Dysfunkcja wykonawcza (executive dysfunction)

Na wstępie: jeśli tłumaczenie tytułu jest niewłaściwe, proszę o podpowiedź.

*

Na Buniu pokazał się obrazek (patrz powyżej). Dopisałem do niego kilka zdań z własnego doświadczenia i okazało się, że ten post był wielu ludziom potrzebny. Dzisiaj zatem poszerzę informację w wersji polskiej.

Dysfunkcja wykonawcza, czyli executive dysfunction, czyli DW, to w dużym skrócie dziura pomiędzy pomysłem i wykonaniem. Wiem, jak działa, ponieważ mi się przytrafiła i niestety potrwała kilka miesięcy. Na szczęście poszło sobie samo, ale bałem się strasznie, bo zaczęło się od „zapominania” jak np. umyć półeczkę w łazience, a doszło do tego, że siedziałem nad obiadem i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Dzięki temu doświadczeniu mogę wytłumaczyć obie strony medalu, „normalną” i dysfunkcyjną.

Normalnie (w tym przypadku słowo wydaje mi się właściwe) proces decyzyjny nie jest czymś, o czym w ogóle myślimy, chyba, że ktoś bardzo lubi rozważać wszystkie własne zachowania. Sam zacząłem je rozważać wtedy, kiedy przestały mi być dostępne. Półeczka to dla mnie bardzo symboliczny przykład, ponieważ Jos nie lubi, kiedy jest brudna, ja natomiast nie mogę tego znieść i czuję silną wewnętrzną potrzebę umycia. W normalnej sytuacji wygląda to tak:

 

Dane wejściowe: półeczka jest brudna

Interpretacja: fuj, należy ją umyć

Dane dodatkowe: mam w tej chwili czas, nikt nie potrzebuje używać łazienki, mam potrzebne narzędzia (płyn do zmywania i gąbkę)

Decyzja: myjemy

Akcja: mycie

Dane wyjściowe: aaa, teraz mi się podoba

 

DW wycina akcję.

 

Dane wejściowe: półeczka jest brudna

Interpretacja: fuj, należy ją umyć

Dane dodatkowe: mam w tej chwili czas, nikt nie potrzebuje używać łazienki, mam potrzebne narzędzia (płyn do zmywania i gąbkę)

Decyzja: myjemy

ZONK

 

…i tutaj wchodzi dysfunkcja i co nam pan zrobi?

 

Jak to działa?

Nie wiem. Wiem, skąd mi się wzięło (z gigantycznego stresu). Reszty nie rozumiem, umiem ją tylko opisać.

Wchodziłem do łazienki, krzywiłem się na widok półeczki, decydowałem, że ją umyję, po czym stałem przez jakiś czas gapiąc się na nią i nie robiąc tego.

Przez myśl przelatywały mi różne rzeczy. Zaskoczenie – o ćo chodzi jakby? Irytacja – wiem, że to nie lenistwo, bo nie znoszę, kiedy ta półeczka jest brudna, mam wewnętrzną potrzebę ją umyć. Przerażenie – jak mogę nie móc tego zrobić? Nie było tak, że nie wiedziałem, jak się myje, mogłem sobie rozłożyć w razie potrzeby na małe kroczki, z których żaden nie zostawał wykonany. Chcę zdjąć z półeczki to, co na niej stoi. Mogę sobie chcieć. Chcę ją zdjąć z… eee… ze stelażu, powiedzmy. Nope. Czynności zajmują w sumie 10 minut, ja stałem przed półeczką dłużej, gapiąc się na nią zupełnie nie bezmyślnie, zgoła bardzo myślnie. I nic. Wychodziłem z łazienki kompletnie pokonany, planując, że następnym razem już na pewno. Mogłem sobie planować do uśmiechniętej śmierci.

Gdyby chociaż przytrafiało mi się to logicznie, np. przy wszystkich czynnościach (tzn. wtedy bym musiał być w szpitalu pod kroplówką…), albo tylko przy rzeczach, których nie znoszę…! Moją nemesis jest kuchnia, nie znoszę zmywania naczyń, blatu, ścian, kuchenki, ale nigdy nie miałem akurat przy tym problemów. Niech szlag trafi tę patelnię, myślałem ponuro, szorując przedmiot, po czym udawałem się do łazienki pogapić się na półeczkę.

Pranie lubię i mogłem je wykonywać. Nie mogłem za to np. ćwiczyć. Stawałem przed domową siłownią i wchodził ten sam zonk. Nie byłem nawet w stanie usiąść na ławeczce. Nie posiadam wytłumaczenia. Podejmowałem decyzję „ćwiczymy” i… nie działo się nic. No to chociaż siądźmy. Nic. Ale plecy bolą, muszę… Nic. No to idziemy (wzdech) sprzątać kuchnię… chociaż nie było dużo do sprzątania, bo nie byłem w stanie przygotować obiadu mimo tego, że byłem paskudnie głodny.

DW potrafiła się objawiać przy jednej czynności przez dwa tygodnie, po czym przenosić się gdzie indziej. W pewnych momentach traciłem możliwość czytania (co ciekawe, pisać mogłem). Brałem do ręki czytnik, wybierałem książkę, klikałem… i… i nic.Nawet patrzyłem na tekst, tylko nie umiałem połączyć wyrazów w zdania. Nie dało się, ponieważ nie wiem czemu. Decyzja: czytamy. Akcja: bierzemy czytnik. Materiały są – czytnik i książka, chęć, potrzeba (bo się nudzę). I tyle. Podobnie jak z siłownią, patrzeć mogłem do upojenia, ale wykonać czynności (tzn. przeczytać) już nie. Przy czym samo wzięcie czytnika i otwarcie książki nie natrafiało na żadne przeszkody. Nie byłem w stanie depresji. Po prostu ZONK i tyle. A tydzień później nagle mogłem już czytać, za to nie mogłem, bo ja wiem, odkurzać. (Lubię.) Mogłem oczywiście zmywać. *zgrzyta zębami*

Do stresu zewnętrznego dołączył wewnętrzny, ponieważ byłem przekonany, że to postępy choroby. W ten sposób DW zaczęła się gryźć w ogon i nie mogłem coraz bardziej. Kiedy poziom stresu wreszcie spadł, a dzięki wiecznym remontom nieco to potrwało (narzekałem na nie nie tylko dlatego, że były irytujące…), DW się wycofała. Co jakiś czas zagląda, głównie w temacie czytania, ale półeczka jest czysta. Kuchnia, niech ją dunder świśnie, na ogół też, co nie znaczy, że ją polubiłem.

Piszę o tym dlatego, że przeżyłem ogromną ulgę, dowiedziawszy się, że to nie moje lenistwo albo jakiś dziwaczny wymysł. Wiedziałem tyle, że lenistwo powstrzymujące mnie od jedzenia nie jest możliwe, więc musiało to być jakieś inne dziwactwo. Jak się okazało, przydarza się też innym, niestety zaskakująco często. Nie życzę najgorszemu wrogowi. Przy czym jeśli mam wrogów, to o nich nie wiem i mało mnie interesują ich poczynania, ale naprawdę im tego nie życzę…

Nie znam powodów, dla których mój durnowaty musk akurat tak zareagował na przeładowanie stresami. Znam powody, dla których się (prawie) uspokoił. Czekam przeprowadzki jak kania dżdżu, spodziewam się, że kiedy już wypocznę umysłowo od samych przenosin, powinienem się stać od nowa funkcjonalny. Ale czy tak na pewno będzie, nie wiem. Nie spodziewałem się doznać DW, zwłaszcza, że nie wiedziałem o jej istnieniu. Trudno zaplanować i zrozumieć rzeczy, o których istnieniu się nie wie. Ale jeśli przydarzy Ci się takie doświadczenie, wiedz, że jest nas więcej. Pomóc zapewne nie pomożemy, ale możemy wesprzeć – mi pomaga po prostu wiedza, że 1) nie jestem jedyny, oraz 2) że toto nie zostanie ze mną na zawsze.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców