Rozczarowanie numer dwa

Kiedyś, dawno temu, gdy rozpocząłem pracę w Holandii, w ramach pozapłacowych benefitów otrzymywałem €1,250 na zakup nowego komputera i nie kupiłem Maca.

W użyciu był wtedy Mac OS X Tiger, który z nieznanych mi powodów bez przerwy sprawiał problemy, zawieszał się, programy nagle padały bez możliwości zapisania danych. Tak więc wybrałem Windows i zasłużenie cierpiałem. Któż zapomni rozkosze ekranu „trwa instalacja aktualizacji 8 z 495, proszę nie wyłączać komputera” kiedy KONIECZNIE musisz wysłać natychmiast maila? Albo wyskakujące malutkie okienko z pytaniem „czy zrestartować teraz”, które umyka kompletnie uwadze, bo piszesz tekst, po czym system się restartuje bez zapisania owego tekstu? Wiele notek straciłem w ten sposób i po trzech latach, gdy Mac OS X ewoluował do wersji Snow Leopard, nabyłem Maca.

Moje życie nagle stało się o wiele przyjemniejsze i prostsze. Do iMaca dokupiłem iPhone i iPada i byłem niemal idealnym przykładem hipstera (jeszcze wtedy byłem szczupły), brakowało tylko Macbooka i kawy ze Starbucksa. Nic mi się co chwila nie restartowało, wszystko świetnie działało i ogólnie było ekstra, dopóki nie postanowiłem przyoszczędzić i przy odnowieniu kontraktu zamiast iPhone nabyć Szajsunga Crapaxy S III, najgorszy telefon, jakiego w życiu używałem, a trochę ich było.

iPada w końcu sprzedałem, bo używałem go coraz rzadziej, aż w końcu przestałem. Obcowanie z Szajsungiem było doznaniem podobnym do codziennych wizyt u dentysty, ale Android spodobał mi się bardziej, niż iOS, zwłaszcza, kiedy Jony Ive dobrał się do projektowania ikonek. Maca zepsułem, bo miał wadę fabryczną – pod szkłem ekranu zbierał się brud, a ja już nie miałem gwarancji, więc ośmielony poradami z internetsów otworzyłem ekran i wyczyściłem, po czym okazało się, że popsułem kabelek łączący ekran z płytą główną, a naprawa jest nieopłacalna. Teraz mam Hackintosha.

Gdy ogłoszono hucznie powstanie Apple Music, nawet się podekscytowałem, wystąpiłem o konta Connect (nadal czekam na „weryfikację”) i snułem wizje wydania czegoś nowego akurat 30 czerwca, dopóki nie wyszło na jaw, że Apple daje hojnie użytkownikom trzymiesięczny darmowy okres próbny, podczas którego artystom nie będzie się płacić. Innymi słowy, muzycy, producenci i autorzy piosenek mają subsydiować marketing Apple, która to firma ostatnio pochwaliła się 156 miliardami dolarów na koncie.

Gdy protestowały wytwórnie niezależne (w tym XL, mająca pod swymi skrzydłami mało znaną szansonistkę Adele) i artyści niezależni (np. Brian Jonestown Massacre), Apple grzecznie ich ignorowało. Pomogło dopiero, gdy odezwała się Taylor Swift. Tak się składa, że podczas prezentacji Apple Music na ekranie pojawiły się kółka reprezentujące artystów i Taylor Swift była wśród wymienionych, a jej album 1989 to najlepiej się sprzedająca płyta ostatnich lat. I nagle nastąpiło WTEM!!!! – Apple postanowiło jednak płacić artystom za streaming. Taylor, zadowolona, obwieściła, że 1989, której nie ma na Spotify, będzie dostępna na Apple Music. Ale kilka dni później wyszło na jaw, ILE Apple będzie płacić.

Opłata za jedno odtworzenie wyniesie 0.2 centa hamerykańskiego. Czyli 0.002 dolara. Dla porównania, Spotify płaci 0.007 dolara. Wydanie płyty własnym nakładem kosztuje, w zależności od usługi, od 23 dolarów za 11 utworów (za dodatkowe płacimy 2 dolary za sztukę) w RecordUnion, 29 dolarów za pierwszy rok i 49 za każdy kolejny w Tunecore, lub 69 dolarów jednorazowo w CDBaby. W przypadku mojej kompilacji „Endtroducing 04:14”, która zawiera 24 utwory, czeka mnie płatność 23+24=47 dolarów w RecordUnion, 49 w Tunecore, lub przeprowadzka do CDBaby za 69 dolarów. Żeby zwrócił mi się koszt zamieszczenia płyty online (a nie mówię tu o kosztach masteringu, o tym, ile włożyłem w sprzęt, o tym, ile czasu zajęło nagranie, etc.) moje utwory z tej jednej płyty musiałyby zostać odtworzone co najmniej 23,500 razy na Apple Music (w przypadku CDBaby, 34,500 razy). Większy jest oczywiście zysk ze sprzedaży, ale Apple Music porządnie podpiłuje tę gałąź – posiadacz subskrypcji może ściągnąć sobie na komputer lub telefon dowolną ilość utworów, nie płacąc dodatkowo. A odtworzenia „offline” nie będą opłacane.

Dla Taylor Swift to nie jest jakiś wielki problem, chociażby dlatego, że ma miliony fanów, a płyta 1989 jest w sprzedaży od ośmiu miesięcy. Dla drobnicy, takiej jak ja albo całkiem spora grupa artystów, których słucham, trzymiesięczny okres próbny Apple oznacza w praktyce trzy miesiące bez żadnego zarobku na muzyce. Sprzedaże w sklepie iTunes kompletnie się zatrzymają, bo po cholerę kupować, skoro mogę mieć za darmo. Pozostaną odtworzenia po 0.002 dolara. No, może taki Ásgeir zarobi 50 dolarów. Portishead niedawno zawiadomili, że rok współpracy ze Spotify przyniósł im 2500 dolarów za 34 miliony odtworzeń. W Apple Music otrzymaliby tych dolarów 238. Za trzy miesiące okresu próbnego, rzecz jasna. Może im starczy na waciki.

Czemu jestem rozczarowany? Wiadomo, niewidzialna ręka rynku, Portishead mogą iść do pracy w McDonald’s, ja mogę nic nie wydawać, świat na tym specjalnie nie ucierpi. A jednak boli mnie, że Apple pod wodzą Tima Cooka coraz mniej przejmuje się użytkownikami i artystami, a coraz bardziej zbieraniem kasy na koncie. Na usłudze Apple Music zyskają akcjonariusze Apple (nowe źródło przychodów), użytkownicy (kto nie chciałby mieć biblioteki 30 milionów utworów zawsze pod ręką?), wytwórnie płytowe (jakoś tak się dzieje, że na tego typu nowinkach wytwórnie zawsze wychodzą na swoje). Kto straci? Najpierw muzycy, dla których tworzenie stanie się jeszcze droższym hobby niż teraz. Potem zaś… słuchacze. Ponieważ niewidzialna ręka rynku wyreza gatunki i artystów niszowych, pozostawi zaś wybitnych twórców takich, jak Justin Bieber, Taylor Swift i Britney Spears. Madonna nie przejmuje się kiepską sprzedażą płyty (świetnej) Rebel Heart, ponieważ sprzedaje bilety na Rebel Heart Tour w cenach od 93 do 1000 dolarów. Początkujący artysta będzie miał szczęście, jeśli klub, w którym gra, zwróci mu za dojazd i da dwa kupony na piwo. A „bedroom musicians”, którzy w ogóle nie grają koncertów, cóż, zawsze mogą zająć się rzeźbieniem w drewnie albo zauszyć startup. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że naszej muzyki nigdy nie usłyszycie podczas „Elton John Rocket Hour” w applowskim radiu Beats One.

Reklama: moja najnowsza EPka Electricity na iTunes – 2.99 euro. Mój zysk ze sprzedaży wynosi 2 euro i 10 centów. Proszę, kupcie przed 30 czerwca, kiedy zysk z odtworzenia całości wyniesie 1 centa.

  • Pozostaje problem wytwórni – ty dostanie swoje śmieszne 0,2 centa, innym producenci zabiorą daninę od tego.

    • Ray Grant

      Spotify i tym podobne usługi to dylemat z cyklu „czy wolisz, żeby odciąć ci lewą, czy prawą nogę?” Publikując muzykę na Spotify dostajemy marne grosze, z których wytwórnia jeszcze obetnie swoją działkę, nie publikując tracimy publiczność i wspomagamy piratów.

  • 7

    a czy wiadomo ile Spotify oraz Japko zarabiają na każdym takim odtworzeniu? tak dla porównania.
    bo jeśli zarabiają więcej niż autor, to jest to lichwa. jeśli mniej… to zależy. wydaje mi się, że 30% dla dystrybutora to duży procent.

  • Ray Grant

    Nie wiem, czy raport roczny Spotify jest dostępny, a jest trochę za późno, żeby mi się chciało szukać, ale wiem, że w ostatnich latach co roku kończą ze stratą. Co do Apple, na razie nic nie wiadomo, bo usługa jeszcze nie istnieje, pod koniec roku powinny się pojawić pierwsze liczby.

    Spotify kojarzy mi się z systemem Piano. Ludzie tak długo się przyzwyczajali do tego, że muzyka jest za darmo, że teraz kręcą nosem na płacenie AŻ 9.99 dol. miesięcznie za dostęp do 30 milionów utworów. Tymczasem z tego 9.99 artyści dostają setne części centa, a samo Spotify jedzie na stracie w nadziei, że pewnego dnia nagle coś się zmieni.

  • Cenie Twoje teksty na temat LGBT i ChAD, wydaje mi się że mamy podobne podejście to kilku tematów ale na początku notki po prostu nieco brak logiki w tym co piszesz. Od razu dodam też, że nie jestem fanatykiem żadnego z systemów operacyjnych chociaż mam swoje preferencje to zawodowo w zasadzie używam większości praktycznie na co dzień – i Widnow, i OSX, i Linuksa, i Androida, i iOS i kilku innych. I zasadnicze wnioski są takie, że wszystkie na swój sposób obsysają. 😉

    1) Piszesz że OSX Tiger Ci się wieszał ale to trochę ogólnikowe stwierdzenie – wszędzie Ci się wieszał? Na jednej maszynie? Jakieś konkretne aplikacje? Tak czytałeś? Bo szczerze mówiąc Tiger był jedną z najlepszych wersji – wydajny, stabilny i absolutnie nie potwierdzam Twoich rewelacji. Może miałeś jakiś wadliwy egzemplarz sprzętu? Albo dziwne oprogramowanie? Zdarza się to tylko elektronika. Osobiście (ale to oczywiście subiektywne) dużo więcej widzę Crash Reportów w chwili obecnej na Macericks i to z zacnym oprogramowaniem.

    2) Piszesz że Windows Cię denerwował bo Windows Update przeszkadzało Ci w pracy, traciłeś efekty swojej pracy, przez trzy lata… no sorry to też jest jakieś dziwne. 🙂 Ja wiem jak działa Windows Update i wiem, że _domyślnie_ jest upierdliwe – ale tak niestety musi być – Windows z racji tego że jest najpopularniejszym systemem operacyjnym dla niezaawansowanych użytkowników DOMYŚLNIE instaluje te aktualizacje i wymusza niejako restarty by je zaaplikować bo jakby tak nie robił to co chwila byłyby spore problemy z bezpieczeństwem globalnie. ALE wystarczy wejść w ustawienia tego i przestawić tryb działania na potwierdzanie – wtedy aktualizacje (i wynikające z nich restarty) instalują się dopiero po tym jak wyrazisz zgodę (wiedząc, że to może potrwać i wymagać restartu – np. wieczorem po zakończeniu pracy odpalasz i masz z głowy). To prosta opcja naprawdę.

    Co do meritum to spoko, spoko – jak Apple przyciśnie za bardzo to ktoś inny to wykorzysta np. Google czy Microsoft, tylko czekają na takie potknięcia. Jest konkurencja moim zdaniem będzie dobrze, Apple ma aktualnie przewagę (umowy z wytwórniami, semi monopol) ale nic nie stoi w miejscu – na dłuższą metę może na tym stracić.

    • Ray Grant

      Ad Mac: no nie da się ukryć, że pracowałem tylko na jednym komputerze naraz 🙂 W firmie wtedy rządził Windows, ja miałem jedynego Maca jako grafik i nie było z czym porównać.

      Ad Windows: ależ ja miałem ustawiony tryb potwierdzania. Potwierdzanie wyskakiwało mi w rogu, podczas gdy pisałem i wciśnięcie spacji (co się zdarza podczas pisania) uruchamiało procedurę restartu, o czym dowiadywałem się, gdy edytor nagle się zamykał. Nie do końca pamiętam, jaka to była Winda, ale chyba Vista. Teraz mam na laptopie Linuksa i bardzo go sobie chwalę.

      Ad meritum: mnie akurat w tym temacie konkurencja nie cieszy, bo najsłabszym ogniwem są muzycy. Jeśli Google wystartuje z nową usługą za 7.99 zamiast 9.99 miesięcznie, to ani Google, ani wytwórnie na tym nie stracą. TIDAL miał dobre zamiary, ale wykonanie koszmarne, tak się kończy jak miliarderzy biorą się za robienie PR.

      • Ad. Mac – no ale rozumiesz błąd jaki popełniasz? Na podstawie jednego egzemplarza dokonujesz generalizacji. Wg. mnie (i nie tylko mnie) Tiger to jedena z najlepszych wersji OSX – działała w swoich czasach bardzo dobrze i miała chyba najmniej bolączek. Twoje problemy można, aczkolwiek niekoniecznie, zwalić np. na wadliwy konkretny egzemplarz sprzętu albo dziwne/nietypowe oprogramowanie – nie napisałeś co Ci się wieszało. Ja nie bronię tutaj OSX tylko po prostu wskazuję na błąd w Twoim rozumowaniu, trzeba było nabyć tego Maka. 😉

        Ad. Windows – nie zrozumiałeś o jakie ustawienie mi chodzi.

        Tutaj ilustracja z mojego Windows 7:

        http://imgur.com/dUzRUdS

        To ustawienie powoduje że w momencie pojawienia się nowych aktualizacji system ZAPYTA Cię czy je instalować – nie masz w chwili obecnej czasu na to bo piszesz wpis na bloga czy maila czy po prostu nie bo nie – nie potwierdzasz instalowania, nie będzie restartu i nic Ci nie przeszkodzi w pracy. Jak już skończysz pracę to zamknij systemi wtedy się z okazji zamykania zainstalują. Nie ma żadnego niespodziewanego restartu itd. – bardzo podobnie to działa w OSX tylko po prostu w Windows trzeba zmienić tą opcję z domyślnej z przyczyn, które opisałem wcześniej.

        • Ray Grant

          Ad Mac – a gdybyś Ty miał w domu lodówkę firmy Szwagrex, która ciągle by się psuła, to zrobiłbyś kompleksowe badania rynkowe na reprezentacyjnej próbie, czy kupił nową lodówkę innej firmy? 🙂 Wiem, że zrobiłem błąd inwestując wtedy w peceta, nie trzeba mnie przekonywać. A co mi padało – oprogramowanie Adobe.

          W Windows zamiast zmienić ustawienie – nie wiedziałem o nim – zmieniłem laptopa i na nowym zainstalowałem Linuxa. A teraz to mi w sumie rybka.

          • Porównanie z lodówką jest chybione – lodówki dowolnej firmy robią z grubsza to samo i nie jest problem wziąć taką czy inną.

            Zmiana systemu operacyjnego to jest jednak dużo większa zmiana, nieporównywalna do zmiany lodówki – tutaj trzeba się jednak zastanowić, szczególnie w wypadku gdy jest to narzędzie pracy.

            No ale jak widzę zgodziliśmy się co do tego, że nie postąpiłeś specjalnie logicznie. 😛

            Odnośnie Windows – no to jak już napisałem – również brak logiki bo jak sam napisałeś męczyłęś się z tym kilka lat. Jak ja bym się męczył z czymś to po dwóch razach szukałbym rozwiązania problemu, które z resztą było jak na dłoni – logiczne byłoby wejść w ustawienia Widnows Update i zobaczyć co tam jest…

  • xxx
    • Ray Grant

      Odniosę się szerzej, kiedy znajdę czas (chwilowo się przeprowadzam), na razie przeczytałem dokładnie pierwszy link i sugerowałbym się nie wygłupiać (autorowi Antyweb, nie Tobie). Przywoływanie przykładu „Wake Me Up” Avicii’ego jest nie na miejscu, ponieważ jest to utwór najwięcej razy odtworzony na Spotify od początku istnienia serwisu. To tak, jakbym ja wziął Jana Kulczyka i pokazał go jako przykład dowodzący, że Polacy dużo zarabiają. Płyta Eda Sheerana jest najlepiej sprzedawanym albumem 2014 w Anglii. Hunter Hayes wydaje cyfrowo wyłącznie single, albumy nadal na CD (ostatni w maju 2014). O The Cazzette nigdy nie słyszałem i nie wiem, na szczycie których list przebojów wylądowali, bo wg Wikipedii ich najlepiej sprzedawany singiel dotarł w Szwecji na miejsce 24. (Może chodzi o listy najczęściej odtwarzanych artystów na Spotify w Szwecji?) Lorde miała szczęście, bo wyłowił ją Sean Parker, trochę, jakby Mark Zuckerberg zaszerował mój status z FB. Pozostaje również mi nieznany zespół Moke Hill, który zarobił 910 dolarów „w niedługim czasie”. Nie wiem, ile to jest niedługi czas, ale jeśli odliczymy koszt nagrania i masteringu, to życzę im powodzenia w utrzymaniu się za te pieniądze przez dwa tygodnie.

      A Eternify już nie istnieje, bo Spotify je zamknął, teraz na stronie widnieje sugestia, żeby artyści nagrywali 30-sekundowe utwory.

  • Trend, ktorym podaza Apple staje sie widoczny i gdzie indziej – ot chociazby ostatni pomysl Amazona, ze beda autorom ksiazek placic… od ilosci przeczytanych przez kupujacych stron (na Kindle). Az cisnie sie na ust maliny pytanie: czy czytajacy tez beda placic tylko od ilosci przeczytanych stron tylko…? (tak wiem, narazie to promocja, srocja ale nie z nami te numery Brunner…).

    A Apple i na innych polach zaczyna coraz bardziej uprawiac bandyctwo (to mowie ja, ktora uzywa ich produktow od 15 lat i nigdy nie mialam zadnych problemow). Na przyklad: chcialam sobie niedawno sciagnac dalsze odcinki ulubionej gierki na srajfona. Sciagam – BUM – potrzebuję OSa nowszego, bo aktualizacja jest tylko na wyzsze wersje. No dobra, trudno juz zrobie ten upgrade. Zaczynam i co widze? Ze musze sobie WYLACZYC WiFi (i ciagnac via lacze telefoniczne operatora) – a jak nie wylacze, to beda ode mnie chcieli dodatkowa kase. WHAT?????
    Nosz q…wa!!!
    Nie dosc, ze zaplacilam jakas chora kupe szmalu za telefon bez simlocka (bo siedze za zadupiu swiata czyli Urugwaju gdzie zdecydowanie bardziej oplaca mie sie karta pre-paidowa do telefonu a nie zaden zakichany kontrakt) to jeszcze teraz bedą bezczelnie na mnie wymuszac nabijanie kabzy operatorom albo zakup nowszego telefonu???
    Nic z tego.

    Szkoda tylko, ze reszta smarkfonow jest tak zalosnie do dupy. Jedyne nadajace sie poza srajfonem to byly Nokie, a teraz tez juz RiP :-/

    • Ray Grant

      Nie mówiąc o tym, że potrzebujesz nowszego OSa po to, żeby starsze telefony (np. iPhone 4) zaczęły działać z szybkością sparaliżowanego ślimaka, bo jakoś Cię trzeba zmusić do kupienia nowego modelu, prawdaż? Chyba tylko Mac OS tego nie robi (Yosemite jest wolny, ale można mu powyłączać przezroczystości etc. i robi się szybszy, a podobno El Capitan śmiga i na komputerach z 2011).