Bezrobocie mi nie służy.

watashi79 pyta mnie w komentarzu, czy poszukuję Nowego Zajęcia. Nie. Pracuję z psycholożką z outplacementu, która kazała mi nie szukać Zajęcia do końca roku; spotykam się z wieloma facetami, imiona niektórych znam, a niektórych nie; chodzę do ulubionego baru (po tym, co tam wykonałem w niedzielną noc, mogą mnie więcej nie wpuścić — note to self, cenę następnego piwa sprzedanego przez Sandera zaokrąglić do 20 euro) i generalnie robię nie to, co powinienem, gdybym był poważnym, dojrzałym mężczyzną o właściwych zainteresowaniach. Przy czym to nie do końca ja uważam, że powinienem, a moja psycholożka oraz terapeuta oboje mi odradzają Robienie Tego, Co Powinienem, ale przeszkadza mi coś, czego się nie mogę do końca pozbyć — mój Wewnętrzny Katolik.

Tym uroczym mianem określam głosik, który się włącza, jeśli zaczynam się za dobrze bawić. Dopóki ten głosik pilnuje, żebym nie popadł w uzależnienie od narkotyków i niebezpiecznego seksu, jest dobrze. Gorzej, jeśli głosik pilnuje, żebym nie poleciał do Grecji na zaproszenie kumpla, albo też nie kupił czegoś, co mi jest potrzebne, bo „przecież masz teraz pieniądze, ale możesz kiedyś nie mieć” oraz „po co masz lecieć do Grecji, lepiej byś odłożył na Ciężkie Czasy”. To w psychologii nazywa się, zdaje się, przygotowywaniem z góry na porażkę — zakładaniem, że nie będzie dobrze, tylko gorzej i już trzeba się na to przygotowywać.

O moim życiu „miłosnym” wolę nie pisać, bo znowu mnie 8jola8 opieprzy. Tyle, że pytanie, czego tak naprawdę bym chciał — czy aby na pewno tłumu chętnych do seksu bez zobowiązań? A może po prostu JEDNEGO sensownego faceta bez problemów opisanych w DSM-IV? Chwilowo seks bez zobowiązań mnie całkiem zadowala, ale docelowo wolałbym jednak to drugie, a na to jakichś ogromnych szans nie widzę.

Kreatywnie trwa blokada, stąd brak notek. Nie piszę. Nie nagrywam. Nie projektuję. Wyciskam ciężary i zachowuję się w sposób nieakceptowany przez Kościół Katolicki. W przerwach sprzątam, robię zakupy, słucham Aerei Negrot i zwiedzam Facebooka. Oraz czekam na mój krótki kurs podstaw kowalstwa 10 grudnia.

Zapomniałem ostatnio pół tabletki (co dnia biorę półtora). Następnego dnia Szacowny Eksmałżonek, bawiący z wizytą, odnotował, że jestem jakiś dziwny i odległy. Dzień potem wróciły myśli samobójcze (na szczęście nie na długo). Chyba jeszcze nie będziemy odstawiać leków.

Wiem, że to nie jest ciekawa notka, ale chciałem dać znak życia. Ciekawą może obmyślę za jakiś czas. Na heteroblogasku zaś ziejący brak notek, bo lektura forum doprowadza mnie wyłącznie do walenia głową w biurko z frustracji pt. „jacy ci ludzie są banalni”. Nawet nie głupi. Po prostu powtarzają wiecznie to samo. Jak ja mam komponować nowe notki przy użyciu wiecznie takich samych postów na forach, hę?

Ostatni tydzień w dotychczasowej pracy.

Wypalenie zawodowe zawsze wydawało mi się wymyślonym problemem dotykającym osób kiepskich w tym, co robią. Nie przyszło mi do głowy, że dotknie mnie. A już na pewno nie dlatego, że odkryję, że zamknąłem się w złotej klatce, w pracy, która nie stanowi dla mnie wyzwania, która jest prosta, przyjemna, nieabsorbująca i przez większość czasu… nudna. Mili współpracownicy, fajne zarobki, pieniądze na wakacje, rozjazdy, kredyt na mieszkanie… i mordercza nuda.

