Po tych wszystkich zabawach musiałem się w końcu popsuć – i tak też się stało.

Zawsze mierzę siły na zamiary, ale w mierzeniu jestem bardzo kiepski (to się wiąże ze studiowaniem matematyki, podobnie jak nieumiejętność liczenia). Powinienem mierzyć zamiary na siły, uczę się tego całe życie i jeszcze nie wyszło. Nie mogę wypocząć na zapas, w pewnym momencie czerwona lampka zaczyna migać, ale ja już-zaraz-jeszcze-tylko i potem MUSZĘ poleżeć. I tak w kółko. Wiem, jak brzmi definicja szaleństwa, ale sama wiedza nic mi nie daje. Pamięć! Gdzie ona?

Tak więc w ramach pomagania w przeprowadzce wszystkimi siłami zużyłem wszystkie siły i zamieniłem się w coś w rodzaju odważnika, przyciskającego kanapę do podłogi, coby nie odleciała. Spoczywałem więc jak dziewoja z sentymentalnego obrazu, melancholijnie spoglądając w okno, gdy wydarzył się:

 

Cud

Jos był w Amsterdamie, ja na kanapie, gapiąc się na gruszę z bardzo silną potrzebą spożycia jakichś owoców. W domu z owoców miałem mrożone śliwki, wyjście do sklepu było równie możliwe jak nagłe odkrycie talentu do baletu, więc tak sobie leżałem i gapiłem się bezmyślnie w przestrzeń, kiedy oko me zarejestrowało nagły ruch.

Z naszej gruszy spadła gruszka. Dokładnie w tym miejscu, w które się gapiłem. Było to tak niewiarygodne, że zdziwiłem się nawet, że nie spadła w zwolnionym tempie. Doznałem nagłego przypływu sił i po chwili trzymałem w ręku owoc. Nie wyglądał, jakby przybył ze sklepu, był ubrudzony ziemią, nie owinięto go w plastik, kolorek był jakby nie do końca komercyjny, poza tym w jednym miejscu była jakby sugestia mięska, co wpełzło. Z nabożeństwem oczyściłem cud, przekroiłem go celem sprawdzenia pod kątem robaczków – nie było. Ugryzłem, czując się niemal jakbym popełniał świętokradztwo. Owoc smakował jak magia i jak szczęście i jak spokój i jak siła, ale głównie jak prezent od Matki Natury. Bo mogła. Bogowie, zapomniałem, że gruszki mogą mieć tyle smaku…

Czytaj dalej

Część pierwsza

Chronologia mi się nieco popsuła, więc dni tygodnia nie będzie, chyba, że przypadkiem jakiś pamiętam.

W sobotę przybył mój drogi przyjaciel G., który zaskarbił sobie moją niemalże nieskończoną wdzięczność, albowiem na ochotnika zgłosił się do malowania sufitów. Malowanie sufitów jest jedną z rzeczy, które mojemu kręgosłupowi nie są dostępne. Najpierw pomagałem przy ścianach, przy czym moje zmęczenie mentalne wyraża się np. w tym, że nie pamiętam, co z nimi robiłem. Może smarowałem pastą do zębów, może wydrapywałem w nich… a! Zdzierałem tapetę! Oczywiście, że zdzierałem tapetę.

Stara Kobieta miała trzy domowe hobby. Po pierwsze primo, tapetowanie; po drugie primo, wbijanie w ściany gwoździ w losowych miejscach i pod losowymi kątami; po trzecie primo, przyozdabianie domostwa różnymi wykwitami twórczymi w kolorze wyłącznie fioletowym. Zdrapałem napisy „kiedy z domu ci wynocha, powiedz mężu iż go kochasz” (tłumaczenie moje) oraz „drogi gościusiu, gdy robisz siusiu i nie masz cela, użyj papiera” (również tłumaczenie moje, ale zapewniam, że bliskie oryginałowi). W salonie tapeta poszła względnie łatwo, użyłem znowu parówki i po paru godzinach ściana wyglądała właściwie, tzn. ohydnie. Następnie G i mąż zaczęli z zapałem używać papieru ściernego, wytrzymałem jakieś 30 sekund, po czym uciekłem na pięterko i dokonałem czynu, który zapewnił mi pracę na kolejne dni. Mianowicie zauważyłem, że tapeta się wybrzusza. I tak planowałem ją usunąć, więc bezmyślnie pociągnąłem za róg i dokonałem przerażającego odkrycia.

