Reżimiki

Przyglądam się z daleka zarówno Polsce, jak i Ameryce. Sposobowi, w jaki demokracja zamienia się w reżimiki – z zachowaniem skali, oczywiście, Stabilny Geniusz z Działającym Dużym Guziczkiem jest w stanie wyprodukować reżimik o wiele boleśniejszy dla świata, niż Kaczkodan. W jaki ludzie poddają się władcy – dla profitów, ze strachu, po prostu po to, żeby nadal mieć pracę. Jest to w połowie żałosne, w połowie fascynujące. Powinno stanowić lekcję dla młodszego pokolenia – tak właśnie ewoluował komunizm, który zaczął się od idei dobrej zmiany.

Przeczytałem kiedyś od deski do deski dzienniki Rakowskiego i jest to lektura, którą poleciłbym każdemu, kto odkrył kilka lat temu, że jednak był w opozycji i teraz zwalcza komunę. Łatwo się ją zwalcza 29 lat po jej zakończeniu. Najdzielniejsi są PZPR-owscy prokuratorzy, którzy skazywali prawdziwych opozycjonistów, ale na mniej lat więzienia, niż by mogli („a mógł zabić!!!”) oraz patriotyczni męszczyźni, którzy mają piękne bluzy, a kiedy upadał komunizm jeszcze się nie urodzili. Ci, którzy byli tak ważni, że nawet PRL nie odważył się internować, tak niezwykle ważna była ich ważność. Ci, którym nie spadł włos z głowy, plujący na tych, którzy spędzili lata w więzieniu (ale komfortowym, wyposażonym w maszyny do pisania, z pewnością na kolację co dnia jedli kawior, a zapijali szampanem – i to wszystko w przewidywaniu, że gdy komunizm upadnie będą zakładać gazety mające na celu zwalczanie PiS).

Gdy Rakowski zaczynał pisać dziennik głęboko wierzył w sens tego, co robił. Ewolucja ustroju była powolna; po kawałku stawało się jasne, że ciemny lud nie rozumie dobrej zmiany i trzeba lud zmusić, żeby zrozumiał. Rakowski najpierw usiłował działać od wewnątrz, potem odkrył, jak trudno pojedynczym osobom cokolwiek zmienić – zwłaszcza, jeśli jednocześnie muszą być na tyle grzeczne, żeby dobra zmiana ich nie zaczęła zmuszać do zrozumienia swej wspaniałości. Nie sądzę, żeby w latach 50. przewidział, że za 35 lat komunizm upadnie i na wszelki wypadek prezentował się jako piąta kolumna. Na końcu Rakowski, jak wiadomo, zostaje premierem, potem pierwszym sekretarzem, a de facto likwidatorem PZPR. Z późniejszych dzienników nie przebijają nuty szczęścia.

Polski reżimik zadziwia mnie mniej, bo wiem, jak łatwo jest wrócić w stare koleiny. Zwłaszcza jeśli wtedy było się gówniarzem – lub dorosłym nikim, a teraz jest się wielkim strategiem, ministrem, przewodniczącym, sędzią Trybunału. O wiele milej jest być na górze, niż na dole. Ale i w mniejszej skali – o ileż przyjemniej jest dostawać 500+ i patrzeć, jak upadają elity, które kiedyś – zdawałoby się – mogły wszystko, a teraz mogą sobie jeszcze tylko piszczeć w Polityce, czy innych TVNach. Którymi już niedługo zajmie się specustawa medialna. 500+ jest świetnym lewicowym pomysłem na wyrównywanie (chociażby częściowe) szans. Podobnie urąbywanie elitom nóżek przy tułowiu. Dokładnie takie były założenia komunizmu. Elity lewicowe (na tyle, na ile Polska bywa lewicowa) pitolą coś o trójpodziale władzy. Co kogo obchodzi trójpodział władzy, dopóki dobra zmiana nie wymieni wszystkich sędziów na tych odpowiadających PZPR, chciałem napisać PiS? Dopóki niewłaściwie myślący nie odkryją, że wytoczono im bzdurne sprawy, które mimo dowodów na swą niewinność tajemniczo przegrywają?

Amerykański reżimik zaskakuje mnie jednakowoż bardziej. Gotowość do wśliniania się w dupę Stabilnemu Geniuszowi po to, żeby… po co właściwie? Czemu republikańscy senatorzy są gotowi wypowiadać się publicznie o tym, jak bardzo niezręcznie i źle zachowuje się prezydent, po czym głosować zgodnie z jego wymaganiami? Czemu kiedy Trump mówi, że wśród neonazistów jest „wielu bardzo świetnych ludzi”, później wyliczając „gówniane kraje” republikańscy senatorzy obecni na tym spotkaniu nie przypominają sobie, ale kiedy nazwie się go słusznie rasistą fukają, że to okropnie obraźliwe i źle wpłynie na relacje z gównianymi krajami? (Określenie to jest wielce popularne wśród komentatorów na wszelkich polskich forach – zdaje się, że myślą, iż Trump uważa Polskę za kraj wybrany i wcale nie gówniany.) To, że wypowiedzi publiczne są niezgodne z faktycznymi zachowaniami jest oczywiście tzw. kryciem dupy, że jakby co to zawsze byłem przeciw, ale jak ci ludzie mogą sobie spojrzeć w twarz w lustrze? Lekarz prezydencki swoim nazwiskiem firmujący opinię o niezwykłym zdrowiu prezydenta, który dzięki swoim niezwykle niezwykłym genom może żyć do lat dwustu? Rzecznik, który stwierdza, że wbrew opiniom (postępujących nieetycznie z punktu widzenia medycyny, ale właściwie z punktu widzenia nieposłuszeństwa obywatelskiego) wielu psychiatrów Trump jest wzorem umysłowej klarowności i nie zostanie poddany badaniom psychiatrycznym? Co im grozi? Czy wizja wysokiej pensji na wysokim stanowisku jest w stanie aż tak zeszmacać ludzi?

W Stanach moc przysłowiowego rednecka spowodowała, że u władzy jest człowiek, który gotów jest twierdzić, że wśród neonazistów jest „wielu bardzo świetnych ludzi”, później wyliczając „gówniane kraje”. Republikańscy senatorzy obecni na tym spotkaniu nie przypominają sobie. Wyborcy Trumpa są zachwyceni. To, że człowiek ów zmienia strukturę podatkową i ciężko pracuje nad zlikwidowaniem ubezpieczeń zdrowotnych – co najmocniej uderzy właśnie w jego wyborców – leży zbyt daleko w przyszłości, żeby się przejmować. W tej chwili fajnie się patrzy, jak czarni dostają wreszcie po dupie; czyta, jak Trump łapie kobiety za cipki i ogląda, jak upadają elity Hollywood, a prezydent-cipkołapacz trwa na stanowisku. W Polsce obmyślono świetną nazwę tego zjawiska: teraz kurwa my. Myślę, że nie muszę podawać przykładów na rasizm wśród Polaków… no dobrze, podam jeden, dzisiejszy.

W tejże Polsce moją aktualną ulubienicą jest posłanka Wróblewska od „nie myślałam, że mój głos coś znaczy” oraz „nigdy nie uznam, że 3-miesięczny płód nie jest dzieckiem, bo ja przed chwilą urodziłam dziecko” (w trzecim miesiącu ciąży pani urodziła?) Posłanka być może kryje dupę od drugiej strony – jakby co, to wstąpi do PiS i będzie mogła powiedzieć, że zawsze przecież mówiła etc. Być może wierzy w to, co wygaduje. Nie umiem czytać w myślach. Cegiełka, którą dołożyła do budowy reżimiku jest nieporównanie większa niż ta, którą niechcący dokłada moja mama; jednocześnie jest niczym przy tej, którą dokładają nowi sędziowie Trybunału. I tak dalej.

Skończyłem właśnie lekturę książki „Oczyszczenie” autorstwa Sofi Oksanen. Autorka opisuje komunizm – przed i po jego upadku – widziany z perspektywy wioski w Estonii. Sposoby, w jakie łamało się ludziom kręgosłupy moralne, od niewinnych wizyt panów w skórzanych płaszczach i wojskowych butach, do – powiedzmy oględnie – bardzo drastycznych. Chowanie ukochanego człowieka w tajnej kryjówce, w codziennym przerażeniu, że któryś pan w ciężkich butach zauważy podejrzanie grubą ścianę. Ślub z mężczyzną, którego bohaterka się brzydzi – tylko dlatego, że mąż pracuje na rzecz dobrej zmiany i dzięki temu kobieta ma nadzieję ustrzec się kolejnych… wydarzeń. A potem jej życie po upadku systemu, kiedy prokurator Piotrowicz dzieci są już na tyle odważne, żeby rzucać jej w szyby kamieniami. Końcówki nie będę zdradzać, ale jest równie wiele mówiąca.

Komunizm w Estonii – ani nigdzie wcześniej – nie zaczął się od natychmiastowych internowań i wizyt panów w płaszczach, to zaczęło się po pięciu latach od zakończenia wojny. Skoro o wojnie mowa, nazizm nie zaczął się w dniu zwycięstwa Hitlera w wyborach – potrzeba było ponad sześciu lat. W Polsce wymiana kadr na te właściwe też postępuje po kawałku, nie od razu Trybunał odzyskano. Moja mama ciągle czeka na utratę pracy, na razie na właściwe wymieniono kierownictwo, potem kierownictwo wymieniło podkierownictwo, podkierownictwo wymienia naczelników, czy jaka tam jest terminologia. Mama jest małą myszką, która nadal pracuje, teraz już dla reżimiku. Dopóki nie straci pracy, zostanie w niej, bo coś musi jeść. Być może za dwadzieścia lat następna dobra zmiana spróbuje ją z tego rozliczyć, tak jak aktualna dobra zmiana rozlicza ją z tego, co robiła przed 1989. Czyli z tego samego, co robi nadal, po pozytywnej weryfikacji.

Czasami trzeba poświęcić jednostki na ołtarzu budowania kolektywu szczęścia, przyozdobionego pomnikami Lenina. Tfu! Autokorekta! Lecha Kaczyńskiego. Pomniki! Ulice! Place! Jeziora! Rzeki! Kościoły! Wszystko nazwać imieniem Lenina! Tfu! Autokorekta! „Lenin, Lenin, po stokroć Lenin!” krzyczy jedna z trzecioplanowych postaci książki Sofi Oksanen. „Jarosław, Polskęzbaw!” krzyczą trzecioplanowe postaci Polski. „Trump jest wzorem zdrowia, a dzięki swoim genom mógłby dożyć dwusetki” pierdoli lekarz prezydencki Stabilnego Geniusza. Wszystko po to, żeby zbudować lepszy świat. A to, że ileś tam jednostek na razie straci pracę, jakieś tam media zostaną przyblokowane (Stabilny Geniusz akurat dzisiaj zamiast skupić się na prawdopodobnej blokadzie własnego rządu ogłasza na Twitterze zwycięzców wymyślonych przez niego nagród Fake News Awards)… cóż… aby dobre zmiany mogły się toczyć dalej, jak walce, muszą rozgnieść tych, co przeszkadzają.

Gospodarka reżimików rozwija się świetnie. Tim Cook z Apple, głośno protestujący przeciwko reżimikowi Trumpa dzięki obniżce podatków dla korporacji sprowadza miliardy dolarów z rajów podatkowych – tworząc miejsca pracy. O tym, ile zarobi przeciętny pracownik Apple, a ile Tim Cook nie będziemy rozmawiać. 500+ świetnie poprawia konsumpcję. Za komunizmu, jak wiadomo, regularnie bito wszelkie rekordy i limity produkcji, dzięki czemu lokomotywy i czołgi były coraz tańsze. Polska kupuje Caracale, Ameryka wraca do rozwoju arsenału nuklearnego. Fox News i TVP prezentują starannie dobrane i wytłumaczone wiadomości. Lekarze-rezydenci domagają się milionowych podwyżek, oburzają się prezenterzy Dziennika Telewizyjnego, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Nie umiem ocenić, co przy tym myślą. Pewnie to samo, co kiedyś prezenterzy Dziennika Telewizyjnego. A może myślą o tym, co sobie za te kilkadziesiąt tysięcy kupią? Nie wiem.

Idźcie se kobiety poparadujcie z wieszakami, póki możecie. Nie liczcie na to, że ktoś się Wami przejmie. Posłanka Wróblewska nigdy Wam nie pomoże, bo dla niej trzymiesięczny płód to dziecko, a jej głos nic nie znaczy. Posłanka Wróblewska reprezentuje jak dla mnie całość polskiej opozycji. Po co właściwie na tę opozycję głosować, skoro nie jest w stanie niczego zdziałać i jest tak świadoma własnej niemożności, że już nawet nie próbuje? PZPR przynajmniej sobie radzi. Tfu! Autokorekta! Może nawet projekt zostanie ponownie zgłoszony w Sejmie – PiS nauczył się już zachowywania pozorów, sam Kaczkodan głosował za procedowaniem obywatelskiej idei. Dobra zmiana jest łaskawa nawet wtedy, gdy niewdzięczne kobiety usiłują jej wtykać patyk między szprychy. Jest łaskawa… jeszcze. Cieszcie się łaskawością dobrej zmiany.

W Stanach w tej chwili upadają kolejne bastiony Republikanów, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przejmowane przez Demokratów. Obywatelom niebiałym utrudnia się na wszelkie sposoby głosowanie, ale i tak sobie radzą. Amerykanie nigdy nie żyli w komunizmie i nie rozumieją, jak bardzo utrudniają budowę nowego, lepszego społeczeństwa, głosują głupio i bezmyślnie, najlepiej byłoby tych wszystkich brązowych wydalić do gównianych krajów, z których przybyli (niekiedy przybyli ich pra-pra-pradziadkowie w charakterze niewolników, ale nie wdawajmy się w szczegóły). Co się dzieje w Estonii nie wiem, książka Oksanen kończy się w 1992, a ja nie będę udawać, że czytam estońską prasę. Amerykańską dobrą zmianę być może uda się zatrzymać bardzo prędko. Ciekawe, co wtedy powiedzą rzecznik Białego Domu, prezydencki lekarz, republikańscy senatorowie. Ciekawe, co kiedyś powie Krzysztof Ziemiec lub Marzena Paczuska. Bo wszystkie reżimiki w końcu upadają. Tragedia już była; teraz historia powtarza się jako komedia. Tylko mało śmieszna, kiedy się w niej musi występować.

PS. Zdaję sobie sprawę z tego, że z daleka, z holenderskim paszportem mogę sobie pozwolić na wypisywanie dowolnych plugastw obrażających dobrą zmianę. Na razie. Dopóki zmiana nie posunie się tak daleko, że za moje notki na blogu moją rodzinę zaczną odwiedzać panowie w ciężkich butach.

PS2. Profesorowie i komentatorzy wcale nie biją na alarm za wcześnie. Wiedzą, niektórzy pamiętają, że reżimik zamienia się w reżim powoli. Najpierw jest w zasadzie niewinny, potem po kawałku odcina palce, zanim dojdzie do kończyn i głowy. Bez jednego palca da się żyć i pracować, ba, bez wszystkich palców u stóp też się da, jeśli pracujemy przy komputerze lub w TVP. Wielka Orkiestra może sobie grać nawet kiedy dobra zmiana usunie wszystkie serduszka z zakupionego sprzętu. Na razie.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców

  • Jiima Arunsone

    Wiesz, z tym 500+ to trochę nie tak. Ten program jest rzeczywiście sensowny i potrzebny, co więcej, ja nawet bym go tak przerobiło, żeby dać więcej tej całej „roszczeniowej biedocie” (by posłużyć się najmniej pejoratywnym z krążących w interwebsach terminem). I proszę bardzo, niech nawet ktoś z PiS to przeczyta i zrealizuje. Jedyne co ten program zrobił „na rękę” PiS, to pogłębił rowy. Narracja o „roszczeniowej… (wybacz ale dalej cytować nie będę)” lejąca się z profili Ważnych Redaktorów, Polityków Opozycji, Młodych Ambitnych Z Wielkich Miast (oczywiście bezdzietnych) i tym podobnych naprawdę skutecznie zdołała wkur*ć adresatów na tyle, że albo na wybory nie pójdą, albo zagłosują na Cookie Monstera, mniej lub bardziej świadomie popierając autentycznego polskiego Hitlera zamiast kiepskiej podróby Franco czy niech im będzie Piłsudskiego.

    Ostatnio jak rzadko kiedy w Wybiórczej też zaczynają się pojawiać trafne analizy czemu PiSiorom się udało. Nic to, że zrobione za pieniądze Krytyki Politycznej, ale przynajmniej nie mówią o pińcet minus tylko o tym, co naprawdę skłoniło do głosowania na Polskę w Ruinie, tfu, Dobrą Zmianę i kogo.

    • Ray Grant

      Ważni Redaktorzy to w ogóle co innego i zgadzam się z Tobą w pełni. Historia z projektem Ratujmy Kobiety pokazała bardzo dokładnie, że opozycja w Polsce jest potrzebna właściwie do niczego. Albo w skrócie – że jest do niczego. Narracja „głosujcie na nas, bo jak nie, to przyjdzie zły PiS… znaczy się, zostanie… i będzie pisował…” się skończyła, zaczynają się pierwsze głosy osób, które to zauważyły.

      Osobiście bym 500+ przerobił tak, żeby suma się kurczyła wraz ze wzrostem zarobków. Wiem, jak działa optymalizacja podatkowa, ale nie wierzę, że ktoś zarabiający 10k na rękę miałby czas i ochotę fałszować papiery po to, żeby dostać 500 zł. No i jak piszesz rozszerzyłbym bardziej – na pierwsze dziecko i samotnych rodziców. Określenie „roszczeniowa biedota” powoduje, że otwiera mi się w kieszeni scyzoryk, a nawet takowego nie posiadam. 😛

      • Dacar Arunsone (Jiima)

        Rozumiem. Sorry, mi triggeruje każda uwaga pod adresem 500+, zwłaszcza że tego typu instytucje funkcjonują w wielu tzw. cywilizowanych krajach (sprawdzałom ostatnio pod kątem wybywania z Polandball).

        Co do sumy uzależnionej od dochodu, z jednej strony świnta racja panie redaktorze, ale tu pojawia się inna sprawa. Im prościej, tym większa szansa, że z programu skorzysta właśnie ta „roszczeniowa biedota” która powinna, to nierzadko są osoby na tyle zarobione, że nie mają czasu latać z papierami, składac wniosków, zdobywać zaświadczeń, czasem wręcz „niezaradne ” (osobiście je rozumiem, wiem ile mnie kosztuje wizyta w jakimkolwiek urzędzie, zarówno psychicznie jak i czasowo). A czemu dziecko ma nie dostać (idea jest jednak taka, że to jest 500 DLA dziecka a nie NA czy wręcz ZA dziecko) tylko dlatego że mamusia haruje na dwie zmiany a tatuś sp* z kochanką (lub na odwrót, nie jestem seksistowskie, niestety statystyka wskazuje większe prawdopodobieństwo że to tatuś zwiał a mama zapieprza).

        Co do „nie opłaca się”… Hmm. Zgodziłobym się, gdybym nie widywało ludzi którzy w jednej kolejce ze mną stały po stypendium socjalne. Im się opłacało. Plus, „własnej działalności” jest łatwiej wykazać słabe dochody (zależy od działalności, ja miałobym problemy, podobnie jak wiele „zawodów kreatywnych”, ale już tacy co mają realne koszty działalności mogą je bardziej urealnić). Kombinowali by z resztą nie Kulczykowie, tylko raczej WKŚ z piątką dzieci i Wartościami Chrześcijańskimi na ustach (też takich spotkałom w życiu).

        Co do „opozycji” to osobna sprawa, raczej nie napawająca optymizmem, zwłaszcza jak się wczyta w komcie i usłyszy, że na lewicę głosują ci, co chcą by PiS wygrał bo każdy głos nie oddany na śliskiego Grzesia to głos zmarnowany a więc na kaczora czy nazioli od Cookie Monstera.

        • Ray Grant

          W niektórych krajach zbierają się do wprowadzenia dochodu gwarantowanego w ogóle, co IMO jest jedynym sposobem na zapobieżenie rewolucji. Bo pracy jest coraz mniej (patrz roboty), piniondza też (patrz rodzina Waltonów i sam Stabilny Geniusz), a jeść trzeba.

          Nie wiem, kto stał w kolejce, oczywiście. U nas w Holandia takimi rzeczami, jak sprawdzanie poziomu zarobków zajmują się urzędy. System naczyń połączonych, mam jeden numer w dowodzie, tego numeru używa się wszędzie, u lekarza, w urzędzie gminy, przy płaceniu podatków. Instytucje mają między sobą kontakt, często tylko muszę podpisać, że wyrażam zgodę na udostępnienie danych osobowych i już. Mnie też wizyty w urzędach kosztują bardzo wiele siły. Wiadomo, że będą tacy, co kręcą, Holandia wcale nie jest od tego zjawiska wolna, tu nie ma samych aniołków z pieśnią patriotyczną na ustach. Ale w Holandii panuje donosicielstwo nie tego rodzaju, co w Polsce. Jeśli odkryjesz, że sąsiad pobiera nienależną rentę, lecisz z pyskiem donosić, bo przez to ktoś, kto tę rentę powinien dostać jej nie dostanie. A opłacana jest z podatków kolektywnych (nie „moich”). Zjawisko „no popatrz Stasiu, jak żeś sprytnie zakręcił, a może mi też tę rentę załatwisz” być może występuje, ale ja nic o tym nie wiem. Natomiast określenie „roszczeniowe X” się pojawia, kiedyś jeden liberał się na mnie śmiertelnie obraził, ponieważ mu powiedziałem, że wyjechałem na wakacje. Osoba na rencie nie ma jego zdaniem prawa jechać na wakacje. (Wakacje stanowiły wtedy tygodniowy pobyt w Polsce na garnuszku mamusi i dzięki temu oszczędzałem pieniądze…)

          Co do „opozycji” to się po prostu zgadzam, nie mam nic do dodania.

          • Dacar Arunsone (Jiima)

            W kolejce stały osoby które znałom i jedna wprost powiedziała, że spokojnie się bez tych pieniędzy obyła, ale skoro może dostać to tylko frajer nie weźmie. Frajerem została za to też Najbliższa Osoba, po tym jak w zębach doniosła do WSS zaświadczenie, że jej się stypendium NIE NALEŻY bo poprawiły jej się dochody (i przyznała się do tego znajomym).

            Co do sprawdzania przez urzędy, w Polsze to ty masz wykazać, że ci się należy i wiem, że to patologia. Przypadkiem, mieszkając nadal w Default City pracuję obecnie w Finlandii, w projekcie wokoło urzędowym i widzę jak bardzo różni się moje i ich podejście do urzędów…

          • Ray Grant

            Kiedy występowałem o obywatelstwo urząd posiadał wszystkie dokumenty, jakie kiedykolwiek złożyłem. Skanują je, mają cyfrową bazę danych.

            Kiedy w Polsce korespondowałem z ZUS musiałem wysłać list do pierwszego oddziału w Warszawie z prośbą o wysłanie mi danych celem przesłania ich do pierwszego oddziału w Warszawie. Tylko do innego budynku. Kiedy ZUS wysłał mi formularze, przesłano je na nowy adres. Finalna decyzja została dostarczona do starego mieszkania…

            Nadal mam PTSD po polskich urzędach, lekarzach i tak dalej, niestety. Jos nie może się nadziwić temu, że jestem roztrzęsiony u chirurga szczękowego z uwagi na zapomnienie listu polecającego od dentysty. Wyniosłem z Polski przekonanie, że recepcjonistka powie ‚har de har, mogę pana zapisać znowu na wrzesień 2039, proszę tym razem nie zapomnieć listu’. Usunięcie zębów durności odbyło się bez przeszkód, dostałem adres email celem przesłania skanu listu. Takich wydarzeń było do tej pory półtora tysiąca, za każdym razem od nowa trzęsą mi się ręce i z obłędem w oczach latam po mieszkaniu usiłując znaleźć (niepotrzebne, ale KTO WIE???) kwitki sprzed dziesięciu lat. Ale jakieś osiągnięcia są, już się nie kurczę na widok listów z urzędu skarbowego. Najbardziej przerażające pismo, jakie do tej pory otrzymałem grzecznie wskazywało na popełniony błąd i domyślnie ów błąd poprawiało, zapraszając do kontaktu jeśli się z poprawką nie zgadzam. (Tzn. pismo zapewne samo z siebie nie poprawiało błędu…)