„Zasady – w statusie (własnym, nie tutaj w komentarzach) należy wpisać 10 książek, które przez całe życie z nami zostały. Bez zastanowienia. To nie mają być wiekopomne dzieła literatury tylko nasze najważniejsze lektury. W poście oznaczamy 10 osób które nominujemy do dalszej gry! Oznaczamy też osobę, która nas nominowała, żeby mogła to przeczytać.”

Jako, że ciągle usiłuję #zostaćkominkiem wpisuję na blogu, a nie w statusie, w nadziei, że pokochają mnie milijony, drugie tyle znienawidzi, a wszyscy klikną w reklamy, których na moim blogu nie ma, gdyż jestem nieudacznikiem i nie umiem na blogowaniu zarobić. (Wciąż czekam na zaproszenie do pisania felietonów dla Polityki, jestem pewien, że list zaginął, ale lada chwila wyślą drugi, z lepszymi stawkami…)

Bez dalszych wstępów, książki. Staram się nie spoilować niczego, jeśli mi się nie uda, przepraszam.

1. Julio Cortazar, „Gra w klasy”

Już sama budowa formalna utworu, który można czytać na niezliczoną ilość sposobów, który zawiera „rozdziały, bez których można się obejść” i w którym można albo w pewnym momencie zakończyć, albo też nie, albo się zapętlić jest wyjątkowa. Co dopiero treść. Traveler, co nigdy nie podróżował, Oliveira, od którego wziąłem do tej pory używany w sieci pseudonim, paczka bardzo dziwnych przyjaciół, słuchających „Joniego Mitchella” (tu propsy dla Zofii Chądzyńskiej, która była cudowna i boska i której nawet to wybaczę)… Sposób, w jaki pisze Cortazar jest w pewnym stopniu podobny do tego, w jaki pisze Perez-Reverte, ale tam, gdzie Perez-Reverte nadrabia pieprzeniem okropnych głupot z pewnym siebie wyrazem twarzy Cortazar prezentuje ogromną erudycję muzyczną, geograficzną i literacką, tego samego oczekując od czytelnika. Ulubiony fragment: koncert fortepianowy.

2. Joanna Chmielewska, „Wszystko czerwone”

Chmielewska, jak wszyscy wiemy, skończyła się na Kill’Em All, ale co z tego, skoro wcześniej napisała jakieś 40 książek doskonałych lub prawie doskonałych. „Wszystko czerwone” czytałem tyle razy, że mi się rozpadło, kuzyn — wtedy introligator — obłożył je od nowa w twardą oprawę, a pani Joanna ozdobiła autografem. W tej książce podoba mi się WSZYSTKO, opisy Danii, opisy znajomych i przyjaciół Alicji i Joanny, pan Muldgaard (czy ja w ogóle muszę o tym wspominać…), a przede wszystkim nagromadzenie dowcipów wszelkiego rodzaju na centymetr kwadratowy książki, która w zasadzie jest krwawym kryminałem. Ulubiony fragment: tylko jeden? no dobrze, to Edek, który nie ział i nie grzębił.

3. Michael Cunningham, „Godziny”

Jeśli ktoś czyta tego bloga, to zapewne nie jest zaskoczony tym, że na mojej liście pojawiają się „Godziny”, książka doskonała i absolutnie dla mnie niezbędna do życia. Cunningham opętał mnie tak bardzo, że próbowałem nawet wiele razy przeczytać „Miss Dalloway” i równie wiele razy od tejże „Miss Dalloway” odpadałem, bo dzieło nie jest w moim typie ani trochę. Cunningham posiada niewiarygodny dar do tworzenia postaci tak bardzo z życia wziętych, że żywych, a historia trzech kobiet związanych ze sobą pomimo różnic w czasie i przestrzeni wciąga i nie odpuszcza do ostatniej strony (podobnie jak serial „Cold Feet”, w Polsce „Usta, Usta” — uwaga na marginesie). Na podstawie idealnej książki powstał idealny film. Ulubiony fragment: Virginia decydująca, że nie zabije swojej bohaterki.

4. Lucy Maud Montgomery, „Emilka” (seria)

Dzień dobry państwu, jestem brodatym, wytatuowanym kowalem i kocham „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”. Ania jakoś mniej mi pasowała, może dlatego, że siedem tomów tego dzieła jest w jakiś sposób przewidywalne, tymczasem Emilka wychowuje się w warunkach, o jakich ja marzyłem — pustkowie, tajemnicze domostwo, brak ojca (tak, można o tym marzyć). Kilkoro przyjaciół, dar literacki, dorastanie na wyspie w Kanadzie — dla mnie kosmos, ale jakże piękny. Może moje pragnienie zamieszkania na wsi nie jest takie do końca nowe? Ulubiony fragment: ślub Ilzy.

5. Helen Fielding, „Dziennik Bridget Jones”.

Czytałem Bridget, zanim to było modne. Sukces tej książki w Polsce nie był wcale natychmiastowy. Czytało ją parę osób, zachwycały się i polecały kolejnym, które ją czytały, zachwycały się… etc. Byłem jednym z pierwszych — był taki okres, kiedy pół pensji wydawałem na nowości wydawnicze z serii Kameleon (jeśli dobrze pamiętam, bo już tego wydania nie mam, zaczytałem na śmierć). Po skończeniu wracałem do strony pierwszej i czytałem od nowa. I tak wiele, wiele razy. Gdy dostałem pocztą jeden z pierwszych egzemplarzy drugiej części, usunąłem przeszkody (tzn. mamę) ze swojego pokoju i przystąpiłem do lektury, zakończonej o drugiej nad ranem odczuciem zawodu. Częściowo dlatego, że Fielding lekko przedobrzyła z podkręcaniem żartów tak, żeby zamiast haha było hahahahahahaha, częściowo po prostu dlatego, że już to kiedyś czytałem, tylko wtedy było nowe i wyjątkowe. Fielding stworzyła cały gatunek literacki, pogardliwie nazwany chick-lit, do którego zaliczono niesłusznie bardzo dobre powieści np. Marian Keyes tylko dlatego, że napisała je kobieta płci odmiennej. Do Bridget nie wracam od lat, ale ciągle pamiętam nieustanne chichry w autobusie, w toalecie, przy gościach lub na korytarzu uczelni dlatego, że Bridget akurat coś powiedziała, zrobiła, albo ugotowała. Ulubiony fragment: Bridget przyrządza kolację na swoje własne urodziny.

6. Marian Keyes, „Wakacje Rachel”

Keyes, niepijąca alkoholiczka z odporną na leczenie depresją, jest — w skrócie — genialna, a bez skrótu geeeniaaalnaaaa. Jej umiejętność pisania o sprawach dramatycznych, przerażających, często wręcz potwornych jest porównywalna chyba tylko z umiejętnością Chmielewskiej, aby rozśmieszyć nas kolejnymi zabójstwami, lub Almodovara, aby rozbawić nas scenami gwałtu i przemocy. Tym razem na tapetę wzięła uzależnienie, które pokazuje od środka — Rachel wybiera się na odwyk, który postrzega jako coś w rodzaju hotelu dla celebrytów, w którym sobie przyjemnie wypocznie, aby potem wrócić do swojego poprzedniego stylu życia w nimbie odbitej sławy. Postać Rachel zostaje poprowadzona mistrzowsko, a uzależnienie opisane jest tak, jak może je opisać wyłącznie osoba, która go doświadczyła. Pilch mógłby Keyes czyścić buty językiem, ale oczywiście z uwagi na seksizm Pilch jest Wjelkim Autorytetem i Autorem Klasycznej Lyteratury, a Keyes obrywa różowymi okładkami w gwiazdki i ląduje między „Zakupoholiczka i dziecko”, a „Moje wesele w remizie ze Szkockim Przystojniakiem”. Ulubiony fragment: nie mogę podać, żeby nie spalić, więc powiedzmy, że pod koniec.

7. J. R. R. Tolkien, „Silmarillion”

Tolkiena tak naprawdę powinno się czytać z etykietami na okładce: „Hobbit” w wieku ok. 13 lat, „Władca Pierścieni” od 16, a „Silmarillion” co najmniej 20. Ja dorwałem wszystkie naraz i oczywiście był to błąd. Po pochłonięciu „Hobbita” rzuciłem się na „Władcę” i odkryłem ze zdziwieniem, że to jest książka o jakimś przyjęciu, po czym zakończyłem lekturę, zanim cokolwiek miało szansę się wydarzyć. Kiedy spróbowałem ponownie i przebrnąłem przez wstęp, pisany w oczywisty sposób przez enta dla entów, „Władca Pierścieni” stał się moją ulubioną lekturą. Odkrycie, że istnieje „Silmarillion”, który wyobrażałem sobie rzecz jasna jako ciąg dalszy, zachwyciło mnie do omdlenia niemalże, po czym spróbowałem to przeczytać i kompletnie wymiękłem. Książka, pisana mniej więcej w taki sposób: „Fingor miał jedenastu synów: Finadama, Finbajora, Fincykuta, Findelfina, Finegipta, Finfulka, Fingolfina, Finhilariousa, Finitalica, Finjamala, Finkrosta” (żadna z tych postaci więcej się w książce nie pojawia) nie była właściwą lekturą dla osoby pożądającej kolejnych sag z serii „bohaterowie idą, walczą, idą, walczą, znajdują artefakt” lub „bohaterowie mają artefakt, idą, walczą, idą, walczą, wrzucają go do wielkiego wulkanu”. Wiele lat zajęło mi odkrycie tego, że Tolkien po prostu spakował jakieś 50 powieści do rozmiaru jednej książki, opowiadając każdą z nich (w tym „Władcę”) na kilkunastu stronach. „Silmarillion” to jedyna książka Tolkiena, jaka jest mi nadal potrzebna. Ulubiony fragment: Beren i Luthien, spłakałem się przy tym jak dziecko jakieś pięćset razy.

8. Chris Heath, „Pet Shop Boys, literally”

Pet Shop Boys są moim ulubionym zespołem oficjalnie od 1991 roku, a nieoficjalnie w 1991 kupiłem sobie dużo kaset z rozmaitych wytwórni typu Tak Records i odkryłem, że lubię ich od dawna, tylko nie wiedziałem, że się tak nazywają. Na „Literally” uczyłem się angielskiego, poszczególne fragmenty umiałbym cytować obudzony w środku nocy, udało mi się uzyskać na książce autograf Neila Tennanta i prędzej oddałbym mały palec u lewej ręki, niż tę książkę. Chris Heath pisze w sposób podobny nieco do Stiega Larssona, skupiając się do przesady na szczegółach i dając to cudowne poczucie, że jesteśmy świadkami czegoś, czego się zwykle nie ogląda. Cóż, niektóre zespoły, jak Depeche Mode, robią sobie filmy autobiograficzne z trasy koncertowej, niektóre zamawiają książki i bardzo mi się to podoba. Film obejrzałbym raz, książkę przeczytałem po wielokroć i przeczytam jeszcze nieraz: Ulubiony fragment: komentarze rodziców Chrisa na temat jego nowej fryzury.

9. Kirył Bułyczow, seria o Alicji, dziewczynce z przyszłości

Jak nie kochać Alicji, która przybyła z XXI wieku (hehe), ma 12 lat (jak ja wtedy, plus minus), walczy z kosmicznymi piratami, po Moskwie podróżuje teleportobusami i wygrywa w szachy z mistrzami? Teraz, gdy mam trochę więcej niż 12 lat, pamiętam co dziwne głównie okładki, a treść trochę mniej, ale Alicja nadal wzbudza we mnie uczucie niewiarygodnej zazdrości, chociażby z uwagi na teleportobusy. Bardzo zazdroszczę Rosjanom, którym dostało się 40 książek o Alicji (nam pięć). W podstawówce nauczono mnie płynnie mówić i pisać po rosyjsku, tylko co z tego, jak wtedy nie było Allegro, a teraz, kiedy mogę sobie kupić wszystkie książki o Alicji, nic z nich nie zrozumiem. Ulubionego fragmentu w sumie nie mam, bo nie pamiętam, ale gdybym miał dzieci, dałbym im Alicję do czytania.

10. Karl May, „Winnetou”

„Winnetou” był pierwszym tak ostentacyjnie homoerotycznym dziełem, jakie zdarzyło mi się przeczytać, z wypiekami na twarzy i dziwnymi, nieznanymi mi wcześniej doznaniami. Nie wiem, ile miałem wtedy lat, jakieś 8-9 (nauczyłem się czytać sam w wieku 4 lat, bo rodzina odmawiała lektury w kółko tych samych ulubionych książeczek) i być może powinienem czekać dłużej, ale książki były w domu, a mnie nikt specjalnie nie pilnował, więc czytałem, co chciałem. Ojczym był zwolennikiem sci-fi, ale trafiały się i westerny i kryminały; mama czytała kryminały, bo romansów było wtedy jeszcze mało (komunizm był jakiś taki mało romantyczny, zdaje się). Tak więc jako ośmiolatek umiałem popełnić morderstwo doskonałe, ukryć ciało, przeprowadzić za policję całe śledztwo i ogólnie było to już nieco nudne, gdy nagle pojawili się w moim życiu dzielni kowboje, równie dzielni, choć niekiedy źli Indianie, wśród których wyróżniał się rzecz jasna Winnetou, wpierw wróg, potem najlepszy przyjaciel Old Shatterhanda (zwanego również „Szarlih”). Filmy wstrząsnęły mną głównie ze względu na obsadę, bo nie tak ją sobie wyobrażałem. Przeczytałem wszystko Maya co tylko dało się dostać w Polsce, ale najlepiej pamiętam mrocznie ekscytującą aurę określenia „pal męczarni”, muskularne ciało Winnetou wynurzającego się z rzeki, czy przez co tam akurat płynął i dwóch panów padających sobie w objęcia. Kwestia seksualności Maya do tej pory jest kontrowersyjna, jak to bywa z pewnego rodzaju prezentacjami męskości, ja wiem tyle, że „Winnetou” był pierwszym momentem, kiedy zrozumiałem, że to, co zwykle łączy chłopców i dziewczęta nie stosuje się do mnie. Ulubiony fragment: każdy, w którym występuje Winnetou, oczywiście.

Nikogo nie nominuję, bo to nie Facebook, ale zachęcam do pisania i wrzucania albo linków, albo własnych spisów w komentarzach 🙂

 

Cunningham jest moim najulubieńszym autorem i mam z nim tylko jeden problem: pisze za mało, a ma już 61 lat. Jego książki ukazują się średnio co 4 lata, a ja chciałbym przeczytać ich tak ze sto. Do tej pory wydał ich raptem sześć, z czego ostatnie dwie nie zachwyciły mnie tak, jak bym chciał, ale pozostałe — w tym moje ukochane „Godziny” — to arcydzieła. Odkrycie, że w maju ukazała się w Stanach nowa książka wstrząsnęło mną i zachwyciło, kupiłem utwór drogą kindlową i wessałem w jeden dzień.

Już wiem, że wrócę do „Królowej śniegu” — i to szybko. W odróżnieniu od nieudanego eksperymentu „Specimen Lives” i dość sterylnego „By Nightfall”, nowa książka wreszcie sięga poprzeczki, ustawionej niewiarygodnie wysoko przez „Godziny” z 1998 roku. Barrett — misiowaty trzydziestoparolatek, porzucony właśnie drogą smsową; Tyler — jego brat, niedorobiony muzyk, który przekonuje samego siebie, że nałóg narkotykowy to w rzeczywistości jedynie metoda pobudzania kreatywności i Beth, umierająca na raka dziewczyna Tylera to trójka na miarę Bobby’ego, Jonathana i Clare z „Domu na krańcu świata”. Cunningham pisze zdaniami złożonymi w kostkę tak wiele razy, że sięgają księżyca — jego zdania potrafią zajmować pół strony tekstu. Tymi zdaniami pieści pięknie nieciekawą historię, używając nadzwyczaj ciekawej metody literackiej: omija mianowicie wszystkie ważne wydarzenia i pisze o tym, co wydarzyło się potem.

Eugenides w swojej „Intrydze małżeńskiej” również opisuje trójkąt mimo woli: Mitchell, chudy mistyk, zakochany jest w Madeleine, która kocha Leonarda, który cierpi na dwubiegunówkę. Niestety, autorowi „The Virgin Suicides” (przepraszam za dwujęzyczność tytułów, czytam w losowych językach i nie chce mi się sprawdzać, co z danego tytułu zrobił tłumacz) nie udało się dwubiegunówki namalować w sposób przekonujący i losy Leonarda czyta się trochę jak notkę w Wikipedii na temat typowych objawów choroby i efektów ubocznych litu. Jego metoda pisania jest w pewien sposób zbliżona do Cunninghamowej — obaj poruszają się w granicach gatunku nowoczesnej amerykańskiej powieści obyczajowej. Jednak Eugenides ma większe ambicje, przynajmniej na pierwszy rzut oka — jego bohaterowie zwiedzają świat, Mitchell zostaje wolontariuszem w hospicjum Matki Teresy, podczas gdy Cunningham ogranicza się do rzuconego mimochodem „dopiero następnego ranka okazało się, że młodzian ma na nazwisko Mars i jest dziedzicem wielkiej fortuny” — co zresztą jest dla fabuły kompletnie bez znaczenia. Akcja „Królowej Śniegu” rozgrywa się praktycznie w stu procentach w Nowym Jorku, wykochanym i wypieszczonym przez autora podobnie, jak postaci, poruszające się konkretnymi ulicami, przechodzące obok konkretnych kafejek, stacji metra. Założę się, że wybrawszy się do Hameryki byłbym w stanie wykonać podróż śladami Liz i Beth (co ciekawe, to warianty tego samego imienia — przypadeg?) i trwałaby dokładnie tyle, co opisana przez Cunninghama.

Wszystkie właściwie postaci cierpią na syndrom, który kiedyś był — i wciąż bywa — również moim udziałem: „is this it?” Mitchell rozwiązuje swoje rozterki, zostając wolontariuszem; Tyler wmawia sobie, że kokaina jest mu potrzebna jako paliwo dla talentu, a w ogóle to opiekuje się umierającą Beth; Madeleine, która w życiu chce głównie pisać o okresie wiktoriańskim, zżerana jest wątpliwościami, czy aby na pewno nie powinna robić czegoś WAŻNIEJSZEGO. Jonathan z „Domu na krańcu świata” tak długo zadaje sobie pytanie „czy to aby na pewno może być facet dla mnie?”, że kończy na tytułowym krańcu świata w braterskim związku z Bobbym. Liz, świadoma pewnej schematyczności swojego związku z młodym Andrew, pozwala mu trwać mimo to, bo dzięki temu nie musi myśleć nad szukaniem kogoś właściwszego (co, mam wrażenie, jest dokładnie tym, co Madonna robi z Baby Brahimkiem, czy jak się nazywa jej najnowszy wybranek). Ja sam spędziłem lata, przed poznaniem Zbrojmistrza, pytając siebie „is this it?”; dziś zadaję sobie to pytanie w kwestii swojej stabilności umysłowej.

Eugenidesowi nie do końca mogę wybaczyć zakończenie. Nie jest co prawda aż tak prostackie, jak się obawiałem przez ostatnie 200 stron, ale nie zachwyca jednak swoim wyrafinowaniem. Może nie jestem obiektywny, bo denerwuje mnie opis choroby Leonarda, ale trudno mi sobie poradzić z odpuszczeniem mu sposobu, w jaki pod koniec książki wydaje się miarkować: „ojej! mam kontrakt z wydawcą na 320 stron, a już napisałem 280. Trzeba to szybko zakończyć!” Ciężko jest uniknąć spoilerów i napisać cokolwiek o zakończeniu „Królowej Śniegu”, ale trzymało mnie ono w niepewności dosłownie do ostatnich zdań, a odkładając książkę (tzn. klikając przycisk „Library” w Kindlu) czułem niedosyt, w związku z którym odświeżam sobie wszystkie pozostałe książki autora.

Czasu na czytanie mam dużo, bo ostatnie tygodnie spędziłem na oddziale psychiatrycznym szpitala w Amsterdamie. Wydawało mi się do tej pory, że jedzenie szpitalne powinno być paskudne. Otóż nie. Nie przybyło mi kilka nowych kilogramów obywatela wyłącznie dlatego, że wypuszczają mnie na siłownię. Wczoraj na obiad podano dwa rodzaje ryby, cztery opcje wegetariańskie w tym dwie wegańskie, pyszny gulasz, trzy rodzaje ziemniaków, dziki ryż, dwa lub trzy rodzaje warzyw, trzy sosy i dwie surówki. Tego wszystkiego jemy, ile mamy ochotę. Holendrzy, przyzwyczajeni nie wiem do czego, kręcą nosem, ja, nawykły do polskich szpitali z ich gumowymi klopsami i barszczem z farby akwarelowej z cukrem odżywiam się trzy razy zdrowiej, niż w domu.

Współzawodnicy są zadziwiająco mało interesujący. Zdawałoby się, że psychiatryk powinien dostarczyć wielu uciech i przerażeń, tymczasem na moim oddziale — przypadków łatwych — siedzą cztery bipolary, jedno zaburzenie odżywiania, jedno wypalenie zawodowe, jedna demencja i jedno nie wiem co, bo wygląda na kompletnie zdrowe. Dostajemy metalowe sztućce i szklane szklanki. Jedyne oznaki, że jestem na oddziale psychiatrycznym, a nie np. chirurgii to nieotwierające się w ogóle okna oraz terapia zajęciowa, która wygląda dokładnie tak, jak na filmach (w odróżnieniu od elektrowstrząsów i prawie wszystkiego innego, które NIE wygląda tak, jak na filmach).

Co tu właściwie robię? Cóż, już w kwietniu, a może marcu — dopiero teraz to do mnie dociera — moja dwubiegunówka zaczęła wykonywać jakieś dziwaczne podskoki i koziołki, w maju wsiadła zaś na rollercoaster i ruszyła z kopyta. Po dużej ilości seksu, niewielkiej ilości przemocy, zerwaniu więzów z trzeźwością i nawiązaniu nowych z czymś, co najłatwiej określić uczuciem „fuck you, world” mój lekarz zaproponował mi hospitalizację, a ja — na tyle samo-świadom, żeby rozumieć, że jest źle — zgodziłem się i ostatnie dwa tygodnie spędziłem tutaj, głównie na czytaniu, cierpliwym znoszeniu efektów ubocznych, ćwiczeniu na siłce i jedzeniu.

Historie Cunninghama i Eugenidesa mają zakończenia; Cunningham, drań jeden, wykonał zakończenie otwarte, a Eugenides zamknięte. Moja historia na razie nie ma zakończenia, ma za to rozdział, którego się jako żywo nie spodziewałem i nie umiałem go sobie wyobrazić. A jednak chyba poszło nieźle, zważywszy na to, że bipolarna znajoma z oddziału nie chce mnie wypuścić, pielęgniarki i pielęgniarze lubią (choć i tu, na oddziale psychiatrycznym trafiłem na pielęgniarza, który jest zdania, że z epizodu mieszanego można się „jakoś wyciągnąć” i trzeba „po prostu się tak nie poddawać”…!), a nowe leki jak na razie wydają się działać — odpukać, rzecz jasna. Zbrojmistrz trwa dzielnie u mojego boku, choć przyznam, że w ostatnich miesiącach nie uprzyjemniałem mu życia jakoś nadmiernie. Ciąg dalszy, jak to zwykle bywa, nastąpi.

Zdjęcie: Flickr, Several Seconds

Książkę Allie Brosh “Hyperbole And A Half” zjadłem na trzy kłapnięcia paszczą. Jeśli podobał Wam się blog, spodoba Wam się książka. Jest ona rozwinięciem bloga — więcej poczucia humoru Allie Brosh, więcej przygód Helper Doga i Simple Doga, więcej moich ulubionych przygód z dzieciństwa autorki.

Poczucie humoru Brosh jest specyficzne i dość typowe dla depresantów. Po angielsku nazywa się to self-deprecating i prowadzi do licznych problemów w dorosłym życiu, jak np. zostawanie zawodowym komikiem i przyciąganie na występy tłumów. Do humoru tego typu łatwo się odnieść każdemu, kto kiedyś miał mdlące uczucie, że nie jest do końca doskonały (tak więc Korwinowi się nie spodoba). Nam, odmieńcom, “Hyperbole” wchodzi doskonale, tak samo, jak kiedyś pierwsza “Bridget Jones”.

Skoro mowa o Bridget, ukazała się trzecia część jej dzienników i w odróżnieniu od Allie Brosh, nowe dzieło Helen Fielding czyta się ciężko. Nie dlatego, że jest napisane zupełnie inaczej niż poprzednie dwie części, albo — że Bridget zmieniła się na gorsze. Jest naprawdę źle: Bridget nie zmieniła się wcale. Dodano jej kilka nowych atrybutów, jak np. dzieci, iPhone i Twitter, ale fakt, że jej rozwój emocjonalny zatrzymał się kompletnie 20 lat temu nieco jednak rozczarowuje.

Książka popełnia grzech kardynalny: jest kompletnie przewidywalna. Całość da się zaspojlować w stu procentach w ciągu pięciu minut. Kiedy już wiemy, że X adoptował niedźwiedzia, Y mieszka w Chinach, a Z kupił statek kosmiczny, z książki pozostaje wyłącznie poczucie humoru Fielding, które można określić mianem “charakterystycznego”. Rezultat jest taki, że nadal tej książki nie zmęczyłem, ponieważ świadomość, że potrafię przewidzieć zakończenie zupełnie nie motywuje do lektury.

Na koniec pozostawiłem “Thora: Mhroczny Świat”. Swoją recenzję napisała już Nina, ja dodam do niej kilka spostrzeżeń. Po pierwsze primo, film jest śmieszny zarówno wtedy, kiedy próbuje, jak i wtedy, kiedy nie próbuje. Po drugie primo, Hemsworth świeci klatą przez może 30 sekund, co jest wielkim rozczarowaniem, jako, że jego klata stanowi jeden z najjaśniejszych elementów filmu. Po trzecie, Natalie Portman w kluczowej scenie mdleje bez żadnego innego powodu, jak tylko ten, że jest wszakże kobietą, a kobiety mdleją. WTF, scenarzyści, WTF.

hammerfail

Poziom WTF w “Thorze MŚ” jest zresztą wysoki. Całość obija się, jak wspomniała Nina, o Aether, który na moje oko jest latającym sokiem malinowym. Sok ów jest też bronią masowego rażenia. Skoro mowa o broniach masowego rażenia, bóstwa nordyckie zamieszkałe w Asgardzie oraz Czarne Elfy z Svartalfheim również posunęły się technicznie, wynajdując laserowe włócznie, drony, statki kosmiczne, holo-projekcje i tym podobne bomby neutronowo-magiczne, jednak z nieznanych powodów w Asgardzie w ramach oświetlenia wciąż używa się ognia (jako piroman akceptuję, ale brak konsekwencji bóstw jednak mnie zastanawia), a jako podstawowej broni w przypadku najazdu kosmitów — mieczy.

Thor-A-Dark-World-2

Kostiumy w filmie są świetne, z wyjątkiem Thora, który jest ubrany w to, co dawno temu wymyślił Marvel. Czyli w czerwony płaszcz (piękny) oraz gumowy kombinezon (WTF) z klapką dla ptaszka i sześcioma świecącymi sutkami, które — cóż pocznę — zmuszają mnie do myślenia o krowach. Statki kosmiczne i drony są przepiękne, wykonany głównie ze złota Asgard też, mroczna planeta Svartalfheim też i wszystko to ma z mieczami i magicznym młotem wspólnego konkretnie nic. Wizualnie “Thor MŚ” stanowi coś jakby filmową interpretację pizzy ze wszystkimi dodatkami zmiksowanej z sałatką owocową.

Na koniec zostawiłem sobie gwałt na Asatru, czyli co Marvel i scenarzyści zrobili z religii nordyckiej. Naprawdę dobrze i szczegółowo rozpisał to nieoceniony Dr Karl E. H. Seigfried na swoim blogu, ja powiem tyle — bogowie nordyccy NIE są w rzeczywistości skrzyżowaniem chrześcijańskiego Boga, Zeusa i Ateny oraz balu przebierańców. To, że Odyn bywał nazywany Wszechojcem nie oznacza, że jest Bogiem Ojcem the Wszechmogącym z Biblii. To, że Thor bywał nazywany bogiem grzmotu i pioruna nie oznacza, że jest lekko przygłupim właścicielem latającego młotka (niekiedy brakowało tylko, żeby puścił bąka i żebyśmy usłyszeli głośne uderzenie pioruna). Najtrudniej jest wytłumaczyć, co właściwie zrobiono z Lokim, ponieważ Loki jest najzwyczajniej w świecie bardzo skomplikowaną postacią — nie do końca bóstwem, nie — diabłem, nie — przystojnym i dowcipnym Angolem rzucającym kąśliwymi złośliwościami w stronę nudnego Thora i jego równie nudnych kumpli. W filmie Loki został uproszczony do kalki Alexis z Dynastii.

“Thor MŚ” dla wyznawcy Asatru jest mniej więcej tym, czym dla chrześcijanina byłby “Jezus 2: The Powrót of Jezus”, w którym Jezus grany przez Gerarda Butlera z czasów 300 uzbraja się w bazookę, jego niezawodni kumple św. Piotr i Paweł (Jason Statham i The Rock) łapią laserowe włócznie i przy pomocy teleportacji zapewnionej przez Wszechmogącego (Ian McKellen) ratują Marię Magdalenę (Anne Hathaway), przetrzymywaną przez Diabła (John Hurt) w Piekle (redakcja Vogue). Wszystkie niezgodności z Biblią wyjaśnia się podróżą w czasie, ewentualnie wypala laserową włócznią. Pod koniec filmu następuje plot twist, gdy okazuje się, że św. Piotr był nawiedzony przez demona, którego wypędza zeń zabawny egzorcysta-owadolog (Stefan Niesiołowski), lecz po ostatniej scenie, w której Jezus w ostatniej chwili przytłukuje Diabła do ziemi olbrzymim płonącym krzyżem, obserwujemy malowniczo zapadające się piekło, udaje się uratować ludzkość, a Jezus i Maria Magdalena razem odlatują do nieba, aby zasiąść u boku Wszechmogącego.