„Zasady – w statusie (własnym, nie tutaj w komentarzach) należy wpisać 10 książek, które przez całe życie z nami zostały. Bez zastanowienia. To nie mają być wiekopomne dzieła literatury tylko nasze najważniejsze lektury. W poście oznaczamy 10 osób które nominujemy do dalszej gry! Oznaczamy też osobę, która nas nominowała, żeby mogła to przeczytać.”

Jako, że ciągle usiłuję #zostaćkominkiem wpisuję na blogu, a nie w statusie, w nadziei, że pokochają mnie milijony, drugie tyle znienawidzi, a wszyscy klikną w reklamy, których na moim blogu nie ma, gdyż jestem nieudacznikiem i nie umiem na blogowaniu zarobić. (Wciąż czekam na zaproszenie do pisania felietonów dla Polityki, jestem pewien, że list zaginął, ale lada chwila wyślą drugi, z lepszymi stawkami…)

Bez dalszych wstępów, książki. Staram się nie spoilować niczego, jeśli mi się nie uda, przepraszam.

1. Julio Cortazar, „Gra w klasy”

Już sama budowa formalna utworu, który można czytać na niezliczoną ilość sposobów, który zawiera „rozdziały, bez których można się obejść” i w którym można albo w pewnym momencie zakończyć, albo też nie, albo się zapętlić jest wyjątkowa. Co dopiero treść. Traveler, co nigdy nie podróżował, Oliveira, od którego wziąłem do tej pory używany w sieci pseudonim, paczka bardzo dziwnych przyjaciół, słuchających „Joniego Mitchella” (tu propsy dla Zofii Chądzyńskiej, która była cudowna i boska i której nawet to wybaczę)… Sposób, w jaki pisze Cortazar jest w pewnym stopniu podobny do tego, w jaki pisze Perez-Reverte, ale tam, gdzie Perez-Reverte nadrabia pieprzeniem okropnych głupot z pewnym siebie wyrazem twarzy Cortazar prezentuje ogromną erudycję muzyczną, geograficzną i literacką, tego samego oczekując od czytelnika. Ulubiony fragment: koncert fortepianowy.

2. Joanna Chmielewska, „Wszystko czerwone”

Chmielewska, jak wszyscy wiemy, skończyła się na Kill’Em All, ale co z tego, skoro wcześniej napisała jakieś 40 książek doskonałych lub prawie doskonałych. „Wszystko czerwone” czytałem tyle razy, że mi się rozpadło, kuzyn — wtedy introligator — obłożył je od nowa w twardą oprawę, a pani Joanna ozdobiła autografem. W tej książce podoba mi się WSZYSTKO, opisy Danii, opisy znajomych i przyjaciół Alicji i Joanny, pan Muldgaard (czy ja w ogóle muszę o tym wspominać…), a przede wszystkim nagromadzenie dowcipów wszelkiego rodzaju na centymetr kwadratowy książki, która w zasadzie jest krwawym kryminałem. Ulubiony fragment: tylko jeden? no dobrze, to Edek, który nie ział i nie grzębił.

3. Michael Cunningham, „Godziny”

Jeśli ktoś czyta tego bloga, to zapewne nie jest zaskoczony tym, że na mojej liście pojawiają się „Godziny”, książka doskonała i absolutnie dla mnie niezbędna do życia. Cunningham opętał mnie tak bardzo, że próbowałem nawet wiele razy przeczytać „Miss Dalloway” i równie wiele razy od tejże „Miss Dalloway” odpadałem, bo dzieło nie jest w moim typie ani trochę. Cunningham posiada niewiarygodny dar do tworzenia postaci tak bardzo z życia wziętych, że żywych, a historia trzech kobiet związanych ze sobą pomimo różnic w czasie i przestrzeni wciąga i nie odpuszcza do ostatniej strony (podobnie jak serial „Cold Feet”, w Polsce „Usta, Usta” — uwaga na marginesie). Na podstawie idealnej książki powstał idealny film. Ulubiony fragment: Virginia decydująca, że nie zabije swojej bohaterki.

4. Lucy Maud Montgomery, „Emilka” (seria)

Dzień dobry państwu, jestem brodatym, wytatuowanym kowalem i kocham „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”. Ania jakoś mniej mi pasowała, może dlatego, że siedem tomów tego dzieła jest w jakiś sposób przewidywalne, tymczasem Emilka wychowuje się w warunkach, o jakich ja marzyłem — pustkowie, tajemnicze domostwo, brak ojca (tak, można o tym marzyć). Kilkoro przyjaciół, dar literacki, dorastanie na wyspie w Kanadzie — dla mnie kosmos, ale jakże piękny. Może moje pragnienie zamieszkania na wsi nie jest takie do końca nowe? Ulubiony fragment: ślub Ilzy.