Na parterze Stara Kobieta użyła jednej warstwy tapety. Na piętrze – sześciu. Te sześć warstw utworzyło jedną, grubą całość, która niestety nie chciała się odlepić cała naraz nawet przy użyciu parówki, ponieważ warstwa na samej górze była czymś w rodzaju tekstury trójwymiarowej, niechybnie mającej na celu osiągnięcie eleganckiego efektu, zaś warstwa na samym dole – tak jakby plastikiem, na parówkę dość odpornym, ale za to się drącym. Plastik przyklejony był do ścianki działowej, która okazała się być wykonaną z dykty. Tak więc na własne życzenie zapewniłem sobie zajęcie właściwe dla więźnia skazanego na wiele lat ciężkich prac, mianowicie odrywanie plastikowej tapety od dykty w taki sposób, żeby dykty nie uszkodzić… Wyciąganie gwoździ – przysięgam, że Stara Kobieta na widok każdej pocztówki marła z rozkoszy i prędziutko przybijała ją gwoździem w pierwszym wolnym miejscu – niewątpliwie było pewną odskocznią, ale niekoniecznie tą, którą bym sobie wybrał na ochotnika.

Cóż ja wyprawiałem w tych dniach… Parówkę, rzecz jasna. Przebijała się przez pierwsze, powiedzmy, 2-3 warstwy, które czasami pod wpływem drapania narzędziem określanym przeze mnie mianem psztymucla ładnie schodziły, a czasami nie. Czwarta warstwa była nawet ładna, takie delikatne tęczowe pastele, jakby w białym pokoju znalazło się kilku graficiarzy z resztkami farby i mocnym katarem, ale oczywiście nie udało się odlepić trzech i zostawić czwartej. Jakoś w poniedziałek rano uznałem, że właściwie nie ma na świecie nic piękniejszego niż odklejające się tapety, ale było nieco za późno i musiałem twardo drążyć temat. Przedtem jednak wydarzyła się potworność.

Niemrawo przekonywaliśmy się, że czas wstać z łóżka i rozpocząć dzień, kiedy nagle gruchnęła muzyka o głośności takiej, że ściany się zatrzęsły. Do muzyczki zaczęła śpiewać, lub raczej ryczeć jak ranny łoś osoba płci żeńskiej.

Zmartwieliśmy. Moją pierwszą myślą było „kupiliśmy dom, żeby mieć ciszę, teraz będziemy spłacać kredyt i słuchać takiej ciszy”. Nie wiem, o czym pomyślał Jos, ale po przetrzymaniu minuty udaliśmy się zapoznać z sąsiadką. Dzwonka oczywiście nie słyszała, zaczęliśmy więc walić w drzwi pięściami, aż dama się ukazała. Zajęta była odkurzaniem, puściła sobie muzyczkę celem zagłuszenia odkurzacza, po czym śpiewała celem zagłuszenia muzyczki, ale nie to nas zaskoczyło. Włosy miała zrobione pięknie, jak nutria, na kilka odcieni platynowej szarości i pozazdrościłem jej ogromnie (nie żartuję). Makijaż idealny, oczy ogromne. I wysokie obcasy. Do odkurzania. Biżuterii nie zauważyłem, ponieważ obcasy mną wstrząsnęły wystarczająco, ale za to miała pieska cziułałę, takiego torebkowego, niechybnie głuchego. Moją pierwszą myślą było, że wpadliśmy niechcący na plan Warsaw Shore, tzn. Almere Shore…

– Nnnno!!!!! – zająknął się któryś z nas. Wrzaskiem. – Nie tak się planowaliśmy zaznajomić z sąsiadami, ale…!!!!!