Przez miesiące powtarzałem sobie: jest kryzys, masz kredyt, warunki ekonomiczne, rynek pracy, etc. etc. Najpierw działało. Potem działało coraz gorzej, zgrzytało i chrzęściło, aż działać przestało — i odkryłem, że nie jestem w stanie wyleźć z łóżka w poniedziałkowy poranek. Wtedy zrozumiałem, że podobnie jak wyrzucony z domu alkoholik, dotarłem do ściany — albo zmienię sytuację, w której jestem, albo sytuacja mnie zabije. W jak najbardziej dosłowny sposób, jak wiedzą ci, którzy chorowali na depresję.

W ten sposób z własnej woli odchodzę z dobrze płatnej, bezpiecznej pracy podczas kryzysu ekonomicznego. Ci, którzy nie rozumieją, jak czuje się osoba wypalona zawodowo — bądź pracują na kasie w supermarkecie za grosze — zapewne uważają, że jestem kompletnym idiotą z #whitegirlproblems. Ale podobnie, jak w związku, który dotarł do fazy powolnego rozkładu, w pewnym momencie trzeba powiedzieć „koniec” i odejść; nieważne są kredyty, czterogwiazdkowe wakacje i markowe ciuchy, jeśli każdy poranek rozpoczyna się od myśli samobójczych.

Ostatnie tygodnie w pracy wzbudzały we mnie wiele ekstremalnych uczuć. Z jednej strony: ulga. Z drugiej: przerażenie. Z trzeciej: radość. Z czwartej: to doznanie, które mamy, odkrywając, jak wiele ludzi lubiło z nami pracować, żałuje, że odchodzimy, pyta, czy i jak może nam pomóc i oferuje, że napisze nam referencje. Z piątej: wrażenie, że zmarnowałem ostatnie 12 lat; dotarłem do ściany, za którą cholera wie, co znajdę, przez 12 lat pracowałem w zawodzie, w którym w tej chwili nie wyobrażam sobie dalszej pracy, a nic innego nie umiem. Czy to znaczy, że spierdoliłem sobie życie?

Zgrzytając zębami staram się dożyć piątku. A co będzie w poniedziałek, kiedy okaże się, że weekend minął, a ja nigdzie nie muszę rano iść? Nie mam pojęcia.

W ramach przełamywania zastoju pisarskiego postanowiłem napisać coś o swoim życiu, eee… miłosnym.

Jakiś czas temu zostałem wywołany do tablicy przez autora bloga „Nie ufam facetom bez skazy”, który nie zgadzał się z moim zdaniem na temat randkowania online i zastanawiał się, czy ja może jestem jakiś Casanova. Nie poczuwam się zupełnie do bycia Casanovą, ale muszę przyznać, że randkowanie online w moim wypadku okazuje się jak najbardziej spełniać swoją rolę. Nie jestem tylko pewien, jak i czy w ogóle przekłada się to na budowanie związków.

Chwilowo jestem na szczęście nie w nastroju na związek, w związku (SEE WHAT I DID THERE) z czym spotykam się z chętnymi do masażu całego ciała dużym mężczyzną. Po czym masujący/masowani zaczynają wysyłać mi esemeski, zapytywać, co też porabiam, zapraszać na kolacje i wyznawać, że dużo o mnie myślą. W ten sposób niejako obalają stereotyp, że mężczyźni zainteresowani są tylko seksem, nie posiadają żadnych uczuć oraz liczy się dla nich tylko zaliczanie dup. Stereotyp ten za to zdaje się potwierdzam ja, ponieważ dopóki nie przejdzie mi zwyczaj wygłaszania przemów do wyimaginowanego DJa (na ogół przemowy da się streścić słowami „ty dupku”) i dopóki nie ustabilizuje mi się sytuacja zawodowa, staram się unikać związywania z kimkolwiek na dłużej, niż kilka tygodni.

