Wybór

Zapytano mnie, czy powodem złożenia wniosku o paszport niderlandzki akurat przedwczoraj była ostatnia akcja USC. Nie, przypadkowo się tak złożyło, nie chodzi też o Golgota Picnic, o Chazana, o taśmy. Chodzi o dwie rzeczy: dzięki Stefanii miałem 816 euro potrzebne do wystąpienia o dokument, a wyniki wyborów do Europarlamentu dodatkowo motywują, żeby na wszelki wypadek nie czekać za długo.

Kiedy przybyłem do Holandii w 2006, przysięgałem sobie, że o paszport wystąpię w dzień po tym, jak upłynie mi wymagane 5 lat pobytu w kraju. Nic takiego się nie stało, bo w międzyczasie pojawił się burnout, a potem inne problemy, które zmusiły mnie do przejścia na rentę, dzięki czemu 816 euro stało się sumą, której nie wydaję pochopnie. Tak więc o paszporcie niderlandzkim zwyczajnie na jakiś czas zapomniałem, aż zaczęła mnie martwić lokalna antyimigrancka polityka.

W maju 2012 byłem w trakcie hipomanii, co objawiało się między innymi tym, że miałem mnóstwo energii i niczego się nie bałem. Tak więc udałem się na egzamin o nazwie Korte Vrijstellingstoets, o którego istnieniu większość imigrantów w ogóle nie wie, bo odpowiednie ministerstwo jego istnienie… ukrywa. Oficjalnie aby ubiegać się o paszport trzeba przejść przez kurs obywatelskości, Inburgeringscursus, a po tymże rocznym kursie zdać trzyczęściowy (chyba) egzamin, na którym pojawiają się pytania typu „jaka znana aktorka występowała w telewizyjnej ekranizacji sztuki na podstawie książki Gerarda Reve ‚Matka i Syn’ w roku 1983?”. Strona internetowa ministerstwa ds. imigracji, IND wspomina jednak o „…lub innych dokumentach” i ma na myśli właśnie Korte Vrijstellingstoets, który jest półtoragodzinnym egzaminem przy komputerze, w trakcie którego — egzaminu, nie komputera — padają pytania typu: „Ahmed gorszy się krótką spódnicą sąsiadki. Co mu mówisz? a) To szmata i zdzira! b) Tu jest Holandia, Ahmedzie, i każdemu wolno się ubierać tak, jak chce!” Przysięgam, że nie żartuję. Do KV trzeba oczywiście rozumieć niderlandzki (choć mówić niekoniecznie), znać się nieco na obyczajach, na podstawach prawa (poległem sromotnie na pytaniu o dofinansowanie wynajmu, bo nigdy mi nie było potrzebne dofinansowanie wynajmu, podobno pojawiają się pytania o ciążę i ginekologa, też mógłbym nie znać odpowiedzi) i w zasadzie tyle. Jest jeden kruczek: trzeba dostać 75% punktów i zdać za pierwszym razem, inaczej won ze sceny i na Inburgeringscursus. Z uwagi na hipomanię w dwa miesiące przygotowałem się, pojechałem (z gorączką) i zdałem.

Kiedy przedwczoraj składałem wniosek o paszport, pani urzędniczka zaczęła mi tłumaczyć coś, czego nie zrozumiałem — odniosłem wrażenie, że mówi mi, że paszport niderlandzki może być mi odebrany. Nieco się zachłysnąłem, więc zaczęła tłumaczyć powoli i wyraźnie, że nie mogę mieć dwóch obywatelstw, bo Unia Europejska, i tak dalej. — Ach! — przerwałem. — Przepraszam, pani mówi o polskim paszporcie! Nie, ten to mogę i zaraz oddać, chce pani? — Nie chciała, zrobiła tylko ksero.

Na obywatelstwo poczekam teraz od 6 do 12 miesięcy, więc jeszcze tak zaraz go nie będzie. Ale przyznam, że po przeczytaniu o USC moja decyzja była dla mnie odrobinę ważniejsza. Po prostu nie chcę być obywatelem państwa, które swoim obywatelom okazuje jawną pogardę i utrudnia im życie, bo są nie tej orientacji, co Kościół przykazał. Wolę mieszkać w kraju, gdzie rzadkie przypadki przemocy przeciwko homoseksualistom generują artykuły na pierwszych stronach gazet i szok w społeczeństwie. A homofobia i w Holandii żyje, bo nie jest tak, że przebywam w raju i otaczają mnie anieli tolerancji. Tyle, że tutaj homofobia jest szokującym ekstremizmem, a nie — na przykład — trzymanie się za ręce lub pocałunek. (Czego niedawno dowiedział się Krul, z którym Wilders i Le Pen nie chcą współpracować, bo jest dla nich zbyt ekstremalny.)

Nie będę Was prosić o trzymanie kciuków, bo po 12 miesiącach mogłyby Wam odpaść. Tym, którzy w skansenie pozostali, życzę jak najwięcej szczęścia i powodzenia w zmienianiu go krok po kroku. Mi się zwyczajnie nie chce, nie mam na to zdrowia i czasu. Wiem, że są tacy, którzy na wieść o tym, że lewak-homoseksualista wystąpił o paszport holenderski zorganizują z radości imprezę z zamawianiem piw, ale na szczęście właśnie uruchomiłem proces, dzięki któremu — o ile wszystko pójdzie dobrze — już za rok będą mi mogli nafiukać.

  • Gratulacje i zazdro!

  • i_am_keyser_soze

    Sorry dude, ale będziesz dla mnie pretekstem do pogadanki w stylu „Należy zmienić ten kraj, bo porządni ludzie nie chcą być z nim kojarzeni” – więc dzięki i gratulacje 😀

    • Morhy

      Popieram, potwierdzam i podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami :D.

  • D.

    Szczerze gratuluję decyzji, wielu ludzi z Polski, podobnie myślących, też w końcu rozważa emigrację razem z nowym obywatelstwem. Polska męczy. Wstajesz i wiesz, że jesteś gorszy, bo nie pasujesz do „normy”. Powodzenia i jeszcze raz gratuluję.

  • Absolutnie popieram, kciuki mimo wszystko trzymam. Co więcej jesienią sama się z naszego grajdoła wynoszę. Mam zwyczajnie dość. Albo to moja tolerancja na polską specyfikę się wyczerpała, albo po prostu ta „specyfika” za bardzo się nasila, albo jedno i drugie – tak czy inaczej, coraz mniej czuję się częścią tego kraju, tej mentalności…tak, chciałam zmieniać od środka, próbuję jeszcze do teraz. Ale chyba się już wypaliłam. Już nie chcę. Chcę pożyć spokojnie, wśród ludzi, dla których opcja narodowo-katolicka nie jest oczywistością.

  • Pawcio23

    I kolejnego fajnego chłopa w kraju mniej 😛 Jak wszyscy co lepsi wyjadą, to reszta nie będzie miała wyboru i pojedzie za nimi 😛

  • Gronkowiec

    Powodzenia! Ciesze się że się znalazły pieniądze! Ale teraz to chyba już tak naprawdę tylko czekanie aż urzędnicy zrobią całą robotę papierkową, i za te 6-12 miesięcy obywatelstwo dostaniesz na 100%?

    Trochę zazdroszczę, bo mi się nigdy nawet nie udało dojść do etapu „pozwolenia na stały pobyt” w żadnym kraju 😉

  • Qrpikowa

    Ray, życzę Ci wszystkiego co najlepsze na nowej drodze życia! Nie trzymam kciuków, bo wiem, że paszport dostaniesz. Ja tu zostaję, ale cieszę się, że ty będziesz tam, bo tam będziesz szczęśliwszy!

  • Ojej, jak ja Ciebie bardzo dobrze rozumiem. (Moge zwracac sie na „Ty?”).

    Ja sama z Polski wyjechalam w 1998 roku bynajmniej nie z powodu szczesliwosci wiecznej do ojczyzny….

