Przełącznik

*TRIGGER WARNING*

 

Dziś jest dzień, kiedy żywię się delicjami.

To tak naprawdę przypadek, że akurat delicjami, były pod ręką. Gdyby pod ręką była kiełbasa, żywiłbym się kiełbasą. Ale do barku bliżej niż do lodówki, a w barku są delicje. To znaczy, były.

Moja choroba w ostatnich miesiącach przybrała postać przełącznika. W pozycji „1” jest dobrze, robię co mam robić, chodzę do kuźni, na siłownię, spotykam się z ludźmi, sprzątam w kuchni, wystawiam na sprzedaż płyty. Aż przegnę z aktywnością i wtedy wskakuje pozycja „0”, w której siedzę. Wyjście z domu, nieważne po co i dokąd, nie wchodzi w rachubę, bo nie. Możliwe, że gdyby wybuchł pożar pozwoliłbym się pochłonąć płomieniom, przyglądając im się bez większego zainteresowania. Jeśli jest dobrze, siedzę z laptopem, jeśli nie jest, po prostu siedzę, jak ten baca, co niekiedy miał czas, a niekiedy nie. Dzisiaj jest dobrze, przeczytałem wszystkie wątki na forach Popjustice i Macforums, nawet te nieciekawe, wrzuciłem na Bunia dwa linki, zjadłem delicje (trochę mi teraz za słodko) i trwam.

Cierpię na niemożność zaakceptowania swojej choroby. To znaczy: kiedy czuję się dobrze, wtedy akceptuję ją w pełni. Kiedy mogę się zajmować tymi drobnymi fragmentami, z których składa się życie „normalnego” człowieka. Praca, pisanie, seks, muzyka, sport, zakupy w polskim sklepie, jazda na rowerze, remont mieszkania, wszystko zupełnie zwyczajne. Obostrzenia są wtedy do zniesienia: trudno, spędzę resztę życia łykając proszki, chodząc wcześnie spać, unikając alkoholu i innych polepszaczy nastroju. To jest naprawdę do zniesienia i nie mam z tym problemów. Dopóki przełącznik nie przeskakuje na „0”. Bo wtedy mam pretensje.

Do siebie: bo całe życie postrzegałem swoje ciało i umysł jako maszynę. Maszyna czasami się psuła, np. dostawałem grypy, wtedy spędzałem tydzień w łóżku popijając jakąś formę paracetamolu czy innej aspiryny o smaku cytrynowym, po tygodniu maszyna działała. Kiedy dostałem depresji, maszyna nie działała dość długo, ale w końcu dostałem antydepresanty i maszyna się naprawiła. Złamany obojczyk zrósł się i nie sprawia problemów, jeśli tylko unikam jednego konkretnego ćwiczenia na siłowni. Dwubiegunówka nie chce się zrosnąć. Nie mamy pana mózgu i co nam pan zrobi. A ja mam w pamięci zarówno Kay Redfield Jamison, która jest dyrektorką w Johns Hopkins Hospital i musi tylko pamiętać o braniu litu, jak i panią z dokumentu Stephena Fry, która nie może wyjść z domu. Myśl o tym, że będę jak ta pani przeraża mnie tak, że zamiast tego usiłuję dociskać pedał i funkcjonować jak należy. Tylko co z tego, że ja dociskam, jak przełącznik wesolutko przeskakuje na „0”.

Do lekarzy: bo mają niewyobrażalne wymagania. Jeden z moich pierwszych konowałów powiedział mi, że „rapid cycling” to jest wtedy, kiedy się ma cztery skoki nastroju w ciągu roku. Ja w zeszłym roku osiągnąłem życiowy rekord ośmiu skoków w ciągu dnia. Gdybym miał cztery skoki w ciągu roku, rozkoszowałbym się niewyobrażalną stabilnością. Od litu psuje mi się tarczyca, poza tym nie dostrzegam specjalnej różnicy między zażywaniem litu, a jego niezażywaniem, toteż zapytałem swoją panią doktor, kiedy mnie zdejmą z tego paskudztwa. „Jak będzie pan stabilny trzy do sześciu miesięcy”, odpowiedziała pani doktor. Chcę wierzyć. Ale ostatni raz byłem stabilny trzy do sześciu miesięcy pięć lat temu.

Do leków: bo nie działają tak, jak ja uważam, że powinny. Jestem w kraju-raju, zaplanowałem spotkania z przyjaciółmi i rodziną, sesję tatuażu i wesele. „Hehe, no!” mówi mózg mimo 1000 mg litu, 200 mg lamictalu i 300 mg seroquelu. (Te liczby specjalnie dla pewnej komentatorki, bo wiem, że lubi.) Po coś przecież te środki łykam. Po coś chodzę spać o 23. Gdzie moje wyniki? Żądam wyników. Jednocześnie pamiętam, że średni okres dobierania leków przy dwubiegunówce to osiem lat. Ale ja nie mam czasu. Maszyna nie może stać w garażu osiem lat. Proszę mnie naprawić. I to już.

Do życia: bo nie chce stanąć i na mnie zaczekać. Wyrwa w życiorysie rośnie. Do portfolio nic nie przybywa. Bank domaga się rat kredytu. Wspólnota mieszkaniowa domaga się wpłat na fundusz remontowy. Gazownia opłat za gaz, wodociągi opłat za wodę, elektrownia — za prąd. A jednocześnie doskonale wiem, że nie mam prawa narzekać, bo renta w Polsce wynosi maksymalnie 800 zł i mógłbym sobie za to waciki kupić. Ale ja z przodu się uśmiecham i udaję, że jest fajnie, a na boku panikuję, bo chciałbym kiedyś wrócić do pracy. Ale jak mam wrócić do pracy, skoro tydzień stabilności to moje maksimum, a celem jego osiągnięcia najlepiej powinienem zajmować się siedzeniem na fotelu z laptopem?

Do Zbrojmistrza: że jest taki dobry dla mnie. Rozumiejący, współczujący, pomaga ile może, a nawet więcej, kocha i ciągle nie chce zostawić. A przecież depresja mówi, że nie jestem tego wart, ba, w ogóle nic nie jestem wart i powinienem sobie wybrać gustowną trumnę z ładnymi okuciami. Gdyby nie Zbrojmistrz, mógłbym się zakopać pod kołdrą i trwać, aż zostanie po mnie lekko woniejący szkielecik. Przez niego muszę rano (termin umowny) wstawać i udawać, że żyję.

Do Bogów i świata: whyyyy meeeee? Mój pierwszy terapeuta, słysząc to pytanie, kazał mi wziąć kartkę i spisać powody, dla których to nie ja powinienem mieć dwubiegunówkę. Kartka, rzecz jasna, pozostała pusta. Ten skurwysyn los ma zasłonięte oczy i rozrzuca różne przyjemności. Dla pani gustowny rak płuc, dla pana cukrzyca, dla pana wyjątkowo rzadkie schorzenie kręgosłupa, no czy nie czuje się pan wyjątkowo?, tego pana trafi piorun, a dla mnie dwubiegunóweczka. Jaka śliczna! Czyż nie powinienem dziękować losowi na kolanach, że nie uczynił mnie afrykańskim dzieckiem, które zmarło z głodu w wieku trzech miesięcy? (Osoby z depresją regularnie zadręczają się myślami „nie mam prawa się źle czuć, gdy dzieci w Afryce”.) Ale jakoś tak jest, że nieważne, z kim się porównuję, bilans wypada ujemny, bo oczywiście nie mam prawa się źle czuć, gdy dzieci w Afryce, a z drugiej strony na Buniu koleżanka bierze ślub, druga chwali się, że ma nową pracę, kolega pozuje dumnie przy motocyklu, drugi jest świeżo upieczonym tatusiem. Z Bunia leje się fala pozytywnych wydarzeń i oczywiście wiem, że to gówno prawda, bo panna młoda wolałaby ten ślub z kim innym, nowa praca jest w komplecie ze śmieciówką, kolega od motocykla wsiadł na niego dwa razy, po czym spadł i złamał nogę, a tatuś od miesiąca ma bez przerwy migrenę, bo dziecko lubi płakać w nocy, a on i żona nie wiedzą, dlaczego. Ale. Co ja mam pisać na tym Buniu? „Dziś się źle czuję.” [12 lajków, 2 komenciki] „Dziś się znów źle czuję. [8 lajków, 2 komenciki] „Dziś też się źle czuję.” [1 lajk, brak komencików] „Wstałem rano i umyłem zęby!” [liczba znajomych spada o 12 osób]

Przepraszam, że Wam tak zwymiotowałem w feeda, następna notka będzie pozytywna i pełna pocieszających treści.

Zdjęcie: „Light Switch” Kelly Sikkema


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców