Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli (cz. II)

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli.

W części pierwszej pisałem głównie o polskiej (i nie tylko) edukacji i jej efektach. W drugiej skupię się na tym, co mnie interesuje poniekąd bardziej — nie jestem wszakże profesorem uniwersyteckim, ani nawet studentem, magistrem inżynierem matematykiem zostałem dawno i nieprawda. Na związkach międzyludzkich.

Częste wśród socjologów i demografów jest dostrzeganie pewnych tendencji. O wiele częstsze niż wśród chociażby polityków. Tyle, że nawet profesor demograf potrafi się wygłupić na koniec z diagnozowaniem przyczyn problemów. A problemy jak najbardziej istnieją — ot, struktura wiekowa społeczeństwa, która oznacza, że system emerytalny w aktualnej formie nie może istnieć nadal bez dużych zmian. Nie może i już. Nie ma takiej opcji. Jak to widzi profesor Okólski z SWPS:

Jak mówi, argument ekonomiczny nie zawsze wystarcza do usprawiedliwienia niechęci młodych do posiadania potomstwa.

– Upatrywałbym tu bardziej przyczyn w zmianach kulturowych. Dziś młodzi podchodzą bardziej egoistycznie, są dużo bardziej niezależni od rodziny, kiedyś jednak więcej zależało od ich rodziców. Może to zabrzmi sztampowo, ale obecnie liczą się kariera, sukces, moda na bycie singlem czyli wolnym i niezależnym, a to kłóci się z posiadaniem dzieci – mówi prof. Okólski.

No, ale to przecież jest właśnie argument ekonomiczny.

Widzę też zmiany w podejściu do instytucji małżeństwa, jeszcze 20-30 lat temu 25 latka była starą panną, dzisiaj ta granica wiekowa mocno się przesunęła, a i sama etykietka wydaje się raczej przestarzała. Widzę również osłabienie tradycji rodzinnych – dodaje demograf.

No, widzi pan demograf osłabienie. I jak pan demograf chce sobie z tym radzić?

[…] moim zdaniem – mówi demograf z SWPS – należy wspierać instytucję małżeństwa, stwarzać im odpowiednie warunki dla trwałego związku; to najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności, niż jest to dzisiaj. Młodzi muszą czuć się stabilnie.

Instytucję małżeństwa.

Należy wspierać instytucję małżeństwa jako najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności.

Spójrzmy na statystyki. W 2010 20.6% dzieci urodziło się poza małżeństwem. (W 2000: 12.1%) W zachodniopomorskim to 37.5% wszystkich narodzin. Niespecjalnie widzę tu powód do rozmawiania o instytucji małżeństwa *w ogóle*, w kontekście wspierania, czy niewspierania. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, komentuje to tak:

Jeśli spojrzy się na powiaty, w których nieślubnych dzieci rodzi się najwięcej, to okazuje się, że to jedne z najbiedniejszych w Polsce – mówi demograf. – Rodzice nie decydują się na ślub, bo uroczystość kosztuje, a w dodatku jeśli nie wezmą ślubu, to mogą liczyć na pomoc społeczną.

I co? Wspieramy instytucję małżeństwa, panie profesorze, czy nie do końca?

– Zasiłki, możliwość rozliczania się z dzieckiem czy pierwszeństwo w przedszkolach – wylicza udogodnienia dla samotnych rodziców Paweł Woliński z fundacji Mamy i Taty.
– Poza względami ideologicznymi są dwa ważne powody, dla których nie zdecydowałam się na małżeństwo – mówi Iwona.
– Rzeczywiście dużym plusem jest to, że mogę się rozliczać z dziećmi. To kilkaset złotych oszczędności. Po drugie, nie miałam problemów z tym, by moje dziecko przyjęto do publicznego przedszkola.
– Ja nawet rozważałam z mężem rozwód, kiedy nasza córka nie dostała się do żadnego z kilku przedszkoli –opowiada z kolei Agnieszka, mama czterolatki. – Rodzice, którzy nie mają ślubu, nie mieli z tym problemu.