– To prawda!!!! – przerwała pani chłodnym wrzaskiem – Spodziewałabym się, że się przedstawią!!!!!!!

Zawstydzeni wywrzeszczeliśmy swoje imiona, pani w odpowiedzi swoje. Potrząsnęliśmy rączkami. Przyznam, że nie zapamiętałem (lub nie dosłyszałem) jej imienia. Wiem, że nie było holenderskie – może Ruth, może Nancy, niech stanie na Nancy.

– Bardzo przepraszamy!!!! Czy dałoby się może ściszyć muzykę!!!!!???

Nancy wyłączyła i nagle zapadła cisza.

– Słychać przez podwójną ścianę? – upewniła się. Pokiwałem głową z zawstydzonym zapałem, z jakiegoś powodu czując, że to ja zakłócam jej prywatność.

– Gdyby się dało!!! – zaczął Jos, po czym przypomniał sobie, że już nie musi. – Gdyby się dało – wyszeptał – nieco ciszej, bo myśmy się tu przeprowadzili dla ciszy, w Amsterdamie mieszkaliśmy nad barem…

– Trzy minuty jeszcze miałam – odparła Nancy z niesmakiem. – No chyba podczas naszych imprez w jacuzzi nie będą narzekać?

Jacuzzi widzieliśmy. Znajdowało się w ogrodzie i nawet zgadliśmy, że będzie czasami używane, ale na te słowa moja wyobraźnia natychmiast zaprezentowała mi trzy orgie dziennie – śniadanie, lunch, kolacja, wszystkie uświetniane śpiewem Nancy.

– Nie – rzekłem słabo i bohatersko. Nie wiem w którym języku, możliwe, że z przerażenia zacząłem nagle mówić po niderlandzku. – Imprezy rozumiemy…

Na gnących się nogach wróciliśmy do naszego domu, padliśmy sobie w ramiona i szlochaliśmy przez kilka minut. Zgadliśmy, dlaczego w dużym pokoju jest dodatkowa izolacja dźwiękowa i że nie miała ona związku z psem Starej Kobiety. Po czym ja wróciłem do moich sześciu warstw, a mąż do malowania ścian w dużym pokoju, ponieważ nowego domu nie kupimy w najbliższym czasie niezależnie od ilości imprez w jacuzzi i produkcji wokalnych Nancy. Jos używał do framug i schodów farby, którą ja określam mianem olejnej i będę ją tak nazywać do końca życia, on zaś twierdzi, że jest to farba wodna, tylko na bazie terpentyny zamiast wody. Śmierdzi w każdym razie niewiarygodnie i w poniedziałek w domu spać się nie dało, ponieważ posiadamy nadal wyłącznie kanapę, znajdującą się w pomalowanym salonie. Udaliśmy się więc do starego mieszkania i zdobyłem coś ważnego, mianowicie perspektywę.

Już w pociągu założyłem słuchawki. Na dworcu nie było tak źle, na promie było fatalnie, po drodze do eks-domu gorzej, a pod drzwiami stali goście baru spożywając napoje i papierosy. Nie w ciszy. W środku przypomniałem sobie, że w starym mieszkaniu są stare okna, przez które dosłownie wieje wiatr. Temperatura wynosiła 15,5 stopni. W nowym domu ogrzewanie włączamy okazjonalnie, głównie celem suszenia parówkowych ścian…

Nie wyspaliśmy się, ponieważ o 9:30 rano miałem lekarza na drugim końcu miasta i właściwie po to tylko przyjechaliśmy, ale przy okazji wzięliśmy się za rozkładanie siłowni.

Urządzenie przybyło z instrukcją taką, jakby produkowała ją IKEA, tylko uznała, że 40 stron to przesada, osiem wystarczy, a resztę użytkownicy sobie zgadną. Złożył to dla nas jeden człowiek i nie wiem, jak to zrobił, nas było dwóch i czasami brakowało nam trzeciego. Jak ją złożymy, nie mam pojęcia. Zrobiłem milion trzysta zdjęć i znów coś zrozumiałem, mianowicie dlaczego firma, która toto zainstalowała odmówiła pomocy przy przenosinach. Rozkładanie mój musk uświetnił rozmyślaniami na temat Nancy i kiedy nadszedł czas na spotkanie z moją psycholożką wiedziałem już na pewno, że mąż Nancy jest mafiozem i handluje narkotykami, w małym miasteczku ukrywa się przed policją, wieczorem przyjdzie do nas z kałachem i zażąda respektu dla talentu małżonki, a na koniec doniesie na nas policji, że palimy w ogrodzie ogień. Wszystkie te rzeczy miały bardzo mało sensu, zwłaszcza w połączeniu, ale tym razem to ja zaraziłem Josa i wracając do Almere spodziewaliśmy się odkryć koncert w jacuzzi. Przywitała nas cisza, roślinność i spokój, padliśmy na kanapę i nieco umarliśmy. Nie tylko ze zmęczenia, ale też dlatego, że aromat co najwyżej nieco zelżał.

Dzisiaj odmówiłem dalszych usług, ponieważ musk dał mi wyraźnie do zrozumienia, że też ich zaraz odmówi. Poza tym w związku z aromatem boli mnie głowa. Spoczywam więc w spokoju, Jos cierpliwie kontynuuje usuwanie sześciu warstw tapet, odbieramy też pocztę, albowiem zamówiliśmy różnorakie produkty od tabletek do zmywarki do ogrodowego paleniska. Nawiasem mówiąc tabletki już gdzieś schowaliśmy żeby było łatwo znaleźć, więc najpewniej nie zobaczę ich już nigdy.

Ciąg dalszy, jak zwykle, niestety nastąpi. A na zdjęciu prezentacja wielu tapet naraz. Tej najładniejszej nie widać, na zdjęciu wyszła po prostu biała.

Zdjęcie: wieczór urodzinowy w salonie. Na wszelki wypadek zwracam uwagę, że to nie jest ostateczna wersja dekoracji i umeblowania.

No to mieszkamy na wsi. W zasadzie jest to miasto, coś w rodzaju Rembertowa, tylko nudniejsze. Zmieniło nam się województwo i z jakiegoś powodu robi to na mnie ogromne wrażenie. Nie mam jednak dużo czasu na wrażenia wojewódzkie, ponieważ chwilowo mam bardzo wiele wrażeń wszystkich innych rodzajów…

 

Czwartek

W czwartek wydarzyły się dwie rzeczy, mianowicie moje czterdzieste drugie urodziny (42 to odpowiedź na pytanie o życie, wszechświat i wszystko inne, tak?) oraz przekazanie nam kluczy przez Starą Kobietę. Kobieta okazała się po pierwsze niezwykle gadatliwa, po drugie wcale nie taka stara, a po trzecie sympatyczna. Rozpoczęła od wygłoszenia do mnie przemowy w języku polskim, “wszystkiego najlepszego z okazji urodziny”. Padłem z wrażenia jak należało. Następnie wręczyła nam chryzantemy (nie wiem czemu akurat chryzantemy…), a potem już tylko gadała, Jos słuchał, a ja kiwałem głową i czekałem, aż Kobieta skończy terkotać i klikać.

Cliquot i cliquot, powtarzała z naciskiem w różnych niezrozumiałych dla mnie kontekstach. Po którejś powtórce załapałem, że Kobieta mówi o śmieciach. Co ma wspólnego Veuve Cliquot ze śmieciami nie zrozumiałem, być może sugerowała, że śmieciarzom należy wręczać w prezencie wyrafinowane napoje. Od razu powiem, że okazało się, iż kosze na śmieci są na kółkach, należy je przewozić w jedno miejsce i one przy tym przewożeniu robią klik-klik-klik… Clicco, tak się to nazywa.

Wyklikała się, pokazała nam instrukcje, gwarancje, zostawiła nam w prezencie zamrażarkę rozmiaru takiego, że gdybyśmy posiadali pięciu wrogów moglibyśmy ich porąbać i zamrozić i jeszcze by nam zostało trochę miejsca. Następnie udaliśmy się do notariusza celem podpisania ostatnich dwustu papierów.

Notariuszka zrobiła to, czego się spodziewałem, mianowicie mówiła do mnie wyłącznie po niderlandzku. Jest tak z powodów prawniczych – jeśli to ja czegoś nie zrozumiem po niderlandzku jest to moja wina, po angielsku jeśli ona powie jedno niewłaściwe słowo, wina jest jej. Podpisaliśmy, dostaliśmy butelkę bąbelków (nie, nie Veuve Cliquot…), po czym udaliśmy się do domostwa. Czekała tam już na nas przyjaciółka, tudzież jej samochód wypełniony naszymi rzeczami. Zawaliliśmy przedmiotami salon, po czym zaprosiliśmy ją na kawkę i szarlotkę – w końcu miałem urodziny. Na ucztę udaliśmy się pieszo, żeby pokazać jej istotnie piękną okolicę. Do centrum idzie się 20 minut. Nie przyszło nam z jakiegoś powodu do głowy, że właściwie już byliśmy zmęczeni dygowaniem różnych przedmiotów i tym, że od notariusza też przyszliśmy pieszo. W rezultacie kiedy pożegnaliśmy przyjaciółkę i ruszyliśmy do supermarketu odkryłem, iż patrząc na półki nie widzę, co na nich stoi.

Kolacja urodzinowa była bardzo wytworna – sałatka z tuńczykiem i lazania, obie gotowe i w przecenie, bo kończył się im termin ważności. Potem planowaliśmy usiąść w ogrodzie przy ognisku, ale pogoda była niesprzyjająca, poza tym byłem zmęczony na tyle, że nie miałem siły rozpalić ognia. Tak więc uznaliśmy, że wieczór spędzimy wypoczywając. Wypoczynek polegał na zrywaniu tapet i mówieniu do siebie nawzajem “no dobrze, już prawie skończyłem, już zaraz siadam”. Zbuntowałem się pierwszy i nie musiałem nawet używać przemocy, małżonek ma wydolność wyższą niż ja, ale też skończoną. Spoczęliśmy na jedynych posiadanych meblach, czyli dwóch krzesłach i tępo gapiliśmy się na ścianę przed nami.

– Słyszysz? – spytał po jakimś czasie Jos.

Natężyłem słuch i zgadłem, co ma na myśli. – Słyszę – odparłem. – Ciszę.

Rozpromienił się. Ja też.

Zmęczeni byliśmy nieziemsko, umysłowo, nerwowo, fizycznie, więc postanowiliśmy pójść wcześniej spać. Jos nadmuchał materac, położyliśmy się w pomieszczeniu, które po przywiezieniu łóżka będzie sypialnią i zgasiliśmy światło. Stara Kobieta powiedziała z naciskiem, że mamy zapamiętać pierwszy sen, bo nam się z pewnością spełni. Przypomniałem mu o tym przed zaśnięciem…

Śniłem, iż wtrącono mnie do lochu. W lochu były bardzo twarde i zimne prycze. W pewnym momencie obudziłem się i odczułem, że rzeczywiście leżę na twardej i zimnej pryczy. Połączyły się dwie rzeczy. Lubię chłodne sypialnie, zakręciłem ogrzewanie i to był może jednak zły pomysł, zaś z materaca uszło powietrze. Jos wymamrotał kilka wyrazów, nadmuchał po ciemku materac, ja odkręciłem ogrzewanie z zera do jedynki i usnęliśmy z powrotem. Była godzina 1:30. Drugie pompowanie miało miejsce około trzeciej. Trzecie przed piątą. Ogrzewanie, jak odkryłem rano, nie działało również ustawione na piątkę, bo akurat w sypialni kaloryfer jest zapowietrzony. Około siódmej poddaliśmy się, Jos prędzej, ja uparcie próbowałem spać na lodowatej podłodze, ale w końcu się poddałem. Wyniosłem z tego taką korzyść, że jeśli kiedyś w książce bohater(ka) będzie spać w zimnym lochu, będę mógł po prostu opisać swoje wrażenia.

 

Piątek

Wreszcie usłyszeliśmy jakiś DŹWIĘK. Mianowicie dzieci udawały się do szkoły. Udawały się do niej może przez trzydzieści sekund, ale ogłosiły to osiedlu grzmiącym rykiem. Wisiało mi to w sumie, spanie na pryczy wywarło na mnie wrażenie prawdziwie ogłuszające, więc mogłem sobie wmawiać, że ich nie słyszę. Niemrawo spożyliśmy śniadanie i kawę, po czym rozpoczęliśmy remont.

Tapety z kolejnych ścian najpierw zdzierałem ręcznie, po kawałku. Malutkim. Ponieważ tapety są papierowe i porządnie przyklejone, a papier się rozwarstwia. Rozważyłem popadnięcie w szaleństwo, po czym przypomniałem sobie, że Jos przydźwigał z pracy narzędzie do produkcji pary. Pary się boję, bo oparzyłem się nią kilka razy i mi się nie podobało, ale przy użyciu połączenia czajnika z odwrotnością odkurzacza praca zaczęła istotnie iść błyskawicznie.

W międzyczasie przyjechały zamówione meble. Nie przerywałem prasowania ścian i przyklejania sobie tapety do rąk, narzędzi, klapek, tudzież odzieży roboczej. Jos zajął się dyrygowaniem panami, bo niektóre rzeczy szły na parter, a niektóre nie. Kiedy sobie poszli westchnąłem z ulgą, bo nie lubię ludzi, odłożyłem parówkę i spojrzałem na pokój. Jako matematyk rzecz jasna nie potrafię liczyć i nie posiadam żadnej wyobraźni przestrzennej, więc poczułem się nieco dziwnie. W pokoju znajdowała się albowiem kanapa w formie wszystkich części ładnie zapakowanych w gigantyczne pudła. W tym samym pokoju musieliśmy tę kanapę zmieścić również w wersji złożonej. Przeoczyłem fakt, że po wyjęciu części z pudeł części przestają znajdować się w pudłach i dopiero w połowie pracy uwierzyłem, że się zmieścimy.

Nie będę streszczać całej kanapy, ale IKEA wykonała numer, który niemalże doprowadził mnie do płaczu, mianowicie popakowała elementy nieco losowo. Jedna nakrętka od narożnika i nóżki od części stanowiącej łóżko wylądowały w opakowaniu z pufem, zostawionym – logicznie – na koniec. Jos najpierw twierdził, że ta nakrętka w sumie wcale nie jest potrzebna, bo na dwóch śrubkach też się będzie trzymać jeśli nie będziemy kanapy za bardzo przesuwać, a nóżki pewnie też nie są niezbędne, bo może w tym miejscu nikt ciężki nie usiądzie. Zareagowałem być może nieco nieuprzejmie…

Po dwóch godzinach brakujące części się znalazły, odwróciliśmy mebel na plecy, zamontowałem własnoręcznie nakrętkę i nóżki i doznałem ulgi. Jos chyba też.

Jakoś pomiędzy jednym a drugim narożnikiem przybył instalator internetu. Na dzień dobry oznajmił, iż popełniono jakiś błąd, więc zainstalować zainstaluje, ale internetu nie będzie. Ciągle przeżuwaliśmy tę informację, gdy ogłuszył nas kolejną. Kabelek telewizyjny należało albowiem pociągnąć od modemu. Modem przewidzieliśmy w szafce w przedpokoju. Telewizora nie. Ponieważ mam wielkopańskie fanaberie i nie życzę sobie kabla biegnącego ukośnie po podłodze w salonie, błyskawicznie wyobraziłem sobie metry przewodu mozolnie przypinanego do framug, potem do sufitu lub podłogi przy ścianie, ewentualnie wiercenie dziurek w schodach i szklanych drzwiach…

– A nie dałoby się jakoś…? – spytałem niemrawo.

– Może tam – zasugerował Jos, wskazując na stare gniazdko telewizji zwyczajnej, naziemnej.

– Tego się już nie używa – rzekł instalator ponuro. – Wszystko musi iść od modemu.

– Ale skąd my weźmiemy tyle kabla…?

– Cóż – westchnął instalator. – Mogę ewentualnie pociągnąć od gniazdka telefonicznego.

Gniazdko telefoniczne znajdowało się w odległości trzech metrów od miejsca, gdzie planujemy postawić telewizor, więc entuzjastycznie wyraziliśmy zgodę.

– Za czterdzieści pięć euro mogę pociągnąć – sprecyzował instalator i poczułem się jak w Polsce. Dziesięć minut później kabelek pojawił się jakby pod gniazdkiem, tak, jakby ktoś go nie zauważył przykręcając je do ściany i nie chciało się temu komuś już poprawiać. Po kilkusekundowym niesmaku postanowiłem spędzić resztę życia na udawaniu, że tego nie widzę wyłącznie po to, żeby nie spędzić owej reszty życia na pieczołowitym owijaniu kabelkiem całego parteru.

Ciąg dalszy niestety nastąpi…

Na wstępie: jeśli tłumaczenie tytułu jest niewłaściwe, proszę o podpowiedź.

*

Na Buniu pokazał się obrazek (patrz powyżej). Dopisałem do niego kilka zdań z własnego doświadczenia i okazało się, że ten post był wielu ludziom potrzebny. Dzisiaj zatem poszerzę informację w wersji polskiej.

Dysfunkcja wykonawcza, czyli executive dysfunction, czyli DW, to w dużym skrócie dziura pomiędzy pomysłem i wykonaniem. Wiem, jak działa, ponieważ mi się przytrafiła i niestety potrwała kilka miesięcy. Na szczęście poszło sobie samo, ale bałem się strasznie, bo zaczęło się od „zapominania” jak np. umyć półeczkę w łazience, a doszło do tego, że siedziałem nad obiadem i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Dzięki temu doświadczeniu mogę wytłumaczyć obie strony medalu, „normalną” i dysfunkcyjną.

Normalnie (w tym przypadku słowo wydaje mi się właściwe) proces decyzyjny nie jest czymś, o czym w ogóle myślimy, chyba, że ktoś bardzo lubi rozważać wszystkie własne zachowania. Sam zacząłem je rozważać wtedy, kiedy przestały mi być dostępne. Półeczka to dla mnie bardzo symboliczny przykład, ponieważ Jos nie lubi, kiedy jest brudna, ja natomiast nie mogę tego znieść i czuję silną wewnętrzną potrzebę umycia. W normalnej sytuacji wygląda to tak:

 

Dane wejściowe: półeczka jest brudna

Interpretacja: fuj, należy ją umyć

Dane dodatkowe: mam w tej chwili czas, nikt nie potrzebuje używać łazienki, mam potrzebne narzędzia (płyn do zmywania i gąbkę)

Decyzja: myjemy

Akcja: mycie

Dane wyjściowe: aaa, teraz mi się podoba

 

DW wycina akcję.

Czytaj dalej