5. Helen Fielding, „Dziennik Bridget Jones”.

Czytałem Bridget, zanim to było modne. Sukces tej książki w Polsce nie był wcale natychmiastowy. Czytało ją parę osób, zachwycały się i polecały kolejnym, które ją czytały, zachwycały się… etc. Byłem jednym z pierwszych — był taki okres, kiedy pół pensji wydawałem na nowości wydawnicze z serii Kameleon (jeśli dobrze pamiętam, bo już tego wydania nie mam, zaczytałem na śmierć). Po skończeniu wracałem do strony pierwszej i czytałem od nowa. I tak wiele, wiele razy. Gdy dostałem pocztą jeden z pierwszych egzemplarzy drugiej części, usunąłem przeszkody (tzn. mamę) ze swojego pokoju i przystąpiłem do lektury, zakończonej o drugiej nad ranem odczuciem zawodu. Częściowo dlatego, że Fielding lekko przedobrzyła z podkręcaniem żartów tak, żeby zamiast haha było hahahahahahaha, częściowo po prostu dlatego, że już to kiedyś czytałem, tylko wtedy było nowe i wyjątkowe. Fielding stworzyła cały gatunek literacki, pogardliwie nazwany chick-lit, do którego zaliczono niesłusznie bardzo dobre powieści np. Marian Keyes tylko dlatego, że napisała je kobieta płci odmiennej. Do Bridget nie wracam od lat, ale ciągle pamiętam nieustanne chichry w autobusie, w toalecie, przy gościach lub na korytarzu uczelni dlatego, że Bridget akurat coś powiedziała, zrobiła, albo ugotowała. Ulubiony fragment: Bridget przyrządza kolację na swoje własne urodziny.

6. Marian Keyes, „Wakacje Rachel”

Keyes, niepijąca alkoholiczka z odporną na leczenie depresją, jest — w skrócie — genialna, a bez skrótu geeeniaaalnaaaa. Jej umiejętność pisania o sprawach dramatycznych, przerażających, często wręcz potwornych jest porównywalna chyba tylko z umiejętnością Chmielewskiej, aby rozśmieszyć nas kolejnymi zabójstwami, lub Almodovara, aby rozbawić nas scenami gwałtu i przemocy. Tym razem na tapetę wzięła uzależnienie, które pokazuje od środka — Rachel wybiera się na odwyk, który postrzega jako coś w rodzaju hotelu dla celebrytów, w którym sobie przyjemnie wypocznie, aby potem wrócić do swojego poprzedniego stylu życia w nimbie odbitej sławy. Postać Rachel zostaje poprowadzona mistrzowsko, a uzależnienie opisane jest tak, jak może je opisać wyłącznie osoba, która go doświadczyła. Pilch mógłby Keyes czyścić buty językiem, ale oczywiście z uwagi na seksizm Pilch jest Wjelkim Autorytetem i Autorem Klasycznej Lyteratury, a Keyes obrywa różowymi okładkami w gwiazdki i ląduje między „Zakupoholiczka i dziecko”, a „Moje wesele w remizie ze Szkockim Przystojniakiem”. Ulubiony fragment: nie mogę podać, żeby nie spalić, więc powiedzmy, że pod koniec.

