie nas stać, bo nawet jeśli mąż mi go zapisze w spadku, w życiu nie zdołam zapłacić podatku. I wiecie co, pp. Gowin, Terlikowski, Kaczyński, Niesiołowski et consortes? W dupie mam wasze poczucie estetyki, w dupie mam wasze uczucia religijne, w dupie mam „to się da przecież załatwić u notariusza”, w dupie mam „homoseksualizm to kwestia wyboru” i ogólnie w dupie mam małe miasteczka.

*

Nie jestem w związku otwartym, ale nie oceniam negatywnie osób, które są, tak samo, jak nie oceniam negatywnie osób, które biorą ze sobą ślub, lub rozwodzą się za porozumieniem stron. Negatywnie oceniam wyłącznie osoby, które zdradzają małżonków za ich plecami, łżąc im w żywe oczy, że musieli dłużej zostać w pracy. Tak się dziwnie składa, że ślub pary homoseksualnej większości Polaków wydaje się nienaturalny i zły, a zdradzanie żony większości Polaków wydaje się normalne, a duża część uważa je za nieuniknioną konsekwencję małżeństwa.

Ciekaw jestem, czy łączy się to w jakiś sposób z faktem, że w Amsterdamie paradują bez koszulek mężczyźni, którzy mają ciała do pokazywania — polecam wizytę w Vondelparku w słoneczny dzień, co poniektórzy siatkarze, bądź po prostu opalający się bez koszulek są w stanie spowodować wypadki rowerowe wśród osób płci obojga, które nie mogły oderwać wzroku od spoconych, muskularnych torsów. W Warszawie, w której chwilowo przebywam gościnnie, muskularne torsy są starannie ukrywane, zaś na słoneczko i letnią aurę wystawia się jak największe brzuchy piwne. Motywacja jest być może podobna — wszak nie po to pan Jan pracował nad brzuszyskiem przez 20 lat, żeby swe dzieło teraz ukrywać przed ludzkim wzrokiem. A może po prostu w Amsterdamie mieszkają sami męscy anorektycy z problemami z body image, a w Warszawie zdrowi i normalni Polacy z właściwym spojrzeniem na sprawę?

A kiedy widzę na gazeta.pl wątek pt. „wszystkie feministki są brzydkie i były molestowane” zastanawiam się, czy napisał go pan Jan osobiście i czy laptopa postawił na brzuchu, czy też sięgał z trudem do biurka.

Uprzejmie zawiadamiam, że czuję się doskonale trzeci dzień z rzędu, co oznacza, że skończyły mi się wymówki i muszę opierdolić posła Gowina za gadanie strasznych bzdur.

Poseł Gowin porozmawiał otóż z Jarosławem Stróżykiem (a doniosła o tym niezawodna pani Formela) na temat związków partnerskich, a oto mądrości, które mu się z ust ulały:

– Ustawa o związkach partnerskich tylnymi drzwiami wprowadzałaby małżeństwa homoseksualne. Dla mnie z definicji małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Tak zresztą definiuje je nasza konstytucja. Natychmiast rozpoczęłaby się też walka o przyznanie homoseksualistom prawa do adopcji. Tak stało się też w innych krajach, w których również zaczynano od ustawy o związkach partnerskich. Mam nadzieję, że u nas do tego nie dojdzie. Dzieci należy wychowywać w przekonaniu, że zgodny z porządkiem moralnym jest związek kobiety i mężczyzny, a nie dwóch kobiet czy dwóch mężczyzn.

Poseł Gowin oczywiście nie zauważa paru drobiazgów: po pierwsze, „porządek moralny” to rzecz bardzo dyskusyjna i nieujęta w żadnym prawodawstwie, z uwagi na problem z jednoznaczną definicją; po drugie, homoseksualiści też kiedyś byli dziećmi i niekoniecznie musiało być tak, że na ich szczęście w dzieciństwie pozytywnie wpływało wpajanie im, że w przyszłości będą niezgodni z porządkiem moralnym; po trzecie zaś, porządek moralny porządkiem moralnym, a tymczasem większość dzieci, które mieliby ewentualnie adoptować homoseksualiści albo już ma homoseksualnego rodzica z partnerem/partnerką i w razie śmierci rodzica ryzykuje przenosiny do domu dziecka, albo już się w owym domu dziecka znajduje i ma w dupie porządek moralny, który powoduje, że chętne osoby nie mogą im dopomóc w wyniesieniu się z owej placówki.

Jednak zwolennicy tej ustawy mówią, że jej brak sprawia, iż w Polsce nie ma równości między obywatelami. Małżeństwa są uprzywilejowane.

– I bardzo dobrze. Pojedynczy obywatele mają w Polsce identyczne prawa. Co innego, jeśli chodzi o ich związki. 

A podziału związków na te dobre i niedobre dokonuje, jak wiadomo, Bóg usty posła Gowina.

Konstytucja gwarantuje uprzywilejowaną pozycję małżeństwa z uwagi na to, że dźwiga ono na sobie ciężar wychowywania dzieci.

Zwłaszcza w przypadku par bezdzietnych z wyboru lub z braku in vitro, oraz par po 50. A propos, małżeństwa, które dzieci już wychowały i więcej nie mają, powinny zapewne zostawać odgórnie zakończone, tak?

Zobowiązania, które mąż ma wobec żony, czy żona wobec męża, są bez porównania silniejsze niż te, które mają partnerzy w takich związkach. Trwałość tych związków też jest nieporównanie mniejsza.

Niewątpliwie, zważywszy na ilość par pozostających w związku małżeńskim Dla Dobra Dzieci.

Związki homoseksualne nie mają tych obowiązków, dlatego nie powinny mieć też przywilejów.

O, poseł Gowin domaga się zezwolenia parom homoseksualnym na adopcję i zawieranie małżeństw, żeby mogły mieć obowiązki i przywileje!

Zresztą, skoro akceptujemy związek dwóch mężczyzn, to dlaczego nie zalegalizować od razu związku czterech mężczyzn lub kobiet?

Ależ to doskonały pomysł. Dlaczego właściwie państwo ma prawo dzielić związki na dobre i niedobre? Bo poseł Gowin dostaje wysypki na myśl o czterech mężczyznach naraz w USC? Wysypka posła Gowina mię nie interesuje, niech sobie maścią posmaruje i nie zawraca głowy.

Nieprawdą jest też, że homoseksualiści żyjący razem nie mają dzisiaj żadnych praw, np. dziedziczenia po sobie. Nie ma z tym żadnych problemów, tak samo jak w przypadku osób heteroseksualnych żyjących ze sobą bez ślubu. Rozpowszechnia się takie opinie celowo, by wprowadzić społeczeństwo w błąd.

Oczywiście, a podatek spadkowy w razie potrzeby poseł Gowin zapłaci osobiście, jako osoba zajebiście bogata i przepełniona dobrem i miłością bliźniego.

Ostatnio w mediach aż roi się od tematów dotyczących homoseksualistów, ich problemów i rzekomego prześladowania. Dziwi to Pana?

– Niestety jest to element próby pewnej rewolucji obyczajowej podejmowanej przez środowiska lewicowo-liberalne. 

Bardzo lubię słyszeć o rzekomych prześladowaniach i pewnych środowiskach. Szkoda, że coś o żydowskiej mafii się posłu nie wymkło, ale rozumiem, że nie był w humorze.

Cieszy się ona sporym poparciem części mediów głównego nurtu, zwłaszcza „Gazety Wyborczej”. Środowiska te przyjęły sobie za cel jak najszybsze upodobnienie Polski do krajów Europy Zachodniej w sferze obyczajowej. Niestety zupełnie nie zwracają uwagi przy tym na naszą tradycję i tożsamość. Próbuje się na siłę wykorzenić z serc i umysłów Polaków przywiązanie do tradycyjnej moralności.

Rozumianej jako tradycyjne dopierdalanie bliźniemu w imię miłości i dobroci.

Nie wychodzi to chyba najgorzej, skoro – jak wynika z badań – za związkami partnerskimi opowiada się dzisiaj blisko połowa Polaków. Również w Pana partii nie brakuje głosów poparcia dla takich zmian. Nie wyklucza ich m.in. premier Donald Tusk, który jeszcze w 2006 r. był im zdecydowanie przeciwny.


– To prawda, ale nie znaczy to wcale, że za takimi zmianami opowiada się większość polityków Platformy. 

Słusznie, żałuję, że przed wyborami ta informacja nie jest upowszechniana szerzej.

Coraz częściej pojawiają się jednak głosy, że Platforma skręca w lewo.

– Dziś jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o skręcie w lewo. Nowoczesne, duże partie mają szeroki charakter. W Platformie musi być więc miejsce dla nurtów liberalno-lewicowego i konserwatywnego. Nie ma w tym nic złego. Jeśli PO chce wygrać wybory, to musi się poszerzać.

Nie ma jak partia, której program brzmi „Wszystkiego wszędzie wszystkim!”.

Jednym z największych problemów Polski jest kryzys demograficzny. Czy PO ma zamiar w przyszłej kadencji zająć się tym tematem?

– Przez ostatnich 20 lat nie dopracowaliśmy się żadnej sensownej polityki prorodzinnej. Jako Platforma musimy uderzyć się w tej sprawie także we własne piersi. Mam nadzieję, że w przyszłym Sejmie to się wreszcie zmieni i uda się takie prorodzinne rozwiązania wprowadzić w życie.

Na czym miałyby one polegać?

– Przede wszystkim na odejściu od rozwiązań pozornych takich jak np. becikowe na rzecz zmian kompleksowych. Konieczne jest wprowadzenie ulg podatkowych dla rodzin mających trójkę lub więcej dzieci. Trzeba też pomóc promować pozytywny obraz rodzin wielodzietnych, które dzisiaj są często przedstawiane w sposób nieprawdziwy jako siedliska różnych patologii społecznych. Konieczne jest też ułatwienie młodym matkom powrotu na rynek pracy oraz dostęp do przedszkoli.

Poseł Gowin w sposób typowy dla konserwatysty uważa, że jeśli społeczeństwo nie chce się dopasowywać do jego wizji porządku moralnego, tym gorzej dla społeczeństwa, a ludzie nie chcą zawierać małżeństw i mieć mnóstwa dzieci dlatego, że pewne środowiska promują negatywny obraz rodzin wielodzietnych, oraz rzekomych prześladowań osób homoseksualnych celem wprowadzenia społeczeństwa w błąd. Wprowadzone społeczeństwo żyje złośliwie w konkubinatach i nie rodzi mnóstwa dzieci celem skrzywdzenia uczuć Jezusa oraz posła Gowina (niekoniecznie w tej kolejności). Wprowadzenie ulg podatkowych i niewprowadzenie związków rejestrowanych błyskawicznie scali pary heteroseksualne w wierne Bogu i Gowinowi małżeństwa z obrzydzeniem odmawiające in vitro, zaś pary homoseksualne wyleczy z ich zboczenia i skłoni do nawrócenia na heteroseksualizm.

I tylko życie popiskuje, że niezupełnie tak wygląda, ale kto by zwracał uwagę na życie, skoro jest ono sprzeczne z nauką Kościoła.

No, sypie się miłość po 30, cóż rzec. Depresja i świeże związki są mało kompatybilne, jak się okazuje. Zwłaszcza w przypadku, gdy druga osoba nie rozumie, że depresja nie polega na tym, że mam negatywne myśli, ale przecież mogę przestać je mieć i się wziąć w garść.

*

Najpierw idzie sprzątanie. Jakoś tak jest, że do sprzątania w najlepszych dniach motywuję się długo, nie lubię tej czynności, cóż pocznę. Najgorsze jest ścieranie kurzy. To mi się zdarza może raz w roku. Bo co to za zabawa? Wszystko wycieramy, a dzień później wygląda prawie tak samo, bo wzbity w powietrze kurz opada i tyle ze sprzątania. Albo mycie półeczki przy lustrze w łazience. Trzy dni może wygląda, jakby ją umyto. Odkurzanie jakoś łatwiej mi przychodzi, a najbardziej lubię myć okna, może dlatego, że różnicę widać gołym okiem, a czynności nie trzeba powtarzać co tydzień.

Na drugi ogień idzie gotowanie. Kiedy mam depresję, zanika mi poczucie smaku, cała paleta smaków dostarczanych przez naturę zawęża się do „słone”, „słodkie” i „ostre”. W pierwszej depresji żywiłem się zupkami yum-yum, w drugiej — batonikami i pizzą. Kiedy się zorientowałem, paradoksalnie zacząłem się odżywiać zdrowiej, bo skoro wszystko mi jedno, jak toto smakuje, to mogę żreć łososia, brązowy ryż i mizerię z jogurtem 0%. Tylko te batoniki jakoś mi podejrzanie łatwo wpadają w ręce. Może muszę je oddać DJowi, zanim mnie porzuci, on lubi słodkie.

Potem już sypie się właściwie wszystko. Miłośnik muzyki, który odkrywa, że od godziny czegoś słucha, ale nie zauważył, że coś w ogóle gra; zapalony paker, który na siłownię zbiera się 45 minut, dotarłszy na miejsce nie może się doczekać, aż będzie mógł sobie pójść; grafik, muzyk i pisarz, który nie robi absolutnie nic kreatywnego, bo mu nie przychodzi do głowy. No i te 10-12 godzin snu dziennie, po których budzę się wykończony i właściwie to mógłbym spać dalej… Uczucie ciężkości nóg i rąk. Wspomnienie, że kiedyś robiłem taką rzecz, uśmiechanie, i że to chyba było fajne. Tak mi się zdaje. Wspomnienia tego rodzaju szybko się zacierają.

Leki, jak na razie, niespecjalnie pomagają. To znaczy rozsmarowały 30-minutowe okresy leżenia na kanapie i gapienia się w okno do 10-godzinnych okresów czucia się chujowo i myśli samobójczych. Przysięgam, że pierwsza myśl samobójcza była w jakiś sposób podtrzymująca na duchu — „nigdy nie jest tak źle, żeby nie można się było zabić” — ale 10 godzin dziennie to pewna przesada, zwłaszcza po ciężkiej rozmowie z DJem, który uważa, że zachowuję się egoistycznie, cały czas jestem tylko negatywny, a dodatkowo w ogóle nie dbam o jego potrzeby, np. potrzebę pójścia dziś na imprezę. No, zachowuję, jestem i nie dbam. Na tym to mniej więcej polega. Poza tym naprawdę po 10 godzinach myśli samobójczych ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę jest impreza.

Ciężko mi go obwiniać. Kiedy się poznaliśmy, połączyła nas miłość do muzyki i tańca, wspólne imprezowanie, doskonały seks, wspólne spożywanie różnych ciekawych substancji, całonocne siedzenie i gadanie o ludziach i o życiu; nikt nie uprzedzał, że z tych wszystkich rzeczy zostanie ewentualnie jednostronna rozmowa z rośliną, gapiącą się pusto w przestrzeń. DJ na depresję nigdy nie cierpiał, więc jej nie rozumie, zresztą o czym mowa, skoro osoby, które cierpiały na nią rok-dwa temu, ale już przestały też błyskawicznie zapominają, jakie to uczucie.

Jakoś nie mam zakończenia do tej notki, ale może to dobrze.