Trudny jest ten świat

Artykuł dotyczy kobiecego alkoholizmu, ale zahacza i o męski.

Wizerunek współczesnej kobiety pijącej, wyłaniający się z badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Zdrowia, jest zgoła odmienny od powszechnych wyobrażeń. Coraz częściej jest to młoda kobieta, bardzo dobrze wykształcona i odnosząca sukcesy zawodowe. Z pozoru posiadają one wszystko, co warte jest posiadania. Jednak coś sprawia, że zaczynają pić. – Szef narzucał mi niewykonalne terminy i oczekiwał ode mnie cudów – wspomina Beata, która nie pije już od 4 lat. – Nie umiałam sobie z tym poradzić. Był kieliszek, żeby się uspokoić. Był kieliszek, żeby dodać sobie animuszu, aż w końcu był kieliszek, żeby normalnie funkcjonować. Wtedy zorientowałam się, że mam problem – dodaje.

Potrzeba bycia idealną w każdej dziedzinie życia towarzyszy dziś wielu kobietom. Wygórowane wymagania stawiają przed sobą nie tylko one same, ale również ich otoczenie. Jednak nie każda z nich jest w stanie poradzić sobie z tak ogromną presją. Tak jak Kinga, która stres związany z pracą odreagowywała w weekendy. Sama przyznaje, iż wtedy nie istniały dla niej żadne granice w piciu, a imprez zazwyczaj po prostu nie pamiętała.

Być wzorcową matką, przykładną żoną, przebojową bizneswoman, a ponadto znajdować czas na realizację co najmniej kilku pasji. Niemożność sprostania tak nieosiągalnemu wzorcowi może wywołać frustrację, a także depresję. Stąd już tylko krok do topienia smutków w alkoholu.

Rzecz jasna, problem nie dotyczy tylko matek, żon i bizneswomen. Jego podłożem nie jest szef, imprezy czy też matkowanie. Podłożem jest nasza wiara w to, że media pokazują nam prawdę.

Kilka tygodni temu Gwyneth Paltrow ogłosiła, że rozwodzi się z Chrisem Martinem. Rozwodzi? Ależ nie, „świadomie rozparowuje”. Obwieszczenie Goopy Paltrow zostało opublikowane wraz z załącznikami — artykułami psychologów, dowodzących, że świat zmienił się na tyle, że związków nie zawiera się już na całe życie. Podobnie, jak z pracą, zaszły tu zmiany — w relatywnie bardzo krótkim czasie przeszliśmy od „i nie opuszczę cię aż do śmierci” do „i nie opuszczę cię przez jakiś czas, dopóki mi się nie znudzisz, nie zbrzydniesz, nie zaczniesz puszczać przy mnie bąków lub nie zmienisz fryzury”. Dla naszych dziadków i babć lektura oświadczenia Gwyneth musi stanowić coś w rodzaju lektury „Wieści z Kosmosu”. Ale nie tylko dla nich — również dla tych par, które nie są tak pretensjonalne i zapatrzone w siebie, jak Goopy Paltrow i nie udało im się „świadomie rozparować”, tylko zwyczajnie tak długo się żarły, aż w końcu rozwód był już jedynym możliwym rozwiązaniem.

Polska, obyczajowo kilka dekad za zgniłym Zachodem, reaguje na tego typu pomysły tym, co zwykle — zamykaniem oczu, zatykaniem uszu i głośnym „lalalalalalala”. A jednak i tutaj — w kraju Ojca Świętego JP2 Wiecznie Żywego — wkradła się obyczajowa dekadencja, zwana rozwodem, lub co gorsza — tfu! — konkubinatem. W pierwszej połowie 2013 małżeństwo zawarło 64.1 tys. par, a rozwiodło się 35.9 tys. Jak to komentuje złośliwie pan Tomasz Grzyb z SWPS we Wrocławiu, „Polak jest przekonany, że w każdym wieku można być szczęśliwym. Jeśli przeszkadza temu małżeństwo, to trzeba je rozwiązać […] Rozwód zawsze jest porażką, choć oczywiście jest to czasem wybór mniejszego zła.” I tu dotykamy jednego z powodów, dla którego bardzo trudno jest żyć w XXI wieku: z jednej strony „żeby pił, żeby bił, byle był”, z drugiej zaś „rozwód zawsze jest porażką”. Już w tym momencie pojawia się sprzeczność, której nie da się rozwiązać kompromisem. Bo jak? Trochę się rozwieść? Trochę trwać?

Sposób, w jaki kobiety pokazywane są w prasie, telewizji i internecie jest często zwyczajnie podły. Paparazzi robiący zbliżenia na cellulit Britney Spears i zadartą spódnicę Katy Perry (albo i odwrotnie). Zdjęcia pojawiają się na okładkach kolorowych pism, sprzedających się w setkach tysięcy egzemplarzy, albo i lepiej. A jednak my, konsumenci tego „contentu”, nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jaką krzywdę robimy sobie oglądając te wesołe obrazki. Bo z jednej strony, owszem, miło jest wiedzieć, że bogate i rozpuszczone piosenkarki i aktorki też mają cellulit. Z drugiej jednak… jeśli Britney, celebrytka z milionami dolarów i prawdopodobnie trzema personalnymi masażystkami namaszczającymi jej uda wonnościami, nie ma szans na skórę wolną od cellulitu… to jaką szansę ma Joanna Kowalska z Pcimia? Co gorsza, społeczeństwo wydaje się już rozumieć, że kobiety są traktowane w sposób niesprawiedliwy, ale reaguje na to rozszerzeniem tego traktowania na mężczyzn, od których oczekuje się wyglądu modela z reklamy Gillette. Krystyna Janda narzeka, że mężczyzna spotkany w pociągu nie pomógł jej z walizką, gdyż — jak się tłumaczył — ma problemy z kręgosłupem. Chociaż wcześniej własną walizkę bez problemu wrzucił na półkę. Pani Krystynie nie przyszło do głowy zastanowić się, ile ważyła jej walizka, a ile walizka tego mężczyzny. A może była pusta?

Jak można reagować na ciągłą presję mediów? Na magazyny kobiece, w których sąsiadują ze sobą przepisy na tort i reklamy preparatów odchudzających? Na sklepy Abercrombie & Fitch czy Hollister, gdzie pewnych rozmiarów się nie sprzedaje? Anorektyczne motylki, deklarujące, że chcą się wychudzić na śmierć, nie wzięły się z kosmosu, tylko z oglądania od najwcześniejszych lat reklam i filmów, w których kobieta o figurze zbliżonej do europejskiej średniej jest — w najlepszym razie — „modelką rozmiaru plus”, lub odgrywa rolę „brzydkiej grubaski”. Renee Zellweger nie dostała przecież nominacji do Oscara za arcydzieło kinematograficzne „Dziennik Bridget Jones” za to, że jest świetną aktorką, bo Zellweger ma mimikę krzesła, tylko za to, że odważnie utyła do roli. Tylko, że Zellweger wcale nie była jako Bridget niewiarygodnie tłusta. Osiągnęła rozmiar 14, czyli małe L. Po zakończeniu zdjęć błyskawicznie schudła z powrotem (co musiało swoją drogą być nadzwyczaj mało przyjemne).

Kilka tygodni temu samobójstwo popełniła L’Wren Scott, projektantka mody, dziewczyna Micka Jaggera, miłośniczka luksusu. Znajomy stylista, Philip Bloch, powiedział po jej śmierci: „Co za ironia — w ostatnim tygodniu powiedziałem trzem osobom ‚Chciałbym mieć jej życie, popatrz na jej życie — zawsze jest w jakimś fantastycznym, ekscytującym miejscu’. Myślisz, że oto osoba, która ma wszystko. Po prostu nigdy nie wiadomo.” Norah Lawlor, publicystka, wiedziała więcej: „Zbliżała się do pięćdziesiątki, jej firma nie radziła sobie, była przyjaciółką celebrytów, ale nie mogła udać się do nich po pomoc.” Ale tego nie zobaczylibyśmy na Instagramie Scott. Tam pojawiały się zdjęcia luksusu, Jaggera, torebek Louisa Vuittona. Tak, jak w teledyskach pojawia się szczupła, wysportowana Britney, którą potem jakimś dziwnym trafem fotograf przyłapuje w rozklapanych kapciach, dresie i bez makijażu i sprzedaje te „skandaliczne” zdjęcia za niezłe pieniądze. Czy motylki, albo Joanna Kowalska, wyciągają z tego jakieś wnioski? Jeśli jakieś, to „powinna bardziej się starać”.

Kobieta po pięćdziesiątce, z którą rozwiódł się mąż; która być może nigdy nie pracowała, bo wychowywała dzieci, podczas gdy pan mąż udawał się w delegację; która twarzy sobie nie naciągnie, a cellulitu nie usunie, bo nie ma za co jest w bardzo dużym stopniu ofiarą mediów. Dlatego, że media wmówiły mężowi, że ma prawo do szczęścia (długonogiego, dziewiętnastoletniego szczęścia o imieniu Vanessa). Dlatego, że jej wmówiły, że jej życie już się skończyło, bo jest stara, co jest grzechem w dzisiejszym świecie niewybaczalnym, a co gorsza niemożliwym do zmiany. Madonna, próbująca zatrzymać czas, wygląda jak czarownica z horroru. Tori Amos wygląda jak nieudana woskowa figura samej siebie. Mężczyznom jest o wiele łatwiej, zwłaszcza, jeśli nazywają się Clooney, ale i to się zmieni, gdy dzisiejsze motylki i Bieberki dorosną. A przecież wspominam tylko o wyglądzie, nie piszę o bezrobociu, braku pieniędzy, problemach zdrowotnych — rzeczach, którymi nie chwalimy się na Fejsbuniu.

Jest niewiele sposobów, żeby poradzić sobie z życiem w kapitalizmie AD 2014. Jednym z nich jest wyprowadzka do pustelni w środku puszczy. Drugim jest odważne ignorowanie mediów i marsz pod prąd, który to sposób wybieram ja, ale nie mam w sobie na tyle arogancji, żeby zasugerować, że jest odpowiedni dla wszystkich. Pominąwszy wszystko inne, to, że ja ignoruję narzucane konwencje, niestety nie powoduje, że poruszone moją odwagą społeczeństwo pada mi do stóp z radosnym kląskaniem i akceptuje mnie dokładnie takiego, jakim jestem. Trzecim jest alkohol, narkotyki, zasłanianie okien i zabijanie strachu i bólu — tu znowu cytat z Onetu: „Alkohol był sposobem na poradzenie sobie z samotnością, brakiem zrozumienia oraz presją otoczenia. Dzięki kolejnym drinkom zachowywała się tak, jak tego oczekiwano – była wesoła, wygadana i energiczna. Trzeźwa Teresa w żaden sposób nie potrafiła wpasować się w te standardy.” Bardzo wielu z nas nie potrafi wpasować się w te standardy, tyle, że w życiu się do tego nie przyznamy.

Piszę o tym wszystkim, bo sam długo zapijałem, przysypywałem śniegiem i przygniatałem tabletkami moje strachy, fobie i problemy. Ja też potrzebowałem dwóch-trzech piw, żeby w ogóle się do kogoś odezwać w barze. Od ponad roku ta opcja nie jest mi dostępna. Gdybym przyznał się na tym blogu do połowy rzeczy, które mnie przerażają, z którymi sobie nie radzę i które zwyczajnie mnie przerastają, zapewne doczekałbym się lawiny pochwał za niezwykłą odwagę cywilną i kilku zniesmaczonych uwag na temat ekshibicjonizmu. Wymienię kilka. Z szefem zwyczajnie sobie nie poradziłem i dlatego od 2012 już w starej firmie nie pracuję. Związek „aż do śmierci” — cóż — odpowiem na łożu śmierci (na razie jest dobrze, dziękować, druga rocznica minęła). Niczego sobie nie naciągam i nie depiluję, przez co dla dużej części sceny gejowskiej w Amsterdamie jestem nieco obrzydliwy, ale na szczęście ich akceptacja kompletnie nie jest mi do niczego potrzebna. Ale i ja patrzę w lustro i widzę grubasa; zaglądam na konto i widzę liczbę zaczynającą się od znaku minus; wyrywam siwe włosy i odnotowuję, że niegdyś jędrna skóra robi się, hm, nie wiem jaka, ale na pewno nie jędrna. Wstyd mi umówić się z grupą znajomych z dawnej pracy na kolację, bo nie mogę sobie pozwolić na wypad do knajpy, gdzie malutkie dania po 15 euro sztuka pozują na środku ogromnych talerzy. Radzę sobie z tym bez alkoholu i innych używek. Ale czy już zawsze będę sobie z tym radzić? Spytajcie mnie, gdy nadejdzie koniec świata.

  • Cóż, mam podobne problemy. Nie z wyglądem, gdyż należę do tej mitycznej grupy „żryj, co się nawinie i waż 45kg”, ponadto lata bycia brzydką dziewczyną z krzywymi zębami i mysimi, splątanymi włosami w polskim gimnazjum uodporniły mnie na opinie obcych ludzi. Ale za to mam mocny syndrom „mam 22 lata, nie mam studiów, nie znam żadnego pożytecznego języka, nie mam żadnych użytecznych skilli, nie wydałam książki, nie jestem sławną aktorką, nie mam domu, mam za to debet na koncie i absolutny brak sił do zmiany czegokolwiek z tej listy…

  • GosiaG

    Zacny tekst, jak zawsze. Moj sposob na wszechogarniajaca opresje o ktorej piszesz- miec w dupie. Nauczylam sie obojetnie przechodzic obok dresa krzyczacego „Jak sie kurwo ubralas” na widok moich kapeluszy lub/i kolorowych spodni. I teraz, nie muszac wiecej zmagac sie z dresiarzami, tak samo staram sie ignorowac wszelakie madrosci i prawdy, ze prawdziwa kobieta musi sie malowac, miec drogie ubrania i zawsze wygladac nienagannie. Na 100% mi sie nie udaje, ale daje rade chociaz na te 50, bez uzywek innych niz papierochy 😉
    A jak chcesz sie umowic na kolacje bez zbednego poczucia wstydu, to znam knajpe w Hadze, gdzie za 15 euro kupisz tyle, ze nie dasz rady dokonczyc 😉

  • Ella

    Bardzo dziękuję Ci za ten tekst.

  • i_am_keyser_soze

    Media? Żaden typek z okienka czy gazetki nie będzie mi wmawiał co mnie uszczęśliwi. Na świecie są dokładnie 3 osoby ze zdaniem których się liczę reszta niech spada gdzie wanilia kwitnie. A pić nie mogę, bo dziadek obdarował mnie jakimś genetycznym mykiem, który powoduje że po setce wódki czuję się jakbym miał zaraz zdechnąć (podejrzewam że prochy dałyby ten sam efekt, więc na wszelki wypadek unikam). Przeraża mnie masa rzeczy i to tak że mi się flaki wywracają na lewą stronę, w ogóle nie mam wrażenia żebym wpasowywał się w jakieś standardy, wręcz uważam że na tym polu ponoszę spektakularną porażkę. Trudno. Jak komuś to przeszkadza niech wpisze się do „Księgi skarg i zażaleń”. Btw. to co opisałeś kiedyś Andrzej Zimniak nazwał w książce „Klatka pełna aniołów” „czułym uściskiem kukiełek plemiennych”. Zawsze lubiłem to określenie. „Spadaj gdzie wanilia kwitnie” to też stamtąd LOL.

    • Ray Grant

      Czyli, Keyser, Ty jesteś ten jedyny 100%, tak? 🙂 Gosia ma 50%, ja mam, powiedzmy, 80% wdupiemaństwa. I tak nieźle, że skromnie powiem.

      • i_am_keyser_soze

        Lata praktyki. Ale osobiście dałbym sobie 90%, więc do statusu guru wdupiemaństwa jeszcze mi trochę brakuje. Niestety nie rodzimy się uodpornieni na ten cały burdel i musimy zapłacić frycowe. Mam blizny na dowód 😉

  • Ray, obejmuję z miłością bliźniego. Mam 30 lat. Nie mam: skończonych studiów, pracy, ciała składającego się wyłącznie z polakierowanej skóry i wiązki ścięgien pod spodem, sukcesów. Wielu rzeczy ponadto nie mam.
    Za to mam: cel w życiu. Przyjaciół. Poczucie humoru. Talent. Całkiem satysfakcjonujące sytuacje damsko-męskie bywają moim udziałem.
    Nie jest chyba aż tak źle.

  • Ech, jak to się człowiekowi zmienia 🙂 Gdy byłam szczupła, ale młoda i durna, jak kopczyk kartofli, cierpiałam męki, bo wszystkie dziewczyny naokoło piszczały, gdy przekroczyły 50kg wagi. Ja ważyłam tyle ostatnio w czwartej klasie podstawówki, potem urosłam do 65kg i tak się trzymałam do pierwszego roku studiów, dopóki nie postanowiłam się odchudzić, bo przecież normalna dziewczyna tyle nie waży. Od tamtej pory stale tyję…
    Tyle, że zmądrzałam, bo zaczęłam zadawać sobie pytania: dlaczego grube jest brzydkie? kto o tym decyduje? kto tak powiedział? dlaczego słowo „gruby” ma automatycznie pejoratywny wydźwięk? (Jestem gruba. It’s a fact. Natomiast koleżanki, gdy mówię, że cośtam gruba, cośtam, natychmiast odpowiadają: nie, ładna jesteś. Jakby jedno wykluczało drugie.)
    Po drodze trafiłam na kilka miejsc w internecie, na terapii nauczyłam się, hm, nie oceniać, co, wbrew pozorom, bardzo pomaga na własną samoocenę.
    Absolutnie nie jestem całkowicie wolna od krytycznego spojrzenia na siebie i bywa gorzej, ale dużo bardziej skupiam się na robieniu interesujących rzeczy (w piątek mamy koncert!), niż na piszczeniu o zmarszczkach, siwiźnie, czy fałdach. (No dobra, czasem się skupiam, ale bardziej na zasadzie fascynacji – nad siwym pasmem na środku głowy, jak działa moje ciało, co dzieje się ze skórą, gdy ją nacisnę, albo potrząsnę.) Zresztą, od kiedy mam więcej pracy i zajęć pozalekcyjnych, nie mam czasu na wchodzenie na mojego ulubionego bloga realbodyrevolution.tumblr.com, co w sumie mnie cieszy 🙂