Na wstępie: jeśli tłumaczenie tytułu jest niewłaściwe, proszę o podpowiedź.

*

Na Buniu pokazał się obrazek (patrz powyżej). Dopisałem do niego kilka zdań z własnego doświadczenia i okazało się, że ten post był wielu ludziom potrzebny. Dzisiaj zatem poszerzę informację w wersji polskiej.

Dysfunkcja wykonawcza, czyli executive dysfunction, czyli DW, to w dużym skrócie dziura pomiędzy pomysłem i wykonaniem. Wiem, jak działa, ponieważ mi się przytrafiła i niestety potrwała kilka miesięcy. Na szczęście poszło sobie samo, ale bałem się strasznie, bo zaczęło się od „zapominania” jak np. umyć półeczkę w łazience, a doszło do tego, że siedziałem nad obiadem i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Dzięki temu doświadczeniu mogę wytłumaczyć obie strony medalu, „normalną” i dysfunkcyjną.

Normalnie (w tym przypadku słowo wydaje mi się właściwe) proces decyzyjny nie jest czymś, o czym w ogóle myślimy, chyba, że ktoś bardzo lubi rozważać wszystkie własne zachowania. Sam zacząłem je rozważać wtedy, kiedy przestały mi być dostępne. Półeczka to dla mnie bardzo symboliczny przykład, ponieważ Jos nie lubi, kiedy jest brudna, ja natomiast nie mogę tego znieść i czuję silną wewnętrzną potrzebę umycia. W normalnej sytuacji wygląda to tak:

 

Dane wejściowe: półeczka jest brudna

Interpretacja: fuj, należy ją umyć

Dane dodatkowe: mam w tej chwili czas, nikt nie potrzebuje używać łazienki, mam potrzebne narzędzia (płyn do zmywania i gąbkę)

Decyzja: myjemy

Akcja: mycie

Dane wyjściowe: aaa, teraz mi się podoba

 

DW wycina akcję.

Czytaj dalej

Zgodnie z tytułem, dzisiaj post gościnny. Obrazek został wybrany przez autora, nie dokonałem w tekście zmian innych niż drobna redakcja.

*

Nie wiem który raz poważnie zbierałem się do przejrzenia literatury i rzetelnego napisania czegoś o dystymii. I jak zwykle niewiele z tego wychodzi, po części dlatego, że mi się niezbyt chce, ale bardziej dlatego, że w kwestii tej literatury szału nie ma. W sumie to nie dziwi mnie to, gdyż dystymia jest tematem umiarkowanie poruszającym tak dla psychiatrów jak i psychologów, żyć się z nią zwykle da aż do ostatniego dnia, funkcjonować też jako tako, czasem nie najgorzej. Więc stwierdziłem, jebać to i napiszę coś od siebie. Może Ray będzie tak uprzejmy, żeby udostępnić, może ktoś skorzysta.

Antoni Kępiński bardzo wiele lat temu niemal poetycko napisał o dystymii, że to młodsza siostra depresji. Ładnie to brzmi, trzeba mu oddać i dziś już nikt tak nie pisze. Choć strasznie mi się nie podoba to stwierdzenie to jest dość celne. Dystymia to długotrwałe obniżenie nastroju które jednak nie dezorganizuje zupełnie życia. Bywa, że występują zaburzenia snu, koncentracji, lęk, zaburzenia łaknienia i co tam jeszcze, ale najbardziej typowe, charakterystyczne to ograniczenie zdolności do odczuwania radości czy tym bardziej szczęścia.

Osoby z dystymią opisują to czasem tak, jakby wszystko było na pół gwizdka. Jakby świat był za szybą niby blisko, ale jakiś taki odległy. Powinienem być szczęśliwy, wszystko jest tak, że naprawdę powinienem ale nie potrafię. Mimo to osoby z dystymią zwykle radzą sobie nieźle z codziennym funkcjonowaniem. Niektóre, ja na przykład, zaczynają się czuć nieco lepiej pracując i funkcjonując ze skrajnie dużą intensywnością i pod szczególnym obciążeniem, co oczywiście na dłuższą metę nie jest najzdrowsze. Inni pewnie znajdują nieco inne sposoby. W przebiegu dystymii mogą się pojawiać epizody głębokiej depresji ale ciężko powiedzieć na ile często, gdyż dystymia ogólnie jest diagnozowana raczej rzadko.

To nieco żenujące, ale ja – pomimo nastu lat pracy jako psycholog – nieco przypadkiem w ogóle pomyślałem, że mogę mieć dystymię. Z powodu chronicznego przepracowania i uciążliwych choć w sumie niegroźnych objawów psychosomatycznych uznałem, że może warto by było przetestować czy SSRI czyli bloker wychwytu zwrotnego serotoniny (główna grupa leków przeciwdepresyjnych) nieco złagodzi te objawy. Faktycznie tak się stało, ale też błyskawiczna, umiarkowana poprawa nastroju, zdolności koncentracji i sprawności uczenia się były już dużym zaskoczeniem. Właściwie brak skutków ubocznych leków jeszcze większym. Dopiero tak dobra odpowiedź na leki skłoniła mnie do zastanowienia się, czy może jednak coś jest nie tak.

No fakt – zawsze byłem jakiś taki nieco zdołowany, a przynajmniej od kiedy skończyłem 12 (może 14) lat, ale w sumie wahania nastroju są perfekcyjnie normalne w tym wieku. To, że zostały ze mną na kolejne dziesięciolecia i nie wahania tylko stałe obniżenie to detale. Pojawiające się od czasu do czasu napady lęków to nic wielkiego, można sobie z nimi poradzić, a właściwie przeczekać i same znikną. W sumie napady lęku też nie są zaskoczeniem jeśli obiektywnie występujące okoliczności je wyjaśniają, a raczej pozwalają zracjonalizować. Pewne trudności z uczeniem się, koncentracją, zapamiętywaniem? Przecież jesteś zdolny ale leniwy i w ogóle beznadziejny, więc się nie dziw głupio tylko weź do roboty…

A dalej jakoś tak się potoczyło, że mimo problemów jakoś poszło. Później okazało się, że w skrajnym stresie funkcjonuję lepiej niż normalnie nawet dużo lepiej więc sobie tak funkcjonowałem, jakiś troszkę lat minęło szczęśliwe stres i przepracowanie mnie nie zabiły. Teraz z lekami ułożyłem sobie funkcjonowanie nieco bardziej na spokojnie.

No może starczy tego pisania. Warto by było tylko podsumować po co to napisałem. Napisałem dlatego, że jeśli masz wrażenie, że może dotyczyć Ciebie to warto by było skorzystać z fachowej pomocy psychiatry.

Z lekkim sześciodniowym opóźnieniem…

W jakiś tam sposób pociesza mnie, że już nie tylko starzy ludzie (tzn. ja) wynoszą się z Amsterdamu. Władze dwoją się i troją, burmistrzyni Femke Halsema wpadła na pomysł przeniesienia dzielnicy czerwonych latarni poza centrum, panie pracujące w oknach protestują i nawet im się nie dziwię. Ale przerobienie wszystkich ulic na jednokierunkowe i opłaty za parking w wysokości jednej nerki za godzinę nie wystarczyły. W szczególności nie mają wpływu na to, co robią rowerzyści.

Wynosi się mój przyjaciel, imprezowicz, który kupił 38 metrów kwadratowych w samym środku miasta. Sprzedał te 38 metrów za 310 tysięcy euro. Wynosi się moja terapeutka. Pragnie się wynieść przyjaciółka, na razie nie może z powodów finansowych, ale nie może się doczekać. Wynosi się przyjaciel Josa. Prawie żadne z nas nie jeździ już rowerem w stronę centrum, nie mamy odwagi… Powstała nawet strona welcome-to-amsterdam.nl zbierająca powody, dla których to miasto nie nadaje się do życia. Jednocześnie ceny oraz opłaty za wynajem rosną w niewiarygodnym tempie. Kiedy szukałem informacji o cenach domów i oprocentowaniu kredytów natknąłem się na artykuł zaczynający się od „Ach, Amsterdam, miasto, gdzie każdy chce mieszkać, ale nikogo na to nie stać”. W środku znalazło się zdjęcie biznesmena w garniturze i z teczką na nartach wodnych. Podpis: „To jest jedyna osoba, którą stać na zapłacenie za wynajem w Amsterdamie”.

Dygresja: mieszkanie, w którym aktualnie przebywamy stanowiło wynajem socjalny, czyli tani, ale ostatnio przekroczyliśmy o – bo ja wiem – 20 groszy próg zarobkowy i zachwycona spółdzielnia dowaliła nam podwyżkę o 5% co roku. Obliczyłem, że za trzy lata będziemy płacić niższe raty kredytu, niż tutaj wyniósłby czynsz.

Tak więc my niechcący kupiliśmy dom… Niechcący tyczy się tego, że poszło nam to nieco prędzej, niż się nam wydawało.

*

Sprzedająca, którą nazwałem Old Vumman (inspiracja: Marian Keyes) usiłowała nam utrudnić transakcję. Powiedzmy, że cena wywoławcza wyniosła 100 tysięcy… Wiedząc, że dom jest na rynku od siedmiu tygodni i nie ma na niego chętnych zaoferowaliśmy 101. Agent Old Vumman powiedział naszemu w pół-tajemnicy, że kobieta jest strasznie trudna. Podobno przeprowadzili następującą konwersację:

Agent: Może pani za to dostać 105 tysięcy.
Old Vumman, tonem marzącym: Chcę 108.
Agent: Ale nikt nie da 108.
Old Vumman: Bardzo lubię liczbę 108 i tak sobie postanowiłam…

Daliśmy więc 105 tysięcy i czekaliśmy na odpowiedź. Po dwóch dniach oczekiwania nasz agent się zirytował, zadzwonił, po czym dostał mailem odpowiedź, że Old Vumman ofertę odrzuciła. Spytaliśmy w osłupieniu, co to znaczy, że odrzuciła i czego w takim razie chce. Agent Old Vumman odpowiedział, że teraz bardziej się jej podoba liczba 110.

W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy Old Vumman nie ma przypadkiem początków demencji. Uzbrojeni byliśmy w wiedzę, że ona już ma nowy dom na drugim końcu kraju i potrzebuje domostwo sprzedać najlepiej wczoraj. Jednak informacja, że „teraz podoba jej się liczba 110” wzbudziła we mnie przekorę. Zaproponowaliśmy 107,500 i powiedziałem do Josa:

– Nie dostanie 108. 110 jeszcze bardziej. Może dostać 107,999 i 99 groszy, ale nie będzie miała ulubionej liczby, choćbym pękł!

Po dwóch dniach czekania wzruszyliśmy ramionami i uznaliśmy, że nie jest nam przeznaczone. Zacząłem już oglądać inne domy, ale z uwagi na moje wymagania – w pobliżu centrum Legionowa, chciałem powiedzieć Almere; musi być na rogu; albo ogród większy niż pudełko na buty, albo w pobliżu parku, a najlepiej lasu. I jeszcze musiało nas być stać na zakup. Drobiazgi. Twardo gramy w totolotka i równie twardo w niego nie wygrywamy, co nam ogranicza możliwości.

Czytaj dalej

Och nie, popełniłem błąd w tytule. KP oznacza oczywiście Kochanego Pana, a może nawet Kochanego Premiera.

*

Wielce poważany KP,

pisze do Pana eksperyment obyczajowy.

Wyjechałem z Polski w 2006 roku przez takie osoby, jak Pan – żenująca homofobia podlana sosem hipokryzji dała mi się we znaki. Nie tylko ja wyjechałem – w tej chwili mógłbym zrobić objazd Europy i zatrzymywać się w prawie każdej stolicy u znajomych i przyjaciół. Pochodzę z klasy niższej, tzn. wykształconej, moi znajomi i przyjaciele też. Kiedy mamroczą Państwo na temat niewdzięczności ludzi, którzy szkolą się na koszt państwa, a potem wyjeżdżają, miejcie Państwo na uwadze, że nie jesteśmy dla Was żadnymi ludźmi. Eksperymenty obyczajowe i kulturowe wyjeżdżają. Nie macie Państwo dla nas nawet na tyle szacunku, żeby użyć fraz tak eleganckich, jak „te osoby”.

Wyjeżdżając naiwnie sądziłem, że za 20 lat w Polsce będzie normalnie – jak w krajach rozwiniętych. Dla Pana pobicia w Białymstoku to powód do wyrażenia półgębkiem wymuszonych fraz na temat potępiania przemocy. Do zachęcania i dzielenia ludzi na kasty wrócił Pan raptem po kilku dniach, według Pana nie pobito ludzi, tylko łażące po ulicach bez potrzeby eksperymenty społeczne. Wyznaje Pan też otwarcie, iż w Pana opinii członkostwo w Unii Europejskiej polega na tym, że się z niej ciągnie piniondz. Wszyscy wiedzą, że polskim rządom chodzi tylko o kasę, ale chyba jeszcze żaden oficjel nie powiedział tego tak wprost. Za szczerość dziękuję nie tylko ja, ale też ci, którzy będą ustalać kolejny budżet.

Czytaj dalej