Na wstępie: jeśli tłumaczenie tytułu jest niewłaściwe, proszę o podpowiedź.

*

Na Buniu pokazał się obrazek (patrz powyżej). Dopisałem do niego kilka zdań z własnego doświadczenia i okazało się, że ten post był wielu ludziom potrzebny. Dzisiaj zatem poszerzę informację w wersji polskiej.

Dysfunkcja wykonawcza, czyli executive dysfunction, czyli DW, to w dużym skrócie dziura pomiędzy pomysłem i wykonaniem. Wiem, jak działa, ponieważ mi się przytrafiła i niestety potrwała kilka miesięcy. Na szczęście poszło sobie samo, ale bałem się strasznie, bo zaczęło się od „zapominania” jak np. umyć półeczkę w łazience, a doszło do tego, że siedziałem nad obiadem i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Dzięki temu doświadczeniu mogę wytłumaczyć obie strony medalu, „normalną” i dysfunkcyjną.

Normalnie (w tym przypadku słowo wydaje mi się właściwe) proces decyzyjny nie jest czymś, o czym w ogóle myślimy, chyba, że ktoś bardzo lubi rozważać wszystkie własne zachowania. Sam zacząłem je rozważać wtedy, kiedy przestały mi być dostępne. Półeczka to dla mnie bardzo symboliczny przykład, ponieważ Jos nie lubi, kiedy jest brudna, ja natomiast nie mogę tego znieść i czuję silną wewnętrzną potrzebę umycia. W normalnej sytuacji wygląda to tak:

 

Dane wejściowe: półeczka jest brudna

Interpretacja: fuj, należy ją umyć

Dane dodatkowe: mam w tej chwili czas, nikt nie potrzebuje używać łazienki, mam potrzebne narzędzia (płyn do zmywania i gąbkę)

Decyzja: myjemy

Akcja: mycie

Dane wyjściowe: aaa, teraz mi się podoba

 

DW wycina akcję.

Czytaj dalej

Z lekkim sześciodniowym opóźnieniem…

W jakiś tam sposób pociesza mnie, że już nie tylko starzy ludzie (tzn. ja) wynoszą się z Amsterdamu. Władze dwoją się i troją, burmistrzyni Femke Halsema wpadła na pomysł przeniesienia dzielnicy czerwonych latarni poza centrum, panie pracujące w oknach protestują i nawet im się nie dziwię. Ale przerobienie wszystkich ulic na jednokierunkowe i opłaty za parking w wysokości jednej nerki za godzinę nie wystarczyły. W szczególności nie mają wpływu na to, co robią rowerzyści.

Wynosi się mój przyjaciel, imprezowicz, który kupił 38 metrów kwadratowych w samym środku miasta. Sprzedał te 38 metrów za 310 tysięcy euro. Wynosi się moja terapeutka. Pragnie się wynieść przyjaciółka, na razie nie może z powodów finansowych, ale nie może się doczekać. Wynosi się przyjaciel Josa. Prawie żadne z nas nie jeździ już rowerem w stronę centrum, nie mamy odwagi… Powstała nawet strona welcome-to-amsterdam.nl zbierająca powody, dla których to miasto nie nadaje się do życia. Jednocześnie ceny oraz opłaty za wynajem rosną w niewiarygodnym tempie. Kiedy szukałem informacji o cenach domów i oprocentowaniu kredytów natknąłem się na artykuł zaczynający się od „Ach, Amsterdam, miasto, gdzie każdy chce mieszkać, ale nikogo na to nie stać”. W środku znalazło się zdjęcie biznesmena w garniturze i z teczką na nartach wodnych. Podpis: „To jest jedyna osoba, którą stać na zapłacenie za wynajem w Amsterdamie”.

Dygresja: mieszkanie, w którym aktualnie przebywamy stanowiło wynajem socjalny, czyli tani, ale ostatnio przekroczyliśmy o – bo ja wiem – 20 groszy próg zarobkowy i zachwycona spółdzielnia dowaliła nam podwyżkę o 5% co roku. Obliczyłem, że za trzy lata będziemy płacić niższe raty kredytu, niż tutaj wyniósłby czynsz.

Tak więc my niechcący kupiliśmy dom… Niechcący tyczy się tego, że poszło nam to nieco prędzej, niż się nam wydawało.

*

Sprzedająca, którą nazwałem Old Vumman (inspiracja: Marian Keyes) usiłowała nam utrudnić transakcję. Powiedzmy, że cena wywoławcza wyniosła 100 tysięcy… Wiedząc, że dom jest na rynku od siedmiu tygodni i nie ma na niego chętnych zaoferowaliśmy 101. Agent Old Vumman powiedział naszemu w pół-tajemnicy, że kobieta jest strasznie trudna. Podobno przeprowadzili następującą konwersację:

Agent: Może pani za to dostać 105 tysięcy.
Old Vumman, tonem marzącym: Chcę 108.
Agent: Ale nikt nie da 108.
Old Vumman: Bardzo lubię liczbę 108 i tak sobie postanowiłam…

Daliśmy więc 105 tysięcy i czekaliśmy na odpowiedź. Po dwóch dniach oczekiwania nasz agent się zirytował, zadzwonił, po czym dostał mailem odpowiedź, że Old Vumman ofertę odrzuciła. Spytaliśmy w osłupieniu, co to znaczy, że odrzuciła i czego w takim razie chce. Agent Old Vumman odpowiedział, że teraz bardziej się jej podoba liczba 110.

W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy Old Vumman nie ma przypadkiem początków demencji. Uzbrojeni byliśmy w wiedzę, że ona już ma nowy dom na drugim końcu kraju i potrzebuje domostwo sprzedać najlepiej wczoraj. Jednak informacja, że „teraz podoba jej się liczba 110” wzbudziła we mnie przekorę. Zaproponowaliśmy 107,500 i powiedziałem do Josa:

– Nie dostanie 108. 110 jeszcze bardziej. Może dostać 107,999 i 99 groszy, ale nie będzie miała ulubionej liczby, choćbym pękł!

Po dwóch dniach czekania wzruszyliśmy ramionami i uznaliśmy, że nie jest nam przeznaczone. Zacząłem już oglądać inne domy, ale z uwagi na moje wymagania – w pobliżu centrum Legionowa, chciałem powiedzieć Almere; musi być na rogu; albo ogród większy niż pudełko na buty, albo w pobliżu parku, a najlepiej lasu. I jeszcze musiało nas być stać na zakup. Drobiazgi. Twardo gramy w totolotka i równie twardo w niego nie wygrywamy, co nam ogranicza możliwości.

Czytaj dalej

Zacznę od tego, że jestem bardzo wdzięczny gate agentom (dzięki dla Marty i Zbigniewa via Bunio za nazewnictwo!) z Okęcia i podziwiam ich odporność psychiczną…

Do Polski leciało się nudno, z przesiadką, nauczyłem się tyle, żeby nigdy więcej nie oszczędzać za pomocą latania z przesiadką, nie umiem własnych nerwów przeliczyć na stawkę godzinową, ale raczej się nie opłaciło i tyle.

W Polsce jeżdżą autobusy. Klimatyzowane. Tak twierdzą naklejki. W rzeczywistości jechaliśmy cztery razy. Raz nawet dmuchało, czemu nie, powietrze o tej samej temperaturze co na zewnątrz, przy czym jak zwykle zadziałała moja klątwa. Jeśli pragniecie pogorszenia pogody, należy mnie pilnie wezwać, w chwili mojego przyjazdu robi się odpowiednio o 10 stopni zimniej w zimie, lub 10 goręcej w lecie. W zimie przyciągam też śnieg z deszczem, czarny lód, tudzież błocko. Tym razem podgrzałem. W Warszawie podobno były burze, ale do Białołęki żadna nie dotarła. W jednym autobusie z napisem „nie otwierać okien, klimatyzacja” było sporo cieplej niż na zewnątrz, na zewnątrz było 36 stopni, Bjørn Larssen będzie pytać ZTM uprzejmie o to, jak należy rozumieć naklejkę, skąd bierze się brak zarówno klimatyzacji jak i okien, tudzież prosić o zezwolenie opublikowania odpowiedzi (lub informacji o jej braku) na blogu.

Najmilej bylo w studio tatuażu, gdzie jest klimatyzacja. Po czterech godzinach Robert zdziwił się, że nie narzekam na ból. Wydaje mi się, że organizm tak się ucieszył z klimy, że wstrzymał odczuwanie bólu tylko po to, żeby tam pozostać już na zawsze, czy jechaliśmy po kościach, czy po nadgarstku – wszystko jedno, 23 stopnie to było to. Ale oczywiście tak naprawdę zmierzamy na lotnisko…

*

Przybyliśmy godzinę za wcześnie, dałem panu taksówkarzowi napiwek za pracę w szkodliwych warunkach, klima klimą, ale słoneczko przez szyby też dawało. Kontrola osobista potraktowała nas zgoła wzgardliwie, nawet nie jeździli tym czymś do wykrywania narkotyków, odkryliśmy, że jeden pan z obsługi lotniska nie rozumie po angielsku ani słowa, ale ma piękne oczy gdy mu wylezą kompletnie z czaszki z przerażenia, znaleźliśmy słynny Kran Z Wodą Pitną, po czym zasiedliśmy w poczekalni. Najpierw przybył SMS o tym, że będą straszne burze (spoiler alert: nie było), potem drugi, że samolot spóźni się o godzinę. No trudno, spóźni się to się spóźni, poszedłem na spacerek dookoła lotniska jak pan Dulski na kopiec, wróciłem na boarding, zasiedliśmy godnie, zapięliśmy pasy i nastąpiło Oczekiwanie. Nic nie mówiłem, bo przywykłem, słuchałem sobie nowej Madonny (OGROMNIE polecam, Madame X we wszystkich sklepach) i martwiłem się głównie tym, o której wylecimy z Frankfurtu.

Zapomniałem, że niemiecki transport publiczny z jakiegoś powodu mnie nie lubi. Jak na razie z Niemiec do Amsterdamu udało mi się bez przygód dotrzeć raz. Cuda nie zdarzają się co dnia.

Czytaj dalej

Nie piszę, ponieważ ostatnio zajmuję się wyłącznie następującymi tematami:

  1. Moją pierwszą książką;
  2. Moją drugą książką;
  3. Riserczem do drugiej książki;
  4. Pracą nad odzyskaniem pełnej funkcjonalności pokryzysowej („po” to myślenie pozytywne, ale od początku maja jest bez przerwy dobrze);
  5. Zdrowiem różnych osób z rodziny i nie tylko 🙁 – czasami to ja mam najmniej problemów;
  6. Przyrodą w różnych formach, najchętniej islandzkich, konnych, lub obu naraz;
  7. Hmm… Poszukiwaniem przyszłego domu (to też myślenie pozytywne, bo nie mamy go za co kupić, ale twardo gramy na loterii).

Nie mam wrażenia, żeby te rzeczy ciekawiły kogokolwiek oprócz mnie i ewentualnie rodziny.

Zacząłem się zastanawiać, iloma tematami zajmują się tzw. normalni ludzie. Dzieci, rachunki, rodzina ogólnie, telewizja, komputer, konsola, praca. Jos i ja jesteśmy dziwni. Nie tylko z wyglądu, chociaż to oczywiście najbardziej się rzuca w oczy (hohoho). Ale to nie dziwność wydaje się pociągać normalnych ludzi, przynajmniej jeśli bazuję swoją opinię na tym, co się ogląda w Internetach. Gdybym chociaż był kotkiem…

Czytaj dalej