Trochę sam

Co roku nadchodzi ten okropny okres, który można wyłącznie przetrwać. Bo co innego zrobić? I tak nadejdzie. Wszyscy (tak to wygląda, jeśli człowiek się nie przyjrzy) będą rzygać na mnie życzeniami, pakować prezenty (tylko teraz batonik w cenie 99,99 zł, promocja), ubierać choinki i spędzać czas w miłej, rodzinnej atmosferze pełnej ciepła i miłości.

A nie, to Borejkowie.

Jednak tęskniłem.

Przeczytałem ostatnio na gazecie jakiś tekst. Nie zapamiętałem dokładnie, bo już mam c-PTSD i mi wystarczy, ale był o ateistach obchodzących aktualne święta. Jedna mama tłumaczyła synkowi, że co prawda my w to nie wierzymy, ale inni wierzą, że Jezus się narodził i to jest piękne. Może to jest dobry sposób na wytłumaczenie – nie posiadam dzieci do sprawdzenia. Bardzo mało znam osób, które rzeczywiście kochają Jezusa na tyle, żeby pamiętać, co robił i mówił. Dla mnie święta były zawsze tłumem, harmidrem, karpiem, pierogami, barszczem z uszkami (!!!), przede wszystkim Babcią. Babcia od lat nie żyje. Czego właściwie się spodziewam w roku 2017?

Pisałem sto razy o tym, że święta rodzinne skończyły się po edycji, na którą przyprowadziłem Szacownego Eks-Małżonka. Po spędzeniu dwunastu lat na przemyśliwaniu tematu doszedłem w końcu do wniosku, że sytuacja wcale nie jest tak czarno-biała, jak bym chciał i wcale nie wychodzę na cierpiącego bohatera, ofiarę Złej Ciotki. To prawda – kiedy dokonywałem coming outu „na sucho”, bez drugiej osoby u boku, zaoferowałem odpowiedzi na pytania – żadne nie padły. Różnica między teorią, a praktyką. Zapewniono mnie, że najważniejsze jest moje szczęście. Kiedy przyprowadziłem Eks-Małżonka na wigilię również było bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że wreszcie nikt nie pytał mnie o dziewczynę i dzieci. (CZEMU. Czemu ludzie to robią. Nie pamiętają już, jak się czuli, kiedy ich rodzice i dziadko-babcio-wujkowie pytali o to samo?) I to były ostatnie rodzinne święta, w ogóle ostatnie rodzinne spotkanie, pomijając pogrzeby i wesela, a potem tylko śluby.

To prawda – nie dano mi wyboru. Mam na urodziny Babci przyjść sam, rzekła ciotka zimnym tonem. Odparłem, że albo przychodzę z Szacownym, albo wcale. Poszliśmy na noże, przez telefon, w ciągu piętnastu sekund. Te sekundy zdecydowały o kolejnych dwunastu latach kształtu mojej rodziny. O tym, że ciotka nie przeprasza i nie przyznaje się do winy wiedziałem zawsze, wiem nadal. Rodzina funkcjonuje zgodnie z zasadą „nie pytaj, nie mów”, wiem o tym doskonale. Dopiero terapeuta na przykład zwrócił mi uwagę na to, że Dziadek i Babcia NIGDY nie wypowiedzieli do mnie ani jednej litery na temat wojny. Nie umiałem postępować w zgodzie z normami społecznymi, były i pozostają dla mnie obce, uczę się ich tak, jak mój kolega z autyzmem. Jemu idzie lepiej. Teraz postanowiłem, że i tak mi się nie uda, więc nie ma powodu próbować. Ale to dygresja.

Nigdy w ciągu tych trzynastu lat nie usiadłem z ciotką, żeby z nią zwyczajnie porozmawiać. Przynajmniej spróbować. Wiedziałem, że ona nie spróbuje, ale mogłem się taplać w wygodnym bagienku bycia ofiarą Złej Ciotki. Może mogłem zmienić całokształt spraw, ale teraz już nie mogę. Babcia nie żyje. Rodzina po jej śmierci się rozsypała; każda „pod-rodzina” spędza święta osobno. Ciotce przydarzyła się wigilia kompletnie samotna, mniejsza o to, czemu. Mi nie. Moja samotność jest uprzywilejowana; nie zawiera w sobie picia taniej wódki na ławce w parku, nadziei na to, że jedna z tych rodzin, które stawiają dodatkowy talerz pozwoli mi z niego coś zjeść. Moja samotność nie ma w sobie rodziny biologicznej; ma jednak męża, przyjaciół, Mamę i Braci (jeśli tylko zechcę). Uszka kupiłem w polskim sklepie, barszcz tak samo (Mama też kupuje), reszty potraw jakoś specjalnie nie lubię. Rybę po grecku lubię, zdaje się, że nie jest tradycyjna, ale Mama robi, bo ją lubimy. Odjechaliśmy od katolickiej tradycji i nie widzimy powodu, żeby wracać. Ja odjechałem po prostu o tysiąc kilometrów dalej. Ale chciałem (i taplałem się w błocku), żeby wróciły „rodzinne święta”, jakie pamiętałem sprzed dwunastu (i więcej) lat. Mimo, że w rzeczywistości nie istnieją od lat. Zdawałoby się, że takie myśli mają ośmiolatki, ale okazuje się, że nawet po trzydziestce można nosić w sobie wewnętrzne dziecko – i to dziecko może być z gatunku „chcęęęęęęęęę transformersa” podczas wizyty w spożywczaku.

*

Obudziłem się dziś rano ze snu, w którym Taylor Swift była moją ciotką. (Czy tylko mnie przeraża Taylor Swift? Dla mnie wygląda jak osoba przygotowująca się do morderstwa.) Sen był dosyć paskudny. Ale dzięki niemu poczułem, że wystarczy tego bajorka bycia ofiarą. Mogłem przez dwanaście lat dużo zdziałać – być może. A być może nie. Te lata minęły i nie wrócą. Aktualnie mamy rok 2017, Babcia nie żyje, instytucja rodzinnych świąt jakie pamiętam też nie. Brat ma bliźniaki i żonę. Rolę matriarchini rodzinnej zajęła moja Mama. To, czym zajmują się pozostali przy życiu wujkowie, ciotki, kuzyni i kuzynki nie musi mnie interesować. Nie muszę się tego wszystkiego trzymać. Po obudzeniu się miałem ten rodzaj depresji, który zatrzymuje człowieka w łóżku na resztę dnia. Po godzinie rozmyślania wstałem i przygotowałem śniadanie. Mamy dzisiaj do zrobienia dużo rzeczy, bo 28 grudnia o zdecydowanie zbyt wczesnej godzinie przylatuje moja siostra-bliźniaczka, która mieszka w Stanach, ma o wiele mniej lat ode mnie i o ile nam wiadomo nie ma między nami żadnych więzów biologicznych.

Yule uczciliśmy, jak należy. Dzisiaj będzie dzień jak każdy inny; wieczorem zadzwonię do Mamy i złożę życzenia. Ja świąt nie obchodzę i raczej nigdy już nie będę – powiedziałem jej, gdy ostatnio narzekała, żeby przywykła do myśli, że ja już nigdy nie przylecę na wigilię. Ale ona obchodzi. Jest ateistką, jak cała rodzina. Choinka (plastikowa) będzie ubrana – dla bliźniaków. Pod nią będą prezenty – dla bliźniaków. W dzieciństwie zdawało mi się, że święta są dla dorosłych; teraz zdaje mi się, że są dla dzieci. Tak naprawdę mamy generalnie te wszystkie niezliczone karpie, pierogi i tym podobne kapusty w dupie. (Nie mówię o wszystkich, mówię o moich bliskich – tak, jak ich postrzegam.) Ale jest coś uspokajającego w rytuale, nawet cudzym – skradzionym, jak większość chrześcijaństwa, poganom. Choinki u nas nie będzie, bombek też nie, prezenty dajemy sobie bez okazji, a nie wtedy, kiedy nakazują nam sklepy. Ale barszcz z uszkami będzie, bo lubię. Pierogi będą, bo lubię. A oprócz tego zawiesimy wreszcie zasłony, naprawimy prysznic na górze i spróbuję nieco dosprzątać na przyjazd siostry.

Użalanie się nad sobą jest bardzo przyjemne, bo zdejmuje z nas całą odpowiedzialność. To nie moja wina, to wina ciotki, Kaczyńskiego, pijanego wujka, Babci, bo umarła. Ale nie muszę wcale przychodzić na rodzinną wigilię, czego dowodzę za pomocą nieprzychodzenia. Nie muszę spędzać dzisiejszego dnia w depresji wygenerowanej przez własne niemożliwe do spełnienia pragnienia. Nie muszę ubierać choinek, otrzymywać i wręczać nietrafionych prezentów. Depresja może przyjść i tak, bo mój mózg nie potrzebuje triggerów. Ale moja rodzina nie rozpadła się przez to, że nie przyszedłem na wigilię. Rozpadła się przez brak komunikacji między osobą, która nigdy nie przyzna się do winy i osobą, która taplała się w bajorku bycia niewinną ofiarą. Jestem od ciotki o wiele inteligentniejszy – to fakt, nie wywyższanie się. Powinno mi to wszystko przyjść do głowy o wiele wcześniej, ale nie przyszło. Na początku tego bloga można znaleźć opowieść o tym, jak postanowiłem po świętach usunąć się z padołu. Trochę mi szkoda samego siebie, trochę wstyd. Bo pozwoliłem osobie po tylu latach właściwie obcej – ciotce – wpływać na moje uczucia, przy czym nie sądzę, żeby ona w ogóle wiedziała, że na nie wpływa i nie wierzę, że jej na tym zależało.

Wiem o niej o wiele więcej, niż jej się zapewne wydaje. Ona wie o mnie o wiele mniej, niż jej się zapewne wydaje. W mojej części Amsterdamu choinki i światełka nie występują. Nie posiadam żadnych świątecznych obowiązków i nie muszę rozważać smętnie, dlaczego ich nie posiadam i jak bardzo bym NIE chciał ich posiadać, ale przecież powinienem i mi je odebrano. Pozwoliłem na to, żeby cudze święta – Polska to stan umysłu, naprawdę – zepsuły mi kilkanaście grudni z rzędu. Wystarczy. Mam czterdzieści lat i zero czasu na dołowanie się głupotami.

*

Zupełnie bez ironii pozdrawiam serdecznie Królową Matkę, która do nadchodzących dni ma zupełnie inne podejście. Nie zazdroszczę, nie krzywię się, nie potępiam, nie zachwalam (Królowa Matka też nie). Jest mi przyjemnie, gdy czytam, uśmiecham się. Rok temu czułbym gorycz, nie doczytał do końca, zadręczał się tym, jak bardzo nikt i nigdy i wszyscy i zawsze. Na tegoroczne Yule wręczam sobie prezent: wolność. Zła Ciotka ma na moje życie taki sam wpływ, jak „koledzy”, który dręczyli mnie w szkole podstawowej; żaden. Ot, istnieje sobie gdzieś daleko. Pewnie spotkam ją jeszcze na jakimś pogrzebie, pewnie nie na jednym. Może na jej własnym. Nie zapomniałem, ale wybaczyłem. Wybaczenie nie jest dla niej – ciotka w ogóle nie wie, że jej coś wybaczyłem, a wiedząc, jaką jest osobą jestem przekonany, że nie zdaje sobie sprawy, że w ogóle sprawiła mi ból. Wybaczenie jest dla mnie, po to, żeby nie nosić w sobie tej biednej, zadręczonej ofiary. Nie da się go ładnie opakować, ale liczy się wnętrze. Moje jest w tej chwili całkiem spokojne.

PS. Jos robi ciasto cytrynowe. Nie jest tradycyjne w żadnym znanym mi kraju, ale jest pyszne.

PS2. Wesołych świąt! Zupełnie na poważnie. Nie wymuszonych, smutnych, pełnych goryczy. Takich, jakie byście chcieli mieć. Tradycja to piękne imię dla dziewczynki, ale osobiście wolę Zoë – brzmi jak magia.

PS3. Jeśli bardzo chcielibyście wręczyć mi prezent, zachęcam albo do skorzystania z guziczka „Kupisz mi książkę?” po lewej. W najbliższych dniach opublikuję listę książek, na które do tej pory wykorzystałem „wpływy”. Innym prezentem, jaki możecie mi wręczyć jest obietnica, że wpłacicie coś Wielkiej Orkiestrze, kiedy nadejdzie odpowiedni termin, bo mnie wtedy nie będzie nigdzie w pobliżu. Przypominam jednak, że prezenty – przynajmniej dla mnie – są opcjonalne. Róbta, co chceta. 🙂

Rysunek: Cyanide & Happiness


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



  • ik ben een kikker

    Komentarz do notki,
    poprzedniej, miał brzmieć: „W tym roku nie było notki świątecznej, ale pamiętam
    poprzednią, więc życzę przetrwania świąt”. Ale właśnie gdy studiowałam
    zeszłoroczną notkę, wrzuciłeś niniejszą, więc może mogę napisać
    więcej.

    – Święta są okropne! –
    wykrzykiwałam w pracy i w mieszkaniu, zmęczona i ogłupiała po zakupach w tłumie
    i hałasie tyleż obrzydliwego, co wszechobecnego „Jingle bells”. – Nie mam na
    nie czasu, zarobiona jestem.

    I są powody, żeby się obawiać
    świąt czy też spotkań z matką, która nie zaakceptowała mojego rozwodu z mężem i
    wyprowadzki do ukochanej, raczej dlatego, że krzywdzę męża, odchodząc do innej
    kobiety, niż z pobudek homofobicznych. Ale w minionym roku, wyłącznie dzięki
    staraniom jednego kolegi, który zorganizował wyprawę na grzyby wszystkich
    zainteresowanych, nastąpiła normalizacja stosunków.

    Na wigilię idziemy obie razem.
    Ponadto matka ma w tym roku zajawkę, żeby zaprosić kogoś samotnego na pusty
    talerz, tylko że nie tak łatwo znaleźć kogoś samotnego, bo wszyscy potencjalni
    samotni nie są tacy samotni na jakich wyglądają i każdy gdzieś na święta idzie
    lub ktoś do niego przychodzi. – Zaprośmy Berengara – zaproponowałam, mówiąc o
    koledze z pracy, który przyjechał niedawno i z daleka. – Dobrze – mówi matka. Już
    nieraz przychodzili do nas na jedne czy drugie święta ludzie spoza rodziny, ale
    wigilii dwujęzycznej jeszcze nie było.

    Tak więc święta zapowiadają się ciekawie. Mamy samotnego na miarę naszych
    możliwości; będziemy mu opowiadać, jak to „skarpetki
    is a typical Polish Christmas gift”. A jak siedziałam wczoraj z ukochaną, wijąc
    ogniste pompony do zamówionej w prezencie łyżki do butów, to stwierdziłam, że
    może te święta nie są takie straszne, a w każdym razie są mniej straszne, jak
    się dzierga pompony niż jak się przeciska przez tłum w sklepie.

    Pozdrowienia dla Josa i czy
    możemy go prosić o przepis na ciasto cytrynowe?

    • Ray Grant

      „skarpetki is a typical Polish Christmas gift” #stoserc
      O przepis poproszę, jak sprawdzę wielokrotnie, czy wyszło smaczne 😉

      Czy wiesz, że udało mi się przetrwać cały grudzień i ani razu nie usłyszałem „Last Christmas”???

      • Amai

        Mi się prawie udało. Nawet się w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać, jak to możliwe i czy przypadkiem nie jest tak, że po prostu nie zauważyłam. A potem, kiedy wracałam dzisiaj z pracy, stanął obok mnie na przystanku koleś, który zaczął sobie podśpiewywać i najwyraźniej akurat „Last Christmas” mu wpadło w ucho. Czyli jednak zaliczone.

    • Ray Grant

      PRZEPIS

      Jest na dwa ciasta, bo umówmy się, że robienie jednego to marnowanie czasu. Drugie polecam pokroić, poprzekładać kawałki papierem do pieczenia i zamrozić w plastiku w takiej formie. W razie potrzeby wyciągamy dwa kawałki, 30 sekund w mikrofali, smakują doskonale.

      425 gram cukru
      200 gram masła
      4 jajka
      2 duże cytryny
      425 gram mąki
      2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
      szczypta soli do smaku
      250 ml mleka
      100 gram cukru do polewy cytrynowej (można mniej, można więcej)

      Zeskrobać skórkę z cytryn, najlepiej za pomocą drobnej tarki, ale jeśli ktoś woli, można pokroić. Wycisnąć sok. Mieszać cukier z masłem do chwili, gdy zamienią się w krem. Dodać skórkę cytrynową i jajka PO JEDNYM. Wymieszać mąkę, sól i proszek do pieczenia i przesiać, po czym domieszać wraz z mlekiem do miksu cukrowo-maślanego, ale po trochu. Formy do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia, rozdzielić ciasto. Czas pieczenia: godzina w piecu rozgrzanym wcześniej do 160 stopni. Po zakończeniu zrobić dziurki w cieście wykałaczką i polać całość syropem z soku cytrynowego i cukru (tych stu gram na końcu). Zostawić w formach do schłodzenia.

      Uprzedzę jeszcze, że to ciasto jakoś nadzwyczajnie nie rośnie, ale to w niczym nie przeszkadza.

      • ik ben een kikker

        Dziękuję Wam obu za przepis. Ciasto zrobione i zjedzone, i
        było dobre. Pozdrów Josa. Czy nadal uczy się polskiego? Jak mu idzie i czy
        czyta już Twój blog?

        • Ray Grant

          Zagląda na bloga 🙂 uczy się nadal. Współczuję mu również nadal. Cieszę się, że ciasto smakowało, my musimy trochę przyhamować, generalnie kiedy już się zgodzimy, że czas zrobić przerwę w spożywaniu ciasta Jos odkrywa przepis na keks i zgadnij, co potem…

  • Kajetan Augustowski

    Ja przykładowo nienawidzę świąt i zawsze zaczynam drżeć od egzystencjalnego lęku gdzieś w okolicach listopada… choć jest to zupełnie niezwiązane z samą tradycją. Ona jest ok. Uważam, że tak bardzo ok jak ją obchodzący. To, że większość standardowych wyborów (rodzina) do spędzenia Wigilii / święta Mitry, /Jule /itd. mam kiepskich, to tylko kwestia naszych stosunków, inni ludzie sobie chwalą. Jednakże… co rok Coś Się Dzieje. Jakaś autentyczna tragedia. Wypadek. Zdarzenie losowe lub kulminacja przewidywanego. Wszystkie z najwyższej półki i zazwyczaj rok od Świąt do Świąt nie wystarcza by to rozwiązać lub się z tym ułożyć. W tym roku tradycji również stało się zadość. Ale ponieważ jestem do tego przyzwyczajony, było trochę lepiej niż się spodziewałem.

    • Ray Grant

      Ojej. Bardzo mi przykro 🙁

  • lis p.

    To chyba jedyne święta, których autentycznie nienawidzę. Za zakłamaną otoczkę popkulturowego chrześcijaństwa. Okna dla Jezusa umyć trzeba. Mniejsza z tym, o czym mówił. Sałatkę trzeba zrobić, bo na tym polega religia. Nie trawię tej postawy. Sama jestem ateistką z rodziny ateistycznej, w której była choinka. Mówili, że dla dziecka, ale tak naprawdę dla nich. Bo bali się uwolnić od tego, co było zawsze. Ty widzisz w odtwarzaniu tego rytuału coś uspokajającego – ja upokarzającego. Więc nie chodzę na żadne wigilie, nie rżnę drzew, okna umyję jak będzie cieplej. Szanując wolność wyboru każdego człowieka do świętowania tego, co mu się podoba i jak mu się podoba, zaszywam się w ciemny kąt i czekam, aż się skończy.

    • Ray Grant

      Ale to się kompletnie nie zrozumieliśmy. Bo ja tego rytuału w ogóle nie odtwarzam i właśnie to mnie uspokaja. Jako dziecko nie wiedziałem, co to w ogóle jest, potem było tak naprawdę spotkanie rodzinne z dobrym żarciem i prezentami, potem prezenty zaczęły mi nieco zwisać, potem rodzina się rozsypała i została gorycz. Wczoraj w ramach świąt umyliśmy podłogi, wysprzątałem swój mancave, zrobiłem sałatkę z kurczaka, Jos popracował w domu, potem poszedł do pracy „prawdziwej”, a ja skończyłem i wrzuciłem online swój album, gdzie czytam poezję z podkładem ambientowym.

      Podoba mi się myśl o rytuale. Moim. Z Yule też tak naprawdę mało odtwarzam, bo rozpalam ogień i myślę o tym, że przetrwałem te mroki. Cieszę się, że nie chodzisz, życzę, żeby skończyło się jak najprędzej i z jak najmniejszymi szkodami dla Ciebie. :-*

      • lis p.

        Wiem, że Ty niczego nie odtwarzasz. Bardzo mi się podoba Twój rytuał Yule – bo jest Twój, bo jest prawdziwy, bo sprawia Ci przyjemność. Otacza mnie jednak zupełnie co innego. To, co jest wokół mnie, sprawia, że chcę się chować i uciekać. Dziś napisałam notkę, że czuję się jak Voldemort w święta i już kilka osób mi napisało, że mnie rozumieją, że mają, podobnie jak Ty, swoje rytuały, albo ich brak. Że ktoś z tego powodu próbował/próbuje robić im wyrzuty. Zrobiło mi się raźniej. Co nie zmienia faktu, że tzw większość mnie przytłacza.

  • OnceUpon ARawr

    My w tym roku obchodziliśmy wigilię domową, w domu, we dwójkę + dwa psy (spały), bez opłatka. Nie było może brudno, ale w tygodniu wigilijnym nawet nie odkurzaliśmy, wcześniej po południu poszliśmy z pieskami na wybieg. Z dumą uświadomiłam sobie, że przy robieniu jej, żebyśmy my mogli się nażreć, nie zginęło żadne zwierzę. Ofc dzień później odbyłam tradycyjne już rozmowy „tak, ryba to też zwierzę, czuje, żyje, a potem się je zabija, nie, roślina nie ma receptorów bólowych ani świadomości”, ale zupełnie się nimi nie przejmuję, rozmawiamy dla sportu, treść mam gdzieś i taki układ mi pasuje. W wigilię jedliśmy lody (były ekstra, o smaku pierniczków, szarlotki i ciastek korzennych!), jedliśmy jakiś milion pierników, odgrzaną pizzę (mniam), no ogólnie było super. Potem zagraliśmy w grę planszową i obejrzeliśmy Love Actually, które actually miejscami jest denerwujące, ale na to też nie zwracam uwagi, bo nie trzeba. Nawet ateistycznie kolędy pod nosem pośpiewałam, bo mi się kojarzą z dzieciństwem i takim puchatym czasem. Uwielbiam Święta. Uwielbiam szukać prezentów i przynosić do domu coraz to nowe ozdoby, kocham światełka, kocham pakować prezenty i cieszę się autentycznie, kiedy inni je otwierają. Raz zrobiło mi się przykro – kiedy leżała u mnie dosłownie góra prezentów i uświadomiłam sobie, że ja już od nikogo nic nie dostanę. Niby wiedziałam, że nikt mi nic nie jest winien, że nie po to są, but still. Ale jest to mała cena jak za tyle radości TAK OGÓLNIE. Cały miesiąc dziwiłam się, kiedy ludzie pisali, że nienawidzą Świąt, no bo… kurczę, nikt im nie każe ani sprzątać, ani gotować jak głupi, ani kupować jak głupi, no ogólnie mam wrażenie, że na świecie jest strasznie dużo przymusu, a bardzo mało Świąt w tym okresie. A, no i jako ateistka, też obchodzę – to dla mnie Święta hygge, bliskości, ciepła, miłości, all things nice and slow. Fajnie jest, jak się robi po swojemu. I fajnie, że jak nie lubisz, to nie obchodzisz, zamiast wypisywać na fejsbuku, jak strasznie ich nie znosisz i obchodzisz nadal.

    • Ray Grant

      Przyznam, że przez parę lat nie znosiłem i obchodziłem, bo Trzeba, bo Mama, bo coś tam. Ze wszystkich złych powodów. Niestety, człowiek nie zostaje #woke tak szybko, jak by chciał 😉 Najtrudniej było mi chyba zmusić brata, żeby przestał nam kupować prezenty. Ale też przyjął do wiadomości, kiedy wytłumaczyłem, dlaczego.

      Pozdrawiam serdecznie i zazdroszczę lodów, nie znam takich!

      A Love, Actually jest kinda creepy, ale i tak nadal lubię i nic na to nie poradzę. Bill Nighy. <3

  • Jiima Arunsone

    O, mnie też się udało (bez Last Christmas, przeklinam cię brodaty wikingu, jak o tym wspomniałeś to teraz skacze mi po łbie).

    We wogóle to jako pogański pomiot teoretycznie powinnom mieć święta w pompce, ale raz, mam rodzinę i widzę, że oni chcą, więc jakoś tak przez współodczuwanie ja też chcę. Dzieci wiadomo, Najważniejsza Osoba za to oscyluje wokół heretyckiego chrześcijaństwa (tzn. określa się jako wierząca ale z jej podejściem chyba tylko jakaś bardzo nieortodoksyjna pierwszofalowa sekta protestancka by ją zaakceptowała) więc święta są ważne bo boże narodzenie, tradycja i ogólnie (mówię to bez ironii, po prostu nie chce mi się rozpisywać).

    No to mieliśmy święta i było fajnie, tradycja i ogólnie, to znaczy, choinki kupić nie zdążylim bo najpierw czasu nie było, a potem choinek w pożądanym wymiarze (coś małego w dużej donicy, żeby nie zemdlało jak wyjedziemy i koty się będą opiekować). W efekcie reanimowaliśmy starą sztuczną i jakoś dała radę, choć gubi igły jak prawdziwa. Lampek nie ma, bo Seiren uwielbia przegryzać kable i co jak co, nie chcieliśmy jako atrakcji wigilijnej mieć reanimacji kota. Kolacja była, w charakterze rodziny ściągnęliśmy Naimę co to zwykle wyjeżdża, ale tym razem utknęła w domu z przyczyn niezależnych, potraw było kilka i raczej nieortodoksyjnie (chyba że smażony mintaj i kapusta której w końcu nie zjedliśmy się liczą). I takich świąt proszę więcej (może bez życzenia Naimie kolejnej takiej przyczyny zostania w domu jak teraz).

    Potem mieliśmy objazd rodzinny, co było zdecydowanie mniej fajne, ale jakoś w tym roku uszło bez większych problemów. Ja bym się tam nie fatygowało, ale dzieci muszą obowiązkowo objechać krewnych i zebrać daninę…

    • Ray Grant

      Nie wiem, co się przydarzyło Naimie i sądząc po tym, co piszesz, życzę, żeby się nigdy więcej nie przydarzało. Ale chętnie bym z Wami spędził chwilkę w realu, nawet podczas świąt, tylko nie każcie mi kolęd śpiewać.

      Sztuczna choinka, która gubi igły jak prawdziwa to coś jakby the worst of both worlds 🙂

  • Anutek

    Tak siedzę, i siedzę, i myślę, co Ci tu napisać, bo oczywiście wszystko wydaje mi się głupie oraz nieistotne, oraz pretensjonalne, no trudno, pomyślałam, jak być pretensjonalną to na całego, co se (i Tobie) będę żałować, więc napiszę, ze Cię kocham i kochałam już wtedy, gdy byłam nieśmiałym dziewczątkiem (marzycielka, he, he, he, babą nieśmiałą byłam) i Cię czytywałam nie odważając się skomentować, a o tym, że mnie zalinkujesz u siebie to w ogóle nie śniłam, jak również, że będziemy znajomymi na FB, ciągle robi to na mnie TAKIE wrażenie.

    I ja i moja Banda też raczej Yule niż Boże Narodzenie, uwielbiam tę pogańskość w Gwiazdce oraz wkładam ją w głowy moim dzieciom, i nie umyłam okien dla Jezusa (ani dla nikogo, od lat mawiam, że kocham Gwiazdkę, bo świętuje się wieczorem, gdy nie widać, jak bardzo te okna są brudne), i mam podskórne wrażenie, że chociaż zupełnie innymi drogami to jednak doszliśmy do tego samego miejsca, czyli żyć trzeba po swojemu, obchodzić święta po swojemu, a jak się nienawidzi świąt, to nie obchodzić, i co nam pan zrobi. A wybaczać dla siebie, bo to daje wolność, a wolność jest super.

    Uściskałabym, ale nie mam odwagi, więc kłaniam się nóżką Tobie i Josowi, życzę na 2018, żebyś nigdy o tej wolności nie zapomniał, nigdy, a Orkiestrze wpłacam i tak, wiadomo, wszak Jurek Owsiak jest jednym z ojców mojego najstarszego dziecka, ale w Twoim imieniu też wpłacę.

    • Ray Grant

      Zaręczam, że jestem miłym człowiekiem i zachęcam do ściskania mnie (po uprzednim przedstawieniu się) 🙂 Nie nadaję się do czczenia i wielbienia, tzn. miło, że robi wrażenie, ale wolałbym, żeby nie robiło, jak by to nie brzmiało.

      W sumie nie zrobiliśmy niczego świątecznego, od tego czasu nadal nic, jutro idziemy na to ogromne ognisko i na tym polega nasz koniec roku. Odpowiada mi.

      Ściskam odważnie 🙂