Son of a gun

Głównym uczuciem, jakie mi towarzyszy w 6 dni po zerwaniu jest ulga.

DJ był facetem nieodpowiedzialnym, dziecinnym, egoistą i osobą niezdolną do związku poważniejszego, niż oparty na wspólnej zabawie. O tych wszystkich rzeczach tak naprawdę świetnie wiedziałem właściwie od pierwszej chwili i bardzo mi się to wszystko na swój sposób podobało, jako antidotum na porażająco poważnego Wikinga, żyjącego według miliona zasad. Główną zasadą przyświecającą DJowi było bawienie się do upadłego, a potem jeszcze trochę, a ja — przez pierwsze 30 lat życia raczej nieśmiały domator, niż cokolwiek innego — zabrałem się z nim na przejażdżkę bez hamulców.

Od początku właściwie pojawiały się sygnały, że DJ nie jest materiałem na męża. No, bo co myśleć o facecie, który nie daje mi na urodziny NIC? Nic. W ogóle nic. Nawet kartki pocztowej. Bo nie ma pomysłów, tłumaczył się, oraz jakoś tak nigdy nie trafia w termin, gdy trzeba tak co do dnia. Miesiąc później odbyły się urodziny jego najlepszej przyjaciółki, która dostała od niego pięć różnych prezentów, wręczanych z mojej obecności, dopasowanych do jej osobowości i w ogóle zachwycających. Nie komentowałem tego, bo i jak mogłem? Byłem zbyt zajęty przekonywaniem siebie, wzorem biednych heteroseksualistów męczących się na moim drugim blogasku, że dobra materialne nic nie znaczą, a najważniejsza jest miłość. No i — szczerze mówiąc — nie traktowałem go za poważnie, bo gdybym go traktował poważnie, dawno już usechłbym ze zgryzoty.

Zgrzyty pojawiały się częściej. Impreza, na którą wychodzimy razem, ale wracamy oddzielnie, bo DJ odmawia przyjęcia do wiadomości, że ja po całym dniu pracy o 3 nad ranem mogę być zmęczony i chcieć wrócić do domu (po czym obraża się śmiertelnie, kiedy wychodzę bez niego). Regularnie powtarzające się wrażenie, że DJ swoją przyjaciółkę i swojego kuzyna traktuje o wiele lepiej, niż mnie. Ciągły brak kasy, którą w związku z tym pożyczał ode mnie. (Może kiedyś zwróci, myślałem naiwnie.) A przy tym masa uroku, fantastyczny seks, niesamowita otwartość na ludzi, łatwość nawiązywania kontaktów, inteligencja i charyzma tak błyskotliwa, że czułem się przy nim czasami jak przygłupi kloc. Związek z DJem był jak związek z dużym dzieckiem, które wpada bez przerwy na genialne pomysły, czasami nieco męczące, przy czym co jakiś czas dostaje znienacka napadów ADHD i zaczyna biegać wokół piaskownicy, rzucając oderwane frazy typu „zagrajmy w berka!” i wybuchając bez powodu śmiechem.

Po zerwaniu okazało się, że z jakiegoś powodu to ja nie mam żadnego problemu z byciem singlem, DJ natomiast usiłował przystąpić do „zostawania przyjaciółmi” — sądząc po sposobie, w jaki pocałował mnie w kark, kiedy, hmm, oddawał mi klucze i odnosił rzeczy, być może miał nadzieję nawet na friends with benefits. Niestety odmówiłem usług, bo jakoś nie podoba mi się, że facet, który ze mną zerwał 2 dni wcześniej, nadal nazywa mnie „kochanie”, przysyła mi smsy z całuskami i ogólnie rzecz biorąc zachowuje się, jakby właściwie nie wydarzyło się nic szczególnego. Na moją odmowę DJ zareagował silną obrazą i oskarżeniem mnie o dziecinność i egoizm, co zapewne bolałoby nieco bardziej, gdyby nie pochodziło od osoby dziecinnej i egoistycznej, po czym przystąpił do cyberstalkingu. Po dwóch dniach regularnych dostaw złośliwych smsów komentujących wszystko, co napisałem lub zrobiłem na Facebooku, Twitterze i paru innych portalach, w końcu zablokowałem w komórce jego numer. DJ zareagował mailem z żądaniem zwrotu plakatu, który dał mi w prezencie. Dzięki temu przedstawieniu kompletnie za nim nie tęsknię, zupełnie mi go nie brakuje, a co ciekawsze, ustąpiła wściekłość, zastąpiona raczej przez jakiś rodzaj współczucia, bo biedactwo wyraźnie ma problemy z udźwignięciem konsekwencji własnych decyzji.

Jakoś tam smutne jest doznanie, że osoba, w której byliśmy zakochani, stanowiła dla nas raczej słodki ciężar, niż słodkie wsparcie. A jednocześnie jestem mu na wiele sposobów wdzięczny za te 197 dni: bawiłem się z nim na ogół świetnie, sam zdołałem się trochę otworzyć na ludzi dzięki jego nieustającym demonstracjom, że to możliwe, wiele się też nauczyłem o sobie — dobrego i mniej dobrego. Uzbierałem mnóstwo materiałów do książki; obejrzałem sobie, jak heteroseksualni Holendrzy na nieznanych mi dragach uprawiają ekshibicjonizm przy oknie celem pokazania się dwóm nieco wystraszonym gejom, palącym na dachu ognisko; no i dowiedziałem się, na co na pewno nigdy więcej żadnemu facetowi nie pozwolę.

Moje życie w ostatnich dniach składało się z mnóstwa wolnego czasu, mnóstwa ciężarów na siłowni, nowych wybuchów kreatywności, dowodzących, że mimo zerwania nadal potrafię sobie znaleźć inspiracje muzyczne oraz świętego spokoju — z wyjątkiem chwil, kiedy DJ napastował mnie telefonicznie, mailowo i smsowo. Dziki, nieokiełznany chaos w życiu potrafi być bardzo przyjemny, i przez parę miesięcy był. Ale teraz z niezwykłą ulgą witam święty spokój. Czasami nudzić się też jest fajnie.

  • 1. jeśli znasz jego adres, to wypadałoby oddać plakat, skoro poprosił. zainwestuj tylko w niszczarkę do papieru, dużą kopertę i holenderski list polecony — w końcu nie chcemy, żeby przesyłka zapadła się pod ziemię.

    2. ilu holenderskich gejów potrzeba do rozpa… eee… po co holenderscy geje palą na dachu ognisko?

    3. czemu „of a gun”?

  • Dobrze, że zostawił po sobie parę dobrych wspomnień a nie tylko niesmak. Ale serio, ile ten facet ma lat? Bo tak, jak on, to się zachowywał mój młodszy brat gdy zrywał z dziewczynami w wieku lat nastu. Zdaje się, że to jednak prawda – pewni ludzie dorastają bardzo wolno. Lub nigdy.

  • @traumatic-bunny Ma lat 38, ale on generalnie się zachowuje, jak nastolatek. Co, jak wspomniałem, na pewne sposoby jest bardzo pociągające, na inne mniej.

    @watashi79

    1. plakat odbierze sobie sam, jest w ciężkiej ramie, chętnie zobaczę, jak go będzie niósł.
    2. hmm… tutaj bardzo mało jest miejsc, gdzie można palić ogień. Generalnie najlepiej tam, gdzie go nikt nie widzi i nikomu nie śmierdzi. Ja mam do tego celu patio, DJ nie ma, więc pali na dachu. Ciężkie jest życie piromana w Amsterdamie…
    3. http://www.youtube.com/watch?v=ugRN1T6Cl-M&ob=av2e

  • 38… Ja nawet nie wiem, dlaczego się jeszcze dziwię. Właśnie jestem świadkiem rozsypywania sie związku pewnego prawie czterdziestolatka, który fochy zapodaje w stylu twego exa. Smutne.

  • Jak ja lubię, jak po rozstaniu jest zamiast rozpaczy „zmarnowałem czas” podejście „to był ciekawy czas, po prostu nie wyszło”.
    Uściski :*

  • Czy mnie się wydaje, czy Twój Eks był toksyczny, że się posłużę „cycatem” z mądrych książek? Pozdrawiam:-)

  • @autor

    Trochę nie na temat, tylko tak się wyoutuję, że czytam sobie od kilku miesięcy twój blog a właściwie oba twoje blogi i bardzo mnie się podoba to twoje pisanie.

    Dziś przeczytałem 4 zaległe wpisy, szczególnie tekst o Amy ale i 3 następne świetne

    Pozdro i czekam na następne.

  • Prosze, czlowiek wyjedzie na 2 tygodnie a tu takie mecyje.
    A co do inspiracji muzycznych, to teraz dopiero masz temat pasujacy pod twoje depechowe klimaty 🙂 Wszystkiego dobrego na nowej drodze zycia :*

  • @szprota To mam nadzieję, że nowy wpis Cię przesadnie nie rozczaruje 😉 ale nie, nadal nie uważam, że cokolwiek zmarnowałem.

    @tecumseh27 Bardzo dziękuję i zapraszam do dalszej lektury.

    @kokainistka Ale ja naprawdę nie potrzebuję więcej teh dramz w mem żywotu, to, co miałem do tej pory wystarczy mi na dłuuugo 😛

  • zważywszy na ostatnią sytuację (własną) zazdrościłam strasznie tego zerwania. na dzień dzisiejszy jednak muszę powiedzieć, że rzeczywiście „odzyskanie wolności” przyniosło sporo ulgi i nawet jakoś tak o wiele lepiej się pracuje. tak więc rozumiem bardzo dobrze i życzę wytrwania w tym stanie.

  • Pingback: Retrosceptycznie()