Czwarty dzień piszę tę notkę, ciągle mi się nie podoba, ale postanowiłem ją opublikować mimo to, żeby dać odpór plotkom, że nie piszę, bo poślubiłem Amy Winehouse i razem dajemy sobie w nos i żyłę na Bałkanach. Naprawdę, ludzie, wy to macie pomysły. Nie na Bałkanach, tylko na Hawajach!

*

Uprzejmie proszę o wybaczenie ciszy, jaka nastała wszędzie, gdzie w zasadzie powinienem pisywać różne rzeczy, ale nie czułem się ostatnio najlepiej. Konkretnie, dopadła mnie znowu depresja, dzięki czemu dołączyłem do już-podobno-ponad-50% osób, które nie poprzestają na jednym rzucie i ponawiają znajomość z paskudą.

Asia napisała ostatnio o evoryzacji:

W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. „Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę”. Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi „określ kogoś jednym słowem”. Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli – czytaj między wierszami – taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj – gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia – w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą.

Kiedy miałem depresję po raz pierwszy — o ile pamiętam, 6-7 lat temu, jednym ze skutków ubocznych mojego leku była wybiórcza amnezja obejmująca kalendarz, tzn. pamiętam, że coś się wydarzyło, ale nie pamiętam kiedy i muszę liczyć na palcach — pisałem bloga. Nie podam linka i proszę, żeby nie podawano go w komentarzach, bo nieco się wstydzę. Całą moją pisaninę dało się bowiem streścić w jednym zdaniu: „świat jest podły i mnie nie kocha, a ja się przecież TAK STARAM”. Bo starałem się istotnie nie urażać innych, zależało mi, żeby wszyscy mnie lubili, a tymczasem świat na przykład wykazywał się homofobią. Albo mój współlokator oświadczał mi, że musi się wyprowadzić, bo nie może już patrzeć na moje tatuaże. Albo też dresy na ulicy rozmawiały głośno o tym, jak by mi zaraz chętnie wpierdoliły. A przecież ja tak się starałem być niewidzialny, bezwonny, kochany, słodki, uroczy i lubiany przez wszystkich i wszystkie, jednocześnie niestety mając ten problem, że byłem gejem, lubiłem tatuaże i różne inne ozdoby, ubierałem się na czerwono, fioletowo i żółto zamiast na szaro i brunatno i niestety świat złośliwie odmawiał grupowego zapewniania mnie o swojej bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Dwa lata wyjęte z życiorysu. Pierwszy rok — bo udawałem przed samym sobą, że jest ok i wcale nie potrzebuję pomocy. W ten sposób udało mi się osiągnąć głównie tyle, że zmarnowałem rok. Drugi rok — bo brałem leki, ale twierdziłem, że psychoterapia nie jest mi do niczego potrzebna. Do Holandii przyleciałem niby to wyleczony, po czym odkryłem, że nadal mam w głowie bałagan i on się od samych leków niestety nie wysprzątał. Jak śpiewa George Michael, „I changed my name to get rid of the things that I want from you/strange, but a name is a name and the truth is the truth”.

Terapia była procesem żmudnym, bolesnym i pracochłonnym, mającym na celu nauczenie się sztuki wdupiemania i eworyzacji. Nie lubi cię ciotka-homofobka? Pies jej mordę lizał, nie musi cię każdy lubić. Nie lubi cię Jarosław Kaczyński? Alik mu mordę lizał, nie musi cię lubić, on zresztą ogólnie mało kogo lubi. Współlokator nie lubi tatuaży? Cóż za szczęście, że nie musisz z nim już mieszkać! (Nie dokładnie tak wyglądała terapia, ale o wytłumaczenie mi tej prostej prawdy chodziło.) No i w końcu się udało wytłumaczyć — przestałem się martwić rodziną, przestałem się martwić obcymi ludźmi, przestałem się martwić dresami (dodanie 10 kilo mięśni pomogło), ba, przestałem się martwić Wikingiem i martwiłem się już tylko i wyłącznie pracą, co w końcu okazało się moją zgubą.

Najpierw myślałem, że po prostu potrzebuję wypoczynku; miałem bowiem w pracy niezwykle stresujący okres, więc kiedy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze objawy depresji, zwaliłem je na zwykłe przemęczenie. Tyle tylko, że okres się skończył, a objawy nie. W końcu zrozumiałem, co się dzieje, kiedy wziąłem dwa tygodnie urlopu, po czym dzień po jego zakończeniu okazało się, że nadal jestem zbyt zmęczony, żeby wstać rano z łóżka, ruszyć do pracy, przebywać z ludźmi i w ogóle robić cokolwiek oprócz leżenia i patrzenia w sufit. Co jest dokładnie najgorszym, co mógłbym robić, ale wszystko inne wymaga energii, której nie posiadam.

Nie chcę nikogo obwiniać, nie chcę się usprawiedliwiać, domagać taryfy ulgowej, etc. Niemniej jednak wskutek różnych okoliczności paskuda wróciła, usiłuje mnie znowu redukować do roli roślinki, która odżywia się zupkami w proszku i mrożoną pizzą (wiedzieliście, że depresja powoduje między innymi problemy z odczuwaniem smaku potraw? że wszystko smakuje tak samo, co kusi, aby wybierać produkty tanie, słone i pikantne, bo słone i pikantne przynajmniej ma smak słony i pikantny?), popija je winem (alkohol powoduje, że chwilowo czujemy się lepiej, tyle, że następnego dnia dla odmiany czujemy się gorzej, więc kupujemy więcej alkoholu, etc.), a większość czasu spędza w piżamie na gapieniu się w sufit i katowaniu się myślami o własnej beznadziejności. Nie, moja droga. Nie tym razem. Dostałaś parę tygodni na działanie, ja się upewniłem, że to ty, a nie zwykły smuteczek i zmęczenie. Wystarczy. Od jutra zaczynamy dawać ci wpierdol za pomocą Aurorixu, a pod ręką mamy terapeutę oraz moją kochaną przyjaciółkę Cristi, która też spędziła kawał życia ze zdzirą i wie, o czym mowa.

tomek_kulesza napisał ciekawie na Polyinpoland o męskiej seksualności widzianej z punktu widzenia heteroseksualnego i cisseksualnego (cisseksualizm — odwrotność transseksualizmu: całkowite utożsamianie się z własną płcią biologiczną), po czym wezwał mnie do tablicy. I słusznie, bo jak sam wspomina:

„Stereotyp męskości zawiera takie [cechy], jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności.”

No i jak ja mogę się nie zainteresować. 🙂

Seksualność męska jest mi dosyć bliska, tak ogólnie. Przy czym mieszkanie w Amsterdamie pozwoliło mi się dodatkowo przyjrzeć stereotypom związanym z rasą, problemom (lub ich brakowi) związanym z religijnością, poglądami politycznymi, etc. Część rzeczy, o których Tomek pisze, pozostaje prawdą niezależnie od orientacji, chociażby to:

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. […] Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa, zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. […] I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

Z wyjątkiem kobiety, oczywiście, cała reszta jak najbardziej pasuje, przy czym pewne rzeczy są powiązane ze sobą. Przy podziale na partnera aktywnego (top) i pasywnego (bottom) pasywność jest uznawana za „złą” przez tych samych ludzi, którzy przy opisie własnej osoby używają wyrazów typu „męski”, „niebudzący skojarzeń” oraz pochodzą z krajów Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Największy problem mają mężczyźni pochodzenia afrykańskiego, którzy zdają sobie sprawę z ciążącego na nich stereotypu mandingo, wiecznie nienasyconego seksualnie Murzyna, koniecznie z ogromnym członkiem, bez przerwy zmieniającego partnerów i super-hiper-męskiego.

Poznałem osobiście czterech czarnoskórych gejów. Dwaj z nich mieli ciężkie problemy ze sferą seksualną — jeden w ogóle unikał seksu, bo bał się strasznie, że zostanie potraktowany jak obiekt (przy czym o tyle miał rację, że kiedy już komuś zaufał, został potraktowany przedmiotowo, wykorzystany i porzucony), drugi zaś na zmianę bał się wszelkiego dotyku i czułości oraz zachowywał się jak kompletnie nieczuły, brutalny gwałciciel. Trzeci zachowywał się kompletnie zgodnie ze stereotypem, zaliczając wszystko, co się ruszało i na drzewo nie uciekało, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę pragnie miłości, wierności i tak dalej. Żaden z nich nie uważał się za religijnego, ale pierwsi dwaj zostali wychowani w religijnych rodzinach. Wszyscy trzej określali siebie jako „top only” oraz twierdzili, że są biseksualni, nawet ten, który w życiu żadnej kobiety nie dotknął — tak silny był w ich głowach stereotyp, że homoseksualizm jest niemęski, a oni przecież MUSZĄ BYĆ MĘSCY. Czwarty wreszcie był normalnym (ha! Navaira napisał „normalny”!) facetem, dla którego kolor skóry był wyłącznie kolorem skóry, a nie determinantą wszystkich zachowań seksualnych, nie miał kompleksu mandingo, potrzeby udawania biseksualisty i bycia wyłącznie top. Nie miał też żadnych problemów w sferze seksualnej.

Jeśli przyjrzymy się cechom typowym dla męskiej i kobiecej seksualności — tzn. typowym, jeśli rzecz jasna jesteśmy seksistą-socjobiologiem z odchyleniem prawicowym — co widzimy? Mężczyzna powinien być brutalny, wiecznie nienasycony, obdarzony, gotów do zaspokajania partnerki/partnera zawsze i wszędzie i nie wiadomo jak długo. Kobieta powinna być delikatna, wrażliwa, broń Boże nie lubić seksu za bardzo BO TO ZŁO. Mężczyzna bierze, kobieta daje. (Patrz zdanie „pies nie weźmie, jeśli suka nie da” i obwinianie wyłącznie kobiet za zdrady, bo przecież Wszyscy Wiemy, Jacy Są Mężczyźni.) A teraz wyobraźmy sobie, że zestawiamy ze sobą dwóch mężczyzn lub dwie kobiety; osoby, rzecz jasna, wychowane w JAKIMŚ społeczeństwie, które operuje JAKIMŚ zestawem stereotypów, nakazów i zakazów, które wdrukowuje JAKIŚ imprint. Im bardziej konserwatywna jest społeczność, w jakiej wychowywały się te osoby, tym bardziej prostacki jest imprint: mężczyzna jest męski, przynosi mięso i sika do ognia, kobieta jest kobieca, sprząta, gotuje i ładnie pachnie. W takim razie seks dwóch mężczyzn powinien przypominać walkę bokserską, a seks dwóch kobiet — muskanie się delikatnie płatkami róż. (Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że owszem, zdarza się, że to prawda, ale raczej rzadko.)

Jakiś rok temu przeczytałem ciekawy artykuł o gejowskim portalu Manhunt. Artykuł ów wspominał, że my, geje (o lesbijkach nie pisano) nie nauczyliśmy się nigdy rytuałów uwodzenia i podrywu; nasza orientacja była przez lata sprowadzana do maksymalnie prostackiego „oni się rąbią w dupę”, my sami traktowani przedmiotowo i wykluczani ze społeczeństwa, dla którego zawsze byliśmy Obcymi, przysłowiowymi „onymi”. My, normalni versus oni, „te geje”. Tak więc nie ma się specjalnie co dziwić, że to, co zbudowaliśmy dla siebie, również powstało pod wpływem imprintu środowiskowego; nie ma się również co dziwić, że po latach kultury opartej na seksie, narkotykach i muzyce tanecznej dopiero teraz sięgamy po małżeństwo i rytuały typowe dla „romantycznych” związków. Po prostu dopiero teraz zaczynamy uświadamiać sobie, że wbrew temu, co nam wciskają od dekad konserwatyści, NIE jesteśmy zboczeńcami, NIE musimy skupiać się wyłącznie na seksie i nasza orientacja seksualna NIE determinuje absolutnie wszystkiego, czym się zajmujemy, co lubimy i co nas kręci. Męska seksualność w wydaniu gejowskim przez długi czas stanowiła karykaturę; po części dlatego, że podświadomie geje starali się być jeszcze bardziej męscy, aby pozbyć się odium zniewieściałych wiotkich istot w różowych sukienkach przybierających co chwila pozę czajniczka, po części — dlatego, że wmawiano nam, że MUSIMY sprowadzać naszą kulturę tylko i wyłącznie do tejże seksualności, tak więc uparcie dzieliliśmy się na Tych Męskich i Tych Przegiętych, jakby nie istniało nic pomiędzy Mike’em Tysonem i Żakliną.

Jednym z powodów, dla których wyjechałem z Polski było zmęczenie szufladkami. Nie czułem się jak Mike Tyson, ale nie czułem się też jak Żaklina. Moje długie włosy nie oznaczały, że byłem kompletnie pasywny, a ich ścięcie i zastąpienie irokezem nie oznaczało, że nagle stałem się kompletnie aktywny. Nie czułem potrzeby słuchania TYLKO metalu lub TYLKO Madonny. Mniej więcej to, jak mniemam, ma na myśli Tomek, pisząc:

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii, że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo […] zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Siedzenie w szufladce potrafi być wygodne, to prawda. Tyle, że nie każdy z nas ma, excusez le mot, kwadratową dupę. A szufladka ma zawsze ten sam kształt. Ciężko jest ocenić, jak dużo osób NAPRAWDĘ czuje się wygodnie w szufladce; 80%? 40%? Ile kobiet NAPRAWDĘ lubi wyłącznie delikatne głaskanie puszkiem, seks rozumie jako Obowiązek Małżeński, który pragnie spełniać wyłącznie z Jedynym Ukochanym i wyłącznie celem prokreacji? Ilu mężczyzn NAPRAWDĘ jest tymi super-aktywnymi, zawsze gotowymi, zawsze chętnymi, zawsze aktywnymi, pozbawionymi uczuć samcami alfa sterowanymi mniejszą główką? Metroseksualizm nie jest skutkiem promocji homoseksualizmu, dodawania do wody hormonów ani trującej propagandy Zachodu; jest skutkiem odkrycia przez tłamszonych latami mężczyzn, że NIE MUSZĄ trzymać się norm, a siedzenie na poduszce, zamiast w kwadratowej szufladzie potrafi być całkiem wygodne. A ci, którzy największe gromy ciskają na zniewieściałych facetów i babochłopy, być może rzeczywiście kochają swoje szufladki… a być może najbardziej boją się wyściubić z nich nosa.

Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, miłość powinna być zakazana.

Pomyślcie chociażby o objawach nagłego odstawienia. Zakochana osoba, z którą zrywa partner, czy partnerka jest niezdolna do pracy, często do samodzielnego ubrania się i umycia, zrobienia zakupów, kawy czy herbaty. Histeryczny płacz, zaniedbywanie higieny, problemy z komunikacją z otoczeniem, skoki nastroju od „jak ja nienawidzę tego podłego gnoja” aż do „jak ja go strasznie kocham, o Boże, jak ja go kocham” należą do normy. Żadna z substancji, jakich zdarzyło mi się używać, nie generuje tak przerażającego uzależnienia i takich trudności z odstawieniem — nie próbowałem heroiny, być może odstawianie heroiny przebiłoby objawy generowane przez zerwanie z ukochanym, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę sprawdzać nawet dla dobra nauki.

Świeże zakochanie daje haja nieporównywalnego, znowu, z żadną znaną mi substancją. Kiedy zakochałem się — wbrew własnej woli — w jednym takim brodatym Arabie, który rozpoczął z nami pracę, nie wiedząc o nim w ogóle NIC, włącznie z tym, czy aby jest gejem, nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Przez 3-4 dni zjadłem, o ile pomnę, dwa małe jogurty. Chodziłem jednak na siłownię i biłem na niej rekordy, napędzany opętańczą energią biorącą się nie wiadomo skąd. Raz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, ja zaś porzuciłem to, co robiłem i poleciałem do toalety zwymiotować. Mój organizm generował tak niewiarygodne ilości CZEGOŚ — chyba nie tylko oksytocyny, nie wydaje mi się, że ta działa aż tak gwałtownie — że nie potrzebowałem już nic więcej, aby nie tylko funkcjonować, ale zgoła czynić to na wielokrotnie zwiększonych obrotach. Amfetamina my ass.

Skutki społeczne miłości są nie do przecenienia. Ileż karier, ile majątków, firm legło w gruzach na skutek rozwodów? Małżeństwa są najdobitniejszym dowodem na to, że miłość jest przerażająco szkodliwa; oto bogaci, inteligentni ludzie bezmyślnie przekazują w cudze ręce połowę swojego majątku. Na szczęście w ostatnich latach coraz częstsze jest spisywanie intercyzy, dzięki której przynajmniej części skutków miłości daje się zapobiec i zredukować nieco jej szkodliwość. A co dzieje się w przypadku, gdy pojawia się dostawca mocniejszego, bardziej czystego narkotyku? Towar, którego używaliśmy do tej pory nagle przestaje nas kręcić; nowy dostawca zaczyna zajmować czas w naszych myślach i miejsce w naszym łóżku, w kąt idzie lojalność i obowiązki, jakie mieliśmy wobec poprzedniego dostawcy. Chciałem powiedzieć, żony/męża/chłopaka/dziewczyny.

