Retrosceptycznie

Jak to zwykle u mnie na koniec roku, zebrało mi się na podsumowania i retrospekcje, w ramach których dużo myślę o… DJu.

Myślę o nim z wielu powodów. Po pierwsze, Janet Jackson już zawsze będzie mi się z nim kojarzyć, a słucham jej często i nie planuję przestać. Po drugie, zainspirował powstanie tego bloga. Po trzecie zaś, jest dla mnie niezwykłe, z jaką bezmyślnością związałem się z mężczyzną, na widok którego mrugały wszystkie czerwone lampki i wyły wszystkie syreny. Ba, moja intuicja na jego widok od pierwszej chwili powiedziała z dużą pewnością, że to nie potrwa. I miała rację, tyle, że ja wtedy (prawie dwa lata temu, ależ ten czas pędzi) nie słuchałem jeszcze swojej intuicji.

Wepchałem się w ten mini-związek z uporem godnym lepszej sprawy. Ciężko mi przyznać, ale zrobiłem to ze swojej własnej winy, nikt mnie do tego nie zmuszał, decyzja należała do mnie i nikt mi pistoletu do głowy nie przystawiał. Spędziliśmy trochę czasu na bardzo intensywnej zabawie, trochę na bardzo intensywnych kłótniach, rozstając się i łącząc. Właściwie wszystko w tym związku było bardzo intensywne, a spokojnie spędzaliśmy czas głównie wtedy, kiedy jego niespożyta energia została czymś chemicznie przykręcona.

Z wielu powodów ten związek był mi potrzebny. Zrozumiałem, że „źli chłopcy” nazywają się tak z pewnych powodów. Że czasami można się bawić zbyt dobrze. Że jeśli ktoś chce mnie wykorzystać, to daje się to zrobić w sposób, którego nie zauważę, póki nie będzie za późno. Ale też — że nieśmiałość czasami jest bessęsu. Że mogę podejść do obcego faceta na densflorze i tak po prostu do niego zagadać, a niebo nie zawali mi się na głowę. Że jeśli czegoś od życia chcę, to warto o to życie poprosić, bo jeśli tego nie zrobię, to na pewno nic nie dostanę, a jeśli spróbuję, to jest jakaś szansa.

A jednak coś mnie w tym żre, nawet 16 miesięcy po rozstaniu. Łatwość, z którą się wkopałem w ten kompletnie dla mnie niewłaściwy układ, chociażby. Nie rozumiem, po co mi to było. Spotykałem wtedy wielu innych facetów, kilku z nich wyznawało mi uczucia, czemu zakochałem się akurat w tym? Nie na długo i nie za mocno, ale jednak. Czemu? Od początku czułem, że to nie jest ten, że nie spędzimy razem wiele czasu — może właśnie dlatego? Nie stanowił niebezpieczeństwa, bo nie było możliwości, że za 15 lat skończymy uwikłani w skomplikowany rozwód z podziałem majątku? Chciałbym zrozumieć, o co, do cholery, mi właściwie chodziło.

*

Mój znajomy Mikey (o którym pisałem kiedyś na homikach) poznał swoją dziewczynę Isabelle mniej więcej wtedy, kiedy ja poznałem DJa. Isabelle była rudowłosą, ognistą, szczupłą fotografką, z zamiłowaniem do imprez, alkoholu i prochów. Zupełnie podobnie do DJa, tyle, że on nie był szczupły. Mikey i ja natomiast z narkotyków używaliśmy głównie herbaty, ja byłem bardziej odważny i czasami trafiała mi się kawa.

Isabelle i DJ mieli ze sobą wiele wspólnego, a może zażywane przez nich substancje miały wiele wspólnego. Pamiętam, jak około trzeciego miesiąca od poznania Mikey i ja wisieliśmy przy telefonach, rozmawiając smętnie o tym, że my i nasi partnerzy właśnie ze sobą chwilowo zerwaliśmy i chyba nie pasujemy do siebie, ale w sumie kto wie, a poza tym, co ten drugi myśli o tych dragach i co z tym wszystkim zrobić. Ja wytrwałem jeszcze trzy miesiące, po czym DJ ze mną zerwał, a ja poczułem pół-ulgę, pół-wkurw i NIE próbowałem go odzyskać.

Mikey nie wytrwał. Wrócili do siebie z Isabelle. Po czym zerwali. Po czym wrócili. Po czym zerwali. Cały czas szło o to samo, tylko coraz bardziej intensywnie. On pisał dla niej piosenki. Ona wrzucała na Facebooka swoje zdjęcie z innym mężczyzną i tagowała Mikey’a, żeby NA PEWNO zobaczył. On brał amfetaminę w toalecie w berlińskim klubie i popijał wódką (mówimy o człowieku, który dwa lata wcześniej na widok piwa wzdrygał się z przerażeniem). Ona zwalała mu się na głowę z walizą ciuchów, bo wyprowadziła się od przyjaciółki i musi gdzieś pomieszkać przez dwa tygodnie. A potem znowu zrywali i znowu schodzili się ze sobą, a ostatnie zerwanie miało miejsce, zdaje się, dwa miesiące temu. Zdaje się, bo nie pytałem w tym tygodniu, co się dzieje i coś mogło się zmienić.

W przypływie szczerości powiedziałem Mikey’owi, że strasznie się cieszę, że nie wożę się do tej pory w ten sposób z DJem, tylko zamiast tego mam spokój u boku Zbrojmistrza. Mikey przyznał mi smętnie rację, lecz cóż z tego, gdy rozum swoje, a serce swoje. Moje serce najwyraźniej czegoś się jednak nauczyło.

*

W charakterze epilogu chciałbym dodać, że Janet Jackson właśnie się zaręczyła, a jej narzeczony jest miliarderem, czego wszystkim państwu życzymy.

 


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców