Wesołe jest życie staruszka

Moje życie zaczęło się po trzydziestce.

Okres 26-28 to były dwa lata z depresją. Nie wspominam tego okresu nadzwyczaj dobrze i na tym poprzestańmy. Kiedy miałem lat 29, wyszedłem z depresji, ale za to spędziłem rok na obsesyjnym myśleniu, że niedługo osiągnę 30 i będę wtedy stary i obleśny. (Wzięło mi się to z jedynego odcinka Queer As Folk, który obejrzałem, a w którym bohater narzekał, że gej po trzydziestce jest praktycznie martwy i jego życie się kończy. Bohater, poza tym, był antypatycznym, obleśnym typem i naprawdę nie rozumiem, czemu jego słowa aż tak zapadły mi w pamięć.)

Ujmijmy to delikatnie — bohater nie miał racji.

Moje życie tak naprawdę powoli zaczęło się rozkręcać po trzydziestce. Zacząłem budować znajomości i przyjaźnie w Amsterdamie — to prawda, że odbudowywanie struktury społecznej w nowym kraju trwa około pięciu lat, chociażby dlatego, że naprawdę bliskiej przyjaźni nie da się zbudować w ciągu kilku miesięcy. Kupiłem mieszkanie. Zacząłem prowadzić nieco bardziej ożywione życie nocne, dokonawszy odkrycia Ameryki w konserwach iż życie nocne w Amsterdamie wygląda nieco inaczej niż w Warszawie, wliczając w to podróże autobusem nocnym zastąpione podróżami na rowerze lub przyjemnymi spacerami, oraz osoby, które można napotkać podczas prowadzenia życia nocnego. Odkryłem również, że najwyraźniej nie jestem jeszcze aż tak stary i obleśny, jak sugerowałyby słowa pana z QAF. (Pewną wskazówką były gromady facetów, potykających się o własne nogi i wyznających mi gorące, acz nieodwzajemnione, uczucia.)

Po trzydziestce udało mi się również zakończyć psychoterapię, dzięki której z mojego życia zniknęła cała masa ograniczeń, mieszkających wyłącznie w mojej głowie. Okazało się, że wrażenie, że jestem nieśmiały było mylne. Podobnie było z odczuciem, że marokańscy chłopcy na ulicach wiedzą, że jestem gejem — przy czym to uczucie nie zniknęło, tylko raczej zostało dopełnione dodatkiem „ale nawet jeśli, to co z tego?” Ogólnie rzecz biorąc, przestałem się bać różnych rzeczy, wliczając w to obawę przed samotnością, ponieważ przez osiem miesięcy używałem sobie samotności, chociaż lepszym słowem będzie zapewne „singielstwa” i szalenie mi się to podobało.

Kiedy poznałem Wikinga, bardzo chciałem się ustatkować, Wiking zaś, wraz ze swoim poukładanym życiem wydał mi się do tego doskonałym kandydatem. Nie przyszło mi do głowy, że jeśli ktoś ma aż TAK poukładane życie w samotności, to być może nie pozostało już w nim miejsca na drugą osobę. Kiedy Wiking zaczął dociskać mnie kolanem w jednej jedynej szufladce, w której zostało mu troszkę przestrzeni między zakurzonymi portretami rodzinnymi a zestawem srebrnych sztućców, nie pozostało mi nic innego niż uznać, że związek to piękna rzecz, ale jednak nie za każdą cenę, a kompromis powinien polegać na tym, że ustępują obie strony, a nie tylko ja.

Kiedy poznałem DJa, po pierwsze w ogóle się nie spodziewałem, że zobaczymy się więcej niż raz. Po drugie, w zasadzie to już dojrzałem do tego, żeby znaleźć kogoś na dłużej, ale nie bardzo wiedziałem, jak się do tego zabrać i w zasadzie to planowałem najpierw zrobić kilka miesięcy przerwy. A po trzecie, jak wspomniałem, bardzo przyjemnie mi się singlowało, z wyjątkiem chwil — które oczywiście się pojawiały, bo nie jestem zrobiony z drewna — kiedy brakowało mi zwyczajnie kogoś, do kogo mógłbym się przytulić, obejrzeć razem wieczorem nudny film, a potem usnąć na kanapie w jego ramionach. A teraz powoli dobiegamy do trzech miesięcy, ja również powoli zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że to może być coś więcej, niż przelotny romans i ogólnie jest ciekawie.

DJ wprowadził w moje życie mnóstwo chaosu, ekscytacji, nieporządku i zabawy. W odróżnieniu od Wikinga, który wszystko miał zaplanowane ze szczegółami i należał do ludzi, którzy pewnych rzeczy nie robią, bo uważają, że nie powinni (zupełnie jak ja dwa lata temu), DJ za planowaniem nie przepada, robi wszystko, co mu strzeli do głowy, niczego się nie boi, niczym nie przejmuje i ogólnie rzecz biorąc jest człowiekiem, który w ograniczenia nie wierzy. W związku z tym potrafi czasami być męczący, ale raczej w związku z przedawkowaniem doskonałej zabawy niż z własnymi kompleksami lub niechęcią do czegokolwiek innego niż tylko działania powszechnie aprobowane. Ja zaś czasami mam wrażenie, że budzę się po trzech godzinach snu na pędzącym rollercoasterze, czasami zaś, że muszę go potwornie nudzić — niemniej jednak jeśli tak jest, to DJ doskonale to ukrywa, a mi nie przeszkadza to cieszyć się tym, co mam dzisiaj. Bo jak mi udowodnił casus Wikinga miłości nie można zaplanować, wybrać odpowiedniego obiektu na podstawie listy kryteriów i punktacji w skali 0-100 i żyć z nim długo i szczęśliwie. Za to można przypadkiem wpaść na kogoś kompletnie do nas z żadnej strony niepodobnego i spędzać z nim tyle czasu, ile tylko się da, ciesząc się każdą chwilą.

  • „jeśli ktoś ma aż TAK poukładane życie w samotności, to być może nie pozostało już w nim miejsca na drugą osobę” – ładne.

  • W wieku dwudziestu lat pracowałam w różnych miejscach jako stażysta; miałam wtedy w pracy kolegów koło trzydziestki, którzy na wszystko narzekali, chorowali na wrzody żołądka i łamanie w krzyżu, nie chcieli słyszeć o wyjeździe pod namiot, patrzyli z pogardą na rower, mówili „ta dzisiejsza młodzież”, „za moich czasów”, że nie rozumieją współczesnej muzyki i że wszystko schodzi na psy. Nie znałam wtedy Latającego Potwora Spaghetti, więc nie było żadnego sensownego bóstwa, do którego mogłabym się modlić, żeby mnie szlag trafił, zanim zacznę tak wyglądać. A mimo to – nemo iudex in causa sua, ale – chyba się udało; mimo poważnych zmian w departamencie osobisto-zawodowym, nadal lubię podróżować z plecakiem, jeździć na rowerze, chodzić na koncerty i w ogóle być zadowolonym z życia.
    Trzydziestka rządzi.

  • 28 skonczylem bez fajerwerkow. Gdzies tak od 24ki czekam z utesknieniem na 30 ku oslupieniu znajomych. Nic nie poradze, ze faceci w wieku 30-40pare wydaja mi sie najbardziej atrakcyjni.

  • @gatling Muszę przyznać, że moje upodobanie do facetów starszych ode mnie również pozwala mi się cieszyć trzydziestką — podobam się sobie coraz bardziej, a czterdziestoparolatkowie, hmmmmm, hmmmmmm. 😉

    @wredny_widelec Ja mam koleżankę, lat 28, która narzeka na starość, otyłość, problemy zdrowotne i tak dalej. Niektórzy ludzie rodzą się starzy i robią nam, trzydziestoparolatkom, zły PR 😛

  • Ja poczułam się stara dopiero po śmierci obojga rodziców, kilku męczących rozprawach w sądzie, wypelnieniu trzech tuzinów zbędnych dokumentów, piętnastej (sic!) przeprowadzce i dlugotrwałej chorobie.

    Czyli w wieku 18 lat.

  • Navairo, zdanie o złym PR jest takim cudnym aforyzmem, że je sobie pożyczam, będę odmawiać wieczorem, miast paciórka i wpisywać przyjaciółkom do pamiętników.

  • Eeech, z tymi związkami to już tak bywa, z takim jednym one-night-standem ósmy rok się już bujam…
    A trzydziestka przyszła i poszła, mi cały czas się wydaje, że tak w okolicach 24 jestem, blokada mentalna normalnie. Jak sobie uświadamiam wiek właściwy metrykalny, to za każdym razem mnie wynik obliczeń zaskakuje lekko. Nigdy nie pamiętam, ile mam lat – pamiętam, kiedy się urodziłam i za każdym razem zapytana liczę lata od tego szczęśliwego dla świata momentu 😀

  • Eee tam trzydziestka! Ja zaczelam sie przyznawac do trzydziestki jak mi czterdziesci (niedawno) tak jakos przemknelo nieopodal. Jak mnie ktos pyta np. czy dlugo jestem w zwiazku to mowie, ze nie i tak tez mysle. Ostatnio jednak policzylam sobie i tak mi jakos to costamemnascie wyszlo – a patrz pan, w zalozeniu miala to byc niezobowiazujaca relacja kumpelska z opcja seksualna. Zapewne jednak tacy niedojrzali jestesmy. Poniekad zapewne (o czym wspominal gospodarz bloga – z braku potomstwa to wynika. Przepraszam za brak polskich czcionek. Poprawie sie!

  • Mnie nie wyleczyła ani ukończona trzy lata temu trzydziestka, ani półtoraroczne młode, ani praca korpoludka. Chyba nie będę dorOsłem, chyba nie umiem. Starszą, śmiertelnie poważną i dojrzałą prykwą byłam w swoim elytarnym lyceum. Na studiach mi przeszło; podejrzewam, że do końca życia.