Jak już wspominałem parę razy, Amsterdam jest miejscem, które przyciąga specyficzny rodzaj ludzi. W tym miejscu zaś ja przyciągam specyficzny rodzaj ludzi. W ostatnich dniach zaoferowano mi dwa trójkąty (nie skorzystałem), chętni do spotkania celem niezobowiązującego seksu piszą z miast odległych o 200 km i obiecują, że przyjadą, zaś ja generalnie nowe oferty w większości odrzucam, bo zbyt zajęty jestem czterema dżentelmenami aktualnie w rotacji.

Ze wszystkimi byłem szczery. Powiedziałem im, że nie mam chęci na związek, że spotykam się z innymi i że kiedyś chęć na związek mi wróci i będę wtedy monogamiczny i wierny, ale na razie ten moment nie nastąpił. Oni wszyscy przyjęli to do wiadomości, po czym ich stosunek wobec mnie się nie zmienił. Co udowadnia po raz kolejny, że świat daje nam to, czego się od niego domagamy. W moim przypadku jest to konwersacja, seks oraz domowe kolacje z kuchni greckiej, arubańskiej oraz — w przypadku Wilkołaka — z kuchni na wynos, bo on podobnie jak ja nie potrafi gotować. Co mi zupełnie nie przeszkadza.

Grek i Arubańczyk (Arubijczyk?) to dwa nowe nabytki. Z wyglądu kompletnie do siebie niepodobni, jeśli pominąć ciemną karnację i kolorystykę, z osobowości zresztą podobnie, gotują też różnie i zapewniają mi rozrywki muzyczne — jeden prezentuje mi greckie przeboje filmowe z lat 60, drugi zaś aktualną muzykę dance. Bardzo mi to odpowiada.

Starszy Cub, którego niektórzy pamiętają z czasów sprzed DJem, twierdzi, że mnie kocha, jego małżeństwo jest już skończone i powinniśmy razem jeździć na plażę oraz chodzić do knajp. Zgodnie z prawdą odpowiadam na to uprzejmie, że ja go bardzo lubię i chętnie się z nim prześpię (gdy znajdę wolny moment w mym jakże pełnym kalendarzyku). Martwi mnie trochę ta sytuacja, bo w przypadku Cuba akurat jest tak, że do masażu jest niezwykle utalentowany, ale do związku ze mną chyba nie do końca, toteż z nim widuję się na wszelki wypadek jak najrzadziej.

Z Wilkołakiem spędziłem ostatnio noc, co u mnie jest bardzo nietypowe i wymaga wielkich poświęceń, jako, że nie umiem spać w nieznanym łóżku i potrzebuję kilku nocy praktyki, aby móc zasnąć. Tak więc sobotnią noc „przespałem” z Wilkiem, a niedzielną spędziłem kurując ból głowy po nieprzespanej nocy. Tak się przypadkiem zdarzyło, że wpadł do mnie z wizytą jeden taki pan do spraw sprzedaży różnych różności, który po załatwieniu transakcji poinformował mnie, że jestem śliczny i słodki, dobrał mi się do rozporka, a w trakcie dobierania stwierdził, że musimy się koniecznie spotkać po to, żebym go mógł wyfistować. Nie do końca wiem, czy to dobry pomysł, po pierwsze primo dlatego, że nie jestem pewien, że to mnie kręci, a po drugie primo dlatego, że nie wiem, czy chcę łączyć sprawy romantyczne z handlowymi, bo mi się to za bardzo kojarzy z najstarszym zawodem świata.