No nie wiem, panie profesorze, czy akurat wspieranie instytucji małżeństwa jest tu rozwiązaniem czegokolwiek. Jednak jest ktoś, kto się z profesorem Okólskim zgadza. Jest to znany specjalista ds. seksu i prokreacji, czyli ksiądz.

– W tym, że coraz więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, widzę zagrożenie – mówi ks. Bogdan Bartołd, proboszcz Archikatedry Warszawskiej. – Dziecko potrzebuje stabilizacji. A rodzice, którzy nie decydują się na ślub, zazwyczaj robią to dlatego, że nie chcą brać za siebie odpowiedzialności. Gdy nie ma ślubu, łatwiej spakować walizki i się wynieść.

Ja widzę duże zagrożenie dla Polski w tym, że księża nie mają dzieci, egoistycznie pozbawiając kraj swego potomstwa i pomniejszając emerytury. Niech ksiądz proboszcz zastanowi się nad swoimi egoistycznymi decyzjami!

*

Pominąwszy to, że jak widać małżeństwo zmniejsza szanse na otrzymanie miejsca w przedszkolu i nie pozwala na otrzymanie zasiłku (co, jak rozumiem, jest elementem państwowej polityki wspierania małżeństwa) skupmy się na powodach, dla których liczba związków pozamałżeńskich rośnie, a małżeńskich spada.

Oczywisty powód, a mianowicie taki, że związki małżeńskie mogą w Polsce zawierać wyłącznie pary odmiennopłciowe, pomijam. Kiedyś zdarzało się, że geje i lesbijki, ze strachu przed prześladowaniem, wstępowali w związki małżeńskie z osobami przeciwnej płci. Jestem pewien, że nadal się tak zdarza, ale pewien też jestem, że zdarza się coraz rzadziej. (See also: ważny powód, dla którego „spada liczba powołań”).

O drugim oczywistym powodzie opowiadali już państwo powyżej — pozostawanie w związku małżeńskim powoduje duże straty finansowe, których nie pokrywa nawet sławetne wspólne opodatkowanie małżonków. W przypadku możliwości opodatkowywania się samotnego rodzica wraz z dzieckiem widać wyraźnie, że państwo wspiera małżeństwa… bezdzietne. Czy aby na pewno wspieranie małżeństw bezdzietnych ma być silnym bodźcem dla ludzi, aby 1) zawrzeć związek małżeński, 2) mieć dzieci w ramach tego związku? Czy ma nim być odmawianie dofinansowania in vitro, bo Gowinowi, chciałem powiedzieć — Jezusowi się in vitro nie podoba? (Że też Jezusowi się podobają viagra, terapie antyrakowe, przeszczepy, a akurat in vitro nie? Przecież impotencję i raka też Bóg zsyła, podobnie jak bezpłodność?)

PO nie zmieniła się od 4, 6, 8 czy 10 lat. Gwarantuję, że nie rozwali się też przy sprawie in vitro czy związków partnerskich – powiedziała na antenie TVP Info marszałek Sejmu Ewa Kopacz. /…/ Zaznaczyła, że sama jest zwolenniczką in vitro. – Mamy w Polsce milion par, które nie mają środków, by mieć własne dziecko. Ta metoda jest jedynym sposobem. Co więcej, te dzieci będą chodzić do kościoła, do komunii, będą brać śluby kościelne, w związku z tym powinniśmy się do tej metody przekonać – powiedziała.

Sposobem na zapobieżenie spadkowi ilości małżeństw i spowodowanie wzrostu liczby narodzin według co poniektórych księży i innych posłów Tomczaków ma być nielegalizowanie związków partnerskich oraz „stwarzanie odpowiednich warunków do trwałego związku”. Pominąwszy pytanie, w jaki sposób małżeństwo zapewnia trwałość związku (z wyjątkiem oczywiście uprzykrzania życia parom chcącym się rozwieść, ale nie jestem pewien, że to się nazywa „trwałość związku”) nie rozumiem, dlaczego w takim razie liczba małżeństw i narodzin spada JUŻ, skoro związki partnerskie jako żywo nie są jeszcze rejestrowane przez państwo i jego urzędy. Ludzie nie biorą ślubów, bo czują nadzieję, że w końcu zarejestrują związek w urzędzie i ta nadzieja ich trzyma ze sobą (acz rzecz jasna nietrwale)?

Tymczasem minister Gowin po raz kolejny stwierdza:

Co innego inicjatywa jednego posła, co innego inicjatywa całego klubu. Moim zdaniem, wyraźna większość klubu Platformy wypowiada się przeciwko legalizacji związków partnerskich.

Pytanie brzmi następująco. Czy parlament/rząd powołujemy po to, żeby szedł przed nami niosąc kaganiec, fuj! kaganek oświaty i wyznaczał ścieżki, którymi iść winna nasza moralność? Czy też powołujemy obydwa po to, żeby nam ułatwiały życie, pomagały przechodzić przez nie w sposób taki, w jaki chcemy (byle legalnie i bez cudzej krzywdy) i nie wpierdalały się przesadnie w to, co porabiamy w sypialni?

Łatwo mi zgadnąć, że sekretnym marzeniem ministra Gowina nie jest wcale bycie ministrem sprawiedliwości (co to za głupi pomysł ta „sprawiedliwość”, skoro przysługuje nawet jawnogrzesznicom i homoseksualistom?) tylko papieżem-dyktatorem wyznaczającym, gdzie ciemny lud ma się udawać, co tam robić, ilu obserwatorów powinno ciemnego ludu przy tym pilnować, etc. Ale w takim razie być może Gowin powinien udać się do seminarium i ciężko pracować nad spełnieniem swego marzenia. Jako minister WSZYSTKICH Polaków zaś powinien być może skupić się na zaspokajaniu potrzeb WSZYSTKICH Polaków. I nie mówię tu o potrzebie mówienia innym, jakie związki wolno im zawierać, tylko o potrzebach par homo i heteroseksualnych, a może nawet, o zgrozo, trójkątów, które nie mogą wziąć ślubu, bo im państwo zabrania.

Nie przekonuje mnie w najmniejszym stopniu zwiększanie rozrodczości za pomocą wspierania instytucji — jakiejkolwiek instytucji. Małżeństwa, kościoła, sejmu czy USC. Bo dzieci nie biorą się z „instytucji”. Dzieci biorą się z tego, że pan i pani uprawiają seks bez zabezpieczenia, a 9 miesięcy później (jeśli nie wtrącił się w sprawę ginekolog, który za parę tysięcy złotych zapomniał o klauzuli sumienia i swoich zasadach moralnych) bocian przynosi im kwilące zawiniątko. Które czasami wyrzucają do śmietnika, zostawiają w „oknie życia”, zostawiają w publicznej toalecie lub zakopują w piwnicy. W jaki sposób ma to zmienić wspieranie instytucji i co to ma w ogóle wspólnego ze związkami partnerskimi i małżeństwem?

Instytucja małżeństwa, jeśli o mnie chodzi, powinna jak najbardziej pozostać w istniejącym kształcie i modelu… w kościele. Niechaj sobie instytucja religijna organizuje dowolne rytuały i oferuje je dowolnie wybranej grupie, a innych dyskryminuje — w końcu nie ma obowiązku przynależenia do instytucji religijnych. Państwo natomiast nie powinno moim zdaniem ani wspierać, ani dyskryminować żadnego modelu związku między obywatelami, bo nie do tego mi jest rząd potrzebny, żeby mi mówił, jaki mam zawierać związek i z kim.

Rejestracja związku partnerskiego jest rzeczą o tyle przydatną, że pozwala wyznaczyć osobę, która może decydować o naszym leczeniu, odbierać listy polecone, zajmować się naszym dzieckiem, organizować nasz pogrzeb, etc. Nie do końca rozumiem, czemu miałaby to być osoba płci przeciwnej. Nie rozumiem też, czemu wolno sobie wybrać tylko jedną taką osobę, oraz czemu wybrana przeze mnie osoba w rewanżu musi wybrać mnie. Naiwne być może tłumaczenie — o ile pomnę — Jacka Żakowskiego, że dwie mieszkające razem starsze panie powinny być w stanie właśnie po to zawrzeć związek partnerski, żeby móc odbierać za siebie pocztę i decydować o swoim pochówku, zostało wyśmiane z góry na dół, tymczasem wcale nie jest to sytuacja nierealna i nie wiem, co w niej niby zabawnego. A jeśli dwa lata później pani Stasia zakocha się w panu Władziu i zechce z nim zawrzeć związek partnerski, ale pani Basia nie będzie miała nikogo innego, komu mogłaby zaufać w kwestiach pocztowo-szpitalnych, to czemu pani Stasia miałaby musieć najpierw „rozwieść” się z panią Basią?

Słynne szwedzkie feministki już w 2005 wpadły na pomysł wprowadzenia nowej legislacji, dzięki której znikłby problem tradycyjnego małżeństwa i jego tradycyjnych ról. Tiina Rosenberg (tłumaczenie moje, oryginał tutaj wraz ze zgryźliwym prawicowym komentarzem):

Domagamy się nowej legislacji dla dwojga, lub więcej, ludzi, którzy mieszkają razem i mają wspólne finanse i dobra materialne. Historia małżeństwa nie mówi o miłości i wspólnym zamieszkiwaniu, to historia posiadania — stwierdza Rosenberg, wskazując, że regulacje prawne dotyczące spadków i współwłasności stosują się tylko do małżeństw i zarejestrowanych związków homoseksualnych.

— Więcej niż dwie osoby powinny być w stanie mieszkać razem. Podam przykład rozwiedzionej pary, z których oboje mają nowych partnerów i wszystkie te osoby chcą dzielić się odpowiedzialnością finansową za dzieci i mieszkać razem z nimi — powiedziała Rosenberg.

Jednak Rosenberg, która jest profesorką gender studies na Uniwersytecie Sztokholmskim, powiedziała również, że nikogo nie powinno obchodzić, czy dwie, trzy lub więcej osób utrzymuje między sobą relacje seksualne. — W wolnym kraju prawo nie powinno decydować, jak mają wyglądać związki seksualne ludzi. Prawo nie wpływa na uczucia — powiedziała.

Jak wiadomo, szwedzkie feministki to przykład maksymalnego rozwydrzenia i wogle, ale… czy da się nie zgodzić, bazując na logicznych i racjonalnych argumentach, z którąkolwiek z jej wypowiedzi? („Świętość małżeństwa”, „tradycja” oraz „moralność” nie są logicznymi i racjonalnymi argumentami.)

Gowin, Tomczak, profesor Okólski i ksiądz Bertołd mówią o jakimś wirtualnym świecie, który może kiedyś istniał, ale było to bardzo dawno. Świecie, w którym fakt zawarcia małżeństwa gwarantował jego trwałość, w którym nie istniały zdrady i rozwody, w którym każde dziecko miało heteroseksualnych rodziców pozostających w związku małżeńskim. W którym osoby homoseksualne robiły tę przyjemność, że w zgodzie z „badaniami” Paula Camerona umierały po osiągnięciu czterdziestki, najpierw wydawszy fortunę na narkotyki i męskie prostytutki, dzięki czemu nie było problemu z podatkiem spadkowym dla żyjącego partnera (jakiego partnera?). Ewentualnie, rzecz jasna, po rozważeniu za i przeciw nawracały się na heteroseksualizm i przystępowały do płodzenia tłumów dzieci zaraz po zawarciu ślubu z osobą płci odmiennej.

Gdyby to wszystko było prawdą, należałoby rzecz jasna wspierać instytucję małżeństwa i jak ognia wystrzegać się legalizowania związków partnerskich, których istnienie gwałtownie zmniejszałoby płodność. W świecie, w którym ponad 20% dzieci rodzi się poza małżeństwem, w którym istnieją rozwody, ponowne śluby, trójkąty, niechciane dzieci, seks pozamałżeński, samotne matki i samotni ojcowie, mężczyznom i kobietom zdarza się najpierw spłodzić, bądź urodzić dziecko, po czym się rozwieść i „nawrócić” na homoseksualizm… wspieranie instytucji małżeństwa kosztem związków partnerskich to ponury żart kojarzący się po trosze z inkwizycją, a po trosze — z protestami robotników przeciwko maszynom parowym.

Konserwatyzm jako postawa polityczna jest postawą dziecka, które zatyka uszy, kładzie się na podłodze, wymachuje nogami i wrzeszczy AAAAAAAAA!!!!! Nawet w wykonaniu trzylatka nie jest to ani czarujące, ani produktywne. W wykonaniu profesora, księdza lub, co najgorsze, ministra jest bardzo smutne. Czemu się dziwić, że tak mało ludzi chodzi do wyborów? Wystąpiłem o paszport niderlandzki, bo tutaj moje poglądy polityczne są reprezentowane w dużym stopniu przez trzy różne partie, z których żadna nie rządziła od kiedy przybyłem tu w 2006 i chcę ten smutny fakt zmienić. W Polsce do 2011 nie reprezentował mnie nikt i nigdy, teraz zaś z zainteresowaniem przyglądam się Ruchowi Palikota, reprezentującemu moje poglądy mniej więcej w pięciu procentach. Jednocześnie jestem świadom, że w kraju, w którym pomysł, że obywatelom możnaby ułatwić życie legalizując związki partnerskie stanowi postawę wywrotową i zdziczałe lewactwo, poglądy szwedzkich feministek (i moje) mają niewielką szansę na sukces — przynajmniej dopóki nie dorosną dzieci tych dwudziestu procent par bez ślubu z 2009 roku. A w międzyczasie polityka państwa skupi się zapewne na wspieraniu instytucji małżeństwa, bo przecież do tej pory tak dobrze to działało, a definicją szaleństwa wcale, a wcale nie jest robienie ciągle tego samego i oczekiwanie innych skutków.

  • nowokaina

    A ja nade wszystko zastanawiam się, po cholerę mamy wspierać produkowanie większej ilości dzieci? Bo argument o pracowaniu na emerytury jakoś mnie nie przekonuje od czasu gdy większość moich znajomych po przejrzeniu ofert pracy ze przodującymi ogłoszeniami „dyskretną i uległą sekretarkę zatrudnię” i „kelnera, 4zł/h, umowa o dzieło” poczuło nagłą chęć odprowadzania wszelkich podatków zagranico, najlepiej możliwie daleko. I to bez związku z tym, czy urodzili się w związku, czy poza nim.

    • Ray Grant

      O tym trochę napisałem w części pierwszej, ale tak naprawdę z tematu dałoby się zrobić książkę (i prawie już zrobiłem, takie długie notki, że nikt nie ma siły czytać i komentować). To jest właśnie ta magiczna ręka rynku, która wszystko według liberałów idealnie reguluje. No i wyregulowała idealnie dla 1%.

      • czereśnia

        „(i prawie już zrobiłem, takie długie notki, że nikt nie ma siły czytać i komentować)”
        Nie przestawaj! Ja na ten przykład nie komentuję, bo mój input po tym, co już napisałeś, byłby właściwie zerowy, a to takie dobre uczucie czytać ładnymi słowami napisane to, co się samemu czuje.

  • Jiima Arunsone

    @Ray

    No ja już nie mogę, co genialnego wymyślę to zaraz mi ukradnie jakiś gej z Holandii czy szwedzkie feministki (albo szwedzki kucharz). A tak już poważniej, to niestety owszem, podpisuję się pod twoimi postulatami wszystkimi czterema kopytami i wydaję dźwięk paszczą, ale odnoszę wrażenie, że trzeba być tak ciężkim przypadkiem socjopatii jak ja, by nie widzieć w idei demontażu małżeństwa niczego niestosownego.

    Problem jest bowiem w tym, że małżeństwo, podobnie jak wiele innych religijnych rytuałów, to dość mocne memy, czy wręcz wirusy umysłu, które są nam wpojone tak mocno, że wydaje nam się, że są równie fundamentalne jak siła grawitacji skierowana „w dół” (owszem, siła grawitacji nie jest skierowana w dół, tylko w kierunku środka planety i jest to jedynie najsilniejsza z oddziałujących na nas sił grawitacji, a więc najlepiej odczuwalna, ale whatever.) i jest to jedna z tych rzeczy które „po prostu są”. Najlepszym dowodem na to są: prawna ochrona małżeństwa, z wpisem do Konstytucji, istnienie „ślubów cywilnych” czy last but not least – „humanistyczne ceremonie małżeństwa” będące próbą stworzenia całej wokołoślubnej zadymy bez udziału przedstawicieli jakiejkolwiek religii bo przecież jesteśmy nowocześni, wyzwoleni i nie będzie nam tu jakiś tam osobnik ciemnoty i zabobonu wciskał.

    W tych warunkach konieczna byłaby chyba wielkopokoleniowa indoktrynacja, połączona z wywaleniem z kanonu lektur dosłownie wszystkiego i katowanie biednych uczniów od pierwszej do ostatniej klasy wyłącznie prozą Heinleina. Może wtedy ktoś by się zastanowił, czy rzeczywiście małżeństwo powinno mieć specjalne przywileje i czy rzeczywiście małżeństwo zawsze i nieodwołalnie ma być związkiem kobiety i mężczyzny (pci dowolnej).

    @Nowokaina
    Wszelakoż nikt nie wymyślił nic sensowniejszego jeśli chodzi o system emerytalny. Tzn. niby można zrobić po Hamerykańsku, odłóż sobie sam albo żryj kamienie na starość (ew. bądź ciężarem dla swoich dzieci jako i one dla ciebie były onegdaj), ale to jakoś kłóci mi się z zasadami solidaryzmu społecznego, które od niedawna zaczęłom jakoś tam przyswajać wskutek zbyt częstych kontaktów internetowych z lewactwem.
    Co do wspierania produkcji dzieci, samo mam pewien mindfuck, bo w sumie to typowy „none of yor frigging business and have nice day” czy chcę mieć dziecko czy nie – gdzie pod „U” łapie się każdy za wyjątkiem osoby z którą owo dziecko mieć chcę (no, chyba że jest to anonimowy dawca spermy, wtedy też się łapie pod „U”). Jeśli ktoś jest fanatycznym ekoweganinem uważającym że ludzkość powinna dobrowolnie wymrzeć bezpotomnie, niech wymiera, jego wybór. Jeśli jest katolickim publicystą pragnącym szóstki dzieci, też jego wybór, z tą dodatkową klauzulą, że ktoś mu uświadomi, że owa szóstka dzieci będzie szóstką niezależnych, autonomicznych jednostek ludzkich, za które on przez jakiś czas będzie odpowiedzialny, ale pod żadnym pozorem nie będą one jego własnością.

    Mimo wszystko jednak uważam, że państwo powinno w jakiśtam sposób wspierać RODZINĘ. Oczywiście pod pewnymi warunkami (np. rodzina pozwoli by państwo wtrąciło się w jej święte i nienaruszalne interesy, jeśli przypadkiem rzeczona rodzina jest patologiczna i dajmy na to traktuje dzieci czy ogólnie słabsze fizycznie części rodziny jako worki treningowe czy miejsca gdzie można za przeproszeniem wsadzić ów interes) i wspierać, a nie zajmować się. Przy czym rodzina powinna być tworem w miarę możliwości płynnym, w końcu czy dwoje ludzi w wieku produkcyjnym, zajmujące się starą matką chorą na Alzheimera nie ponosi podobnych kosztów jak małżeństwo zajmujące się dzieckiem? (śmiem twierdzić że nawet wyższe) Czy nie należy im się jakieś wsparcie, choćby pod postacią ulg? A co jeśli owo dwoje ludzi to rodzeństwo? A co jeśli staruszka jest nie matką, ale stryjeczną ciotką na którą cała reszta krewnych się wypięła? A co jeśli się nie wypięli, tylko w demokratycznej rodzinnej naradzie zdecydowano, że ciotką zajmie się owo rodzeństwo?

    • Ray Grant

      Jasne jasne, ale ja jednak się nie wychowałem wyłącznie na Heinleinie, kanon lektur mam odpracowany (co więcej, byłem jednym z dwojga uczniów klasy mat-fiz-inf, którzy rzeczywiście te lektury czytali), a JEDNAK!!1!

      Zdaję sobie sprawę z tego, że małżeństwo kobiety i mężczyzny płci dowolnej to silny mem, dlatego też zupełnie mi nie przeszkadza pozostawienie go w gestii kościołów dowolnych wyznań, w tym wyznania humanistycznego. Przeszkadza mi za to wspomniana prawna ochrona z wpisem do Konstytucji, bo to jest właśnie dyktowanie przez rząd, w jakie związki obywatel wchodzić powinien, a w jakie nie powinien.

      Wspieranie rodziny mi się podoba, ale pytanie brzmi, co to jest rodzina. Mamusia, tatuś, synek i córka? Mamusia, ciocia, synek mamusi i córka cioci? Mamusia i trzech synów? (To przypadek mojej rodziny.) Stara matka chora na Alzheimera i dwoje młodych ludzi? Wcale nie jest tak łatwo zdefiniować, co to jest rodzina i które przypadki rodziny państwo powinno wspierać, a których nie. Osobiście byłbym za tym, żeby nie wyróżniać żadnych, a w przypadku patologii państwo powinno wtrącać się jak najbardziej niezależnie od tego, czy w rodzinie występują święte więzy małżeńskie, czy nie. Matkę chorą na Alzheimera dwoje młodych też może wykorzystywać, finansowo chociażby, odmawiać jedzenia i trzymać w piwnicy — lub też poświęcać się dla niej, spędzać z nią czas i maksymalnie uprzyjemniać ostatnie lata życia. To, czy hipotetyczni młodzi wzięli ślub interesuje mnie w tym przypadku najmniej.

  • a-be

    „a w przypadku patologii państwo powinno wtrącać się jak najbardziej niezależnie od tego, czy w rodzinie występują święte więzy małżeńskie, czy nie”

    Weź pod uwagę, że dla różnych panów posłów dwie kobiety/dwóch mężczyzn w związku (formalnym, nieformalnym, wszystko jedno) to też jest patologia. Kto wie, czy nie straszniejsza niż przemoc kochającego męża wobec żony. Bo baba swe miejsce musi znać, a mężczyzna jest silny i tak ma, i to normalne. A dwie kobiety razem już nie. Patologia.

    • Ray Grant

      Ale ja piszę rzecz jasna o sytuacji wyzbytej rasizmu, seksizmu, homofobii, antysemityzmu etc., wiem, że dla niektórych córka biorąca ślub z Hindusem to też patologia 😛

  • Jiima Arunsone

    @Ray

    Toteż właśnie mówię, że nie powinno się różnicować, generalnie każda grupa osobnicza pragnąca wyświadczyć państwu przysługę i zaopiekować się osobą niezdolną do samodzielnego działania, zamiast podrzucić ją państwu pod opiekę, powinna mieć fory. Czyli – wychować dzieci (niekoniecznie swoje w sensie biologicznym), zaopiekować się na full wypas osobą wymagającą takiej opieki czy cóś. Dodałobym, że w wypadku gdy osoby chętne nie mają nic wspólnego z osobą(ami) podopieczną(ymi) państwo powinno nawet dawać bonusy takim osobom, tak jak daje tzw. rodzinom zastępczym.
    A i owszem, przyglądać się takim grupom należy, oczywiście, jak mają przywileje to i pewne niedogodności w zamian – np. konieczność pewnej formalizacji i być może nawet procedur zniechęcających do udania się każdy w swoją stronę, gdy po pierwszym tygodniu odkryją że chora na SR ciocia niestety, kolokwialnie mówiąc sra pod siebie i ktoś musi się tym zająć. O wyłapywaniu patologii, typu trzymanie „rentodajnej” babci czy pasierba w piwnicy o chlebie i wodzie (Polak potrafi i podejrzewam, że niestety nie tylko Polak) nie wspominam, bo to rozumie się samoprzezsię.

    I awarotno, nie wiem czemu „rodzina” będąca po prostu grupą będących ze sobą zdrowych i sprawnych osobników ma mieć jakiekolwiek fory od państwa.

    Oczywiście za „fory” nie uważam prawa do dziedziczenia, opieki w wypadku choroby, prawa do informacji itepe. To powinno być ustalalne w dowolnym momencie bez zbędnych formalności, jak życzę sobie by moja kumpela z pracy mogła odwiedzać mnie w szpitalu i dowiadywać się co mi jest, a po moim zgonie ma dostać wszystko, a mąż który tylko dlatego się nie rozwiódł bo nie stać mnie na to, to naprawde niczyj frigging business czemu tak sobie życzę. Mój majątek, moje dane wrażliwe, mogę decydować kto je dostanie. Dziecko w zasadzie też – w końcu nikomu go nie „daję”, dziecko jest jedynym i niezmiennym właścicielem siebie samego, a jeśli ja sobie życzę by zajęła się nim rzeczona koleżanka, a ona (frajerka) się na to godzi, to naprawdę niczyj frigging business. (pomijam fakt że dziecko ma dwoje rodziców, więc sprawa jest nieco bardziej złożona, załóżmy że jestem samotną matką z tych 30%).

    Oczywiście, jak a-be raczyło zauważyć, tego typu podejście to patologia z punktu widzenia zdrowej tkanki społecznej, więc raczej nie przejdzie. Zasady społeczne nie kierują się logiką, abstrakcją itepe…
    Szkoda.

  • Zajączek

    trochę inaczej rozumiałem post Raya i po nie których komentarzach całkowicie zwątpiłem w siebie i swoją zdolność rozumowania. Wydawało mi się, że w tym poście Reyowi najbardziej chodziło o to, że straszenie ludzi związkami partnerskim par heteroseksualnych lub pary homoseksualnej jako zagrożenie dla małżeństwa jego trwałości i takie tam podobne dyrdymały jest tak samo prawdziwe jak straszenie na początku XX wieku ruchem sufrażystek. Największym zagrożeniem dla związku małżeńskiego dwóch osób nie ważnej jakiej płci są te dwie osoby będące w tym związku, a także ich rodzice zwłaszcza kiedy muszą mieszkać z którejś ze stron rodzicami i ewentualnie serdecznie życzliwi donosiciele co to nie do końca wiedzą ale uprzejmie doniosą drugiej stronie.
    Tak samo jak kwestia urodzenia dziecka, nie chce licytować ale to kobieta ponosi większe ryzyko, że związku z posiadaniem dziecka może pogorszyć się jej sytuacja materialna.
    Ostatnie zdanie zabrzmi ono bardzo piekielnie dla wielu. Zlikwidowałbym prawo do wspólnego rozliczania się małżonków i/lub partnerów jeżeli nie posiadają oni dzieci. Niestety przyznaje się, ale bez szemrania pozwoliłbym na adopcje dzieci przez pary homoseksualne tylko, żeby zlikwidować instytucje domów dziecka, pozostawiłbym tylko pogotowie opiekuńcze, w którym dziecko nie mogłoby przebywać dłużej niż 7 dni kalendarzowych.

    • Ray Grant

      Ja też bym zlikwidował prawo do wspólnego rozliczania się i przyznał zwolnienie podatkowe osobie lub osobom wychowującym dziecko, na każde dziecko suma do podziału między osoby wychowujące. Płeć osób, powiązanie z dzieckiem (babcia, ojczym, etc.) mnie nie ciekawi. W taki sposób postrzegam wspomaganie polityki prorodzinnej, a nie — becikowe, a potem brak miejsc w przedszkolach.