Powrót zdziry

Czwarty dzień piszę tę notkę, ciągle mi się nie podoba, ale postanowiłem ją opublikować mimo to, żeby dać odpór plotkom, że nie piszę, bo poślubiłem Amy Winehouse i razem dajemy sobie w nos i żyłę na Bałkanach. Naprawdę, ludzie, wy to macie pomysły. Nie na Bałkanach, tylko na Hawajach!

*

Uprzejmie proszę o wybaczenie ciszy, jaka nastała wszędzie, gdzie w zasadzie powinienem pisywać różne rzeczy, ale nie czułem się ostatnio najlepiej. Konkretnie, dopadła mnie znowu depresja, dzięki czemu dołączyłem do już-podobno-ponad-50% osób, które nie poprzestają na jednym rzucie i ponawiają znajomość z paskudą.

Asia napisała ostatnio o evoryzacji:

W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. „Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę”. Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi „określ kogoś jednym słowem”. Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli – czytaj między wierszami – taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj – gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia – w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą.

Kiedy miałem depresję po raz pierwszy — o ile pamiętam, 6-7 lat temu, jednym ze skutków ubocznych mojego leku była wybiórcza amnezja obejmująca kalendarz, tzn. pamiętam, że coś się wydarzyło, ale nie pamiętam kiedy i muszę liczyć na palcach — pisałem bloga. Nie podam linka i proszę, żeby nie podawano go w komentarzach, bo nieco się wstydzę. Całą moją pisaninę dało się bowiem streścić w jednym zdaniu: „świat jest podły i mnie nie kocha, a ja się przecież TAK STARAM”. Bo starałem się istotnie nie urażać innych, zależało mi, żeby wszyscy mnie lubili, a tymczasem świat na przykład wykazywał się homofobią. Albo mój współlokator oświadczał mi, że musi się wyprowadzić, bo nie może już patrzeć na moje tatuaże. Albo też dresy na ulicy rozmawiały głośno o tym, jak by mi zaraz chętnie wpierdoliły. A przecież ja tak się starałem być niewidzialny, bezwonny, kochany, słodki, uroczy i lubiany przez wszystkich i wszystkie, jednocześnie niestety mając ten problem, że byłem gejem, lubiłem tatuaże i różne inne ozdoby, ubierałem się na czerwono, fioletowo i żółto zamiast na szaro i brunatno i niestety świat złośliwie odmawiał grupowego zapewniania mnie o swojej bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Dwa lata wyjęte z życiorysu. Pierwszy rok — bo udawałem przed samym sobą, że jest ok i wcale nie potrzebuję pomocy. W ten sposób udało mi się osiągnąć głównie tyle, że zmarnowałem rok. Drugi rok — bo brałem leki, ale twierdziłem, że psychoterapia nie jest mi do niczego potrzebna. Do Holandii przyleciałem niby to wyleczony, po czym odkryłem, że nadal mam w głowie bałagan i on się od samych leków niestety nie wysprzątał. Jak śpiewa George Michael, „I changed my name to get rid of the things that I want from you/strange, but a name is a name and the truth is the truth”.

Terapia była procesem żmudnym, bolesnym i pracochłonnym, mającym na celu nauczenie się sztuki wdupiemania i eworyzacji. Nie lubi cię ciotka-homofobka? Pies jej mordę lizał, nie musi cię każdy lubić. Nie lubi cię Jarosław Kaczyński? Alik mu mordę lizał, nie musi cię lubić, on zresztą ogólnie mało kogo lubi. Współlokator nie lubi tatuaży? Cóż za szczęście, że nie musisz z nim już mieszkać! (Nie dokładnie tak wyglądała terapia, ale o wytłumaczenie mi tej prostej prawdy chodziło.) No i w końcu się udało wytłumaczyć — przestałem się martwić rodziną, przestałem się martwić obcymi ludźmi, przestałem się martwić dresami (dodanie 10 kilo mięśni pomogło), ba, przestałem się martwić Wikingiem i martwiłem się już tylko i wyłącznie pracą, co w końcu okazało się moją zgubą.

Najpierw myślałem, że po prostu potrzebuję wypoczynku; miałem bowiem w pracy niezwykle stresujący okres, więc kiedy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze objawy depresji, zwaliłem je na zwykłe przemęczenie. Tyle tylko, że okres się skończył, a objawy nie. W końcu zrozumiałem, co się dzieje, kiedy wziąłem dwa tygodnie urlopu, po czym dzień po jego zakończeniu okazało się, że nadal jestem zbyt zmęczony, żeby wstać rano z łóżka, ruszyć do pracy, przebywać z ludźmi i w ogóle robić cokolwiek oprócz leżenia i patrzenia w sufit. Co jest dokładnie najgorszym, co mógłbym robić, ale wszystko inne wymaga energii, której nie posiadam.

Nie chcę nikogo obwiniać, nie chcę się usprawiedliwiać, domagać taryfy ulgowej, etc. Niemniej jednak wskutek różnych okoliczności paskuda wróciła, usiłuje mnie znowu redukować do roli roślinki, która odżywia się zupkami w proszku i mrożoną pizzą (wiedzieliście, że depresja powoduje między innymi problemy z odczuwaniem smaku potraw? że wszystko smakuje tak samo, co kusi, aby wybierać produkty tanie, słone i pikantne, bo słone i pikantne przynajmniej ma smak słony i pikantny?), popija je winem (alkohol powoduje, że chwilowo czujemy się lepiej, tyle, że następnego dnia dla odmiany czujemy się gorzej, więc kupujemy więcej alkoholu, etc.), a większość czasu spędza w piżamie na gapieniu się w sufit i katowaniu się myślami o własnej beznadziejności. Nie, moja droga. Nie tym razem. Dostałaś parę tygodni na działanie, ja się upewniłem, że to ty, a nie zwykły smuteczek i zmęczenie. Wystarczy. Od jutra zaczynamy dawać ci wpierdol za pomocą Aurorixu, a pod ręką mamy terapeutę oraz moją kochaną przyjaciółkę Cristi, która też spędziła kawał życia ze zdzirą i wie, o czym mowa.

  • Jesteś moim bratem-bliźniakiem czy coś? Też mam kolejny rzut i czuję się słaba i beznadziejna, w końcu inni nie muszą podpierać się chemią, żeby wstać z łóżka i przetrwać kolejny dzień.

  • Pewnie niewiele to pomoże na odległość, ale ściskam krzepiąco.

  • Aurorix? dobra, mocna paskuda 🙂

    terapia jeszcze lepsza sprawa.

    i powiem Ci, że super, że trafiłeś onegdaj na terapię na „wdupiemanie”. takie terapie (w moim doświadczeniu) robią najlepszy porządek z tymi wewnętrznymi i przeszłościowymi przyczynami depresji (nie mówię tu o serotoninach czy predyspozycjach charakterologicznych, ale zaszłościach z przeszłości czyt. rodzice itp.), które są najgorsze.

    inna, rzecz, że takie terapie są uciążliwe dla innych, szczególnie bliskich, bo pacjęt nim rozpozna równowagę, stosuje wdupiemanie nieselektywnie (mam takiego właśnie w bliskim otoczeniu, ugh), ale jak się już wyrówna, to jest git.

    no to się nie daj.

    (nie żebym pisała to altruistycznie, o nieeee ;P )

    Uschi

  • Oj, Navaira, chłopie, nie martw się. Grunt, że wyczaiłeś wroga i masz na niego solidnego kałacha. Większość z nas, jak sądzę, zmaga się z „chcębyćlubianizmem”, tylko że u mnie niepowodzenia na tym polu skutkują nie depresją, tylko autoagresją. Ktoś mnie nie lubi? Znaczy coś jest ze mną nie tak. Znaczy, jestem do dupy. Przechodziłam już przez fazy obgryzania paznokci do krwi, zajadania problemu, tak tylko, żeby sobie trochę dowalić. Ale serio, Evora uruchomiła we mnie jakiś proces myślowy,który teraz toczy się wartko, popędzany myślą o czterdziestych urodzinach – coraz mniej czasu na to, żeby żyć tak, jak chcę, a nie tak, jak to widzą inni.
    Nie sądzę, żeby to akurat cię pocieszyło, nie w fazie, kiedy nie masz ochoty wstać z łóżka, ale mam nadzieję, że uporasz się z paskudą i założysz znowu fioletowe spodnie (widziałam ostatnio chłopaka ubranego wręcz genialnie w fioletowe portki i pomarańczową koszulkę – nie wiem, czemu, ale pomyślałam o tobie:-))
    PS: dzięki za cytacik:-)

  • Nie wiem, dlaczego, ale jedyny komentarz, jaki przyszedł mi do głowy, to „Możesz opuścić Teksas, ale Teksas nie opuści Ciebie”.

  • Współczuję. Zwłaszcza, że ostatnio przyjaciółka mi zwróciła uwagę na to, że moje coraz dłuższe epizody wdupiemania (ale nie wdupiemania tych których należy wdupiemać, tylko wszystkiego i wszystkich bez wyjątku), prokrastynacji i tępego wpatrywania się w internety mogą również być objawem nie tyle doła i zmęczenia, ale czegoś poważniejszego. Tak więc powiem, że (chyba) rozumiem co czujesz. Nie daj się.

  • @isabell1976 Gdybyś chciała pogadać z kompletnie obcą osobą, napisz na indeedydoodas małpa gmail 🙂

    @szprota Dziękuję, wbrew pozorom pomaga, po prostu świadomość, że ktoś tam gdzieś tam pomyślał o mnie pozytywnie. 🙂

    @klezmatics Na początku, tzn. właśnie w tym okresie, gdzie jest Twój znajomy, byłem rzeczywiście nieco trudny we współżyciu, a dodatkowo miałem przekonanie, że jestem nieśmiertelny i mogę wszystko. Przekonanie zostało sfalsyfikowane, kiedy rozwaliłem sobie kolano usiłując wskoczyć na scenę po koncercie, dzięki czemu nabrałem odrobiny pokory i (jak sądzę) przestałem być naprawdę nieznośny 😛

    @teraz_asia Cytacik zacytowałem, bo mądrze i fajnie napisałaś, za co Ci dziękuję 🙂 Depresja i autoagresja mają wiele wspólnego, tak naprawdę. Przy pierwszym rzucie potrafiłem się upijać niemal do nieprzytomności (niemal, bo moja wątroba jest co nieco słabowita i nie jestem w stanie wypić aż tyle), po czym rano miałem oczywiście strasznego kaca. Przestałem, kiedy pewnego razu leżałem w łóżku pół dnia, próbując opanować wirujący żondołek, i nagle zapytałem samego siebie: czemu tak się karzesz? Od tego czasu aż tak pijany byłem raz, wskutek usiłowania dotrzymania tempa komuś lepszemu ode mnie 😛

    @8jola8 A dziękować, z tego co wiem o Teksasie wolę depresję 😉 (nie, tak naprawdę nie)

    @chakravant Zrób sobie test: http://www.depressionforums.org/forums/topic/33328-zung-depression-scalepdf

  • Trzymam za Ciebie kciuki!
    I przy okazji – bo chyba pierwszy raz się tu odzywam, mimo że czytam Cię od jakiegoś czasu – strasznie Cię lubię. Czytać. I w ogóle. 🙂
    Jeszcze raz – powodzenia.

  • Dasz radę. Jesteś mistrzem. Zwyciężysz.

  • Celny opis; akurat mam nawrót i też dostrzegam więcej i szybciej. Za szybko odstawione SSRI, niestety, jeszcze przed terapią.

  • Pójdzie zaraza w cholerę, zobaczysz. Już wiesz, co jej robić i w co ją kopać. Trzymam kciuki, Navairo.

    „Dlaczego mnie nie lubią, co mam robić żeby lubili”. Au, au. Jeszcze z tego nie wyrosłam, ale już wiem, że to szkodliwe.

  • konieczność wypełnienia tych wszystkich rubryczek przy zakładaniu konta powstrzymało mnie już wielokrotnie od dodania komentarza, ale tym razem się zmobilizowałam.

    trzymaj się, odbijaj od zdziry i wracaj do pisania, bo tysięczny tłum spija słowa z twych ust, wiesz 😉

  • Trzymaj się i powodzenia. 🙂

  • dasz radę, na pewno. ściskam. 🙂

  • Tak ni z gruchy ni z wierzbuchy palnę; – kocham pana, panie Navaira.
    Dryfowałam sobie po blogach i tu nagle takie piękne caco jak zbiór pana wpisów!

    Powtórzę więc za prawda_jest_taka, że oj, tłum słowa spija.

    PS. W walce ze zdzirą życzę powodzenia; wredna suka jest, jakich mało.

  • rzadko piszę, regularnie czytam.
    życzę szybkiego powrotu do formy, i Tobie, i sobie.

  • Pingback: O szczęściu()