7. J. R. R. Tolkien, „Silmarillion”

Tolkiena tak naprawdę powinno się czytać z etykietami na okładce: „Hobbit” w wieku ok. 13 lat, „Władca Pierścieni” od 16, a „Silmarillion” co najmniej 20. Ja dorwałem wszystkie naraz i oczywiście był to błąd. Po pochłonięciu „Hobbita” rzuciłem się na „Władcę” i odkryłem ze zdziwieniem, że to jest książka o jakimś przyjęciu, po czym zakończyłem lekturę, zanim cokolwiek miało szansę się wydarzyć. Kiedy spróbowałem ponownie i przebrnąłem przez wstęp, pisany w oczywisty sposób przez enta dla entów, „Władca Pierścieni” stał się moją ulubioną lekturą. Odkrycie, że istnieje „Silmarillion”, który wyobrażałem sobie rzecz jasna jako ciąg dalszy, zachwyciło mnie do omdlenia niemalże, po czym spróbowałem to przeczytać i kompletnie wymiękłem. Książka, pisana mniej więcej w taki sposób: „Fingor miał jedenastu synów: Finadama, Finbajora, Fincykuta, Findelfina, Finegipta, Finfulka, Fingolfina, Finhilariousa, Finitalica, Finjamala, Finkrosta” (żadna z tych postaci więcej się w książce nie pojawia) nie była właściwą lekturą dla osoby pożądającej kolejnych sag z serii „bohaterowie idą, walczą, idą, walczą, znajdują artefakt” lub „bohaterowie mają artefakt, idą, walczą, idą, walczą, wrzucają go do wielkiego wulkanu”. Wiele lat zajęło mi odkrycie tego, że Tolkien po prostu spakował jakieś 50 powieści do rozmiaru jednej książki, opowiadając każdą z nich (w tym „Władcę”) na kilkunastu stronach. „Silmarillion” to jedyna książka Tolkiena, jaka jest mi nadal potrzebna. Ulubiony fragment: Beren i Luthien, spłakałem się przy tym jak dziecko jakieś pięćset razy.

8. Chris Heath, „Pet Shop Boys, literally”

Pet Shop Boys są moim ulubionym zespołem oficjalnie od 1991 roku, a nieoficjalnie w 1991 kupiłem sobie dużo kaset z rozmaitych wytwórni typu Tak Records i odkryłem, że lubię ich od dawna, tylko nie wiedziałem, że się tak nazywają. Na „Literally” uczyłem się angielskiego, poszczególne fragmenty umiałbym cytować obudzony w środku nocy, udało mi się uzyskać na książce autograf Neila Tennanta i prędzej oddałbym mały palec u lewej ręki, niż tę książkę. Chris Heath pisze w sposób podobny nieco do Stiega Larssona, skupiając się do przesady na szczegółach i dając to cudowne poczucie, że jesteśmy świadkami czegoś, czego się zwykle nie ogląda. Cóż, niektóre zespoły, jak Depeche Mode, robią sobie filmy autobiograficzne z trasy koncertowej, niektóre zamawiają książki i bardzo mi się to podoba. Film obejrzałbym raz, książkę przeczytałem po wielokroć i przeczytam jeszcze nieraz: Ulubiony fragment: komentarze rodziców Chrisa na temat jego nowej fryzury.

9. Kirył Bułyczow, seria o Alicji, dziewczynce z przyszłości

Jak nie kochać Alicji, która przybyła z XXI wieku (hehe), ma 12 lat (jak ja wtedy, plus minus), walczy z kosmicznymi piratami, po Moskwie podróżuje teleportobusami i wygrywa w szachy z mistrzami? Teraz, gdy mam trochę więcej niż 12 lat, pamiętam co dziwne głównie okładki, a treść trochę mniej, ale Alicja nadal wzbudza we mnie uczucie niewiarygodnej zazdrości, chociażby z uwagi na teleportobusy. Bardzo zazdroszczę Rosjanom, którym dostało się 40 książek o Alicji (nam pięć). W podstawówce nauczono mnie płynnie mówić i pisać po rosyjsku, tylko co z tego, jak wtedy nie było Allegro, a teraz, kiedy mogę sobie kupić wszystkie książki o Alicji, nic z nich nie zrozumiem. Ulubionego fragmentu w sumie nie mam, bo nie pamiętam, ale gdybym miał dzieci, dałbym im Alicję do czytania.

10. Karl May, „Winnetou”

„Winnetou” był pierwszym tak ostentacyjnie homoerotycznym dziełem, jakie zdarzyło mi się przeczytać, z wypiekami na twarzy i dziwnymi, nieznanymi mi wcześniej doznaniami. Nie wiem, ile miałem wtedy lat, jakieś 8-9 (nauczyłem się czytać sam w wieku 4 lat, bo rodzina odmawiała lektury w kółko tych samych ulubionych książeczek) i być może powinienem czekać dłużej, ale książki były w domu, a mnie nikt specjalnie nie pilnował, więc czytałem, co chciałem. Ojczym był zwolennikiem sci-fi, ale trafiały się i westerny i kryminały; mama czytała kryminały, bo romansów było wtedy jeszcze mało (komunizm był jakiś taki mało romantyczny, zdaje się). Tak więc jako ośmiolatek umiałem popełnić morderstwo doskonałe, ukryć ciało, przeprowadzić za policję całe śledztwo i ogólnie było to już nieco nudne, gdy nagle pojawili się w moim życiu dzielni kowboje, równie dzielni, choć niekiedy źli Indianie, wśród których wyróżniał się rzecz jasna Winnetou, wpierw wróg, potem najlepszy przyjaciel Old Shatterhanda (zwanego również „Szarlih”). Filmy wstrząsnęły mną głównie ze względu na obsadę, bo nie tak ją sobie wyobrażałem. Przeczytałem wszystko Maya co tylko dało się dostać w Polsce, ale najlepiej pamiętam mrocznie ekscytującą aurę określenia „pal męczarni”, muskularne ciało Winnetou wynurzającego się z rzeki, czy przez co tam akurat płynął i dwóch panów padających sobie w objęcia. Kwestia seksualności Maya do tej pory jest kontrowersyjna, jak to bywa z pewnego rodzaju prezentacjami męskości, ja wiem tyle, że „Winnetou” był pierwszym momentem, kiedy zrozumiałem, że to, co zwykle łączy chłopców i dziewczęta nie stosuje się do mnie. Ulubiony fragment: każdy, w którym występuje Winnetou, oczywiście.

Nikogo nie nominuję, bo to nie Facebook, ale zachęcam do pisania i wrzucania albo linków, albo własnych spisów w komentarzach 🙂

 

To jest duży problem dla człowieka, któremu spierdzieliło się tak elegancko zaplanowane życie. Studia, check. Praca, check. Związek, check, zgrzyt, check check bzzt, check. Lepsza praca, jeszcze lepsza, check, check. Mieszkanie, check. Amsterdam, check. I nagle JAK NIE JEBŁO.

Nie planowałem dwubiegunówki, ale skoro już się wydarzyła, podszedłem do niej jak zwykle, jak do kolejnego wyzwania. Zwalczymy tę paskudę. Leki, terapia, pełne uznania stwierdzenie lekarza „jest pan bardzo wysoko funkcjonującym bipolarem”, rehabilitacja, próba powrotu do pracy… i nagle JAK NIE JEBŁO.

Do tej pory nie mogę się pozbierać po czerwcowej hospitalizacji. Nie mogę przyjąć do wiadomości faktu, że manię — tak, manię, zmieniono mi diagnozę na bipolar I — zwyczajnie przeoczyłem i zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy było za późno na nieskrzywdzenie nikogo. Okropnie żre mnie fakt, że nie umiem sobie radzić ze stresem. Nie umiem i już. Efekty uboczne litu (helloł, mister Eugenides) są paskudne i uprzykrzają mi życie, a ja na dodatek nie do końca wiem, czy ten lit robi jakąś różnicę, czy nie, bo nie mam pod ręką drugiego Raya do sprawdzenia.

Nie umiem sobie poradzić z gwałtowną zmianą w moim życiu towarzyskim. Wczoraj miało miejsce główne wydarzenie Gay Pride, parada łodzi. Dwa lata temu byłem na łodzi drużyny rugby, w stanie przyjemnej hipomanii, ściskając się z najpiękniejszym z rugbystów. Dziś siedzę w domu, unikając starannie zetknięcia z kimkolwiek oprócz Zbrojmistrza, zbywając pytania znajomych i… „mojego” rugbysty, który przysyła mi SMSy i pyta, czy nie będę aby na mieście. Nie będę, chyba, że 750 tysięcy turystów i 500 tysięcy localsów padnie trupem, a on akurat przeżyje.

Brak mi pieniędzy. No cholera, brak mi, co ja poradzę. Nie mówię już o tym, że przywykłem do zarabiania dużo, bo przywykłem, ale ostatnie dwa lata nauczyły mnie redukowania wymagań, kupowania tańszego jedzenia, niekupowania nowych ubrań, niewychodzenia na miasto, niechodzenia do kina. Nauczyłem się, a ciężka to i bolesna lekcja, przyjmowania zaproszeń na kawę lub kanapkę i nieodwzajemniania ich. Lunch za 13 euro to dla mnie trzy obiady. A i tak wiem, że moje narzekanie jest niczym wobec życia emerytki z 1600 zł, że w Polsce dostałbym rentę wystarczającą na przysłowiowe waciki, tutaj zaś spłacam nadal swój trzydziestoletni kredyt. Już tylko 24 lata i będę mógł sprzedać mieszkanie, żeby spłacić resztę kredytu!

Próba powrotu do pracy miała mi oddać moje zwycięstwa. Miało się zacząć od małego — programowania dla non-profitu, a potem miał nastąpić powrót na drabinę sukcesu, “Jak pokonać życiowe trudności i wyjść na prostą, odczyt Raya Granta”, książka o chorobie, wywiady dla prasy… Natrząsam się, ale tylko troszkę. Bo naprawdę tak miało być. Tak było zawsze. Nigdy wcześniej nie trafiłem na trudności, z którymi nie umiałbym sobie poradzić sam. Dręczenie w dzieciństwie przetrwałem, z zewnątrz otrzymawszy wyłącznie przydatne rady typu “nie zwracaj na nich uwagę, to im się znudzi”. Na studia zdałem sam. Do pierwszej pracy mnie podesłano, ale na swoją pozycję zarobiłem sobie sam, w ciągu dwóch lat przeszedłszy drogę od jazdy na miotle do samodzielnego projektowania. Kolejne prace znalazłem sobie sam, tzn. w zasadzie tylko jedną, bo kolejne znalazły mnie. Za granicę wyjechałem bez pleców i znajomości. Mieszkanie kupiłem sam, bez wkładu rodziców, bo nie posiadam bogatej rodziny. I tak już miało zostać. Przez co chcę powiedzieć, że oczywiście miało być coraz lepiej.

Kuce zapatrzone w Krula zapominają, że i im może się przytrafić coś takiego, jak mnie; choroba, przy której nie da się funkcjonować bez wsparcia. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi. Nic nie zrobię, choćbym się wytężał i zaciskał, nie wyzdrowieję już nigdy. A w tej chwili nie mam nawet światełka na horyzoncie. Moja duma przydaje mi się dokładnie do niczego, to znaczy, stanowi dla mnie niewyczerpane źródło stresu.

Tę chwilę wybrała sobie moja koleżanka Rita, aby zatagować mnie w fejsbukowej grze: oto przez pięć dni mam pisać o trzech pozytywnych rzeczach w moim życiu. Pierwszą reakcją było warknięcie “bah, humbug” z miną godną Grumpy Cata. Pozytywne my ass. Ale… przypomniałem sobie, że sam staram się nie otaczać ludźmi negatywnymi, tylko pozytywnymi; chcę mieć wśród swoich przyjaciół osoby, które ciągną mnie w górę, a nie w dół. Czy sam chcę być tym, który ciągnie w dół? Obciążnikiem? Wiecznym smutasem, ewentualnie dzielnie uśmiechającym się przez łzy i mamroczącym “nie martwcie się o mnie, jakoś sobie poradzę… zapewne”? Nie chcę. Natura zwycięzcy nie pozwala. Zapomniałem o niej, przytłoczony nadmiarem syfu — i zacząłem zachowywać się jak Polak, przekonany, że będzie albo źle, albo gorzej.

Przyznam, że piąty dzień gry był trudny, bo skończyły mi się pomysły z wierzchu kupki, ale jakoś sobie poradziłem. A wiele jest rzeczy, za które mogę być bogom wdzięczny. Zbrojmistrz; kuźnia; fakt, że żyję, a były takie chwile, kiedy ten stan mógł się zmienić; darmowe leki (ileż ja bym wagonów pieniędzy wydał na leki, gdybym mieszkał w Polsce…); fakt posiadania dachu nad głową; brak osobistych doświadczeń związanych z wojną; fakt, że mam dookoła siebie mnóstwo ludzi chętnych, by mi pomóc, czy to zapraszając na obiad, czy odwiedzając w szpitalu; muzyka, która uprzyjemnia mi życie nawet w chwili, gdy to piszę (Leftfield — Leftism — co za świetna płyta!); wiele talentów, które co prawda chwilowo są nieco stłamszone, ale przecież nie znikły; pizza — najwspanialszy wynalazek ludzkości; czytany przez setki ludzi blog; bycie gejem, które też w dużym stopniu uratowało mi cztery litery, bo o ileż ciężej było mi chorować, gdybym miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci; słoneczne lato, które w Amsterdamie jest prawdziwym cudem; bracia i mama; serial „Wikingowie”; mój tatuażysta; Twitter, dzięki któremu nawiązałem kontakt i współpracę z muzykami, którym niegodzienżem podeszew całować; książki, w których mogę zatonąć; siłownia, dzięki której mam bary niedźwiedzia, a nie tylko brzuch w kształcie arbuza (na lekach przytyłem już 30 kg); sympatyczni rugbyści i nie tylko… Moje życie jest tak wypchane pozytywami, że dziw bierze, że wszystkie mi się mieszczą. A przecież nie wymieniłem wszystkich, gdybym pomyślał dłużej, niż pięć minut, znalazłbym więcej.

Czasami, żeby zwyciężyć, trzeba po prostu przedefiniować zwycięstwo. Mój lekarz powiedział mi już przy jednej z pierwszych wizyt, że mogę nigdy nie wrócić do pracy. Pomyślałem wtedy ze zgorszeniem: co za negatywny typ. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że miał rację. Ale widzę też, że to ważne wyłącznie w przypadku, gdy życiowy sukces definiuję jako wysoko płatną pracę. Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie? Może zostanę rencistą, kującym w ramach terapii zajęciowej? Może wygram w totka? Może po prostu wezmę ze Zbrojmistrzem ślub, sprzedam mieszkanie i przestanę marzyć o nowych gadżetach Apple? Owszem, kiedyś miałem kasy jak lodu, wieczory spędzałem w barach lub samplując najnowsze kolumbijskie wyroby, ciuchy kupowałem po prostu dlatego, że mogłem, nie było takiej opcji, żeby mój telefon był starszy, niż dwa lata… Może to już nigdy nie wróci. Może to… gasp… nieważne?

Pewna stacja telewizyjna chciała kiedyś nakręcić program o Zbrojmistrzu i o mnie — a konkretnie o naszym związku. Odmówiliśmy z różnych powodów, ale temat wydaje mi się interesujący — bo związki otwarte są inne, niż zamknięte, ale nie do końca w taki sposób, jak się być może wydaje.

Przede wszystkim, związków otwartych jest tak na oko 1848 rodzajów (risercz ziemkiewiczowski na próbce złożonej ze mnie i mego psa Gucia), więc gotów jestem wypowiadać się tylko na swój temat. Mój związek wyróżnia się kilkoma rzeczami, które powodują, że jest dla obu stron akceptowalny. Przede wszystkim pełną szczerością — jeśli coś się dzieje, druga strona o tym wie. Osobiście preferuję metodę mówienia 1) w cztery oczy (nie przez telefon, SMS, etc.) oraz 2) po fakcie — ponieważ wiele razy spotkania nie dochodzą do skutku, a ja nie wymagam od Zbrojmistrza, żeby pamiętał, z kim byłem umówiony 17 lipca o godzinie 16, a potem 19 lipca o 20, a potem 21 o 14, bo pierwsze dwa spotkania się nie wydarzyły.

W naszym ujęciu związku otwartego istnieje pojęcie zdrady i jest nim ukrywanie przed sobą spotkań i innych rzeczy. Jeśli ja lub Zbrojmistrz zechcemy się z kimś wymasować, to prędzej czy później dojdzie to do skutku i nie będzie problemu, natomiast jeśli z jakiegoś powodu jeden z nas nie chce, żeby drugi o tym wiedział, to warto się przyjrzeć temu powodowi i zastanowić, czy na pewno aby umawiam się na niezobowiązujący seks, czy też na przykład idziemy na romantyczną randkę z kinem i restauracją, udając przed wszystkimi zainteresowanymi, że „och, to tylko mój kumpel John”. Skoro o tym mowa, John również zostaje z góry poinformowany, że mam partnera i nie mam planów tego zmieniać.

Dla mnie osobiście liczy się też dobór nowych znajomych. Nina napisała:

Seks może oznaczać emocjonalne otwarcie na drugiego człowieka tylko wtedy, gdy zachodzi pod obecność Uczuć. Poza tym – nie licz na czułość, ciepło, atmosferę intymności i zaufania. Do tej gry przystępuje się jak do pokera. Z zamkniętą twarzą, z kartami przy sobie. Ściągamy ubrania, bierzemy się do dzieła, w międzyczasie rozmawiając o rzeczach emocjonalnie obojętnych. A potem szast, prast i do domu. Szczere westchnienie “Och, jak mi dobrze” spotyka się z uniesieniem brwi. Zbędne czułości są zbędne. Tutaj przeczytałam taki passus: “Tak, łatwiej mi się z kimś przespać, niż zjeść z nim później śniadanie.”

U mnie podobieństwo jest głównie takie, że nie umiem usnąć obok osoby, której nie znam, więc nigdy nie spędzam nocy w obcym łóżku (tudzież obcy nie spędza nocy w moim). Ułatwia to fakt, że Amsterdam jest wielkości chomika dżungarskiego i posiadanie roweru oznacza, że WSZĘDZIE da się dojechać w skończonym czasie. Ale otwieram się na partnerów emocjonalnie, na tyle, na ile jest to bezpieczne i nie sięga stopnia, po którym głupio byłoby mi przyznać się Zbrojmistrzowi do tego, co zaszło. Bo ja, widzicie, nauczyłem się czegoś przez te lata i uprawiam seks wyłącznie z ludźmi, których lubię. Naprawdę lubię, a nie „lubię cię, Zdzisiu, fajny z ciebie kolo, wpadnij kiedyś, tylko daj znać, żebym na pewno był w domu”. Dlaczego miałbym swoją obecnością cielesną i duchową robić, excusez le mot, dobrze osobom, których nie lubię?

Znowu Nina:

Mówimy o niezobowiązującej relacji łóżkowej, czy tak? No więc dla mnie nieodzownym podłożem takowej są wzajemna sympatia i koleżeństwo. A zatem zaufanie. A zatem pewna, być może nie bezkresna, ale jednak – bliskość.

Zupełnie się nie odnajduję w świecie zimnych jak szkło relacji o transakcyjnym zapaszku. Chłód, rezerwa, twarz pokerzysty po – mnie dobijają. Jeśli nie czułabym do kogoś dość sympatii, by zjeść z nim śniadanie, tym bardziej nie zdjęłabym przy nim majtek.

No więc ja też, ale jest mi z tym doskonale. Zdaję sobie sprawę, że tracę wiele „okazji”, ale szczerze mówiąc okazje te wzbudzają we mnie co najwyżej niesmak. Osoba, z którą idę do łóżka, to osoba, która podczas mojego pobytu w szpitalu dopytuje się o moje zdrowie; potrafi przyjść z kwiatami; po zakończeniu aktu leży obok mnie przez godzinę i rozmawia o różnych sprawach. Na początku mojej kariety sluty pospolitej zdarzało mi się sypiać z byle kim i odkryłem, że czuję się — jak to w znanej kliszy — pusty i zużyty takim traktowaniem samego siebie i swoich partnerów. Są tacy, którym wszystko jedno, jak się okazuje, ja do nich nie należę. Toteż napotkanie osoby, z którą mi dobrze powoduje u mnie chęć spotykania się z nią częściej.

Aby odkryć, jak naprawdę przedstawiają się moje upodobania w doborze partnerów potrzebowałem praktyki. W rezultacie tej praktyki mam aktualnie w swoim życiu, oprócz Zbrojmistrza, jednego regularnie dochodzącego, jednego nieregularnie i jednego potencjalnego. Pozostali odpadli na różnych etapach i z różnych powodów — nie byli wystarczająco sympatyczni, zainteresowani, interesujący. Jeden odpadł, bo jest uzależniony od narkotyków, a ja ten film już raz oglądałem i mi się nie podobał. Dochodzący regularnie jest nauczycielem, biseksualistą, generalnie to planuje się ożenić i mieć dzieci, ale na razie kandydatka się nie nawinęła, więc figluje sobie tu i tam. Jeśli znajdzie sobie dziewczynę, czego mu serdecznie życzę, odkleję się od niego z pewnym żalem, bo jest bardzo w moim typie, ale bez większego trudu.

Nie uprawiam poliamorii. Być może kiedyś zacznę, ale będzie to raczej wbrew moim życzeniom — dwuosobowy związek potrafi dostarczyć wystarczającej ilości problemów, zwłaszcza, jeśli jedną z tych osób jestem ja 😉 Poliamoria jednak jako koncept nie jest tym, czego sam bym sobie życzył i jeśli będę mieć na to wpływ — a nie do końca wierzę, że zakochiwanie to coś, na co mamy wpływ — to będę jej unikać.

Zdjęcie: Care2

Zapytano mnie, czy powodem złożenia wniosku o paszport niderlandzki akurat przedwczoraj była ostatnia akcja USC. Nie, przypadkowo się tak złożyło, nie chodzi też o Golgota Picnic, o Chazana, o taśmy. Chodzi o dwie rzeczy: dzięki Stefanii miałem 816 euro potrzebne do wystąpienia o dokument, a wyniki wyborów do Europarlamentu dodatkowo motywują, żeby na wszelki wypadek nie czekać za długo.

Kiedy przybyłem do Holandii w 2006, przysięgałem sobie, że o paszport wystąpię w dzień po tym, jak upłynie mi wymagane 5 lat pobytu w kraju. Nic takiego się nie stało, bo w międzyczasie pojawił się burnout, a potem inne problemy, które zmusiły mnie do przejścia na rentę, dzięki czemu 816 euro stało się sumą, której nie wydaję pochopnie. Tak więc o paszporcie niderlandzkim zwyczajnie na jakiś czas zapomniałem, aż zaczęła mnie martwić lokalna antyimigrancka polityka.

W maju 2012 byłem w trakcie hipomanii, co objawiało się między innymi tym, że miałem mnóstwo energii i niczego się nie bałem. Tak więc udałem się na egzamin o nazwie Korte Vrijstellingstoets, o którego istnieniu większość imigrantów w ogóle nie wie, bo odpowiednie ministerstwo jego istnienie… ukrywa. Oficjalnie aby ubiegać się o paszport trzeba przejść przez kurs obywatelskości, Inburgeringscursus, a po tymże rocznym kursie zdać trzyczęściowy (chyba) egzamin, na którym pojawiają się pytania typu „jaka znana aktorka występowała w telewizyjnej ekranizacji sztuki na podstawie książki Gerarda Reve 'Matka i Syn’ w roku 1983?”. Strona internetowa ministerstwa ds. imigracji, IND wspomina jednak o „…lub innych dokumentach” i ma na myśli właśnie Korte Vrijstellingstoets, który jest półtoragodzinnym egzaminem przy komputerze, w trakcie którego — egzaminu, nie komputera — padają pytania typu: „Ahmed gorszy się krótką spódnicą sąsiadki. Co mu mówisz? a) To szmata i zdzira! b) Tu jest Holandia, Ahmedzie, i każdemu wolno się ubierać tak, jak chce!” Przysięgam, że nie żartuję. Do KV trzeba oczywiście rozumieć niderlandzki (choć mówić niekoniecznie), znać się nieco na obyczajach, na podstawach prawa (poległem sromotnie na pytaniu o dofinansowanie wynajmu, bo nigdy mi nie było potrzebne dofinansowanie wynajmu, podobno pojawiają się pytania o ciążę i ginekologa, też mógłbym nie znać odpowiedzi) i w zasadzie tyle. Jest jeden kruczek: trzeba dostać 75% punktów i zdać za pierwszym razem, inaczej won ze sceny i na Inburgeringscursus. Z uwagi na hipomanię w dwa miesiące przygotowałem się, pojechałem (z gorączką) i zdałem.

Kiedy przedwczoraj składałem wniosek o paszport, pani urzędniczka zaczęła mi tłumaczyć coś, czego nie zrozumiałem — odniosłem wrażenie, że mówi mi, że paszport niderlandzki może być mi odebrany. Nieco się zachłysnąłem, więc zaczęła tłumaczyć powoli i wyraźnie, że nie mogę mieć dwóch obywatelstw, bo Unia Europejska, i tak dalej. — Ach! — przerwałem. — Przepraszam, pani mówi o polskim paszporcie! Nie, ten to mogę i zaraz oddać, chce pani? — Nie chciała, zrobiła tylko ksero.

Na obywatelstwo poczekam teraz od 6 do 12 miesięcy, więc jeszcze tak zaraz go nie będzie. Ale przyznam, że po przeczytaniu o USC moja decyzja była dla mnie odrobinę ważniejsza. Po prostu nie chcę być obywatelem państwa, które swoim obywatelom okazuje jawną pogardę i utrudnia im życie, bo są nie tej orientacji, co Kościół przykazał. Wolę mieszkać w kraju, gdzie rzadkie przypadki przemocy przeciwko homoseksualistom generują artykuły na pierwszych stronach gazet i szok w społeczeństwie. A homofobia i w Holandii żyje, bo nie jest tak, że przebywam w raju i otaczają mnie anieli tolerancji. Tyle, że tutaj homofobia jest szokującym ekstremizmem, a nie — na przykład — trzymanie się za ręce lub pocałunek. (Czego niedawno dowiedział się Krul, z którym Wilders i Le Pen nie chcą współpracować, bo jest dla nich zbyt ekstremalny.)

Nie będę Was prosić o trzymanie kciuków, bo po 12 miesiącach mogłyby Wam odpaść. Tym, którzy w skansenie pozostali, życzę jak najwięcej szczęścia i powodzenia w zmienianiu go krok po kroku. Mi się zwyczajnie nie chce, nie mam na to zdrowia i czasu. Wiem, że są tacy, którzy na wieść o tym, że lewak-homoseksualista wystąpił o paszport holenderski zorganizują z radości imprezę z zamawianiem piw, ale na szczęście właśnie uruchomiłem proces, dzięki któremu — o ile wszystko pójdzie dobrze — już za rok będą mi mogli nafiukać.