Nic nie wydaje się zabezpieczać nas przed zgubnym skutkiem miłości. Nawet doświadczenie, płynące z wieku. Sam pół roku temu byłem przekonany, że uodporniłem się już przeciwko miłości i więcej mi się ona nie przytrafi, ale zamiast się tym cieszyć, głupio wzdychałem, że strasznie za nią tęsknię. I proszę, ponad cztery miesiące już mijają od poznania DJa, a ja znowu chodzę na haju, zaniedbując siłownię, pisaną książkę, remiksowane piosenki, regularne sprzątanie, pracę nad portfolio, ponieważ w mojej hierarchii ważności przebywanie z DJem jest na miejscu pierwszym, a jeśli jest to niemożliwe, objawy odstawienia pojawiają się w ciągu 24 godzin i uniemożliwiają skupienie się na czymkolwiek innym, z wyjątkiem pisania notek na bloga, oglądania głupich filmów, wysyłania mu SMSów i opowiadania różnym znajomym i przyjaciołom, jak bardzo tęsknię za moją małą paskudą.

Napisałbym coś więcej, ale nie dostałem nowej dawki narkotyku już od 4 dni i naprawdę nie mogę się skupić na niczym dłużej, niż pół godziny. Wraca jutro. Rano. Miał wrócić po południu, ale nie może beze mnie wytrzymać aż tak długo.

Najpierw autoreklama: zapraszam do lektury mojego debiutu w roli Carrie Bradshaw kolumnisty portalu homiki.pl. Polecam również komentarze — bardzo zabawne. 🙂

*

Od paru dni zastanawiam się nad odpowiedzią na dwa pytania: 1. co to jest męskość? oraz 2. czy ja i DJ jesteśmy męscy? Oczywiście, odpowiedź na pytanie 2. zależy od odpowiedzi na pytanie 1., więc nad tym pierwszym zastanawiam się bardziej intensywnie, a całość wzięła mi się ze znalezienia wątku o przedszkolaku lubiącym kolor różowy i co poniektórych wpisów w owym wątku.

Tego, co napisałem na heteroblogasku nie będę, rzecz jasna, powtarzać, ale temat fascynuje mnie od dłuższego czasu, a zwłaszcza od kiedy obejrzałem na BBC film dokumentalny o konstruktach męskości i kobiecości w reklamie. O tym, że na reklamach dłonie mężczyzn chwytają przedmioty, a dłonie kobiet omdlewająco spływają wzdłuż ciała, lub służą przedmiotom jako elegancka podstawka. O tym, że mężczyźni patrzą na ogół w kamerę, a kobiety — na mężczyzn. O tym, że mężczyźni stoją, siedzą lub oddają się sportom, zaś kobiety leżą lub przybierają pozy charakterystyczne dla małych dziewczynek. Film trwał 45 minut, a ja od tego czasu nie mogę przestać dostrzegać prawdziwości ukazanych w nim schematów; co gorsza, schematy dotyczące kobiet nie są prezentowane w pismach dla mężczyzn, lecz w pismach dla kobiet właśnie — mój ulubiony Glamour dokładnie tak pokazuje kobiety w rozkładówkach o modzie i reklamach. Czy chodzi o to, żeby wpoić kobietom myśl, że takie właśnie są — słabe, wiotkie, nieobecne, pasywne? Czy to jest właśnie ta słynna kobiecość, o której tyle słyszymy? I czy rzeczywiście męskość to siła, zdecydowanie, brutalność, aktywność i bycie samcem alfa?

Taka definicja męskości miała sens, owszem, tak mniej więcej do 1960 roku. Miała sens wtedy, kiedy mężczyzna chodził do pracy, zdobywał mięso, chciałem powiedzieć — pieniądze, po czym utargane ciężką harówką dzięgi przynosił do domu, gdzie czekała żona, pachnąca perfumami, oraz obiad, pachnący golonką i piwem. W świecie, w którym kobiety i mężczyźni tak samo często chodzą do pracy, na siłownię, prowadzą samochody, kupują kosmetyki, noszą spodnie — ta definicja zwyczajnie nie ma sensu, a twarde udawanie, że świat wcale się nie zmienił i kurczowe trzymanie się starych definicji (oraz, co gorsza, usprawiedliwianie nimi niższych płac kobiet oraz spychania na nie wszelkich prac domowych) jest skrzyżowaniem niedorozwoju umysłowego z chamstwem.

Mężczyźni, którzy uparcie twierdzą, że w życiu nie założyliby niczego różowego, nie umieją sprzątać, a dezodorant jest dla pedałów zwyczajnie okazują swoją frustrację niepojętym dla nich nowym porządkiem świata, w którym kobieta może, na przykład, zostać ich szefową — mimo, że nie posiada penisa. (Escandalo!) Problem w tym, że mimo rozlicznych badań nigdy nie potwierdzono tezy, iż penis jest organem służącym myśleniu i kreatywności. Owszem, posiadanie penisa ułatwia sikanie na stojąco, ale jeśli jesteśmy tacy pewni, że to stuprocentowo pozytywna cecha gwałtownie zwiększająca przydatność na rynku pracy, to kopnijmy w krocze faceta i kobietę i zobaczmy, które z nich 10 sekund po kopniaku będzie wiedziało, ile to jest osiem razy jedenaście.

Na mojej siłowni plącze się taki jeden trener kickboxingu. Łysy, brodaty, wielki, muskularny, wytatuowany. Odziewa się wyłącznie w bojówki i spodnie od dresu oraz koszulki z napisami typu MUAY THAI, WORLD CAGE-FIGHTING CHAMPIONSHIPS, etc. Pali cygara. (Nie podczas treningu.) Jakiś czas temu wyhaczyłem, że oprócz wszystkich cech powyżej wymienionych dodatkowo do pracy jeździ na motocyklu, ubrany od stóp do głów w skóry. I wtedy zrozumiałem, że jego penis musi być bardzo, bardzo malutki. 🙁

Pojęcie męskości i kobiecości w roku 2010 jest nadzwyczaj płynne. Czy męski jest aktor, grający Thora, który rzuca młotem i mięsem, na obiad zjada jednego żywego byka i wypija beczkę piwa, ale klateczkę ma wydepilowaną do ostatniego niedobitka włoska, a fryzurkę na głowie codziennie pieści mu trzech fryzjerów-gejów o imionach Denzello, Daniello i Julianello? Czy bardziej męski jest Jarosław Kaczyński, czy Gareth Thomas? Czy Oprah jest kobieca? A Ellen DeGeneres? A Madonna? Czy o męskości i kobiecości może świadczyć orientacja seksualna? (Biedny zniewieściały Gareth, gdyby tylko wziął przykład z Jarosława Kaczyńskiego.) Co z tym nieszczęsnym kolorem różowym? Czy męskość rośnie i maleje płynnie w zależności od tego, co na sobie mam? Dzisiaj akurat mam na sobie czarne dżinsy, czarny t-shirt i wściekle kolorowe buty — czy to oznacza, że od kostek w górę jestem męski, a od kostek w dół nie, czy też niemęskość butów znosi męskość dżinsów?

Przez to wszystko ciągle nie mogę się zdecydować, czy DJ i ja jesteśmy męscy, czy też nie, oraz który z nas jest bardziej męski, ale na szczęście oprócz przyjemności czysto intelektualnej niespecjalnie mi zależy na usunięciu tej jakże palącej niepewności, ponieważ mój penis jest rozmiaru takiego, że nie muszę palić cygar, zrzucać ludzi ze schodów i jeździć na motocyklu tylko po to, żeby poczuć się Prawdziwym Menszczyzno. Nie muszę. Ale mógłbym. Z przyjemną świadomością, że kiedy już wsiądę na motocykl, ubrany we wszystkie moje skórzane ciuchy i odjadę w siną dal, ściskając w zębach nieodłączne cygaro, w głowie śpiewać mi będzie Alizee. „Moi, Lolita”, zaśpiewa mi francuski podlotek, a ja razem z nią — bo jestem taki męski, że nawet Alizee się nie boję.