    Wylądowałam w Dolinie Krzemowej (Kalifornia). Zdązylam wyjsc za maz oraz zmienic nazwisko, bo wtedy duzo podrozowalam (to odnosnie nazwiska a nie meza 🙂 i zatrzymywanie mnie za kazdym razem na customs i polgodzinne dopytywanie doprowadzalo do szalu.
    Przez jakis czas bylo dobrze, a potem wyekspirowal mi polski paszport. Rok 2001 – no problem. Poslalam do konsulatu w Los Angeles wniosek wypelniony, zdjecie, stary paszport, marriage ceritificate i po miesiacu mialam poczta polecona w domu nowy paszport na nowe nazwisko i stary uniewazniony. LUZIK.

    Potem zycie me się tak potoczylo, ze rozwiodlam sie, ale nazwisko zostalo (na sama mysl o przechodzeniu przez gehenne Urzedu Imigracyjnego, co wczesniej dwa razy odeslal mnie na poczatek kolejki bo ONI zgubili moje papiery, co zaskutkowalo czekaniem o 2 lata dluzej, odechcialo mi sie). Mialam sobie permanent residency i w zasadzie reszta mnie srednio obchodzila, przynajmniej do czasu do kiedy….wyekspirowal mi paszport polski znowu.

    Rok 2011, paszport ekspiruje za 4 miesiace (wiem, ze bede wyjezdzac), ale sie nie martwie, bo przeciez ostatnim razem zajelo poltora miesiaca, prawdaz. No to wchodze na strony ambasady i czytam. I co widze. Ze poniewaz zmienilam stan cywilny (i nazwisko) a potem rozwiodlam sie, musze UMIEJSCOWIC te dwie rzeczy w urzedzie stanu cywilnego w Polsce. WTF???
    Czytam dalej…. no i zeby „umiejscowic” fakt slubu (a bez tego nie moge odnowic paszportu!!!!) musze oprocz tego co poprzednio (przetlumaczone przez tlumacza przysieglego plus apostilla) dostarczyc jeszcze: aktualny akt urodzenia mojego eks mauzonka ORAZ jego pisemna ZGODE, potwierdzona notarialnie – JEGO zgode na MOJA zmiane nazwiska!!!!

    A potem, musialabym „umiejscowic” moj rozwod. Komplet dokumentow (tlumaczonych przez tlumacza przysieglego plus apostille, co przy kilkuset stronach urasta do jakiejs chorej sumy), plus… otworzenie przewodu rozwodowego w Polsce, czyli rozwodze sie raz jeszcze ale przed polskim sądem…. Skonsultowalam sie z prawnikiem – no jakies 2 lata i koszty między 30 a 50 tys. USD…..

    Nawet umiejscowic „slubu” a wiec odnowienia paszportu na aktualne nazwisko nie moglam zrobic, bo coz – od czasu rozwodu nie mam pojecia, gdzie eks sie znajduje ani rezyduje (nie rozstalismy sie pokojowo) – wiec uzyskanie aktu urodzenia (jako rozwiedziona nie jestem jego rodzina wiec nie wydadza mi go, przynajmniej tak uslyszalam w Kalifornii w urzedzie, moze inne stany maja inaczej) nie jest mozliwe. Mam stare dwa – ale oczywiscie to sie nie liczy, bo musi byc _aktualny_ wiec nie starszy niz 3 mies (tak jakby dane dotyczace urodzenia sie kogokolwiek w ciagu trzech miesiecy sie mogly zmienic???). A poza tym jego zgody na cokolwiek i tak nie uzyskam, bo nie wiem gdzie sk* jest. A nawet jakbym wiedziala, to i tak nic mi nie podpisze.

    O rozwodzie to juz nawet nie wspomne, bo noz mi sie w kieszeni otwiera….

    Takze coz. Jestem obywatelem tego p* panstwa, ale owo panstwo odmawia mi wydania dokumentu potwierdzajacego obywatelstwo (bo przepisy odnosnie odnowienia dowodu osobistego sa takie same jak paszportu, trafiam glowa w mur).

    Tak, moglabym podać do sądu państwo polskie za odmowe praw, ktore sie mi konstytucyjnie naleza – ale ani nie mam ochoty, ani kasy, ani czasu na szarpanie sie z syfem.

    Zlozylam wiec (w 2011 r) podanie o obywatelstwo amerykańskie, uzyskalam go po 4 miesiacach (wliczajac w to przysiege a potem otrzymanie paszportu) i ..od tamtego czasu z radością pokazuję środkowy palec waaaadzom tzw. Republiki Polski.

    Także – trzymam kciuki, w przenosni – ale mentalnie wierzę mocno w to, że waćpan otrzyma paszport kraju, który ludzi traktuje lepiej, niz Polska. I ze nie bedzie sie musial nigdy wiecej uzerac z czyms, co uwlacza godnosci ludzkiej.

    Nasze przypadki sa co prawda rozne – Pan uzera sie z innego powodu – mnie szlag trafia, ze panstwo polskie nie chce mi odnowic paszportu z powodu takiej bezczelnosci, jak emigracja i zmiana nazwiska…[notabene to ma proste wyjasnienie: zeby glosowac, będąc zagraniczym rezydentem, trzeba miec wazny paszport polski. Jak sie go nie ma, prawo do glosowania w wyborach polskich nie dotyczy, mimo tego, ze w/g konsytucji dotyczy, albowiem obywatelem jestem. Zreszta, obywatelstwa polskiego tez zrzec sie nie mozna – probowalam, to jak pisanie na Berdyczow…].

    Przepraszam za przynudzanie… po prostu mi sie ulało. mam nadzieje gospodarz wybaczy.

    • L.

      @futrzak – Wierzyc sie nie chce w takie nagromadzenie bzdurnych przepisow w jednej, wydawaloby sie prostej sprawie. Nie dziwie sie, ze pokazujesz srodkowy palec.
      Ja wyemigrowalam w zeszlym roku, poszlam za tzw „glosem serca” i wyjechalam do faceta, ktory jest Polakiem i hetero, ale opinie o Polsce ma taka sama i wlasnie dlatego kilka kat temu wyjechal. I nie chce tam jezdzic nawet w odwiedziny do rodziny, a z polskim paszportem chce sie pozegnac, kiedy tylko bedzie mogl.

    • Ray Grant

      Oczywiście, że można na Ty. 🙂 Nawet zachęcam, dziwnie się czuję, jak mi ktoś pisze per „pan”.

      Potwierdzona notarialnie pisemna zgoda eks-małżonka na Twoją zmianę nazwiska to jest perwersja skali tego, co wyczytałem wczoraj — urząd pracy odmawia bezdomnemu dotacji na założenie firmy, bo nie napisał, czy zamówi sobie wizytówki nowe, czy używane. Gdy już dopisał, że będą nowe, odmówili mu drugi raz, bo nie napisał, do czego tych wizytówek będzie używać. Kierownik urzędu bardzo się obruszył, że przecież jego pracownicy nie będą za każdym razem się zastanawiać, po co komuś wizytówki, bo zamiast miesiąca musieliby wnioski cztery miesiące rozpatrywać. To chyba jest kraj z założenia nieprzyjazny ludziom.

      Kiedy zmieniałem nazwisko, nawiasem mówiąc, musiałem przekonać panią urzędniczkę, żeby mi pozwoliła. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego. Jeśli jestem pełnoletni, to chyba nie powinien być jej biznes, czy chcę się nazywać Ray Grant czy Esterhazy Wrzeciono-Halibarda? Owszem, rozumiem sensowność przepisu, że nie wolno mi zmienić nazwiska na Lech Kaczyński, ale jak widać nie chciałem tego robić… Chętnie dodałbym sobie teraz drugie imię do aktualnego nazwiska przy okazji zmiany obywatelstwa, ale na samą myśl, że po raz kolejny wymieniam WSZYSTKIE dokumenty (paszport i polski dowód mało ważne, bo się ich zrzekam, ale np. dyplom W POLSCE, referencje z poprzednich miejsc pracy…) jakoś mi się odechciewa.

      Pozdrawiam i gratuluję, że obywatelstwo już uzyskane 🙂

  • Powodzenia, cóż mogę więcej rzecz:)

    • jak każdy o problemach z biurokracją wiem więcej niż bym chciała, mimo wszystko urzędy, papiery to jedno, a dom, rodzina, ludzie, którzy mieszkają tu a nie gdzieś indziej to drugie; rozumiem jednak Twoją decyzję Ray i wierzę,że to dobrze dla ciebie, więc powodzenia i w ogóle;)

  • bufa

    Kongratsy, a propos – mieszkam w Belgii 15 lat i pierwsze slysze, ze nie moge miec dwoch obywatelstw. Moze juz nie mam, a nie wiem? Albo mam, a oni nie wiedza?

  • Obywatelstwa polskiego w zasadzie zrzec się nie da. Można oddac paszport czy inny dokument – ale obywatelem jest sie nadal i nadal figuruje sie w systemie PESEL.

    Obywatelstwo moze odebrac jedynie prezydent Polski, swoja wlasna decyzja (na wniosek zrzekającego się), przy czym w razie odmownej decyzji nie ma zadnego trybu odwolawczego ani tez nie jest prezydent zobowiazany do podania przyczyn takiej a nie innej decyzji. Nie jest mi znany zaden przypadek pozytywny (a bardzo wielu emigrantow skladalo wnioski o zrzeczenie sie obywatelstwa polskiego).

    Do roku 1999 utrata obywatelstwa byla powiazana z nabyciem obywatelstwa innego kraju – ale juz tak nie jest.
    (tu troche wiecej na temat http://obywatelstwo.eu/utrata-obywatelstwa.html )

  • Mariusz

    Powodzenia

  • Marta

    @Futrzak — moja malzonka zrzekla sie polskiego obywatelstwa w zwiazku z przyjeciem dunskiego i prezydent podpisal, wiec sa takie przypadki. Bylo to w roku 2011.

    A skoro juz mowimy o tym, jak to w roznych krajach wyglada, to opowiem o Danii, bo jestem w trakcie procedury. Oczywiscie egzamin z jezyka, ale w tej chwili to wystarczy mowic w stylu „Kali jesc”, bo znacznie obnizono wymagania, Bog wie dlaczego, skoro w prasie wciaz jecza, ze emigranci, ktorzy sa tu od 20 lat, maja znajomosc jezyka niewystarczajaca na zalatwienie prostych spraw w urzedzie. Egzamin z historii i kultury, z obowiazkowym pytaniem o to, kiedy Dania zdobyla ME w pilce noznej, reszta pytan w stylu podobnym do tych, o ktorych Ty pisales, Ray, aczkolwiek u nas nie ma pytan badajacych roznice kulturowe, choc moze byc powinny. Nie tak dawno byla dyskusja o lekarzu z Sudanu, ktory pacjentce oznajmil, ze wine za bezplodnosc ZAWSZE ponosi kobieta. Koszt egzaminu to bodaj 650 dkk.

    Poza tym trzeba byc w Danii 9 lat, miec staly pobyt, pracowac przez minimum 5 lat i nie pobierac zadnych zasilkow. Sklada sie dokumenty i wniosek na policji, placi sie 1000 dkk, przechodzi wywiad w stylu „a czemu pani zalezy na dunskim obywatelstwie?” i sie czeka. Dostalam wlasnie list, czas oczekiwania na samo zajecie sie moja sprawa to 16-24 miesiace. Potem dostaje sie promese, potem czeka sie na glosowanie w parlamencie (a obywatelstwa sie nadaje dwa razy w roku, na wiosne i na jesien). I dla mnie to tyle, bo wlasnie przeglosowano, ze mozna miec dwa obywatelstwa, ale wczesniej trzeba sie bylo zrzec polskiego i to znacznie wydluzalo sprawe. Malzonka musiala zlozyc wszystkie dokumenty, przetlumaczone przysiegle na wlasny koszt oczywiscie, plus zyciorys (!) oraz podanie (!) z uzasadnieniem (!) KONIECZNIE napisane recznie (!). Placilo sie w ambasadzie jakas absurdalna kwote, bodaj 2500 dkk i czekalo na informacje, ze prezydent laskawie wyrazil zgode, po czym osobiscie trzeba bylo pojechac do ambasady i tenze dokument odebrac. Ona czekala okolo roku. Dopiero majac ten dokument, mogl jej wniosek byc poddany pod glosowanie w Folketingu. Calosc trwala ponad 2,5 roku, wiec to jest zabawa dla cierpliwych. Ja licze, ze moze w 2016?

    Pozdrawiam serdecznie!