Lista przebojów ma to do siebie, że posiada też poczekalnię. W poczekalni aktualnie znajdują się jeden szczupły skinhead, jeden bardzo inteligentny eks-punk i eks-squatter, który aktualnie posiada trzy domy w trzech różnych stolicach europejskich, jeden mieszkaniec miasta odległego o 200 km oraz jeden kumpel z ewentualnym podtekstem. Ale nikt nie ma aż TYLE czasu…

Mógłbym skomentować wynik wyborów, ale mi się nie chce. 

Kiedy wyjeżdżałem z Polski pięć lat temu, byłem sporo na lewo od SLD. Szczerze mówiąc, byłem sporo na lewo od Krytyki Politycznej, ruchów LGTB oraz genderystów i feministek. Odkrycie, że usiłuję walczyć o prawa i zmiany, które w Holandii są oczywistą oczywistością, a w Polsce nikogo nie interesują i nawet wśród osób, które skorzystałyby na ich wprowadzeniu moje postulaty powodują niepewność i chęć ucieczki zdołowało mnie dość mocno. Zrozumiałem, że chęć zmiany poglądów CAŁEGO kraju nie jest do końca zdrowym pomysłem i prościej będzie pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiał zajmować się tłumaczeniem „osobom, które mają mnóstwo przyjaciół gejów” dlaczego adopcja przez parę homoseksualną nie jest złem na miarę zatrudnienia Nergala w programie TVP. 

Po ostatnich holenderskich wyborach okazało się, że mamy premiera-liberała, a w koalicji chrześcijan i nazioli. Coś tak, jakby w Polsce premierem został Korwin-Mikke, a do koalicji dobrał sobie PiS i NOP. Premier zajmuje się aktualnie demontowaniem systemu ulg podatkowych, co szczególnie uderza w firmy podobne do mojej, czyli zarejestrowane jako not-for-profit — dla liberała firma not-for-profit to jakieś dziwo kierowane przez idiotów. Zaostrza system podatkowy, celując w uboższych, imigrantów i z lubością ograniczając dostęp do zasiłków. A czemu Rutte został premierem? Wyłącznie z powodu jednej obietnicy: niezmieniania systemu zwrotu podatku za kredyt mieszkaniowy. 

Holendrzy, jak większość ludzi w krajach rozwiniętych, żyją na kredyt. System holenderski wygląda tak, że kiedy kupujecie mieszkanie, każda rata kredytu jest objęta zwrotem podatku. Moja rata wynosi jakieś 960 euro miesięcznie, z czego zwraca mi się jakieś 320. Tyle, że ja jestem ubogim imigrantem (hihi) i kupiłem tzw. starter. System ten obejmuje zaś również milionerów, którzy kupują domy za 2 miliony euro na raty wyłącznie dlatego, że system zwróci im z tego 600 tysięcy. 

Przed wyborami poprzedni premier dokonał odkrycia Ameryki w konserwach: oturz!!1!! niestety kraju nie stać na utrzymywanie tego rodzaju ulgi podatkowej. Każda partia dzieliła się swoimi pomysłami: kompletna likwidacja ulgi, ograniczenie kwoty wolnej od podatku do np. 500 tysięcy euro, czy też działanie ulgi wyłącznie przez pierwsze 5-10 lat od zakupu. VVD — partia liberalna — była jedyną, która obiecała utrzymanie ulgi w obecnym kształcie, po czym zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, wliczając samą siebie, wygrała wybory. 

Rząd złożony z liberałów, chrześcijan i nazioli zupełnie nie zaspokaja moich wymagań, więc czuję się niemalże tak, jak czułem się w Polsce, oglądając podział mandatów między partię prawicową, partię bardziej prawicową, partię postkomunistów zainteresowanych wyłącznie stołkami i partię rolniczą. W Holandii kibicuję przynajmniej opozycji, ale jak wiedzą wyborcy PiS nie jest to los wyjątkowo ekscytujący. W Polsce, niespodziewanie, zacząłem przez jakieś pięć minut rozważać kibicowanie Palikotom, ale rozważanie zakończyło się nadzwyczaj szybko, gdy partia zdecydowała się na nazwę „Ruch Poparcia Palikota”. Cieszę się, że pani Grodzka weszła do Sejmu, trzymam kciuki za zdjęcie krzyża, ale niestety idea podatku liniowego kompletnie mnie nie kręci. 

W krajach Zgniłego Zachodu obserwuje się odradzanie lewicy. W Polsce niespecjalnie to widać, po części dlatego, że nie ma się co odradzać — chyba, że uznamy PiS za lewicę. Natomiast kryzys, który dotknął bardzo wielu ludzi, uświadomił im, że jest jedna grupa, która kompletnie uniknęła jakichkolwiek konsekwencji: najbogatsi i bankowcy. (Określenie „jedna grupa” wydaje mi się uzasadnione.) Podczas, gdy najbiedniejsi potracili swoje z trudem wyproszone kredyty — albo, co gorsza, wciśnięte im na siłę przez bankowców, którym zależało na wypracowaniu premii — prezesi banków bardzo ucieszyli się z rządowych zapomóg, dzięki czemu ich premie liczone w milionach dolarów/euro nie były zagrożone.

Kojarzycie maklera ze słynnego klipu, który mówi, że światem nie rządzą rządy państw, tylko Goldman Sachs? Ma rację. Zbudowaliśmy wspólnymi siłami system, który opiera się na kilku pewnikach: życiem rządzą banki i kredyty, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a w przypadku wątpliwości na JAKIKOLWIEK temat należy spytać księdza. Drugi i trzeci pewnik w krajach Zgniłego Zachodu już padły. Powoli zaczyna chwiać się pierwszy. Do coraz większej ilości ludzi dociera, że nie jest tak do końca fajnie, jeśli do zrozumienia dowolnej umowy bankowej musimy posiadać wykształcenie prawnicze; jeśli prezes banku zarabia 500 razy tyle, co jego szeregowy pracownik; jeśli różnice klasowe owocują tak ciekawymi efektami ubocznymi, że winnymi podczas zamieszek w Anglii okazują się najbiedniejsi (których nigdy nie będzie stać na domy, sklepy i samochody, które spalili) oraz najbogatsi (którzy wiedzą, że jakby co tatuś zapłaci, więc mają wszystko w dupie i dobrze się bawią). 

Chciałbym zobaczyć polityka, który powie: spierdoliliśmy sprawę. Poddaliśmy się bez walki, rozkraczyliśmy nogi i pozwoliliśmy się zerżnąć bankierom, którzy sami również sprawę spierdolili, po czym metodą na głodnego kota miauczeli tak długo, aż grzecznie wręczyliśmy im miliony celem pokrycia strat. Uzyskane miliony chłopcy w drogich garniturach wydali na dywidendy i premie. A może tak wymyślić system, dzięki któremu nie będziemy płacić prezesom banków milionowych premii? Dzięki któremu pani Józia z Głodowej Wólki dostanie umowę kredytową na jednej stronie, a nie stu pięćdziesięciu, i ta jedna strona NIE będzie wydrukowana czcionką rozmiaru trzy punkty? 

Palikot na pewno nie będzie tym, który się tym zajmie, z prostego powodu, że popiera on podatek liniowy. Ja zaś popieram niski VAT, wysoką pensję minimalną i bardzo wysoki podatek dla najlepiej zarabiających. Kiedy mówię bardzo wysoki, mam na myśli 90%. Nie ma żadnego powodu, dla którego prezes banku miałby zarabiać 500 razy tyle, co sprzątaczka. Dwa razy tyle, oczywiście, to zrozumiałe; trzy, pięć razy, no cóż, tak już jest, niektórzy mają o wiele więcej stresów i obowiązków, pięciokrotne zarobki mają być może sens, chociażby jeśli wliczyć wydatki na psychoterapeutę i kokainę. Ale 500 razy? 500 razy nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy z nas ma taki sam żołądek. 

*

Jutro o 12 Occupy Amsterdam. Wybieram się.