O ubezpieczeniach medycznych

To uczucie, kiedy dwie przyjaciółki mają do wyboru albo iść do lekarza i wykupić leki, albo zjeść. Żadna z nich nie jest starszą panią na emeryturze – do tego przywykliśmy. Po prostu, nie mają fajnej fuchy w urzędzie, nie zauszyły startupu koszącego miliony, nie mają rodziców pocących się banknotami.

Tymczasem PO rozważa prywatną służbę zdrowia.

W programie wyborczym PO znalazł się krótki fragment dotyczący rozwoju rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

To odgrzewany kotlet, bo Ministerstwo Zdrowia przez ostatnie kilka lat zapowiadało, że lada chwila opublikuje projekt w tej sprawie. Ostatecznie rządowi zabrakło odwagi, by wyjść z propozycją, która zostałaby uznana za kategoryzowanie pacjentów na biedniejszych i bogatszych. Mówił o tym były premier Donald Tusk: – Koncepcje dodatkowych ubezpieczeń badane są pod jednym kątem: czy to nie doprowadzi do segregacji pacjentów. Nie chcemy, aby ten, kto płaci dodatkowe ubezpieczenie, miał lepszy dostęp do ochrony zdrowia.

Słusznie pan europrezydent prawi, nie chcemy wszakże. A co na to program?

Dla zamożnych prywatna służba zdrowia jest remedium na kolejki do publicznych przychodni, w których na wizytę czeka się po kilkanaście miesięcy (np. do ortopedy).

Efekt jest taki, że Polacy płacą za opiekę dwa razy – w obowiązkowych składkach i z własnej kieszeni. W tej sytuacji po wyborach Platforma proponuje ucywilizować ten system i zaproponować dodatkowe ubezpieczenia i abonamenty medyczne. Wysokość składki ma zależeć od czynników ryzyka, czyli np. od tego, czy w rodzinie zdarzały się nowotwory, zawały, ale też od trybu życia pacjenta-klienta. Czyli aby płacić mniejszą składkę, trzeba będzie się dokładnie przebadać i prowadzić higieniczny tryb życia: nie palić papierosów (bo rośnie ryzyko raka płuc czy chorób układu krążenia) i nie nadużywać alkoholu.

A to ciekawe. W jaki sposób będzie sprawdzane, czy pacjent nie nadużywa alkoholu? Lotne kontrole z alkomatem? „Pani Basiu, doniesiono nam, że wczoraj spożyła pani dwa piwa, a dzisiaj jedno. Proszę do ambulansu na momencik.”

PO zapewnia, że sytuacja osób, które się nie ubezpieczą, wcale się nie pogorszy. Czy na pewno? – Dodatkowe ubezpieczenia mogą powiększyć deficyt specjalistów na rynku, czyli po prostu lekarzy – powiedział podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy Tadeusz Jędrzejczyk, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia.

W ten sposób wspaniale rozwiązując problem czekania na wizytę kilkanaście miesięcy. Alleluja!

W bawełnę nie owija prezes ENEL-MED-u, trzeciego co do wielkości gracza na rynku. – Główną zaletą systemów dodatkowych ubezpieczeń powinno być „przeskoczenie kolejki pacjentów”, tzn. pacjent ubezpieczony dodatkowo nie czeka na świadczenie medyczne w kolejce NFZ. To będzie trudne do zaakceptowania politycznie – mówi nam Adam Rozwadowski, prezes Centrum Medycznego ENEL-MED.

I tutaj właśnie trafia mnie szlag. Jak mówią Razemowcy, inna polityka jest możliwa. Również w dziedzinie ubezpieczeń medycznych.

Jak wiadomo, mieszkam w kraju zagranico. Kilka lat przed moim przyjazdem do Holandii rozmawiałem z przyjacielem, który skarżył się na wzrok. Jak się okazało, miał umówioną wizytę na cito. Za dziesięć miesięcy. Opadła mi szczęka, bo wyobrażałem sobie, że na zgniłym Zachodzie lekarze czekają pod drzwiami, na wypadek, gdyby pacjent miał kaprys i życzył sobie np. korekty noska, albo coś w tym stylu. Sam do okulisty czekałem wtedy, jeśli dobrze pamiętam, bo to było 15 lat temu, pięć dni. Nie prywatnie, zupełnie publicznie.

Od tego czasu służby zdrowia w Polsce i w Holandii dokonały pewnej ewolucji. Obawiam się, że nie w tym samym kierunku.

Ubezpieczenia zdrowotne w Holandii oferowane są przez różne towarzystwa. Jestem członkiem De Amersfoortse, bo tak było od początku i mam tam fajną zniżkę, tyle, że na początku miałem polisę super-hiper-mega-plus opłacaną przez firmę, a teraz opłacam sobie ją sam. Jest to obowiązkowe. Płacę, jeśli dobrze pamiętam, 102 euro miesięcznie. Z tego 78 euro zwraca mi państwo, ponieważ jestem ubogim inwalidą. Do tego dochodzi rozwiązanie forsowane przez liberalny rząd, który z dziką rozkoszą pragnie rozpieprzyć system w drzazgi, ale jeszcze im się nie udało, mianowicie własne ryzyko. W tym roku wynosi ono 375 euro i do tej sumy wszystko opłacam ja. Po przekroczeniu 375 euro płatności przejmuje ubezpieczalnia. Osoby, które czują się zdrowe, mogą sobie podnieść własne ryzyko np. o 200 euro i płacić o 10 euro miesięcznie mniej, w moim przypadku byłoby to idiotyzmem, ponieważ 375 euro przekroczyłem w kwietniu.

Ubezpieczalnia nie może odmówić przyjęcia mnie w swe szeregi – jak to było do niedawna w Stanach (może jest nadal, nie wiem), pre-existing condition kompletnie się nie liczy. Ubezpieczyciela wybieram ja. Oczywiście różne firmy oferują różne polisy, w ramach których różne rzeczy są refundowane do różnego poziomu, np. akupunktura, fizjoterapia, etc. Jednak każdy ubezpieczyciel musi refundować minimalny pakiet świadczeń. Nie taki, o jakim się dyskutowało niedawno w Polsce. W ramach minimalnego pakietu mieści się bowiem prawie wszystko, co sobie można wyobrazić.

W ramach mojego ubezpieczenia otrzymuję bezpłatnie niemal wszystkie leki. Muszę płacić za aspirynę, witaminę C i paracetamol. Płaciłbym też za leki nasenne, ale kiedy są przepisane przez psychiatrę, są bezpłatne. Kiedy miałem kryzys, widywałem się ze swoją lekarką codziennie. Czekałem raz, na zmianę szpitala, dwa miesiące, ponieważ tyle czasu zajmuje przetworzenie nowego pacjenta, przydzielenie mu lekarza, zapoznanie się przez lekarza z dotychczasową dokumentacją i historią choroby, korespondencja między pierwszym i drugim szpitalem w temacie dotychczasowego leczenia, etc. Po zmianie nie czekam na nic. Z panią doktor umawiam się w tej chwili co 2-3 tygodnie, bo leki generalnie nie bardzo, ale nie o tym piszę.

Polisy „basic” i „extra” oczywiście się różnią. Ale, na miłość Bogów, NIE „przeskakiwaniem kolejki”. Co wiąże się z faktem, iż w Holandii nie ma prywatnej służby zdrowia, z niewielkimi wyjątkami. Lekarze dzielą się na objętych polisą i nieobjętych polisą. Do tych drugich wcale nie ma krótszych kolejek, bo po cholerę mam iść do terapeuty X i płacić sto euro za wizytę, skoro mogę iść do terapeuty Y i nie płacić. Wizyta u okulisty polega na tym, że dzwonię lub wpadam na moment, umawiam się np. na jutro o dwunastej piętnaście, dostaję fakturę i wysyłam ją z rozkoszą do ubezpieczalni, która mi zwraca piniondz. Nie spotkałem jeszcze okulisty nieobjętego polisą. Może istnieją, ale ja ich nie widuję. Natomiast różnica między polisami polega np. na tym, że polisa „basic” refunduje mi jedną parę okularów typu dna od butelek co dwa lata, a polisa „extra” leciutkie plastiki co rok. Polisa „basic” płaci mi zdaje się 60 euro za szkła kontaktowe rocznie, a „extra” 400. Liczby wysysam z palca, bo nie chce mi się sprawdzać, po prostu tłumaczę różnicę. Jeśli wydam na szkła kontaktowe 180 euro rocznie, to 60 opłaca mi polisa (lub wpada we „własne ryzyko”), a nadwyżkę 120 euro płacę sam. Polisa „basic” nie obejmuje operacji oczu metodą LASIK, przez co jestem na siebie bardzo zły, bo moja dawna polisa obejmowała i mogłem mieć zrobione oczy. „Basic” obejmuje tylko pierwszych 10 sesji z fizjoterapeutą. I tak dalej.

Zbrojmistrz ma polisę „basic”, ponieważ jego praca nie jest chętna do płacenia więcej, niż musi. Kiedy lekarz pierwszego kontaktu uznał, że jego znamię wygląda nie tak, jak powinno, w ciągu kilku (dwóch, o ile pamiętam) dni miał robioną tomografię, a następnego dnia operację. W szpitalu spędził jeden dzień, rano operacja, po południu odpoczynek, wieczorem won do domu. Nie było czekania, nie było przeskakiwania kolejek, po prostu, tak tu jest. Co jest zasługą braku prywatnej służby zdrowia. Nie zapłacił za nic ani grosza, oprócz tego oczywiście, że w tym roku zmaksował „własne ryzyko”.

Bardzo gorąco współczuję moim przyjaciółkom i jestem ogromnie świadom skali przywilejów, jakie mam z tytułu mieszkania w Holandii. Jeśli potrzebuję się spotkać z moją panią doktor, wysyłam jej maila lub dzwonię i zapisuję się na wizytę. Dostaję takie leki, jakie są mi potrzebne. Gdy generyki (przydzielane domyślnie) mają niefajne efekty uboczne, mogę zażądać wpisu w moim elektronicznym dossier, że chcę dostawać leki markowe. Nie dopłacam za to nic. Kiedy wylądowałem w zeszłym roku w szpitalu, miałem elegancką jedyneczkę z łazienką. Łóżko było niewygodne, ale z lepszą polisą byłoby dokładnie takie samo, tak samo długo siedziałbym w szpitalu, tak samo rąbałbym szparagi co drugi dzień, słuchając narzekań Holendrów na paskudne jedzenie i dostawałbym takie same leki.

Obrazek recykluję, bo nie mam nastroju na szukanie, wybaczcie.

  • 7

    w warunkach polskiej dziczy dochodzi jeszcze cwaniactwo. typowe podejście jest takie, że jak za darmo, to zapiszą się do wszystkich lekarzy w województwie. profilaktycznie. pójdą do pierwszego w kolejności, a do reszty po prostu nie pójdą. zadzwonić? po co? co z tego, że wolne miejsce mógłby zająć ktoś inny? kogo miałoby to obchodzić? jestem polakiem, patrzę na czubek własnego nosa. resztę mam w dupie. niech sami się sobą zajmą.

    PS. piszę z lekkiej perspektywy, bo ostatnio z publicznej służby zdrowia skorzystałem na studiach. zniechęciło mnie „a co mi pan tutaj przyszedł kasłać?” rzucone już na progu drzwi studenckiej przychodni.

    • Grant Thorsson

      O tym zapomniałem napisać. Jeśli dostajesz np. skierowanie do ortopedy, dzwonisz po szpitalach i szukasz takiego z najkrótszym oczekiwaniem. Jeśli zapiszesz się do pięciu i do czterech nie przyjdziesz, otrzymujesz elegancki rachunek, którego ubezpieczenie nie pokrywa.

      • No prosze, jaka prosta skuteczna metoda…

  • Tak wlasnie.
    Wszystkim piewcom prywatnej sluzby zdrowia polecam wizyte w szpitalu w USA i pochorowanie sobie.
    Jak jest teraz z Obamacare moge mowic na podstawie relacji przyjaciol i znajomych (bo sama wyjechalam jeszcze przed wprowadzeniem).
    Tak, kazdy musi byc ubezpieczony. Tak, najbiedniejszym panstwo zwraca koszta (aczkolwiek sposob rozliczania tego – w oparciu o poverty level, ktory w tej chwili wynosi ok 11 tys USD brutto na osobe samotna – po prostu rzuca o sciane, jak i to, ze odlicza sie to w zeznaniu podatkowym).
    Ale poza tym sie nic nie zmienilo – o pardon, poza cenami ubezpieczenia i uslug, ktore poszly w gore.
    One sa rozne w roznych stanach, ale jakos nikt nie doniosl, zeby sie dalo kupic ubezpieczenie za mniej niz 250 USD/mies. A to tylko premium przeciez, do kazdej wizyty trzeba doplacac i no i jest deductible (chyba cos jak to „wlsne ryzyko” tyle, ze nie mozna sobie tego podnosic czy obnizac, przychodzi z calym pakietem oferowanym przez ubezieczyciela).

    Tak, prywatna sluzba zdrowia dziala tylko dla bogatych. Oraz urzednikow panstwowych :-/ (najlepsze ubezpieczenia w USA maja pracownicy kongresu, wa mac, zaraz potem sa pracownicy federalni…)

    • Aha, zapomnialam dodac, ze bardzo duza czesc kosztow owej prywatnej sluzby zdrowia wynika z…. biurokracji.
      Tak wlasnie. Bo to nie jest single payer system, nie. Kazda firma ubezpieczeniowa ma gazylion roznych wariantow ubezpieczen, od nich wyjatki, skomplikowane procedury do underwriting, w efekcie czego musza zatrudniac cale tabuny clerkow do przetrawiania tego i wystawiania rachunkow itd.

      No, a potem czytam wynurzenia polskich emigrantow co to opowiadaja, ze problemem sluzby zdrowia w USA sa nielegalni emigranci, ktorzy nie placa. Normalnie noz sie w kieszeni otwiera…

  • m.

    To mi się przypomniało, jak zaczęłam chorować na tarczycę. Siedemnastolatka z objawami sercowymi – termin oczekiwania do endokrynologa dziecięcego – 6 miesięcy. Z tym, że siedemnastolatka za cztery miesiące miała kończyć osiemnaście lat, więc po czterech miesiącach oczekiwania w kolejce musiałaby się zapisać do normalnego endokrynologa, bo byłaby pełnoletnia i nie kwalifikowałaby się do dziecięcego. Czas oczekiwania – 4 miesiące. Do normalnego nie mogła się zapisać od razu, bo nie była pełnoletnia. Na szczęście rodziców było stać na prywatną wizytę.

    I w sumie najdziwniejsze jest to, że nawet jeśli człowiek zapisuje się prywatnie, to i tak są kolejki. Fakt, czeka się kilka tygodni, a nie kilka miesięcy, ale w ciągu kilku dni to udało mi się tylko wizytę u gina załatwić (o dziwo, państwowego). A regularnie odwiedzam lekarzy kilku specjalności.

    • Kumiho

      m., szczerze? Jakoś w ogóle mnie to nie dziwi. Może brzmi to jak truizm, ale w Polsce jest naprawdę mało lekarzy bo: A) mało się ich edukuje, bo drogo i B) sporo z nich wyjeżdża, lub dzieli czas między pracę w Polsce a jakąś małą fuchą za granicą. Chirurg, z którym ostatnio rozmawiałem spędza 3 dni w tygodniu w Polsce i 2 w Luksemburgu, operując w prywatnym szpitalu. Naczelna Izba Lekarska już od kilku dobrych lat doprasza się o zwiększenie limitu przyjęć na medycynę i dopiero w tym roku udało się jej wywalczyć znaczące podwyższenie limitu przyjęć. Żeby nie było jednak tak wesoło, większość z puli dodanych miejsc przypadła na oddziały kształcenia w języku angielskim, które są rodzajem ostatniej deski ratunku dla różnych desperatów z Europy i Bliskiego Wschodu i w praktyce nie przyczyniają się do zwiększenia liczby lekarzy w Polsce. Dodaj do tego kretyński system zdobywania specjalizacji i obawiam się, że za kilka lat nie będzie miał kto leczyć moich rodziców. Już teraz w Polsce na 1000 mieszkańców przypada ok. 2.2 lekarza, w Holandii 2.9 lekarza. Gdy rozmawiam z moimi znajomymi z roku, to co najmniej 1/3 z nich planuje ewakuować się z kraju gdy tylko dostaną dyplom lub zrobią specjalizację.

  • Pingback: Holandia pod kątem medycyny raz jeszcze – miloscpo30.net()