You go back to her, and I go back to black

Ze smutkiem obserwuję komentarze po śmierci Amy Winehouse. Prawie każdy ma na ten temat coś do powiedzenia. Większość nie wie, o czym mówi.

Ignorancja na temat narkotyków i ogólnie uzależnień jest niezwykle powszechna; o wiele bardziej, niż same narkotyki, czy wiedza o nich. Najczęściej prezentowane są dwa poglądy: 1. narkotyki to natychmiastowe uzależnienie, śmierć w rynsztoku i Amy sama sobie zasłużyła, oraz 2. całe to gadanie o szkodliwości narkotyków to brednie wyssane z palca przez katolicką prawicę, w rzeczywistości wystarczy uważać i się nie uzależni, najwyraźniej Amy po prostu nie uważała i już. 

Pogląd pierwszy prezentowany jest często przez osoby, które nasłuchały się szkodliwych kłamstw rozpowszechnianych często przez lekarzy, polityków i inne osoby, które powinny mieć na tyle rozumu, żeby nie traktować swoich słuchaczy jak idiotów. Szkodliwe kłamstwa są dwa. Pierwsze: wszystkie narkotyki są równie groźne i równie uzależniające. Drugie: każdy, kto eksperymentuje z marihuaną musi skończyć na ulicy jako bezdomny uzależniony od heroiny. Tymczasem nastolatki widzą, że ich znajomi od lat palą ziele, prowadzą normalne życie, nie uzależniają się — a przynajmniej nie tak, żeby to było widać na zewnątrz — i nie sięgają po cięższe substancje.

Rezultatem polityki straszenia narkotykami i zrównywania twardych z miękkimi jest paradoksalnie zobojętnienie — skoro gadanie o uzależniającej marihuanie to gówno prawda, to pewnie gadanie o uzależniającym cracku też. Stąd biorą się osoby z drugiej grupy: ci, którzy twierdzą, że narkotyki wcale nie są szkodliwe i po prostu trzeba uważać. Tyle, że uważać można z marihuaną (uwaga na marginesie: od niej też się da uzależnić!), albo z alkoholem. Z crackiem nie da się uważać, bo potrafi uzależnić od pierwszego zażycia, że nie wspomnę o substancjach, które potrafią od razu zabić. Odwykówki i cmentarze pełne są tych, co uważali, albo po prostu byli przekonani, że uzależnienie to coś, co zdarza się innym.

*

Uzależnienie jest chorobą o bardzo skomplikowanym tle i powodach. Ludzie, prowadzący szczęśliwe i spełnione życie nader rzadko czują potrzebę umilania go sobie paleniem cracku lub wstrzykiwania sobie w żyłę kompotu. Owszem, rację mają ci, którzy mówią, że Amy przecież wiedziała, że narkotyki są szkodliwe, zanim wzięła je po raz pierwszy; nie jest to wiedza tajemna, dostępna wyłącznie wybrańcom. Tyle, że po pierwsze Amy zapewne miała w otoczeniu dużo osób, które jej wciskały, że „po prostu trzeba uważać” — chociażby Pete Doherty czy Blake Fielder-Civil, żeby nie szukać za daleko — a po drugie, osobowość podatna na uzależnienie nie myśli o tym, że zażywanie heroiny może skończyć się śmiercią. Źle, wróć — może i myśli, ale albo uważa się za nieśmiertelną, albo nie postrzega swojego życia jako rzeczy na tyle ważnej, żeby należało je chronić.

Wypowiadam się mądrze i uczenie z własnego doświadczenia, ponieważ tak się składa, że w pewnym okresie swojego życia byłem uzależniony psychicznie od alkoholu. Był to pierwszy rok mojej depresji, kiedy jeszcze nie leczyłem się i nie prowadziłem terapii; kiedy wmawiałem sobie, że pewnie mi się tylko zdaje, że po prostu szukam atencji, że jestem głupi, bezwartościowy i nie zasługuję, żeby się czuć lepiej. Jedynym sposobem poczucia się lepiej, jaki w tym czasie przychodził mi do głowy było picie. Najpierw — piwo, dwa dziennie. Potem — trzy, cztery piwa na pusty żołądek. Potem — butelka wina. Potem — litr „Grzańca Galicyjskiego” (w tym czasie 16-18% alkoholu) dziennie.

Kac i sensacje żołądkowe były dla mnie wtedy codziennością. Budziłem się rano z obrzydliwym smakiem przetrawionego alkoholu w ustach; biorąc poranny prysznic smagałem samego siebie myślami, że jestem obrzydliwym, nic nie wartym pijakiem, że muszę przestać, że normalni ludzie się tak nie zachowują. A potem szedłem do sklepu (wybierając różne sklepy, żeby w żadnym nie rzucić się przesadnie w oczy) i kupowałem więcej alkoholu, ponieważ — w dużym stopniu wskutek picia poprzedniego dnia — czułem się tak strasznie źle i tak cierpiałem, że nie obchodziło mnie, czy wyląduję w rynsztoku, czy zapiję się na śmierć i co na to powie moja uszkodzona przez żółtaczkę wątroba, ponieważ i tak jedyną alternatywą, jaką widziałem było samobójstwo. Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że alternatywą było również poszukanie pomocy lekarskiej i psychoterapia. Oczywiście WIEDZIAŁEM, że tak jest. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mimo posiadania jakiejś wiedzy ludzki umysł często odmawia przyjęcia jej do wiadomości. Być może nie uważałem, że jestem wart zawracania pierdołami (tzn. sobą) głowy terapeucie, czy lekarzowi.

*

Nie mieszkałem w głowie Amy Winehouse i nie potrafię powiedzieć, co myślała i co czuła. Mimo buńczucznego „they tried to make me go to rehab, I said no no no” Amy wiele razy rozpoczynała kuracje odwykowe, które przerywała po piętnastu minutach, kilku dniach, czy tygodniu; odstawiała ciężkie dragi tylko po to, żeby zacząć pić tequilę butelkami; odstawiała tequilę po to, żeby zastąpić ją natychmiast paleniem ziela od rana do wieczora. Tak nie zachowuje się osoba, która kocha swoje życie, jest szczęśliwa i każdego dnia dziękuje bóstwom za to, że dały jej tak wiele dobrego. Tak zachowuje się osoba, która jest tak potwornie nieszczęśliwa ze samą sobą, że MUSI się odurzać — w sumie wszystko jedno czym — po prostu po to, żeby nie musieć czuć i myśleć. Doskonale pamiętam to uczucie. To, że w moim przypadku w grę wchodziło wyłącznie picie, było spowodowane wyłącznie tym, że nie miałem dostępu do niczego innego, gdyby w tym czasie ktoś zaoferował mi heroinę, prawdopodobnie bym ją przyjął.

Nie mam za sobą kuracji odwykowej; udałem się za to na psychoterapię. Kiedy moje życie się poukładało, magicznie przestałem czuć potrzebę picia codziennie. Po prostu sama sobie poszła. Pewnego wieczoru wypiłem mnóstwo piwa i wina, uwalając się na wesoło, czując się doskonale i świetnie się bawiąc, po czym następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem. Spędziłem dzień w łóżku, zielony, co jakiś czas biegając do kibelka celem zwrócenia treści żołądkowej (złożonej głównie z alkoholu, bo jeść nie byłem w stanie) i po kilku godzinach tej tortury w mojej głowie zalęgła się myśl-pytanie: Za co tak siebie karzesz? Czemu tak siebie nienawidzisz? 

To było cztery lata temu. Od tego czasu tylko raz upiłem się na tyle, żeby mieć kaca. Zrobiłem to z czystej głupoty — usiłowałem dotrzymać tempa lepszym od siebie i zachlać stres. Nie znaczy to, że nie piję wcale; zdarza mi się dość regularnie czy to wyjść w rundę po barach, czy też po prostu pić ze znajomymi, lub nawet w samotności. Tyle, że nie piję, póki nie zlegnę w łóżku i nie zapadnę w pijacki sen; wypijam dwa piwa, czy dwa drinki i… wystarczy. Nie piję po to, żeby się udręczyć, żeby nie myśleć, żeby nie czuć. Jeśli piję więcej — jeśli wraca potrzeba — jest to dla mnie sygnałem, żeby się przyjrzeć, co się dzieje złego w moim życiu. (Pewnie Was to nie zaskoczy, ale przed odkryciem, że trzeba się znowu leczyć z depresji piłem codziennie. A teraz… jakoś nie.)

*

To prawda, że uzależnienie jest chorobą i to prawda, że da się je zaleczyć. To prawda, że niektóre uzależnienia zabijają prędzej, niż inne. (Wy, którzy tak łatwo potępiacie Amy, czy takie same słowa potępienia macie dla swoich palących znajomych, którzy przecież samych siebie krzywdzą i niedługo z pewnością umrą na raka płuc I BĘDZIE TO ICH WŁASNA WINA?) To prawda, że w małych ilościach marihuana, ecstasy, alkohol czy kokaina są stosunkowo niegroźne, o ile np. nie wpadamy na pomysł prowadzenia samochodu po zażyciu, lub nie posiadamy w domu broni maszynowej. Tyle, że niektórzy nie potrafią ograniczyć się do małych ilości i nie jest to kwestia uważania, tylko posiadania osobowości podatnej na uzależnienia, środowiska, w którym się przebywa, posiadanej ilości pieniędzy i rozmiaru nienawiści odczuwanej wobec samego lub samej siebie. Osobowość depresyjna, nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia jest w stanie uzależnić się od wody i wypić jej tyle, że umrze z braku minerałów. Osoba szczęśliwa i spełniona prawdopodobnie od niczego się nie uzależni, bo zwyczajnie nie będzie miała potrzeby picia do upadku sześć razy w tygodniu, palenia ziela o dziewiątej rano (i o dziesiątej, i o jedenastej, i…) i ogólnie uciekania od tego, co mieszka u niej w głowie. Osoba szczęśliwa i spełniona, której zdarzy się z głupoty czy namowy spróbować ciężkich narkotyków albo nigdy nie spróbuje ich ponownie, albo poszuka pomocy, kiedy odkryje, że zabawa zaszła za daleko. Osoba nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia tego nie zrobi, bo nie będzie uważać, że jej własne życie jest tego warte.

Znane i oklepane hasełko pt. zanim pozwolisz komuś pokochać siebie, musisz najpierw pokochać siebie samego/samą jest prawdziwe. Dotyczy również osób chorych na depresję i uzależnionych. Nie można obwiniać rodziny za to, że nie zmusiła Amy do siedzenia na odwyku; po to, aby pozbyć się uzależnienia, czy wyleczyć z depresji trzeba CHCIEĆ pozbyć się uzależnienia lub wyleczyć. Samemu trzeba chcieć. Trzeba tego chcieć bardziej, niż chce się zachlać/zajarać/wstrzyknąć i zapomnieć. Trzeba czuć, że życie jest piękne i wspaniałe, a my chlejąc/jarając/wstrzykując tracimy większość z jego uroków, marnujemy czas, krzywdzimy samych siebie i nasze otoczenie. Osoba, która tego nie czuje nie jest w stanie wyjść z uzależnienia, nieważne, ile tygodni spędzi w rehab — nic nie pomoże osobie, która w duszy będzie powtarzać sobie ‚no, no, no’ i liczyć godziny pozostałe do momentu, kiedy ją stąd wreszcie wypuszczą, przestaną pilnować i będzie mogła dać sobie znowu w żyłę i przestać być back to black.

  • Zwyzywalam dzis pare osob (inteligentnych! wyksztalconych! tak po ludzku fajnych!) od self-important douchebags na fb, bo poszly teksty typu „bitch had a death wish” a w ogole to martwmy sie Norwegia. Bo im **rwa brain powera nie starcza na jedno i drugie. I bynajmniej nie naleze do osob posiadajacych szczegolna wiedze czy doswiadczenie jesli chodzi o leczenie uzaleznien, ale chyba minimum IQ/empatii powinno wystarczyc…?

  • Na twitterze widzę mnóstwo komentarzy tego typu — „co tam Amy gdy Norwegia”. Naprawdę, to nie jest mecz pingponga między Amy i Norwegią o tytuł ważniejszej tragedii, ale wielu ludziom się tak chyba wydaje.

    Z empatią przy uzależnieniach jest akurat problem, bo cieniutka jest granica między dopierdalaniem choremu, a popadnięciem we współuzależnienie. Co do IQ, sama widzisz, że nie wystarczy być inteligentnym i wykształconym, jeśli się lubi moralizować i pokazywać „co to ja nie jestem”.

  • Jako osoba ze skłonnością do uzależnienia od internetu, podpisuję się obiema ręcoma pod notką. Nieważne, od czego uciekasz, mechanizm uciekania jest taki sam, podobnie samo-ukaranie i bycie ‚niegodnym/ą’, ‚niewartym/ą’ pomocy. Amy Winehouse była niezwykle utalentowana, ale jak widać, sam talent nie wystarczy, żeby móc ze sobą wytrzymać. (ciekawe, czy znów mnie blox uzna za spam — Rita).

  • „po to, aby pozbyć się uzależnienia, czy wyleczyć z depresji trzeba CHCIEĆ pozbyć się uzależnienia lub wyleczyć”

    Zgadzam się w 100%.
    Mój ojciec jest AA. Nie pije od kilku lat. Nie chciał się leczyć, bo twierdził że nie ma problemu. Nie pomagały prośby, groźby, wysyłanie na odwyk i terapię. Tak naprawdę pomógł strach. Strach przed policją, sądem. Przestraszył się odsiadki i wziął się za siebie.
    Po przeżyciach z ojcem sama boję się pić alkohol, czy palić papierosy. Nie mówię, ze tego nie robię. Oczywiście, ze czasem mi się zdarzy wypić piwo ale jest we mnie taki irracjonalny strach, że może się nie skończyć na tym jednym piwie, że skończę jak mój ojciec.

    A co do Amy to jak zwykle wszyscy wiedzą najlepiej co siedziało w jej głowie, dlaczego to zrobiła. Teraz okazuje się, ze wszyscy słuchali jej muzyki i są wielkimi fanami. Podobnie jak z Jacksonem.

  • Mieliśmy podobne notki i podobne przemyślenia, Navairo.

  • @szprota Zauważyłem, częściowo Twoja notka zainspirowała mnie do zapisania moich przemyśleń.

  • jak można chcieć, skoro jest wszystko jedno?

  • #norwegia_vs_amy
    W ogóle po cholerę przejmować się Norwegią, sami mają o co prosili. Jak można się tym zamartwiać, kiedy w Somalii ludzie umierają z głodu (copypasta)

    #uzaleznienia
    Generalnie fakt, że kto nie był, ten nie załapie. Moja osobliwa konstrukcja psychiczna powoduje, że nie rozumiem potrzeby korzystania z środków psychoaktywnych, mostly because te słabsze na mnie w ogóle nie działają, a te silniejsze – nie wiem i raczej się nie dowiem. Na przykład alkohol działa na mnie tylko fizycznie – rzeczywiście nie jestem pewne gdzie się kończę, mam też lekkie zaburzenia równowagi i to w momencie gdy dobiję do poziomu „pełny bak”, bo dalej jest już tylko przytulanie kibla. Ale psychicznie wszystko bez zmian, nie puszczają mi hamulce, nie mam głupich pomysłów (tzn, głupszych niż zwykle). Kaca miałom raz w życiu, jak po wypiciu litra piwa poszłom spać i ktoś mnie obudził w nocy.
    Ale niestety rozumiem ludzi którzy chcą uciec, z resztą, ja też mam nałogi, nie niszczą mi zdrowia i raczej się nimi nie wykończę, ale potrafią mi w życiu napsuć, gdy stwierdzam że pierdolę wszystko, mam swój ciąg i tylko to się liczy. Rozumiem też, że ktoś może celowo chcieć rozpieprzyć sobie życie i wszystko dookoła, samo miewam tak czasem, na razie potrafię się powstrzymać…
    Muszę jednak przyznać, że długo nie miałom tolerancji dla osób uzależnionych. Pomagał mi w tym niemal kompletny brak empatii i fakt, że od osób pijanych i pijaków swoje przeszłom, a co do narkomanów, to straciłom tak jednego znajomego… (przypominam, brak empatii. Reakcja nie brzmi „jak mu współczuję”, tylko raczej „jak on kurwa śmiał mi to zrobić”). Ale człowiek uczy się całe życie. Z resztą, co do wielu moich problemów też mogłobym usłyszeć „masz coś chciało”… i naprawdę wolałobym tego nie usłyszeć. Wystarczy, że w ciemniejszych chwilach samo tak uważam.

    #chcieć
    @watashi79

    Niezupełnie tak. Chcesz i jednocześnie masz to w dupie. Nie chcesz rozwalać sobie życia i organizmu, ale walisz to i chcesz więcej. Masz ochotę leżeć samo na kanapie i żeby wszyscy się odpie*lili, ale jednocześnie chcesz by przyszli i wyciągnęli cię stąd. Pytanie, co wygra.

  • Navairo, wiem, że nie na temat, ale znalazłam taaaaaki portal, że ho ho i jeszcze więcej. O podrywaniu. Patrz: http://www.podrywaj.org/lekcja_7_przejdzmy_do_konkret%C3%B3w

  • Navairo, wiem, że nie na temat, ale znalazłam taaaaaki portal, że ho ho i jeszcze więcej. O podrywaniu. Patrz: http://www.podrywaj.org/lekcja_7_przejdzmy_do_konkret%C3%B3w

  • @ Nowokaina

    Przecież to trzeba rozparcelować i rozwałkować. Jeden Navaira nie da rady, a możnaby z tego zrobić role model dla rozmaitych „szkół uwodzenia”.

  • Nawet odświeżyłabym swój blog dla tej perełki, ale chyba nie będę miała czasu ;(

  • @nowokaina Heteroblogasek rozważa reaktywację na widok admina Gracjana 🙂

  • Normalnie jak czytam, co Gracjan wypisuje, to podniecam się bardziej nie na widok gołego Hugh Jackmana…

  • *niż.

  • @nowokaina
    Plz, ostrzegaj dokąd link prowadzi, bo weszłom i się zepsułom… I co ci biedny pies zawinił, teraz będziesz mieć mnie na sumieniu.

  • Normalnie kocham Cię Navairo(niech będzie że jak brata-bliźniaka). Bardzo pocieszająca notka
    A Amy bardzo lubiła i żal mi jej, zwyczajnie.