Kołczing samego siebie

Triggery: dręczenie emocjonalne (pewnie po polsku to powinno brzmieć inaczej), problemy z postrzeganiem własnego ciała, gwałt (bez ŻADNYCH szczegółów), narkotyki, nienawiść wobec siebie samego. Za to kołćzing jest za darmo.

Piszę tę notkę po raz trzeci, bo ciągle mi nie pasowała. W końcu opublikowałem ją gdzie indziej po angielsku i wygląda na to, że się udało, więc będę tłumaczyć. Nienawidzę tłumaczyć własnych tekstów, więc z góry przepraszam za błędy gramatyczne i ordograwiczne.

Kiedy w 2011 miałem przez 4.5 miesiąca hipomanię, jeszcze przed diagnozą, kilka razy w tygodniu wybierałem się do ulubionego baru i uderzałem do najpiękniejszego mężczyzny. Jeśli mu nie pasowałem, ruszałem do drugiego w kolejności. Na tym się na ogół kończyło, trzeci nie był potrzebny, jeden z nich lądował ze mną w łóżku, na stole bilardowym, przy barowym kominku, a raz na ulicy, ale to dygresja. Co jest ważne: wcale wtedy nie wyglądałem inaczej (pomijając, że ja co chwila wyglądam inaczej). Przed wejściem nie zapodawałem botoksu lub szybkiego przeszczepu twarzy. Większość dwubiegunowców podobno przestaje jeść podczas hipomanii, ja nie przestawałem, więc nie byłem też szczuplejszy. Tajemnica siedziała w czym innym: wiedziałem, że jestem najpiękniejszą istotą w znanym kosmosie.

Z wyjątkiem okresów górek przez trzydzieści lat czułem się za gruby. Waga wahała się w tym okresie (po dorośnięciu, ofkors) między 67 i 103 kg. Wyjątkiem był ten jedyny okres, kiedy wyhodowałem sześciopak za pomocą jedzenia piersi z kurczaka na parze, łososia, brokuł, migdałów i brązowego ryżu. Byłem ciągle nieszczęśliwy, zmęczony, zdenerwowany na wszystko i wszystkich, aż w końcu spożyłem litr lodów prosto z pudełka, zapijając butelką chardonnay i od tej pory nigdy nie miałem widocznych mięśni brzucha. Ale do momentu, kiedy dało się je naprawdę policzyć, w chwili, kiedy już miałem wyraźny zarys i ładny przedziałek między lewą i prawą stroną ciągle czułem się za gruby, bo miałem boczki. Wiecie, kto ma boczki? Jason Momoa. Boczki to to coś, co ma po lewej i prawej stronie pępka.

Okazuje się, że to są po prostu części ciała istot ludzkich, nawet zbudowanych jak Momoa. Dla mnie stanowiły dowód, że jestem za gruby. Kiedy Kjell chciał zrobić mi zdjęcia, nie mogłem zrozumieć po co – żeby się ze mnie naśmiewać?

Kiedy byłem dzieciakiem, a potem nastolatkiem, moja rodzina z uporem ubierała mnie w kolor jasnoniebieski, który powoduje, że wyglądam jak człowiek z ciężką chorobą skórną. Kupowali mi największe i najcięższe okulary. W związku z pewnym problemem fizycznym – dwie operacje – przeszedłem przez kuracje hormonalne, które spowodowały, że wyrosły mi piersi – nie moobsy, prawdziwe piersi. Miałem wtedy 12-13 lat. W szkole nie jadłem obiadu, a w domu mówiłem, że już zjadłem. Czasami zdarzało mi się zasłabnąć. Nikt mi nie wytłumaczył, jak działają takie hormony i czym jest zatrzymywanie wody w organizmie. Dopiero kiedy wszedłem w okres dojrzewania tak jakby się rozciągnąłem, urosłem o kilkadziesiąt centymetrów, utrzymując tę samą wagę. Ale w głowie ciągle byłem gruby.

Zapuściłem włosy, żeby się za nimi chować. Mama powiedziała, że wyglądam idiotycznie. Ubierałem się w wielkie, workowate swetry i bluzy, żeby zakryć otyłość. Mama powiedziała, że wyglądam, jakbym był cały czas smutny. (Byłem.) Przekłułem uszy i brew. Babcia kazała mi toto wyjąć, bo wygląda obrzydliwie „i cię boli”. Na ulicach widziałem mężczyzn w skórzanych kurtkach i bałem się ich, więc kupiłem skórzaną kurtkę. Bałem się facetów z tatuażami, więc zrobiłem tatuaż. Chowałem go, bo babcia twierdziła, że tatuaże mają wyłącznie kryminaliści. (Nawet, kiedy miałem zrobione obie ręce, w obecności babci pojawiałem się w bluzach z długim rękawem, niezależnie od pogody. Nigdy się nie dowiedziała.) Widywałem przerażających facetów z ogoloną głową lub irokezem… kumacie czaczę. Nie robiłem tego wtedy dlatego, że mi się podobało. Chciałem, żeby ludzie bali się mnie tak, jak ja bałem się ich. Chowałem się. Chciałem być tak przerażający, żeby nikt nie miał odwagi mi się przyjrzeć i zobaczyć, że pod marsową miną, skórami i irokezem mieszka mały, nieśmiały, gruby chłopiec. Niektórzy chowają się pod gotyckim makijażem, niektórzy pod kiecką, która powiększa biust, bo jeśli biust będzie robić wrażenie, nikt nie spojrzy na ohydną twarz (ohydną w ich opinii), niektórzy pod długimi wlosami opadającymi na twarz. Konfundujące jest to, że te same rzeczy można nosić dla czystej przyjemności, ale osoby z zewnątrz tego nie wiedzą, dopóki nie spróbują powiedzieć nam czegoś miłego.

Całe życie miałem opadniętą powiekę. Przez dekady na zdjęciach widziałem tylko dwie rzeczy: otyłość i klapnięte oczko. Część zdjęć ukradkiem wyrzucałem, potem, kiedy pojawiła się fotografia cyfrowa, kasowałem. Zatrzymywałem te, na których wyglądałem najszczuplej (lub najmniej tłusto) i na których najmniej było widać klapnięte oczko. Nienawidziłem swojej twarzy i ciała. Wiecie, kto ma klapnięte oczko? Travis Fimmel.

Podczas jednej z moich pierwszych seks-randek w Amsterdamie – wybrałem się, na marginesie, bo byłem strasznie samotny – trafiłem na pana, który najpierw długo mi opowiadał o swojej religii. Potem się rozebraliśmy. Powiedział mi: „gruby jesteś”. Skurczyłem się w sobie. Oszczędzę wam detali. Myślałem, że nigdy mi się nic takiego nie przydarzy, bo wiecie, to się zdarza Innym Ludziom (TM). Ale jeśli jednak przytrafi mi się coś takiego, to z dumnie podniesioną głową ruszę na policję. Nie zrobiłem tego. Wróciłem do domu i przez pół godziny szorowałem się, płacząc, pod gorącym prysznicem. Nie wiedziałem wtedy, że istnieje pigułka, która może zatrzymać rozwój wirusa do 48 godzin, więc kilka miesięcy później udałem się na test na HIV. Nie czułem niczego, kiedy czekałem na wynik, bo wiedziałem, że zasługuję, żeby być pozytywnym. Jak zawsze, nie podam wyniku. Nie był ważny, bo i tak spodziewałem się, że niedługo umrę. Nie wyobrażałem sobie siebie, wiecie, żywego. Egzystencja, może. W tym brzydkim, grubym – ale może chociaż odstraszającym – ciele.

Zacząłem ćwiczyć na siłowni, kiedy przestałem się mieścić we wszystkich posiadanych spodniach. Spodnie powoli stały się coraz luźniejsze, ale w mojej głowie nie zachodziły żadne zmiany. Ciągle byłem za gruby; nigdy nie było wystarczająco dobrze. Zmianę w ciele uświadomiłem sobie, kiedy spojrzałem w lustro umieszczone pod kątem takim, że nie było widać mojej twarzy i pomyślałem „gdzie jest ten mięśniak?”. Rozejrzałem się. To byłem ja. Ale po powrocie do domu spojrzałem w zwykłe lustro i ciągle widziałem w nim grubaska. To pewnie kwestia oświetlenia, pomyślałem.

Jak niektórzy z Was pamiętają, miałem świetny gust w doborze partnerów. Kiedy byłem z DJem i zacząłem brać antydepresanty, sprzedał mi taki tekst: „Mówiłem, że dobrze ci w tych spodniach? To musiało być pięć kilo temu”. Dzięki lekom z pięciu zrobiło się niebawem 21, a w międzyczasie mnie zostawił, bo byłem nudny, a od mojej depresji dostawał migreny. W międzyczasie wkręciłem się w dragi. Śmiałem się – pod wpływem jest człowiekowi wesoło – że jestem najgorszym supermodelem na świecie, bo potrafiłem zużyć gram, gotując jednocześnie obiad, obiad był przypalony gdyż dragi, ale i tak go zjadałem. (Nie używajcie narkotyków, drogie dzieci. Są piździelczo drogie i uzależniające. W NA są świetni ludzie, kiedy ich już trochę poznacie, ale jednak nie polecam nadużywania substancji, nawet legalnych. 0/10, nie kupiłbym ponownie.)

Zajęło mi jakieś osiem lat, zanim zacząłem się czuć DOBRZE publikując swoje zdjęcia – na przykład, jeśli pamiętacie, tego nerda z ogromnymi okularami i długimi włosami na Buniu. Ten nerd nie był szczęśliwy ze samym sobą. Nauczyłem się uśmiechać i dziękować, szczerze, za otrzymane komplementy. Prawdziwa historia: WIELE lat temu, chyba piętnaście lub więcej, skomplementowałem przyjaciółkę, szczerze jej mówiąc, że wygląda ślicznie. Reakcja? „Eee, to tylko oświetlenie, tak naprawdę wcale nie wyglądam ładnie, o, zobacz jakiego mam pryszcza na nosie”. Za każdym razem, gdy ktoś z moich znajomych pisze lub mówi „nienawidzę patrzeć w lustro”, „nie znoszę własnej twarzy na zdjęciach” lub „jestem za gruby/za stara/za chuda/” i tak dalej, boli mnie okropnie w sercu. Bo każdy i każda z Was TO JA. A ja jestem każdą i każdym z Was. Spędziłem osiem lat na terapii i w NA, powoli usuwając z otoczenia ludzi, którzy ubóstwiali mnie dołować i poniżać, zastępując ich osobami, które kochały mnie takiego, jakim jestem. Pracuję nad tym nadal.

Pewnego dnia zrobiło mi się strasznie przykro, kiedy odkryłem, że ludzie się mnie rzeczywiście boją. Było to w Warszawie. Jechałem sobie autobusem, w kurtce typu flyers i z irokezem. Nikt koło mnie nie chciał usiąść. Okej, autobus nie był pełny. Ale kilka dni później autobus był nabity po brzegi, a obok mnie ciągle było wolne miejsce. I wtedy do mnie dotarło, że mój dawny plan się udał. Tyle, że w tym momencie już wcale nie chciałem, żeby się mnie bano. Chciałem się do ludzi uśmiechać i uprzyjemniać im dzień. Ale nie umiałem tego robić – ciągle mam z tym problemy. Owszem, byłem świetny w wytwarzaniu uśmiechu na zawołanie, kiedy byłem w głębokiej depresji; wiedziałem, jakich mięśni twarzy użyć i co z nimi zrobić, żeby pojawił się uśmiech. Ale nie wiedziałem, jak się uśmiecha naprawdę.

Z tych czasów pozostała mi fobia społeczna. Przez większość czasu mam problemy z ludźmi, w szczególności w kontaktach telefonicznych z osobami, których nie znam osobiście. Boję się ludzi, a potem przychodzi mi do głowy, że oni boją się mnie i znowu robi mi się przykro. Kiedy zobaczycie mój prawdziwy uśmiech, natychmiast przestajecie się bać, ale w tym celu trzeba najpierw spojrzeć. Teraz robię (i noszę poprzednie) tatuaże, bo je kocham, tak samo z irokezem i kolczykami, skórzanymi ciuchami i tak dalej. Ale tej różnicy nie widać, bo nie mam przy sobie transparentu z napisem „jestem miłym człowiekiem, który wygląda specyficznie dla przyjemności”. Nad tym pracuję nadal i możliwe, że będę pracować przez resztę życia.

Kiedy patrzę na stare zdjęcia, widzę ten przyklejony uśmiech i smutne oczy, okropnie mi żal tego chłopaka, a potem faceta, który potrzebował albo górki dwubiegunowej, albo dużej ilości różnych substancji, żeby nie czuć, że jest paskudny. Chciałbym go wyściskać i z nim pogadać. Ale się nie da. Dlatego piszę do Was.

Przez pięć i pół roku związku Jos NIGDY nie powiedział niczego negatywnego na temat mojej wagi. Która w tym czasie wzrosła i spadła o 20 kg. Wszystkie paskudne rzeczy mówiłem sobie sam, ale w miarę pracy nad mózgiem coraz rzadziej. A praca miała to do siebie, że nie przeszedłem od zera do stówy z dnia na dzień. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, żeby zawsze mieć na sobie taką bieliznę, jakbym miał wylądować z kimś w łóżku. Co się generalnie nie zdarzało, ale z jakiegoś powodu było mi przyjemniej. Z mijającymi latami najpierw siebie polubiłem, a potem nawet trochę pokochałem. Nie ruszam używek, nie mam partnera-dupka, czuję się o wiele lepiej w swoim ciele. Często patrzę w lustro i widzę grubego gościa z siwiejącą brodą i klapniętym oczkiem. Ale coraz częściej myślę na widok własnej osoby „beyotch, wyglądasz super”. Tęsknię za blond warkoczem, ale odrośnie. Ubieram się w to, w co mam ochotę – co dnia. Jeśli mam tylko malutką odrobinę siły, zużyję ją na to, żeby wziąć prysznic (czasami polega to na staniu pod strumieniem wody przez 45 minut) i ubrać się w coś ŁADNEGO. W tej konkretnej chwili mam na sobie skórzane spodnie motocyklowe, t-shirta BEARDED BEAST i skórzaną kamizelkę, bo Jos lubi przykręcać ogrzewanie. Pod spodem mam fajne bokserki i mnóstwo tatuaży – ale nie po to, żeby straszyć ludzi, tylko dlatego, że mogę, a za trzy tygodnie dojdzie nowy i każda osoba, której się to nie spodoba może mnie pocałować w dupę i vice versa, że zacytuję klasyka.

Każde z Was, które to czyta jest piękną osobą. Niektórzy z Was się tak nie czują, ale wierzcie mi, że mam rację. Cindy Crawford powiedziała: „kiedy wstaję rano z łóżka, nawet ja nie wyglądam jak Cindy Crawford”. Sam rano czasami patrzę w lustro i myślę „łojezusicku, CO TO JEST”. Czasami – „nie jest tak źle”. Czasami – „muszę się ogolić”. (Jeśli w to uwierzyliście, to witam na blogu, musicie być nowi.) Kiedy ludzie mówią coś miłego o moim wyglądzie, na zdjęciu lub w realu, często pojawia mi się pytanie „naprawdę?” A potem mówię pytaniu, żeby spierdalało w podskokach. Nie wyglądam jak Jason Momoa, ale tak się składa, że większość ludzkości też nie jest do niego nawet z daleka podobna. Każde z Was ma w sobie coś, ale wielu z nas to coś udeptuje, bo przecież nie jesteśmy tego warci, kto by to chciał oglądać, nie powinniśmy się uśmiechać, nie powinniśmy robić dla siebie niczego miłego, nie ma nic złego w kupowaniu wyłącznie szarych worów nie na nasz rozmiar zamiast ubrań, które nam się naprawdę podobają. Nie jesteśmy ich warci. (Dodam tutaj, że w sklepach z używaną odzieżą można dorwać PIĘKNE rzeczy za niesamowicie niskie ceny, moja mama właśnie odkryła owe sklepy i za 150 zł nabyła sobie cztery ładne przedmioty, w tym dopasowaną do figury, kolorową sukienkę za 39 zł. Nie w cenie leży problem.)

Jeśli jest jedna rzecz, którą chcieliście zawsze zrobić, ale nie czuliście się jej warci, baliście się opinii otoczenia – zróbcie ją. Nie: kiedyś, jak schudniecie, jak zgrubniecie, więcej zarobicie, mniej coś tam, szybciej sroś tam. Ufarbujcie włosy na niebiesko, kupcie te śliczne kolczyki, ognisto czerwone buty na obcasach, czarną szminkę, skórzane spodnie, wsiądźcie na rollercoaster, idźcie na kurs tańca na rurze, cokolwiek chcecie. Na początku możecie się okropnie bać. To żaden problem, ja się bałem własnej kurtki wiszącej na wieszaku. Jeśli boicie się, że inni będą Was osądzać, serdecznie (i głośno) im życzcie, żeby wsadzili sobie głowę w dupę. Chamów i prostaków na Facebooku blokować i nie odpisywać. Pieprzyć ich. Wiesz co, mamo? Bardzo lubię swoje włosy. (Mamie odpuszczam, od dawna nie komentuje żadnych pomysłów, na które wpadam.) Wiesz co, babciu? No dobrze, odpuszczę, babcia zmarła i tęsknię za nią. Wiesz co, eksie? Wiesz, co bym Ci zrobił za te „pięć kilo”? NIC. Bo Twoja opinia nie ma na mnie żadnego wpływu. Liczą się dla mnie opinie dwóch osób: moja i męża, w tej kolejności.

PS. Jeśli w ogóle doczytaliście tak daleko, proszę NIE komentować mojej urody. Jestem piękny i o tym wiem. 😉 Napiszcie mi, czym jest ta jedna rzecz, którą chcielibyście zrobić, ale nie mieliście nigdy odwagi. Albo – czym jest ta jedna rzecz, którą JUŻ zrobiliście. Spójrzcie w lustro i uśmiechnijcie się do siebie. Przestańcie słuchać wewnętrznego głosu, który Was osądza i wmawia, że nie jesteście niczego warci. Przestańcie słuchać mam, tatusiów, babć, współpracowników, „przyjaciół” i innych życzliwych osób. Musicie słuchać tylko własnej opinii – i rzecz jasna mojej, a ja mówię Wam, że jesteście najbardziej zajebistymi jednorożcami w całym znanym kosmosie. No. Teraz już wiecie. Dziękuję za uwagę.

PS2. Co zrobić, żeby mieć ciało nadające się na plażę? 1. Posiadać ciało. 2. Iść na plażę.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców