Uzależnienia

Długo zastanawiałem się, czy pisać tę notkę. Robię research do kolejnej książki (chyba nie nazwę jej „Uzależnienia dla początkujących”, chociaż mnie kusi) i spotykam się z bardzo dziwnymi lub zwyczajnie głupimi opiniami na temat uzależnień i osób uzależnionych. Napiszę jak ja to widzę, można się ze mną nie zgadzać, poza tym opisuję holenderskie podejście do kwestii, a nie polskie.

1. Nigdy bym się nie uzależnił(a), bo jestem na to za mądra/za silny/etc.

Słyszałem o jednym człowieku, który uzależnił się z premedytacją. Od heroiny. Miał taki fetysz. Nie, ja też tego nie rozumiem. Niemniej jednak rozmawiałem z dziesiątkami osób uzależnionych od różnych rzeczy – seksu, jedzenia, alkoholu, narkotyków, hazardu – i wyobraźcie sobie, że każda z tych osób, co do jednej, myślała, że nigdy jej się to nie przydarzy. Osoba uzależniona od narkotyków, poza jednym przypadkiem wymienionym na początku, nie myśli sobie „hej, zostanę narkomanem, będzie zajebiście!”.

Uzależnienie jest w tej chwili uznawane za chorobę. Zetknąłem się ze stwierdzeniem, że nałogowcy mają alergię na [wstaw rzecz, od której osoba jest uzależniona]. Nie do końca się z tym zgadzam, uważam za to, że jak najbardziej istnieją rodzaje osobowości sprzyjające rozwojowi uzależnień. W szczególności osoby z chorobą dwubiegunową mają w zależności od źródła między 52% a 60% szansy na rozwój uzależnienia od substancji.

Osoba nieposiadająca skłonności do uzależnień przychodzi do baru, zamawia piwo, może dwa, wypija je spokojnie i udaje się do domu. Osoba posiadająca skłonności przychodzi do baru, zamawia piwo, dwa, cztery, osiem, fafnaście, spada ze stołka, bełkocze niewyraźnie, wymiotuje barmanowi pod nogi, w charakterze pakunku jest zawożona do domu, po czym następnego dnia robi to samo, bo nałóg wmawia Ci, że co prawda wczoraj była trochę siara, ale dzisiaj będzie zupełnie inaczej (i tak w kółko co dnia).

Oczywiście nie jest tak, że alkoholik pije wyłącznie w barze. Pić można w toalecie w pracy, pod sklepem, w domu o poranku, wieczorem i do lunchu. Można być śmierdzącym menelem, elegancką panią w garsonce, przystojnym hipsterem, bankowcem w garniturze. Niezależnie od substancji, osoby uzależnione mają zepsute światełko „dosyć”. Pan Jan idzie na imprezę, upija się w sztok, robi wstyd małżonce, następnego dnia przeprasza z kwiatami i nie pije przez kolejne pół roku, bo nie ma parcia. Pan Zenon idzie na imprezę, upija się w sztok, robi wstyd małżonce, następnego dnia przychodzi z kwiatami, śmierdząc wódą, mamrocze „pszszczcszprsszszzmsmsmm Zuz-zu-zu-zu-zuz-z-kofanie”, po czym wychodzi z domu pić z kolegami, bo dziś już jest niedziela, a sobota była dawno (niedziela rano też była dawno). Pani Jadzia ma w torebce piersióweczkę, co jakiś czas wstaje od biurka, udaje się do toalety, pociąga dwa łyki, po czym wrzuca sobie do ust dwie gumy miętowe, myśląc, czy nie wziąć trzech, przekonana, że nikt nie zauważy, a ona nie ma żadnego problemu, po prostu potrzebuje się nieco odstresować. Siedemnastoletni Kajtek mieszka w skłocie, bo pokłócił się z rodzicami o palenie ziela i uznał, że woli ziele od rodziców. Ziele go uspokaja, wycisza, a rodzice go wkurwiają i się czepiają. Prosty wybór, prawda?

2. Nałogowcy to bezdomni, mieszkają na dworcu, śmierdzą, a narkomani są przeraźliwie chudzi i mają zapadnięte oczy.

Widziałem w życiu dosłownie kilku uzależnionych, którzy wyglądali jak opis powyżej. Znam przeraźliwie grubych kokainistów. Większość znanych mi osób z problemem alkoholowym ma pracę, mieszkanie, partnera/partnerkę. Niektóre mają dzieci. Czasami nie mają do nich dostępu po rozwodzie ze swojej winy. Ale uwierzcie mi, podobnie, jak wcale nie jest łatwo rozpoznać w otoczeniu osobę homoseksualną, równie trudno jest rozpoznać uzależnioną. Widujecie pana Zenka w pracy osiem godzin dziennie, jest fajnym kumplem i świetnie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Co z tego, że po pracy udaje się do supermarketu i kupuje pół litra najtańszej wódki? Każdego dnia? O ile nie wali od niego o poranku przetrawionym alkoholem, prawdopodobnie nie tylko się nie połapiecie, ale też nie uwierzycie. Wspomniany pan, który z premedytacją uzależnił się od heroiny, jest wziętym prawnikiem. Jest tym, co się nazywa funkcjonującym narkomanem. Domyślam się, że trudno Wam uwierzyć w jego istnienie, nawet gdybym go Wam przedstawił, rzucilibyście mi podejrzliwe spojrzenie i oskarżyli o łgarstwa.

3. Od trawki jeden krok do heroiny.

Mieszkam w kraju, gdzie trawkę sprzedaje się obok warzywniaka. Gdyby od trawki był jeden krok do heroiny, mielibyśmy w Holandii straszny problem z ulicami pokrytymi grubą warstwą heroinistów. (Większość Holendrów nie pali wcale, ale to nie znaczy, że nie spróbowali.) Owszem, są osoby, które zaczęły od trawki, a potem, krok po kroku doszły do heroiny. Są też osoby – o wiele więcej – które zaczęły od trawki i nigdy nie wyszły poza nią. I wszystko pomiędzy tymi ekstremami. Wmawianie młodzieży, że trawka prowadzi do heroiny uważam za niebywale szkodliwe, chociażby dlatego, że nastolatki znają o wiele więcej ludzi, niż się zdaje mamusi i tatusiowi i wśród tych ludzi może się znaleźć ktoś, kto pali ziele np. od 15 lat i nigdy nie próbował niczego mocniejszego. Dzięki czemu młodzież dojdzie do wniosku, że wszystko, co wmawiają rodzice to brednie, po czym uzależni się na przykład od ketaminy, nigdy nie dochodząc do heroiny.

A najgorszym narkotykiem jest tak naprawdę alkohol, który możecie nabyć legalnie w sklepach spożywczych.

4. Nie można się uzależnić od trawki.

Może sam byłbym tego zdania, gdybym nie widywał osób uzależnionych od ziela i błagających o pomoc na forum, które moderuję. Nieodmiennie pojawia się jakiś mędrzec, który rozpowszechnia mądrości w stylu „nie można się uzależnić od trawy, palę od X lat i mogę przestać, kiedy zechcę”. Po pierwsze primo mówię sprawdzam, po drugie primo banuję. Uzależnić można się prawie od wszystkiego. Na moim forum pojawiła się pani uzależniona od Hello Kitty, jeśli zobaczy COKOLWIEK z logo Hello Kitty musi to kupić, czy jest to długopis, czy materac do pływania. Gdyby Mercedes wypuścił serię różowych samochodów z logo Hello Kitty, pani prawdopodobnie sprzedałaby dom. To nie jest śmieszne. Nałóg jest kompulsją. Jeśli masz problem ze zrozumieniem, jak działa, pomyśl, że jesteś uzależniony od oddychania. A potem spróbuj przestać oddychać. Nie tak długo, oczywiście, żeby paść trupem. Trzy minutki. Znam osobę, która zużywa gram ziela dziennie. Kiedy jeszcze paliłem, parę lat temu, gram wystarczał mi średnio na miesiąc. W pewnym momencie postanowiłem przestać palić i przestałem. Ale nie byłem uzależniony od ziela. Owszem, większość palaczy może przestać w każdej chwili, ale większość nie oznacza wszystkich.

Skoro już mowa o „kalibrze” nałogów, moim subiektywnym zdaniem najtrudniejsze jest nałogowe jedzenie, ponieważ większość używek da się odstawić na zawsze, ale jedzenia nie. Na drugim miejscu umieściłbym seks, ze zbliżonych powodów. Co prawda żadne z powyższych nie zabija bezpośrednio, ale można się zajeść na tyle, żeby dorobić się problemów z sercem, a kompulsywny seks może nasze życie umilić wszystkimi chorobami przenoszonymi drogą płciową. HIV w krajach rozwiniętych już nie zabija, ale znam osobę, która dorobiła się syfilisu, wstydziła się pójść do lekarza i nieomal straciła wzrok, porusza się z białą laską. Osoby, które planują sobie robić w komentarzach śmichy chichy z uzależnienia od seksu proszę o zaoszczędzenie mi sekund, jakie musiałbym przeznaczyć na banowanie.

5. Żeby rzucić, trzeba upaść na samo dno, upodlić się ostatecznie.

To poniekąd prawda. Z tym, że dla każdego to dno jest w innym miejscu. Dla jednego oznacza wyrok więzienia, cztery spotkania ze śmiercią kliniczną, napady z bronią palną (stąd wyrok) celem uzyskania pieniędzy na dragi. Dla drugiego dno jest wtedy, kiedy lekarz każe odstawić alkohol i okazuje się, że nie ma takiej możliwości. Nie trzeba być śmierdzącym menelem, żeby zrozumieć, że jest się nałogowcem, pisałem zresztą o książce Małgorzaty Halber.

6. Piję co dnia kieliszek wina, czy jestem uzależniona?

To zależy. Jeśli Twój kieliszek nie oznacza w rzeczywistości butelki, jeśli nie wpływa w żadnym stopniu na Twoje funkcjonowanie, jeśli nie dzwonisz do pracy kłamiąc, że jesteś przeziębiona, w rzeczywistości odsypiając kaca – najpewniej nie. Jednak… nawet jeśli to rzeczywiście kieliszeczek… a Ty jesteś z wizytą u babci, która pija wyłącznie herbatę, nadchodzi godzina 19, a Tobie trzęsą się ręce i spływasz zimnym potem, desperacko próbując się wyłgać, że żelazko na gazie, bo musisz iść do domu i wypić kieliszek – najpewniej tak.

7. Mój mąż to pijak, ale moja miłość go uleczy!

Uważaj. Twoja miłość go nie uleczy, ale za to umożliwi mu trwanie w nałogu. Osoba uzależniona potrzebuje powodu, żeby zacząć się leczyć. Jeśli żona i dzieci trwają przy boku, w pracy nie ma problemów, pieniądze na picie są, to dlaczego mąż miałby się zmienić? Zdaję sobie sprawę, że religia katolicka nakazuje żonie nieść swój krzyż, że w Polsce funkcjonuje powiedzenie „niechby pił, niechby bił, byle był”, ale w tym wypadku mówimy nie o miłości, tylko o współuzależnieniu i/lub syndromie sztokholmskim. Jeśli chcesz, żeby mąż/żona/syn/dziadek/wujek, etc. się zmienił(a), doradzam odejście. Odcięcie od zasobów, na ile to możliwe – finansowych, uczuciowych, wszystkich. Pozwalanie dziecku na trwanie w rodzinie z problemem alkoholowym NIE jest dobre dla dziecka. Wiem – byłem tym dzieckiem. Szukając linku do fundacji zajmujących się pomocą rodzinami alkoholików trafiłem na linki o treści, mniej więcej, „mój mąż jest alkoholikiem, jak mu pomóc?”. Twojemu mężowi może pomóc tylko on sam. Pisałem coś podobnego w notce o dwubiegunowcach: choremu nie da się pomóc na siłę. Ukrywanie przed otoczeniem skutków nałogu, usprawiedliwianie, wybaczanie pomaga – pomaga ukochanej osobie pozostać nałogowcem. Polecam Al-Anon (to nie to samo, co AA).

8. Z uzależnienia można wyzdrowieć.

Nigdy nie spotkałem osoby, która „wyzdrowiała”. Owszem, można żyć w abstynencji, znam osoby, które są abstynentami po trzydzieści lat i więcej. Nie znam żadnej osoby, która np. była heroinistą, ale teraz „wyzdrowiała” i używa już tylko kokainki raz w miesiącu. Jak wspomniałem, nałogowcy mają zepsute światełko „dosyć”. Jak mówią teksty Anonimowych Narkomanów, „jeden to za wiele, a tysiąc nigdy nie wystarczy”. W NA nazywa się to „używaniem z sukcesem”. Może takie osoby istnieją, ale ja ich nie znam (jeśli istnieją, zapewne nie bywają na forach o uzależnieniach, bo niby po co).

9. Nałóg to najohydniejsza rzecz na świecie, nałogowcy są sami sobie winni, oby wszyscy zdechli pod płotem *tu wstawić więcej obelg*

O tym w zasadzie już napisałem, ale przeformułuję.

Dla osoby bez osobowości uzależnieniowej pierwsze piwo w życiu jest ekscytującym doświadczeniem, bo robi się coś zabronionego, rodzice nie wiedzą, nauczyciele też nie (umówmy się, że na ogół picie zaczyna się gdzieś tak w gimnazjum/liceum). Dla osoby z osobowością uzależnieniową pierwsze piwo w życiu jest jak błyskawica, jak odkrycie: jak wreszcie pozbyć się nieśmiałości, przestać czuć jak dziwadło, jak wyrzutek, jak dołączyć do grupy, odważyć się zagadać do tego fajnego chłopaka z dredami. Pierwsze piwo przyszłej alkoholiczki to sygnał „chcę drugie piwo”. Ja nie piłem w ogóle do 24 roku życia, do 27 sporadycznie, a mając 27 lat wpadłem w porządną depresję (ale ten czas leci…) i odkryłem, że alkohol „wyłącza” jej objawy. Czy kogoś zaskoczy, że piłem co wieczór? Depresja była straszna, lodowata, szara, jak życie permanentnie na początku marca, w rozdyźdanym błocie, a alkohol wyciągał mnie z tego błota, włączał fajną muzę i szeptał „ej, wcale nie jest źle”. Alkohol jest też depresantem, w zasadzie to wiedziałem, ale nie mając drugiego siebie do porównania umiałem rozumować tylko w perspektywie 24 godzin. To właśnie jest powodem, dla których osoby chore psychicznie mają o wiele wyższą szansę uzależnić się od alkoholu lub narkotyków, nazywa się to „samoleczeniem” i oczywiście niczego nie leczy, ale pozwala choremu przez jakiś czas czuć się w miarę normalnie. Osoba nieśmiała po kilku piwach jest w stanie porozmawiać z nieznajomym. Osoba nielubiana odkrywa, że gdy stawia drinki nielubiącym jej kolegom, ci zaczynają być dla niej mili, a rzecz jasna skoro oni piją, to nielubiana osoba też, dzięki czemu staje się częścią grupy. „Jesteśmy kumplami, prawda Spike? Ty i ja, kumple, prawda Spike?”

hqdefault

Jedną z cech osobowości uzależnieniowej jest bardzo rozwinięta zdolność wyparcia. Jestem przekonany, że dużą część komentarzy w stylu „a niech ten ćpun zdechnie” piszą osoby, które co wieczór wprowadzają do organizmu kilka piwek, a potem na przykład wsiadają do samochodu i jadą na zakupy. Bo wypadki po alkoholu przydarzają się innym, tym ohydnym nałogowcom, a nie mnie, ja jestem normalny Zdzisiek i nie mam żadnych problemów, oprócz tego, że mi Żubry wyszły. Pani Jadzia, która popija koniak w toalecie podczas pracy nie jest absolutnie alkoholiczką, alkoholiczki są bezrobotne i śmierdzą, ona po prostu ma stresującą pracę na wysokim stanowisku, a pachnie Szanel namber któryś tam. Skłoters Kajtek, który zużywa gram ziela dziennie nie jest broń Bogowie od niczego uzależniony, po prostu ma durnych rodziców, którzy nie rozumieją, że on dzięki marihuanie wypoczywa, jest bardziej kreatywny, wreszcie się może zrelaksować, lepiej śpi.

Na koniec dodam, że jeśli zrobiło Ci się zimno podczas lektury tego tekstu, to warto poczytać więcej o uzależnieniach.

  • ok lekki powiew był, zwłaszcza w części o winie…, ale generalnie dobrze napisany post, Ray ;), ściskam

  • „osoby uzależnione mają zepsute światełko „dosyć””

    Z moich obserwacji (nie pytajcie) wnioskuję, że tak dokładnie to chodzi o zepsuty mechanizm „odroczonej nagrody”. Nawet drobna przyjemność czy ulga JUŻ (a przykre konsekwencje dopiero później) jest zawsze lepsza od drobnego wyrzeczenia teraz, a dużej nagrody potem.
    Niestety też nie wiem, jak to naprawić.

    • Nie do końca. Alkoholizm jest też wtedy, gdy ktoś cały tydzień planuje upicie się w weekend. Lżejsza forma uzależnienia powoduje, że ma się trudności z zakończeniem czynności i dopiero na wyższym poziomie ma się problem z kontrolowaniem momentu rozpoczęcia picia.

  • dobry tekst,
    kilka uwag ode mnie.
    Nie do końca zgodziłbym się z punktem pierwszym, myślę, że każdy świadomy i dorosły może powiedzieć, że od czegoś się nie uzależni (co nie znaczy, ze się nie uzależni od czegoś innego)
    Ja np. mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie stanę sie nałogowym palaczem (nie chodzi, że jestem mądry i silny, po prostu nie mam potrzeby codziennego palenia, moge palić raz na kilka miesięcy, mogę palić przez tydzień codziennie po paczce lub po jednym papierosie lub raz zaszaleć a później nic)
    No chyba że uzależnieniem nazwiemy każdy powrót do czegoś pomimo obiecywania sobie, nigdy więcej.

    Co do alkoholu, też widzę to trochę inaczej, myślę, że nie chodzi tylko o to, że nie umiemy przestać lub że jest bardzo cienka wręcz niewidoczna granica między piciem a alkoholizmem. Bo większość pijących (przynajmniej na tych imprezach, na których bywałem, bywam i będę bywał) nie umie sie kontrolować i nie umie przestać.
    Ja też nie,
    Nie wiem też czy musi chodzić o picie codzienne, czy alkoholikiem będzie ktoś codziennie wypije dwa drinki czy ktoś kto kontroluje się od poniedziałku do czwartku a upija się na maksa w piątek i sobotę.

    Tak się jeszcze zastanawiam nad definicją nałogów/uzależnień, czy aby każde intensywne korzystanie z jakiejś przyjemności nie jest już uzależnieniem lub czymś bardzo bliskim uzależnieniu. I czy bez uzależnień da się w ogóle żyć.
    Moim zdaniem nie.

    • Grześ, dla mnie to, co piszesz, brzmi jak TYPOWA RACJONALIZACJA UZALEŻNIONEGO („większość pijących nie umie się kontrolować i nie umie przestać”, „czy bez uzależnień da się w ogóle żyć – moim zdaniem nie”). Widzisz to, co chcesz zobaczyć. Chodzisz na takie imprezy, gdzie ludzie ostro piją, bo nie wyróżniasz się na ich tle. Nie, ostre, ryzykowne picie NIE JEST NORMĄ SPOŁECZNĄ, w każdym razie nie w każdym środowisku. Tak, jest mnóstwo ludzi, którzy piją minimalne ilości alko lub nie piją go wcale. Ja prawie nie piję (kieliszek wina 2-3 razy w roku), a w moim bezpośrednim otoczeniu alkohol pojawia się w małych ilościach: czasami wino do obiadu, piwo w gorący letni dzień. Regularnie spotykam się z przyjaciółmi, na tych spotkaniach alkohol (najczęściej jakieś w miarę dobre wino, sporadycznie rum, whisky itp.) czasem jest, czasem nie. Jeśli jest, służy do tego, żeby go degustować na podobnej zasadzie jak ciasto – dla smaku – a nie żeby się za przeproszeniem narąbać. Od dobrych kilkunastu lat nie byłam na takiej imprezie, na której ktoś by przeholował z procentami.

      Tak, można być alkoholikiem i upijać się tylko w weekendy albo wręcz raz na parę tygodni. Granica między piciem ryzykownym a alkoholizmem przebiega tam, gdzie alkohol zaczyna być czymś więcej niż rozrywką – staje się środkiem rozwiązywania problemów i stopniowo staje się ważniejszy niż. Czy czujesz niepokój, strach na myśl, że miałbyś już nigdy więcej się nie napić? Czy w określonych sytuacjach czujesz potrzebę napicia się? Jeśli tak, masz problem.

      • @Agnieszka H,

        oczywiście, że widzę to co chcę zobaczyć, jak każdy.
        Co do picia i niepicia, znam i przyjaźnię się z abstynentami lub ludźmi prawie nie pijącymi, znam i przyjaźnie się z ludźmi pijącymi dużo.
        Zdarza mi się wśród pijących nie pić, zdarza mi się pić samemu.
        Co do bycia czymś więcej niż rozrywką,tak jak czasem jem, by sobie poprawić humor, zapalam sobie, bo jestem zdenerwowany, to i piję nie dla smaku, tylko dla efektu psychicznego (co nie znaczy, że muszę się narąbać, wystarczy jeden drink czasem, by popatrzeć na świat inaczej)

        Ostatnie dwa pytania to trochę psychologizowanie i etykietkowanie,
        strach i niepokój może nie, ale na pewno była by to dla mnie strata czegość (ale życie to historia strat różnych)
        Oczywiście że określonych sytuacjach czuję potrzebę napicia się, w określonych nie czuję, nie wie czy to akurat jest wyznacznikiem alkoholizmu.

        • Abe

          O, a ja piję niemal wyłącznie wino raz na jakiś czas, ewentualnie inne „smaki” (jak whisky) i piję, bo jest pyszne, natomiast jeśli ktoś zna sposób, jak wyrzucić alkohol, to super, bo alkohol i jego działanie mi w tym przeszkadza. A równocześnie mam takie poczucie, że gdybym pozwoliła sobie na to, to bez problemu bym się uzależniła dość szybko. Nie wiem, czy sama to sobie wmówiłam, ale coś mi świta, że taką skłonność można odziedziczyć w genach. Można?
          Punkt o współuzależnieniu taki ważny, a jaki trudny. Jak zostawić ukochaną osobę samej sobie, kiedy tak bardzo potrzebuje pomocy? Niby wiadomo, że tak jej pomagamy, a jednak przecież miało być, że nigdy cię nie opuszczę… Może to stąd się bierze, no.

          • Grant Thorsson

            Muszę znowu zrobić dalszy research, ale dzieci alkoholików często same wpadają w nałóg, to wiem na pewno i niestety z naprawdę wielu przykładów.

  • I jeszcze jedno, dlaczego alkohol jest tym najgorszym narkotykiem?
    Myślę, że jest najbardziej rozpowszechnionym i przez to ma największy (negatywny, ale i też pozytywny) wpływ na społeczeństwa.

    • Może chodzić o dostępność, ale też alkoholizm dotyka też bliskie osoby przez wzrost agresji pod jego wpływem (ciekawostka – alkoholizm dotyka 10% społeczeństwa). Nie jestem pewien, ale agresja nie jest aż tak częsta w wypadku nielegalnych narkotyków.

  • zed

    Czy da się wyjść z nałogu bez terapii? Czy od lat niećpający ćpun/niepijący alkoholik itd. itp. którzy nie przeszli terapii są „wyleczeni”?

    • Grant Thorsson

      1. Da. Każdy ma swój sposób. Terapia, 12 króków, etc. ułatwiają, ale nie są 100% niezbędne.
      2. Nie ma czegoś takiego jak ćpun/alkoholik „wyleczony”. Jest „zaleczony”. Jeśli dana osoba sięgnie po kieliszek, strzykawkę, czy cokolwiek, w mgnieniu oka przestanie być „wyleczona”. Uzależnienie jest na całe życie.

  • zed

    Dlatego też wziąłem słowo wyleczony w cudzysłów. Pytalem dlatego że spotkałem się ze stwierdzeniem że bez terapii człowiek uzależniony pozostaje w stanie tzw. „pijanego myślenia” pomimo odstawienia substancji. Pytam też dlatego ponieważ jestem niepalącym od lat uzależnionym od trawki człowiekiem który nie przeszedł terapii i chciałem poznać Twoje zdanie na ten temat (btw. dziękuję za próbę odbrązowienia zioła które staje się powoli używką wręcz niekrytykowalną).

    • Zdolność do utrzymywania abstynencji może być wypadkową cech indywidualnych oraz stopnia zaawansowania nałogu w momencie, gdy uzależniony postanowił powiedzieć „dość”. Nałóg rozwija się na bazie pewnych cech psychicznych (uzależniony nie potrafi radzić sobie z emocjami, więc „potrzebuje” alkoholu/narkotyków/hazardu, aby uciekać od przykrych, niechcianych odczuć, takich jak lęk, wstyd, napięcie, brak pewności siebie) oraz sam w sobie prowadzi do zmian w psychice. Im silniej zakorzenione są te problematyczne, chore struktury myślowe, tym trudniej będzie zachowywać abstynencję. Alkoholicy, narkomani, hazardziści z dłuższym stażem generalnie stoją na stanowisku, że program 12 kroków znacznie ułatwia wyjście z nałogu, a chodzenie na mityngi zmniejsza ryzyko nawrotu po latach. Na pewno żeby wyjść z nałogu, trzeba zmienić swój sposób myślenia. Inaczej można… na przykład niepostrzeżenie zamienić jeden nałóg na drugi (hazard na alkohol, trawę na alkohol, alkohol na pracę).

    • Grant Thorsson

      Jak napisała Agnieszka H.: „Alkoholicy, narkomani, hazardziści z dłuższym stażem generalnie stoją na stanowisku, że program 12 kroków znacznie ułatwia wyjście z nałogu, a chodzenie na mityngi zmniejsza ryzyko nawrotu po latach. Na pewno żeby wyjść z nałogu, trzeba zmienić swój sposób myślenia. Inaczej można… na przykład niepostrzeżenie zamienić jeden nałóg na drugi (hazard na alkohol, trawę na alkohol, alkohol na pracę).”

      W AA funkcjonuje pojęcie „dry drunk” (nie wiem, jak to jest po polsku), czyli osoba, która nadal jest alkoholikiem w pełni nałogu, tyle, że nie pije. Wymaga to ogromnego wysiłku, taka osoba jest w zasadzie cały czas na krawędzi. Terapia lub 12 kroków powoduje oddalanie człowieka od aktywnego uzależnienia. Może i o tym napiszę notkę, bo 12 kroków też jest programem często nierozumianym. Ja zamieniłem swoje nałogi na tytoń, w tej chwili próbuję z niego zrezygnować i – cóż – nie jest łatwo.

      Pozdrawiam i trzymam kciuki!

      • Lurkerka_Borgia

        Spotkałam się z określeniem „niepijący alkoholik”, ale tylko raz, więc nie wiem, na ile jest w użytku, a na ile ten ktoś sam tak mówi o sobie.

        • Grant Thorsson

          Wydaje mi się, że według terminologii AA, niepijący alkoholik to po prostu członek AA. Pić można przestać, alkoholikiem pozostaje się zawsze. Disclaimer: po angielsku istnieje wyrażenie dry drunk, nigdy nie byłem na spotkaniu AA, w szczególności w Polsce, możliwe, że dry drunk = niepijący alkoholik, a zdrowiejący członek AA to trzeźwy alkoholik. Cholera, strasznie dużo researchu muszę zrobić…

          • Grant Thorsson

            Wypowiem się na temat pierwszej części pierwszego artykułu, bo chwilowo mam mało czasu, a pani Glaser napisała powieść.

            Generalnie wszystko można określić mianem nieco kontrowersyjnego 🙂 Pierwszym błędem, jaki popełnia autorka artykułu jest dosłowne odczytanie słów „He tried to dedicate himself to the program even though, as an atheist, he was put off by the faith-based approach of the 12 steps, five of which mention God.”. Gdyby JG naprawdę uczęszczał na spotkania, błyskawicznie dowiedziałby się, że „God” jest używane jako skrót dla „siły wyższej, jakkolwiek ją rozumiemy”. Ale rozumiem o tyle, że mnie też słówko „God” trzymało z dala od 12 kroków.

            Drugim błędem jest anecdata. To, że jedna osoba nie była w stanie utrzymać się w trzeźwości dzięki AA nie oznacza absolutnie nic. Artykuł pisany w oparciu o jeden przykład ma wartość wyłącznie jako wyściółka dla kosza na śmieci. Równie dobrze mogę zrobić wywiad z Rydzykiem i zatytułować go „Współcześni Polacy”. Pani Glaser popełnia ten błąd więcej razy, opowiadając o skuteczności pigułki na podstawie tego, że sama ją zażyła. Jeśli pani Glaser nie jest alkoholiczką, jej opowieść nie ma żadnej wartości, nawet anecdata, bo równie dobrze mogę podać osobie bez depresji jedną tabletkę Prozacu i spisać jej doznania.

            Znam się bardziej na NA, niż AA, ale wiem, że obie organizacje nie posiadają „szefostwa”, nie robią statystyk, nie posiadają czegoś takiego, jak oficjalny rzecznik. Nie czytałem Wielkiej Księgi AA, NA nie podaje w swojej literaturze statystyk w procentach (o ile pamiętam). Tutaj link do Big Book. Nie występuje w niej liczba 75%, nie miałem czasu na dłuższe poszukiwania. Nie da się wyliczyć procentowej liczby sukcesów (co to jest sukces?) z uwagi na to, co autorka opisała – zasada anonimowości wyklucza robienie statystyk. Spotkań jest wiele. Jeśli osoba X pójdzie w poniedziałek na spotkanie w miejscu A, we wtorek w miejscu B, a w środę w miejscu C, a potem w następne dni będzie już chodzić wyłącznie w miejsce D, domorosły statystyk mógłby obliczyć, że 75% tej osoby nie udało się pozostanie w AA, a 25% tak. Nie przekonuje mnie ani profesor Dodes ze swoimi 5-8%, ani AA ze swoimi ewentualnymi 75%. Tego zwyczajnie nie wiadomo.

            Generalnie mam wrażenie, że pani Glaser, bazująca swoje przemyślenia na tym, że celebryci wielokrotnie spędzają czas w rehabach, ma punkt widzenia i w artykule (oraz swojej książce, którą promuje) zajmuje się udowadnianiem go. Widziałem to wcześniej, więc mnie nie zaskakuje. W ogóle chyba ten artykuł już czytałem. Ale zajmę się tym później, jak będę miał kilka godzin 😉

  • To się cholerstwo jakoś dziedczy, nawet jeśli protoplasta pije dziennie 60 mocnych herbat, czy zre cukierki / orzeszki / inne gówna. I co dzień zaniepokojony dzwoni, że się skończyło to, czy tamto niewinne zupelnie

  • „2. Nie ma czegoś takiego jak ćpun/alkoholik „wyleczony”. Jest „zaleczony”. Jeśli dana osoba sięgnie po kieliszek, strzykawkę, czy cokolwiek, w mgnieniu oka przestanie być „wyleczona”. Uzależnienie jest na całe życie.”

    Podobno niekoniecznie, słyszałem i czytałem o trochę innej filozofii podchodzenia do terapii alkoholików/narkomanów, gdzie w terapii nie wyklucza się kontrolowanego zażywania uzalezniającej substancji.
    Podobno czasem działa, nie rzucę teraz linków, ale wiem, że są takie przypadki.

    • Grant Thorsson

      Nie wiem, czy o to Ci chodzi, ale w Holandii podejście jest takie: liczy się dobro społeczeństwa, a nie jednostki. Tak więc osoby uzależnione od heroiny dostają za darmo jej odpowiednik (o ile pamiętam, nazywa się to suboxon?). Dzięki temu nie muszą popełniać przestępstw celem zdobycia narkotyku, zażywają go regularnie i szafa gra. Czy można to uznać za wyleczenie – śmiem wątpić, ale przy założeniu, że najważniejszy jest spokój i obniżenie przestępczości zdecydowanie się sprawdza.

      • Terapia metadonem (syntetyczny opiat, który zapobiega objawom głodu, ale nie wywołuje euforii) jest uznaną metodą leczenia uzależnienia od opiatów stosowaną m.in. w USA i w UK. Dawki metadonu można powoli, w kontrolowany sposób redukować aż do całkowitego odstawienia, ale są też osoby, które przyjmują go przez całe życie. Metadon ułatwia rehabilitację społeczną osoby uzależnionej pod warunkiem, że równolegle prowadzone będzie leczenie mechanizmów uzależnienia psychicznego, np. poprzez udział w programie 12 kroków dla anonimowych narkomanów.

        • Grant Thorsson

          Bardzo dziękuję za ten komentarz!

          Znam osobę (dane anegdotyczne, wiem), która przyjmuje metadon. Nie jest szczęśliwa. Miota się pomiędzy nieskutecznymi próbami odstawienia, a nawrotami. Być może gdyby dostęp do niego był trudniejszy, udałoby się z niego zrezygnować. Nie wiem.

          Miałem napisać trochę więcej, ale to nie moje życie, nie będę naruszać anonimowości, mimo, że osoba nie zna polskiego i nie czyta mojego bloga.

  • w ostatnim komentarzu chodziło mi jedynie o niezgodę na fragment „Jest „zaleczony”. Jeśli dana osoba sięgnie po kieliszek, strzykawkę, czy cokolwiek, w mgnieniu oka przestanie być „wyleczona””

    Co do tego że uzależnienie jest na całe życie, nie polemizuję, choć mam trochę wrażenie, że powiedzenie tego wcale nie każdemu pomaga (tak samo jak przyznawanie się do alkoholizmu).

    P.S. Jednak znalazłem dwa teksty, które jakoś (acz niekoniecznie do końca) są bliskie mojemu spojrzeniu na temat:

    http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=80

    http://psychologdodomu.pl/picie-kontrolowane-jest-mozliwe

    • Grant Thorsson

      Program redukcji szkód kojarzy mi się właśnie z podejściem niderlandzkim: a niech sobie pije/zażywa, byle nie powodował szkód dla społeczeństwa. Osobiście nie wierzę w picie kontrolowane i nigdy nie spotkałem osoby, dla której to działa, anecdata z internetu średnio mnie przekonuje, bo mogę zaraz napisać notkę o tym, że jestem hrabią i niech mi ktoś udowodni, że nie.

      Ten fragment mnie bardzo zaskakuje:

      „Alkoholik to klient w biznesie. Bardzo dobry klient bo dożywotni, pod warunkiem, że się nigdy nie wyleczy. To prawda, co piszecie na waszej stronie „NFZ nie płaci za wyleczenie tylko za leczenie”, więc leczymy tak żeby nie wyleczyć.

      To dlatego w Polsce kazano nam codziennie rano przed lustrem powtarzać sobie „jestem alkoholikiem” Jak tu potem nie pić skoro od rana każe nam się myśleć o alkoholu?.”

      Nie wiem, jak działa NFZ, ale w programie 12 kroków nikt nie każe sobie niczego powtarzać przed lustrem, a uczestnictwo jest darmowe…

  • Dobra.

    A co z uzależnieniami od internetu? Jeśli nie mogę wytrzymać pół godziny przy komputerze bez sprawdzenia, czy nie mam nowych powiadomień na Facebooku, to chyba jest coś nie tak?

    • Grant Thorsson

      Najpewniej tak i sam mam ten problem. Ostatnio zrobiłem sobie odwyk od Bunia, było naprawdę ciężko.

  • Po lekturze twojego zestawienia zaczynam odnosić wrażenie, że do worka z napisem „uzależnienie” wrzuca się zupełnie różne zjawiska, których jedynym wspólnym mianownikiem jest obecność „tego czegoś” zewnętrznego, co jest nam konieczne do egzystencji. Być może to jest przyczyna różnych tekstów typu „od tego / tamtego” nie da się uzależnić, jak również „tojegowinizmu” (którego korzenie jednak są nieco w innym miejscu). Tymczasem czym innym jest kompulsja (sprawdzić czy nie OCD), czym innym „zepsuta lampka” (anecdata warning – znam osoby które mają zepsuty „wskaźnik przepełnienia” i jedzą bez opamiętania. Jedna z nich ma okołoporodowe uszkodzenia mózgu, więc może naprawdę coś tam „siadło”). Hasło „od tego nie da się uzależnić” jest natomiast niebezpieczną ekstrapolacją medycznego „nie występuje / nie jest znany / mechanizm fizycznego uzależnienia od tej substancji / czynności”. Nie da się uzależnić od konopii? Prawda, jeśli dodamy „fizycznie”. Za to da się fizycznie uzależnić od kofeiny (objawy odstawienia są niegroźne, za to bardzo nieprzyjemne, przechodzę to like raz w roku), nawet jeśli nikt poważnie nie traktuje uzależnienia od kawy czy herbaty. W dodatku fizyczne uzależnienie to mechanizm dość łopatologiczny, więc dopadnie prędzej czy później nawet największego twardziela.

    Nie wiem natomiast czy uzależnienia od czynności (seks, hazard, „internet” – cokolwiek mówiący miał na myśli) czy osób nie są formą kompulsji (podejrzewam że również tu różnie bywa). Być może dlatego są dissowane, bo w końcu kompulsje to choroba psychiczna a wariaci są jak wiadomo śmieszni lub niebezpieczni…

    • Grant Thorsson

      Hej,

      niestety nie mogę się z Tobą tym razem zgodzić.

      Można się uzależnić od praktycznie wszystkiego. Myślę (na kompulsjach znam się akurat średnio), że różnica polega na tym, że uzależnienie na początku jest przyjemne. Potrąca nam właściwe receptory. Ale człowiek z odpowiednią osobowością nie ma dosyć, jak Grześ wspomniał, drobna przyjemność TERAZ jest lepsza od dużej potem (w przypadku hazardu wolisz iść teraz grać, niż oszczędzić pieniądze i kupić coś za trzy miesiące), tyle, że drobna przyjemność się kończy, a mózg resetuje i chce drobną przyjemność znowu. Nie wydaje mi się, żeby kompulsje były przyjemne w jakimkolwiek momencie. Mechanizm uzależnienia działa tak, że człowiek się do wszystkiego przyzwyczaja i powoli baseline zmienia się z „jestem trzeźwy, ale czasem się napiję i jest fajnie” w „jestem pijany, ale czasem jestem trzeźwy i to jest straszne”.

      Sam jestem uzależniony od kofeiny, jak większość społeczeństwa, tyle, że jest to w stu procentach tolerowane społecznie. Nikt nie patrzy na Ciebie jak na kanałowego szczura dlatego, że chcesz się napić kawy. (Sprawdzić, czy nie amisz.) W pewnym stopniu pracuję z osobami uzależnionymi od naprawdę bardzo różnych rzeczy i wygląda to tak samo, jak uzależnienie od alkoholu czy prochów.

  • Hm….dobry wpis.
    Tez uwazam, ze uzaleznic sie mozna od wszystkiego. Co zreszta prowadzi do interesujacych wnioskow o naturze uzaleznienia…..
    Nie wiem Ray czy znasz juz temat, albo czytales chociazby ten artykul:
    http://www.huffingtonpost.com/johann-hari/the-real-cause-of-addicti_b_6506936.html

    Dal mi duzo do myslenia i przynajmniej w wypadku wielu osob, ktore znam (a nawet mnie samej) nagle wszystko zrobilo „click”.

    Nie twierdze, ze u wszystkich taka sama przyczyna, ale te eksperymenty na szczurach… robia wrazenie, ze tak powiem. Bo wychodziloby na to, ze podstawa uzaleznienia jest psychiczna (chociaz w wypadku niektorych substancji dochodzi rzecz jasna i fizjologiczna po pewnym czasie): „we have to bond to something”.
    A jak nie mamy tego, do czego wyewoluowalismy przez setki tysiecy lat, to znajduje sie jakies, ehm.. „zastepstwo”…

    • Grant Thorsson

      Czytałem o Rat Park, widziałem nawet komiks, uważam, że to bardzo prawdziwe. Wszystkiego nie wyjaśnia, bo jednak ze szczurami chociażby nie pogadamy (chociaż ja do swoich gadałem 😉 ). Większość znanych mi osób z uzależnieniami postrzegała siebie w czasach brania jako bardzo samotne, a alkoholizm czy narkomania dalej je izolował.