Po cichu (część 1)

Poprzedni tydzień spędziłem w miejscu (niemalże) wolnym od internetu, soszjal medjów, a nawet Whatsappa. Pisałem coś w rodzaju dziennika. Po pierwsze primo po angielsku, a po drugie primo bardzo rozwlekle, więc poniżej wersja przetłumaczona i skrócona.

Poniedziałek

Jestem sam.

Trudno mi uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Od miesięcy, może lat chciałem uciec z miasta. Kiedyś moje wymarzone wakacje polegały na zwiedzaniu stolic krajów europejskich; Londyn – gdzie o trzeciej w nocy w środę imprezowicze zakorkowali centrum – wydawał mi się idealnym miejscem do życia. Kiedy się przeprowadzałem, miałem lat 29 i Amsterdam wydawał mi się lepszym wyborem. Może powinno mi dać do myślenia, że już wtedy Londyn wydawał mi się zbyt zatłoczony, ale nie dało.

W Amsterdamie wszystko jest blisko. Jeśli dojazd rowerem w jakieś miejsce trwa powyżej 30 minut, to znaczy, że jedziemy na drugi koniec miasta. 750 tysięcy mieszkańców (wtedy) brzmiało jak ilość do zniesienia; nie policzyłem turystów, których jest drugie tyle. Średnio. Czasami 400 tysięcy, czasami półtora miliona, ale nigdy zero. I wszyscy ci ludzie usiłują mi wleźć pod rower, kiedy jadę do centrum. Co zdarza mi się coraz rzadziej, bo potem ci ludzie lecą kurcgalopkiem do centrum, żeby na mnie wpadać.

Marzyłem więc o spędzeniu jak najwięcej czasu w otoczeniu natury, ciszy, lasu, zieleni…ciszy. Czy wspomniałem o ciszy? Świerszcze, trzaskanie płonących drew, deszcz, wiatr w koronach drzew zaliczają się do mojej definicji ciszy. Moi sąsiedzi pokochali ostatnio Bollywood, a wraz z nimi musimy pokochać my, bo sąsiedzi mają dobre basy. Słuchają muzyki w ciągu dnia i nie za głośno, po prostu budynek jest z 1918 i gdy go budowano nie było jeszcze subwooferów. Były za to dzieci, które posiadają sąsiedzi z dołu. Z trzech barów na dole zostały dwa, bo trzeci zamknęła policja, celnicy i urząd podatkowy, ale dwa wystarczą, by mi dostarczyć rozrywki.

Pomocy udzielili przyjaciele z Niemiec. Mają domek dla gości, nieprzeznaczony do używania na początku grudnia, ale dla mnie zrobili wyjątek. Rozsypywałem się fizycznie, psychika padła wcześniej. Pojawiają mi się objawy, które najprościej opisać jako psychosomatyczne, ich źródłem jest stres, źródło stresu było bardzo łatwe do zidentyfikowania.

*

Nigdy nie byłem sam poza domem dłużej, niż przez jeden dzień. Kiedy podróżowałem, jechałem albo z kimś, albo do kogoś, albo na kurs treningowy. Częścią tego wyjazdu było przekonanie się, czy potrafię być naprawdę sam. Zaplanowałem czytanie, pisanie, spacery, spanie, może oglądanie serialu na laptopie. Niejedzenie zbyt wielu słodyczy. I tyle.

G., przyjaciel, który mnie tu gości sam nie przepada za towarzystwem. Odbiera mnie z dworca, wpadamy do supermarketu, przybywamy do domku. Po kwadransie wychodzi, a ja zostaję sam. Ogień już rozpalony – w domku praktycznie nie ma ogrzewania ani izolacji termicznej. (Nie martwi mnie to, chociaż troszkę jednak powinno, ale o tym później.) Podgrzewam sobie posiłek z serii „kociołek bułgarski” i zjadam z garnka. Po co zawracać sobie głowę talerzem, skoro nikt mnie nie widzi?

Gadam sam do siebie, rozpakowując rzeczy. Gdzie usiąść do pisania? Trzeba znaleźć miejsce dopasowane do potrzeb pleców, raczej bliżej ognia, niż dalej. Znajduję. Mam na sobie islandzki sweter, ogień grzeje, ale nie aż tak, żebym się miał przegrzać. Jest akurat. Nie mam pojęcia, jak się w tej chwili czuję. Bardzo długo mówiłem, że pragnę takiego wyjazdu, wreszcie się udało i dowiem się, czy potrafię wymarzoną samotność znieść. Mam wyjście bezpieczeństwa; mogę zawsze poprosić G. żeby zawiózł mnie na stację kolejową, wsiąść w pociąg i wrócić do domu. Możliwe, że nie będę chciał wyjechać nigdy.

Włączam cichą muzykę, ballady i ambient. Uderza mnie myśl: przywiozłem miasto ze sobą. Wystarczy, że piszę na laptopie. Muzyka takoż proszę won. I nagle jestem jeszcze bardziej sam. Gaszę świadła i wychodzę na dwór. Jest bardzo ciemno. Dom G. oświetlony, dobre kilkaset metrów dalej. On tu mieszka; ja się tu chowam. Jedyne źródło światła w pobliżu mnie to ogień w piecu w domku. Zamykam drzwi i słucham deszczu. Jakiś ptak wydaje ptasi dźwięk. Otaczają mnie jakieś drzewa. Do tego stopnia jestem dzieckiem miasta, że nie umiem rozpoznać ani ptaka, ani drzew. Nie są to brzozy i wierzby. Nie mają liści, bo jest 27 listopada.

*

Przychodzi mi do głowy: jest dziewiętnasta czterdzieści siedem, jestem kompletnie sam, pogoda jest okropna, i tak nie mam latarki. Jedyne, co mam do roboty to pisanie, czytanie i słuchanie deszczu – dokładnie tak, jak zaplanowałem. I marnuje mi się świetna okazja na uprawianie alkoholizmu bez świadków.

Od 14 miesięcy nie ruszyłem żadnego napoju mocniejszego niż kawa. G. zostawił w domku trzy butelki wina i jedno piwo; gdy przybyliśmy do domku z zakupami i moimi bagażami poprosiłem, żeby butelki zabrał. „Alkohol nie współgra z lekami?” martwi się. „Kiedy piję, czuję się bardzo źle,” odpowiadam. To prawda. G. ma wrażenie, że odpowiedziałem na pytanie, które mi zadał. W czasie, kiedy piłem co dnia wyuczyłem się wielu technik, między innymi właśnie tej – odpowiadać albo na inne pytanie, niż to, które zostało zadane, albo zanudzić słuchacza szczegółami tak bardzo, że nie odnotuje braku odpowiedzi właściwej. „Jeśli do leków dodam alkohol, następnego dnia tracę kontrolę nad nogami,” uściślam. (To prawda. Sprawdziłem.) „Nie tak od razu, ale jeśli wypiję trochę wina, to pewnie zechcę jeszcze trochę wina” (prawda) „więc lepiej, żebym nie miał nic”. Być może G. zgaduje, o co tak naprawdę chodzi, ale nie pyta, ja nie mówię i tak się rozstajemy. A teraz jest dziewiętnasta czterdzieści dziewięć, nie ma żadnych świadków i żadnych nie będzie. Ale nie żałuję, nie tęsknię i nie ssie mnie w wątpiach. Taka głupia myśl. Ludzie podobni do mnie często mają takie głupie myśli i liczy się to, co z nimi potem zrobimy.

*

Wcale nie jest tak łatwo się odłączyć, czy jak to aktualnie nazywają lajf kołcze.

Muszę się na moment połączyć z netem, bo pilnuję, czy redaktorka przysłała mi najnowszy plik. (Nie przysłała.) Z uwagi na to, że łączę się na moment z siecią Whatsapp natychmiast podrzuca mi trzy wiadomości, w tym dwie od osoby, która wie, że mnie nie ma. Przy okazji synchronizuję notatki w Evernote, ściągam offline słownik angielski – 188 MB w środku lasu, ściąganie trwa 40 minut – i wyłączam z powrotem internet, ani razu nie zaglądając do wiadomości, na Bunia, Twittera i nigdzie indziej. Mam nadzieję, że jesteście ze mnie dumni.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc