Typowy dialog hiszpański

Lekko drżące ręce, którymi przygotowuję się do schadzki (schadzka, też mi słowo, ale randka sugeruje romantyzm, tymczasem romantyzm nie jest planowany, Amerykanie z brutalną dosłownością proponują sex-date, jednak seks-randka brzmi jak oksymoron, pies-pingwin, tak więc) biorąc prysznic, myjąc włosy i brodę, wycierając się do sucha puchatym ręcznikiem, myjąc zęby dwa razy dłużej niż zwykle, przyodziewając się w gustowny t-shirt i świeżo wyprane dżinsy, klepiąc się po brzuchu, który mimo straty ośmiu kilogramów pozostaje bytem zauważalnym. Spojrzenie na zegarek po raz czternasty, ciągle nie ma godziny osiemnastej pięć, mimo to postanawiam już wyjść, ponieważ zwierzątko w żołądku rozhuśtane i rozchichotane zawiadamia mnie potężnym rykiem, że mi zależy, chociaż może nie powinno, nawet na pewno nie powinno, ale. Luby (luby!) z którym się schadzam nosi przepiękne miano Sierioża Korwin, mimo narodowości niderlandzkiej (cóż, rodzice mieli słowiańską fantazję), z wyglądu jest podobny do Sebastiena Chabala, na którego punkcie mam hopla od chwili, gdy zobaczyłem go w telewizji podczas meczu rugby, który drużyna narodowa Francji rzecz jasna wygrała, bo jakże mogłoby być inaczej, gdy Chabal, bestia rozmiaru niedźwiedzia i urody smagłego Wikinga, na sam widok jego barów drużyna przeciwna jakby zmalała, a brodą zmiażdżył to, co z drużyny przeciwnej pozostało, po czym oklaski i wręczenie pucharu.

Ale ja tu robię dygresje, podczas gdy Sierioża czeka i nalewa wody do wanny, co już samo w sobie stanowi element przyciągający, albowiem wanny nie są dobrem powszechnie spotykanym w Amsterdamie. Zdając sobie sprawę z absurdu brania prysznica przed kąpielą dochodzę krokiem na siłę niespiesznym do promu, którego rzecz jasna jeszcze nie ma, albowiem godzina osiemnasta pięć. Zwierzątko w żołądku uprawia samo ze sobą grę w krzesełka, Sebastien Chabal, Asgeir (jak to możliwe, żeby kompletnie obcy człowiek zapytał mnie, czy znam Asgeira, Islandczyka, który na mojej liście Top 10 Islandczyków prześcignął w zeszłym roku Björk?) i Madonna w słuchawkach w sposób zupełnie nieprzystający do sytuacji.

Prom, tramwaj, uważne pilnowanie przystanku, Google Maps, mój telefon ma problemy ze wskazywaniem kierunku i uparcie twierdzi, że idę bokiem. Bokiem czy nie, ważne, że idę we właściwym kierunku, zwierzątko jakby przyczajone, może to napad nagłej odwagi, być może wartoby go wykorzystać w sposób mądrzejszy, niż schadzka (ha!) – ale teraz już za późno, Sebastien/Sierioża czeka obok wanny, chociaż może jeszcze nie, cholera, jestem za wcześnie, ale co mi szkodzi zadzwonić i tak, przecież nawet jeśli jest nagi, to wcale w niczym nie zaszkodzi, a wręcz. Sierioża otwiera, uśmiechnięty od ucha do ucha, od Chabala różni się posiadaniem brzucha wydatniejszego od mojego, co zauważam rozdarty między próżnością, a ulgą. Gada coś. Zdejmuję buty i kurtkę, czego się napijesz, wody – proszę jak zwykle, nie dodając, że planuję się za nim wepchnąć do kuchni i upewnić, że rzeczywiście nalewa mi wody prostu z kranu, a nie ze specjalnie w tym celu przygotowanej butelki. Sierioża gada, ignorując moją prośbę nalewa herbaty do dwóch filiżanek. Mimo wizji samego siebie, budzącego się w wannie pełnej lodu z silnym bólem na wysokości nerki straceńczo pociągam łyk herbaty ziołowej (jakie zioła?), która okazuje się całkiem smaczna. Po pierwszym łyku na wszelki wypadek odstawiam filiżankę, poniekąd z żalem, myśląc nie wiadomo czemu o Zbrojmistrzu, który doskonale wie, z kim się znajduję, choć nie wie, gdzie. Sierioża gada. Może to nieśmiałość? Pokazuje mi swoje obrazy i rzeźby, zachwycam się posłusznie, och, cudowne, magnifique, sacrebleu, pokazuje mi zdjęcia swoich rodziców, pokazuje mi wreszcie wannę, którą rzeczywiście posiada i do której trzeba napuścić wody, która leci strumyczkiem dość niemrawym.

Sierioża gada. Woda leci. Włączamy przyniesioną przeze mnie Björk, Vulnicura, album o treści nadzwyczaj anty-schadzkowej, Sierioża zachwyca się grzecznie pomiędzy akapitami, ja wtrącam coś od siebie i odnotowuję, że robi przerwę, żeby mnie wysłuchać, a potem odpowiada na temat. Więc jednak nieśmiałość, a nie tylko wielkie ego, wielkie ego odpowiedziałoby “ale dość już o mnie, porozmawiajmy o tobie, jak ci się podobam?”. Woda ciurka, jakby uprawiała strajk włoski, z jednej strony nie mogę się doczekać kąpieli, z drugiej wcale mi się nie spieszy do rozbierania, bo Sierioża wprowadził atmosferę typową raczej dla otwarcia nowej wystawy w galerii, niż – ach – seksu. Z drugiej strony w wannie seksu raczej uprawiać nie będziemy, mityguję się, przestawiając błyskawicznie na doznania higieniczne. Do wody dodał olejku eterycznego o zapachu trawy cytrynowej (usypiającego? pyta czujne zwierzątko, ale nie miałoby to sensu, skoro planuje wejść do wody wraz ze mną…), który pachnie aż tutaj, przebijając herbatę ziołową, którą sam w międzyczasie dopił, dając mi motywację do zaczerpnięcia drugiego łyka.

Siedzimy w wannie. Sierioża gada, ale teraz gadam i ja, zupełnie nie wiem kiedy zjechaliśmy na doznania duchowe, nagle opowiadam mu o swojej chorobie, ma wielu znajomych z bipolarem (czemu mnie to nie zaskakuje, wśród nas, artystów choroby psychiczne są w tym sezonie wyjątkowo modne), zwierzątko zwinęło się w kulkę i zasnęło. Sierioża jest artystą chwilowo bezrobotnym, albowiem magistrat w Arcueil ujrzawszy jego wyobrażenie Wercyngetoryksa spalił się z wrażenia i zaprzestał zamawiania kolejnych dzieł. Artysta czuje się sobą wtedy, gdy pracuje nad dużymi projektami, jak na przykład Wercyngetoryks, jednakowoż w związku z kryzysem na rynku rzeźbiarskim panuje aktualnie posucha – informował mnie Chabal, jednocześnie przypadkiem przemieszczając stopę tak, aby, zresztą nieważne.

Przyświadczyłem, że kryzys, panie, i owszem, przypadkiem kładąc dłoń na łydce artysty, który co jak co, ale nogi miał godne gracza w rugby. Kilka przypadków później dolaliśmy do wanny nieco gorącej wody, albowiem atmosfera robiła się z gatunku mrożących krew w żyłach, nawet pomimo stóp i łydek, które powoli zaczynały sugerować, że gramy w Twistera. Wreszcie skończyłem herbatę i odetchnąłem z ulgą, stwierdziwszy, że ani trochę nie robię się senny. Vulnicura dobiegła nieuniknionego końca. Woda powoli robiła się znów cieplejsza.

Wymieniliśmy nieuniknione w tych warunkach uwagi na temat odchudzania. Sierioża gorąco zachwalał zalety soku z kale, brokułów i innych potwornych składników, co nachalnie kojarzyło mi się z Goopy Paltrow, Czułem się zupełnie nieschadzkowo, nawet pomimo przypadkowychstópiłydek, ale było mi całkiem dobrze, pominąwszy fakt, że woda schładzała się w wybitnie niesportowym tempie. Gdy zaproponował wyjście z wanny i przemieszczenie się w ogólnym kierunku salonu, zgodziłem się z mieszanką ulgi i oczekiwania. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ zdążyłem wyłącznie wstać i przyjąć ręcznik, gdy rzeźbiarz padł przede mną na kolana zupełnie dosłownie, co wprawiło mnie natychmiast w zupełnie sprzyjający schadzkom nastrój. Artysta okazał się utalentowanym w wielu dziedzinach, co doceniłem fizjologicznie i werbalnie, po czym powstał z kolan i pocałował mnie.

Przez moją głowę przebiegło naraz wiele spłoszonych myśli: – ojej – on dziwnie smakuje – jak to możliwe, żeby tak smakować, czy ludzie dzisiaj – bogowie, czemu on dziwnie – to sok z kale i produktów trawiastych – to na pewno sok z kale, chyba, że, ale na pewno – jak ja mam się skupić w tych warunkach! – to nawet nie jest obrzydliwe, to jest po prostu aseksualne jak Keanu Reeves – jak by mu tutaj elegancko zasugerować, żeby umył zęby – to wszystko podczas, gdy nasze usta i języki wykonywały rytualne gesty powitalne, a ślina – ja chyba nie lubię soku z kale – poprzestanę na mojej metodzie odchudzania – ale Chabal – dlaczego Chabal, dlaczego zawsze, dlaczego nigdy Chabal.

Stopy – dłonie – splot – uchwyt – usta – kale, dlaczego kale! – kolana – usta, znowu – prowadzę go w kierunku południowym, zdecydowany unikać dalszych pocałunków, lecz rugbysta ma na ten temat swoje zdanie, moje oko pada na zdjęcie zupełnie autentycznego Chabala, wycięte z gazety (moja siostra stwierdziła, że jesteśmy nie-do-odróżnienia, informuje z zapałem rzeźbiarz) tak mi przykro, naprowadzam, muszę się niedługo zbierać, rozumiesz, lekarstwa, wcześnie spać, oczywiście, tak, następnym razem może bez kąpieli, he he he, oczywiście, co za pech, że, do widzenia, Sierioża gada, następnym razem, tak, następnym razem zrobimy wszystko i jeszcze więcej, lecz teraz tramwaj, jadę do domu, obwąchując podejrzliwie brodę, trzeba wziąć kolejny prysznic, bo przecież nie przywiozę Zbrojmistrzowi w prezencie obcego człowieka we włosach i brodzie, zwłaszcza pachnącego kale i brokułami.

Resztę drogi spędzam myśląc różne rzeczy o pier

niczkach z polskiego sklepu i o kur

czaku po klatchiańsku, na którego dostałem przepis od Niny, i o graczach w rugby, którzy zapewne też spożywają różne dziwne rzeczy, a w międzyczasie przestaję się dziwić, że Chris Martin i Goopy Paltrow rozstali się, skoro kale.

*

Ogłaszam konkurs: pierwsza osoba, która poda autora i tytuł książki, którą czytałem pisząc tę notkę, otrzyma w prezencie “Kronos” Gombrowicza, który co prawda do czytania nie nadaje się ani ani, ale ładnie prezentuje się na półce, ewentualnie jako podstawka pod chyboczący się mebel. Podpowiedź: tytuł notki jest mylący. Z konkursu wyłączona jest Nina, która doskonale wie, co czytam.

Zdjęcie: kale, praca użytkownika Rasbak, Wikimedia Commons

  • zu

    „American Psycho”

    • Ray Grant

      Pudło, ale doceniam 🙂

  • singularity

    „Mistrz” (wybacz, musiałam).

    • Ray Grant

      Ojej. Gdybyś mnie szukała, wiszę w łazience.

  • Ija Ijewna

    Cortazar?
    A kale po polsku zwie się jeszcze demoniczniej, bo jarmuż. Jarrrrmużżżż. Wszystkie modne hipsterynki i chłopięta z nóżkami jak patyczki, ale brodami jak łopata wielbią jarmuż. Trędi ci on.

    • Ray Grant

      Uff, nie jest tak źle, po „Mistrzu” spodziewałem się, że następny komentarz rączkę mi urwie. Dawaj tytuł, jedna szansa 🙂

      U nas jarmuż zowie się boerenkool i ugniata się go z gotowanymi ziemniakami, dzięki czemu ziemniaki zaczynają smakować, jakby były jednocześnie nadpsute i niedogotowane. Mniam.

      • Ija Ijewna

        Obstawiałabym Grę w klasy (bo jak na famy i kronopie troszkę to za rozbudowane).

        • Ray Grant

          Pudło, niestety — hodparł Holiveira, który zdążył w międzyczasie sprytnie odłożyć „Grę w klasy” na półkę i wyciągnąć coś innego.

          (Mówiłem na fejsbuniu, że tytuł jest mylący!)

      • Odwiedz Niemcow, tych z polnocy (przy czym w tym wypadku polnoc obejmuje tez zaglebie), oni serwuja to pod nazwa Grünkohl, z miesem zazwyczaj i ziemniaczkami osobno wedlug upodoban do wyboru: gotowane, smazone, karmelizowane. Bo kazdy region ma swoja wersje jadania jarmuzu, choc w kazdej wersji obowiazkowy jest slodki element, albo sie jada karmelizowane ziemniaki albo sie sypie cukier. Ja odkrylam, ze najbardziej lubie cukier na jarmuzu i ziemniaki z wody i zadnej ale to zadnej musztardy. I zadnej kielbasy. Chlopiec ma dokladnie odmiennie. Na szczescie nigdy nie gotujemy jarmuzu w domu, bo to sie gotuje jak bigos, godzinami. A restauracje oferuja wszystkie mozliwe opcje, wiec kazde sobie wybiera wedlug upodoban,

  • jiima

    Jako na klasyczny przypadek wampira (nie sparklącego, brońcie Wielcy Przedwieczni), na mnie tak samo działa czosnek. Aczkolwiek jarmuż już w samej nazwie brzmi przerażająco i jak pomyślę o tych wszystkich dietach, to dochodzę do wniosku, że 90 kilo to nie tak dużo. Zwłaszcza że było 100.

    Ale czosnek… obawiam się że wypędziłby mnie z randki z dowolnym obiektem moich pożądań, w dodatku planującym spełniać dowolną z moich fantazji. Jako że skojarzenia szybko u mnie łapią, obawiam się, że byłobym o jedną fantazję w plecy po takiej „schadzce”.

    • Ray Grant

      Oj tak, czosnek też, ale nie w tym przypadku. (Mieliśmy tu w Holandyi reklamę, gdzie pan wybierał się w sposób oczywisty na imprezę, a dziewczyna przed wyjściem podała mu coś tam w dużej ilości sosu czosnkowego. Impreza się nie udała. Nie wiem, czy to był najlepszy sposób na reklamowanie sosu…)

      • jiima

        W Polsze zamiast tego pokazaliby cycki. Cycki sprzedają jak wiadomo wszystko.

  • jak rany nie wiem, a raczej mam za dużo tropów, domagam się podpowiedzi, szukać po serii skojarzeń i motywów w treści, czy po stylu pisania? Biorę pod uwagę no cóż, Gombrowicza właśnie, Białoszewskiego trochę, Marqueza i i iberoamerykańską (Fuentes?), ale chyba to przez kale, Prousta ze względu na obsesję smaku…. Ray litości, powiedz chociaż, czym się kierować: temat czy styl? treść czy forma?

    • Ray Grant

      Styl i forma, treść do zignorowania (tzn. mam nadzieję, że treść będzie zabawna, ale w ogóle się nie liczy w konkursie).

  • dees

    Trafiłam Cortazara też. Opowiadania?

    • Ray Grant

      Nie, mniej znane. Opowiadania czytam teraz, mam ostatnio manię czytania autorami.

  • 62. Model do składania!!! to musi być to, zwlokłam z półki, porównałam, przekartkowałam stare zaznaczenia i zagniecenia i widzę cię w tym Ray

    „Jeżeli pocałuje mnie raz jeszcze, inaczej, prawdziwie, oddam mu ten pocałunek, żeby chociaż na chwilę wyrwać go z tej rozpaczy; ale więcej nie próbuje, pali tylko bez przerwy i bez przerwy spaceruje po pokoju (…)” – moje podkreślenie z czasów studenckich, ech wspomnień czar…

    • Ray Grant

      WYGRAŁAŚ!!! Kronos jest Twój — wyślij mi adres mailem na ray małpa raygrant kropka com 🙂 Będziesz miała przydatną cegłę, którą można napalić w kominku, podstawiać pod chyboczące meble oraz wtykać między drzwi.

      A ja mimo wszystko składam sobie gratulacje — udało mi się napisać Cortazarem w sposób odgadywalny 🙂

  • A myślałam, że Inga Iwasiów „W powietrzu”, ze względu na to zwierzątko.

  • manai

    jarmuż robimy tak: bierzemy jagnięcinę mieloną, podsmażamy z czosneczkiem. jak się usmaży to zdjmujemy z patelni, a na tłuszczyku z jagnięciny dusimy pokrojony jarmuż i obrane i pokrojone na takie grubsze zapałki nogi brokuła. jak się uduszą, to dodajemy jagnięcinę, razem jakieś 10 min na wolnym ogniu, dolewając wody, jak wysycha. jaaaakie dobre. a i brokuł, i jarmuż.

    • Ray Grant

      Może się kiedyś odważę, bo jagnięcinę bardzo, bardzo 🙂

  • Aurelion

    Manai,
    Lowju za ten przepis. Do miesa innego niz pysznosciowy kurczak jestem zupelna noga 😉

  • Od notki o gejowskich seksach w wannie do przepisu na jagnięcinę w niecałe 20 komci.
    Przyspieszenie jak w ferrari.

    • Ray Grant

      I jak tu nie kochać moich czytelników 🙂

    • jiima

      Przegapiłom tego offtopa, a podobno to ja wypadam z torów przy byle okazji (choć raczej u mnie tok rozumowania byłby w awarotną stronę).

  • A propuar tego jarmużu. Rozmawiam Ci ja sobie przez czat z jednym takim, którego poznałam na imprezie. Wzajemna sympatia rozkwita miedzy nami w tempie ekspresowym Dialog zszedł nam na tematy kulinarne, przeto zapodaję coś o swoich ulubionych mięsiwach.
    on: – To ty jesz mięso?!
    ja: – Jak większość ludzi.
    on: – Jestem zaskoczony. Ja nie mam JUŻ znajomych jedzących mięso.
    ja, cokolwiek figlarnie: – Zawsze możesz mnie z tego grona wykreślić.
    on: – ależ nienienie, ja tylko…no, zaskoczyłaś mnie, w końcu młodzi wykształceni ludzie z wielkich miast zazwyczaj mięsa nie jedzą…

    Czyż muszę dodawać, że nie odezwałam się do tego hipsterzącego zadufka już więcej? Dieta dzieli ludzi. 😀

  • Ja tam jarmuz lubie 🙂 Soki pijemy z Moim oboje, wiec smak jest, by tak rzec, wspolny.

    Nie kojarzyl mi sie Cortazar, ale Pilch – i rozmarzylam sie, ze napiszesz taka gejowska powiesc nieprzepraszajaca za tresc i forme 😉 Ech, powialo wolnoscia 😉

  • Tatrauser

    W sumie po Amsterdamczykom wanna w domu skoro mają nową część Stedelijk. 😉
    Szkoda, że nie czytałeś Orzeszkowej (albo Houellebecqa dla kontrastu).

    Może i kale, ale przynajmniej bezglutenowo.

    • Ray Grant

      Oj, Orzeszkowej to od liceum nie czytałem, Houellebecqa kilka lat temu. Może sobie odświeżę 🙂