W New York Times opublikowano artykuł, który wstrząsnął sceną pisarską. Nie tylko Twitterową – całą. Linkuję do wersji obciętej, bo NYT ma paywall (tak sobie wspominam bez związku – jeśli otworzysz link używając Safari na Maku i wybierzesz „reader view”, małą ikonkę podobną do strony z tekstem obok URLa, lektura stanie się znacznie przyjemniejsza dla oczu). Potem zaczął wstrząsać wieloma innymi osobami, w tym mną, ale „ciekawie” zrobiło się dopiero kilka dni po opublikowaniu artykułu…

Oto wersja BARDZO skrócona, ale za to po polsku.

 

Nerka była wpierw

Dawn Dorland, trzydziestokilkuletnia osoba pozytywnie nastawiona do życia, ciepła, radosna, podpisująca swe e-maile „kindly” – powiedzmy, że „uprzejmie” – w 2015 roku dokonała czynu najuprzejmiejszego, mianowicie oddała nerkę nieznanemu biorcy. Operacja nie jest ani przyjemna, ani prościutka hop siup. Wiedziała, że resztę życia spędzi z jedną nerką, że mogą być komplikacje, ale czuła taką potrzebę. Potrzebą ową podzieliła się na Facebooku, zakładając zamkniętą grupę, do której zaprosiła rodzinę i przyjaciół, w tym członków swojej grupy pisarskiej, w sumie mniej niż sto osób. Po zabiegu zamieściła tam list, który wysłałaby biorcy, gdyby przypadkiem dowiedziała się, kim jest. (Oddała nerkę bezinteresownie, nie członkowi rodziny ani nawet znajomemu, tylko dowolnej, nieznanej osobie, która tej nerki może potrzebować. To jest bardzo ważny fragment tej historii. List nie był zaadresowany do nikogo konkretnego.)

Czytaj dalej

Dziś postawiłem ostatnią kropkę w drugiej książce. Wysłałem tekst do korekty i do recenzentów, data wydania to 3 października – chyba, że 2020 jeszcze coś odwali, np. latającą Godzillę plującą ogniem. Książka miała być 28 maja, ale redakcja mi się nieco obsunęła przez operację, potem drugą operację z prawie-umieraniem, potem więcej wymówek niestety nie mam, ale cóż, obsunęła się i już.

No dobrze, wygłupiłem się. Otóż wolno mi pracować – z medycznego punktu widzenia – 2-3 godziny dziennie. Pani terapeutka tłumaczyła mi cierpliwie, czemu muzg ogranicza moje możliwości. Kiwałem z zapałem głową, słuchałem się grzecznie przez kilka dni, po czym uznałem, że ostatnia rundka to łatwizna i nie ma powodu, żeby nie zrobić tego przez weekend. Weekend zajął 11 dni, z czego w pierwszym dniu zrobiłem połowę, w kolejnych trzech byłem blobem kanapowym, a potem dłubałem przez godzinę dziennie, nieco umierając. Słuchając się pani doktór skończyłbym o połowę szybciej.

Terapeutka w rozpaczy narysowała mi, dlaczego nie mogę sobie odkładać wypalenia na pasujący mi termin. Uważam to za oburzające, ale mój stan potwierdza, że ta okropna kobieta ma rację, a ja nie. W ogóle to nie rozumiem, jak można wiedzieć dokładnie, w czym leżą problemy i wiedzieć, jak się ich pozbyć, ale nie móc po prostu tego zrobić, ale ja tu nie jestem od rozumienia, tylko od obsuwania. A dzisiaj również od dosuwania.

 

Children

Druga książka miała się zwać Children of the Gods, dopóki znajomy nie podrzucił mi reklamy, którą obdarzył go Bunio. Jak się okazuje, 'Children of the Gods’ to seria (na razie) 43… eee… romansów o wampirach-kosmitach uprawiających BDSM. (Możecie sobie wyszukać na Amazongu, tylko jakby co, to nie moja wina i uprzedzałem.) Tytuł w ogóle mi się nie podobał, bo od początku chciałem Children bez dodatkowych słów, ale chciałem wskazać gatunek – słowo „dzieci” nie sugeruje niczego. Gorzej, żadne dzieci tej książki nie powinny czytać.

Czytaj dalej

Wczoraj przydarzyły mi się trzy rzeczy.

Najpierw nawinęła mi się powyższa szczęśliwa Momoła i odczułem nieoczekiwane polepszenie humoru. Od dłuższego czasu na Momołę nie lecę w sensie erotycznym, bo jest go trochę wszędzie za dużo i już się naoglądałem. Poza tym kojarzy mi się z ośmiolatkiem, a ośmiolatki nigdy nie będą w moim typie, choćby miały brodę do pasa, więc nie o to chodziło. Na to konkretne zdjęcie spoglądałem co jakiś czas, za każdym razem doznając polepszenia humoru, choć nie znałem kontekstu. Dopiero zajrzenie do całości posta na Instagramie rozjaśniło me mroki, mianowicie pierwsze zdjęcie przedstawia roześmianego Momołę tańczącego radośnie, podczas gdy pan w czarnej masce polewa go wodą, a ostatnie powód, dla którego było to konieczne.

Na tym jednym zdjęciu kontekstu i kontrastu z zamaskowanym panem nie ma, jest sama radość. Momoa wygląda, jakby rok 2020, wirusy, a nawet tweety Trumpa w ogóle go nie dotyczyły. Jest nieskończenie szczęśliwy, jak szczeniaczek, co się ubłocił, a potem wskoczył do rzeczki. Rzeczywistość była praktycznie taka, jak w przypadku pieska. Artysta okrutnie się upaprał przy kręceniu jakiegoś tam Mad Maxa XXVI, przetańcował w kierunku szlaucha z wodą i został uprany. Ta czysta radość jest zaraźliwa.

Dorośli ludzie się tak nie powinni zachowywać. Powinni poważnie roztrząsać ważne sprawy, intelektułalne; wrzucać na Bunia posty wyjaśniające, że maski są konspiracją Illuminatich, żeby wybić patriotów amerykańskich; kłócić się z autorami postów, lub kłócić się z kłócącymi się; metodycznie i w milczeniu opróżniać flachę, paląc papierosa za papierosem, gapiąc się ponuro na tytuł REKORDOWA LICZBA OFIAR ŚMIERTELNYCH. Jak to się można tak cieszyć z tego, że się upaprało błotem, a potem umyło wodą z węża, kiedy Boris Johnson nadał bratu szlachectwo czy inny medal honoru, a Betsy DeVos wysyła dzieci do szkół mówiąc, że aż tak dużo ich nie umrze? Czego się tak cieszy? W ogóle nie czyta gazet? Nie wie, że ma obowiązek być bez przerwy na skraju załamania nerwowego?

Czytaj dalej

Planowałem włączyć się aktywnie w politykę światowo-polską, bo mnie szlag trzaska, kiedy czytam na przykład o tym, albo o tym, albo o tamtym i jeszcze o tym tamtym też. W szczególności o długoPiSie, co się Trumpowi kłaniał. Linków nie dołączam z premedytacją. Powiem tyle, że dzisiaj długoPiS sięgnął po „chłopak i dziewczyna to normalna rodzina” w połączeniu z „nie będą nam naszych dzieci coś tam”, więc nie miejcie żadnych złudzeń w temacie wspólnej Polski dla wszystkich i zagłosujcie w niedzielę.

Tak naprawdę jednak wcale nie o tym chcę pisać, zgoła o przeciwieństwie. Parę tygodni temu odkryłem, że The Guardian podaje mi wyłącznie wiadomości straszne i okropne. Owszem, świat po prostu chwilowo (hłe hłe) jest straszny i okropny, jednak kiedy co dnia dostaję nowe porcje ohyd, nie nadążam ich przełykać i trawić. A już czekają nowe. Przestałem wspierać Guardiana finansowo. Oraz czytać.

Ciągle zmagam się z własnymi problemami zdrowotnymi, fizycznie i psychicznie. Zacząłem się zsuwać w takie ciemne miejsce, o którym nie lubię pisać i opowiadać, po czym dostałem w gębę paradygmatem. (Nie dosłownie.)

 

Paradygmat

Jest takie coś, co określam mianem paradygmatu dziecka z Afryki i wygląda to tak:

Osoba: właśnie tramwaj uciął mi obie nogi, kiedy wracałam z pracy, z której mnie wyrzucono, do domu, który za miesiąc mi odbiorą za niepłacenie kredytu, ale nie od razu, bo właśnie wykryto u mnie Covid-19 i jest nadzieja, że umrę.

Babcia: a jakież ty masz prawo narzekać, kiedy dzieci z Afryki nie mają co jeść?

Za czasów mojej własnej babci nie było jeszcze paradygmatu dzieci z Afryki, tylko paradygmat chodzenia do szkoły 25 km w jedną stronę boso przez metr śniegu w odzieniu składającym się z jutowego worka po ziemniakach. Za dziesięć lat będzie może paradygmat koronawirusa, może szkolenia dzieci w domu (składam wyrazy współczucia wszystkim szkolącym, którzy mają więcej niż jedno dziecko w więcej niż jednej klasie). Wiadomo, że babci nie obchodzą żadne dzieci ani szkoły, paradygmat służy do dowalania osobie, która ośmiela się mieć problem. Hipotetyczna babcia, która bywa tatusiem lub żoną, zaoszczędza sobie nie tylko konieczności pomocy w rozwiązaniu problemu, ale w ogóle słuchania o nim.

Czytaj dalej