1 kwietnia przydarzyło się kilka zupełnie niezabawnych, lecz wielce przyjemnych rzeczy.

Fotograf, który zatrzymał mnie na ulicy parę dni wcześniej okazał się niesamowitym profesjonalistą, 31-latkiem pochodzącym z Ekwadoru, pracującym m. in. dla National Geographic i New York Times. Przed sfotografowaniem mnie robił zdjęcia w Syrii, a za dwa tygodnie jedzie na zlecenie National Geographic do Boliwii. Planowałem mu odmówić sesji, dopóki nie zobaczyłem jego portfolio — na ten widok opadła mi szczęka i błyskawicznie się zgodziłem. Niesamowicie inspirujący facet, dodatkowo uroczy i prześliczny, z błyskiem w oczach i zabójczym uśmiechem, na koniec sesji zaproponował mi napisanie muzyki do filmu dokumentalnego, nad którym pracuje w wolnych chwilach (nie do końca w to wierzę, bo on nie wygląda na kogoś, kto miewa wolne chwile) i zaprosił mnie na swojego Facebooka.

Po zakończeniu sesji w niezwykle dobrym humorze wsiadłem na rower i udałem się odwiedzić Zbrojmistrza, z którym ostatnio widuję się jakieś cztery razy w tygodniu. Widzieliśmy się dzień wcześniej, ale oczywiście zdążyliśmy się już stęsknić i mieliśmy sobie mnóstwo do powiedzenia, w tym trochę o tak zwanych uczuciach. W wyniku rozmowy jakoś tak się złożyło dziwnie, że powiedziałem mu wprost, że chciałbym, żeby był moim facetem zupełnie oficjalnie — spodziewając się kręcenia, zmiany tematu i tym podobnych reakcji. Zbrojmistrz odpowiedział zaś:

— Oczywiście, bardzo chcę być twoim chłopakiem, strasznie się cieszę, że to powiedziałeś.

Tak więc już zupełnie bez owijania w bawełnę, kręcenia i tym podobnych jesteśmy oficjalnie w związku. Nadal otwartym, żeby nie było wątpliwości, ale w związku i już.

Moje zakochanie w Zbrojmistrzu jest zupełnie innego rodzaju niż w DJu. Może dlatego, że i Zbrojmistrz jest innego rodzaju człowiekiem? Nie namawia mnie do rzeczy, których ja nie chcę robić, nie obraża się, jeśli powiem mu, że coś mi nie do końca pasuje, nie usiłuje przejąć kontroli nad moim życiem, bierze pod uwagę, że ja posiadam jakieś tam uczucia… Inspiruje mnie szalenie, fascynuje, nie nudzi, a dodatkowo jak pięknie przypala kartofle!

A teraz wstawka spirytualna: jestem dumnym posiadaczem tego, co się w Polsce nazywa kobiecą intuicją. Moja kobieca intuicja w przypadku DJa od początku mi mówiła, że to nie potrwa, DJ zaś rozwiewał uparcie moje wątpliwości i twierdził, że mnie kocha i będzie kochał do śmierci (ostatni raz powiedział to dwa dni przed zerwaniem ze mną za pomocą SMSa). W przypadku Drwala mówiła mi, że co z tego, że dobry, miły, uroczy i sympatyczny, skoro mnie nudzi. W obu przypadkach miała rację. Kiedy w grę wchodzi Zbrojmistrz mówi natomiast, że to jest facet, z którym chcę spędzić duuuuuuuużo czasu. Nie miesiące, tylko lata. I że nawet jeśli związek miałby się nie udać, nie chcę go wypuścić z łap, tylko się z nim przyjaźnić i mieć go w swoim życiu. Dłuuuuuuuuugo.

Nigdy nie spotkałem kogoś takiego, jak on. Jest niesamowicie kreatywny, ze wszystkiego potrafi zrobić dzieło sztuki, pracuje w kilkunastu różnych materiałach, wszystkiego nauczył się sam z internetu i wszystko go inspiruje. Lubi dekoracje średniowieczne, co bardzo mi pasuje, bo sam je uwielbiam. Projektuje i wykonuje ubrania, kolczugi, lampy, świeczniki, naczynia; pracuje w gipsie, wosku, plastiku, szkle, metalu, wszystkich rodzajach materiałów krawieckich i skórze; a niemal wszystko, co tworzy bardzo mi się podoba i przemawia do mojej estetyki. Pominąwszy te drobiazgi, jest bardzo interesującym rozmówcą, świetnie się całuje, wygląda jak średniowieczny rycerz (tylko częściej się myje) i jest doskonały w łóżku.

Jestem przekonany, że posiada jakieś wady, ale na razie zauważyłem tylko, że czasami dodaje do przyrządzanych potraw za mało przypraw…

*

Świąt nie obchodzę.

 

Wielkanoc jest dla mnie świętem w ogóle pozbawionym sensu. Lanego poniedziałku w Holandii na szczęście nie znają, co mnie bardzo cieszy, ponieważ ćwoki wlewające wiadra wody do autobusów nigdy nie stanowiły mojej ulubionej rozrywki. Do kościoła nie chadzam. Jajek nie święcę, a jajek na twardo nie jadam w ogóle, czy są poświęcone, czy nie. Główne uczucie towarzyszące mi w związku z niedzielą wielkanocną, to irytacja w związku z faktem, że moja siłownia jest jutro zamknięta. Zbrojmistrz pojechał do rodziny 200 km od Amsterdamu, psiocząc na to, że trafiła mu się rodzina celebrująca święto.

Holendrzy generalnie wielkanocy nie obchodzą, co jest głównym powodem mojej irytacji w związku z nieczynną jutro siłownią — nie wydaje mi się, żeby akurat pracownicy tego przybytku stanowili tę malutką grupkę osób religijnych w Amsterdamie. Nieczynne są niektóre sklepy (ale nie wszystkie, głównie te poza centrum), czynne są za to wszystkie bary i restauracje. Biją rekordy zarobków, bo na wielkanoc do Amsterdamu zjechało mnóstwo turystów. Ja zaś siedzę w domu, bo akurat nie mam ochoty (ani pieniędzy) na siedzenie w barze pełnym turystów i mam psi humor.

Kiedyś święta stanowiły dla mnie okazję do spotkań rodzinnych i przyjemnego spędzania czasu. Teraz stanowią regularne przypomnienie o tym, że rodzina wskutek manewru ciotki odmawiającej parom homoseksualnym miejsca przy swoim stole rozpadła się na małe grupki spędzające święta w gronie liczącym w porywach do czterech osób. Ciotka spędza święta z moją mamą, ponieważ jej właśni synowie nie mieli ochoty na oglądanie mamusi. Jako osoba z gruntu dobra i wyzbyta niskich instynktów wcale nie uważam, że na to sobie zasłużyła, skądże znowu. Ja zaś spędzam dzisiaj dzień w towarzystwie WordPressa i CSSa do nowego bloga kowalskiego (gdzie od tej pory odsyłam po regularne informacje z kuźni, tutaj będę pisać tylko jeśli wydarzy się bógwico), kursu niderlandzkiego oraz Guinnessa.

Coś z tym DJem się dzieje. Nie bardzo wiem co, ale pcha mi się w życie, co ciekawe, niebezpośrednio.

Parę dni temu odezwałem się do nader apetycznego niedźwiedzia przy pomocy iPhone’owej aplikacji o nazwie Growlr. Niedźwiedź odpisał:

A cześć Ray, spotkaliśmy się kiedyś, kiedy byłeś z DJem.

O kurczaki, pomyślałem i w popłochu odpisałem:

Rozumiem, przepraszam, sam trafię do wyjścia.

Niedźwiedź szybko objaśnił, że nie miał na myśli nic złego, tyle tylko, że DJ z nim randkował aż do pewnego piątku, kiedy to poznał mnie, a następnego dnia się okazało, że już z nim nie randkuje, stracił zainteresowanie i w ogóle o ćo chodzi jakby.

To mnie lekko zaskoczyło, dopytałem trochę i okazało się, że rzeczony pan, nazwijmy go Esterhazy, rzeczywiście pojawiał się w DJowych opowieściach. DJ zajmował się głównie odsądzaniem go od czci i wiary, określaniem mianem leniwego tępaka i oskarżaniem o wszystko, co najgorsze pod kątem ich współpracy przy organizowaniu imprezy. Żadna sugestia o randkowaniu w ogóle się nie pojawiła, za to DJ skarżył mi się, że Esterhazy go wulgarnie podrywa i co on ma biedny zrobić. Ja zaś wtedy jeszcze nie wiedziałem, że DJ łże i bardzo mu współczułem, że musi pracować z tak okropnym człowiekiem.

Że DJ łże dowiedziałem się w sposób bardzo prosty. Tak się składa, że ja prawie nigdy nie kłamię, ponieważ mam bardzo kiepską pamięć i gdybym komuś nałgał, musiałbym potem gdzieś sobie zapisywać, kim ta osoba była i co konkretnie jej powiedziałem. Tak więc prościej jest mówić prawdę. DJ tej prostej prawidłowości jakoś nie odkrył i opowiedział mi tę samą historię dwa razy, tyle, że z różnymi zakończeniami — a nie była to anegdotka typu „taką duuużą rybę złowiłem”, tylko historia poważna i z dość ciężkim podtekstem.

Esterhazy spotykał się z DJem, jak łatwo obliczyć, ponad rok temu, ale ulało mu się tyle, że wyraźnie nadal nie przebolał popełnionego błędu, na koniec zaś poinformował mnie, że w zeszłym tygodniu spotkał DJa w barze, ten był wobec niego nieprzyjemny i chamski, a na koniec został wyrzucony przez ochronę — DJ, nie Esterhazy — za kradzież. Nie wnikałem, czego to była kradzież, zajęty byłem głównie kiwaniem smętnie głową nad własną głupotą.

Pociesza mnie myśl, że nie jestem rzecz jasna pierwszą naiwną, która poleciała na Złego Chłopca. Ten sam błąd zrobiła Madonna i poświęciła mu większość nowej płyty, która jest jednocześnie bardzo, bardzo dobra i trochę za bardzo przypomina mi o DJu — część tekstów mógłbym mu poświęcić i z wyjątkiem aluzji do ślubu wszystko by się zgadzało. Dwa single z płyty, „Give Me All Your Luvin'” oraz „Girl Gone Wild” w ogóle nie oddają atmosfery albumu, co więcej są to dwie najgorsze piosenki z szesnastu dostępnych na edycji deluxe.

 

 

Możliwe, że na single zostały wybrane dlatego, żeby Guy Ritchie nie poleciał do sądu z procesem zanim album się ukaże. Madonna, nigdy nie wyróżniająca się specjalną delikatnością i taktem, bardzo otwarcie śpiewa o tym, że Guy leciał na kasę, łgał — a najgorzej przed ołtarzem, wyssał z niej mnóstwo pieniędzy, które wydaje teraz na laski i luksusowe samochody. A czym by mu się chętnie odwdzięczyła? „Bang bang, shot you dead, shot my lover in the head. […] You need to die for me baby… how can I move on with my life if you don’t die for me baby? […] Now my lover is dead and I have no regrets, cos he deserved it. And I’m going straight to HELL and I have a lot of friends there. And if I see that bitch in hell, I’m gonna shoot him in the head again, cos I wanna see him die. Over and over and OVER AND OVER AND OVER AND OVER NOW DRIVE BITCH! I said drive, bitch! And while you’re at it, DIE BITCH!” Madonna pewnych rzeczy nie wybacza. Ja też nie i utwór nadzwyczaj pasuje do nastroju, jaki wzbudzają we mnie myśli o DJu.

Nie chodzi bynajmniej o to, że go nadal kocham, czy też tęsknię — żadne takie. Ciężko mi raczej wybaczyć samemu sobie zrobienie aż tak wielkiego błędu w ocenie człowieka — może dlatego, że nikt wcześniej nie okłamywał mnie tak bezczelnie, nie wykorzystywał mnie finansowo i nie porzucił z dnia na dzień kiedy byłem na samym dnie choroby. Madonna spędziła z Ritchiem 7 lat i z tego, co wiem pierwsze dwa były fantastyczne, a potem było już tylko gorzej i gorzej. Ja wyszedłem na tym lepiej — jedyne sześć miesięcy i brak podziału majątku na koniec. Może dlatego piosenka, jaką dla niego napisałem po rozstaniu, nie zawiera sugestii, że chętnie odstrzeliłbym mu łeb.

A płyta Madonny jest jej najlepszą od Music 12 lat temu i powinniście jej posłuchać, nawet (zwłaszcza!) jeśli nie spodobały się Wam single.

Kilka dni temu przyśnił mi się DJ.

Ostatnio, w ramach sprawdzania, czy naprawdę niczego się nie boję, z premedytacją jeżdżę trasą koło jego domu. Unikałem jej od czasu zerwania, mimo, że jest to trasa krótsza i z mniejszą ilością podjazdów pod górkę. Teraz już nie unikam. No i oczywiście w końcu się doczekałem i zobaczyłem go, jak z kuzynem podjeżdżają na skuterku pod dom. Czy DJ mnie zobaczył, tego nie wiem.

Tej samej nocy miałem sen, w którym DJ wraca, przeprasza, pada na kolana i prosi mnie o powrót. Ja zaś uprzejmie podnoszę go z kolan, wydzielam mu jedną sztukę przyjacielskiego uścisku, po czym informuję, że nie jestem zainteresowany i kieruję w stronę wyjścia. Sen podniósł mnie na duchu na kilka sposobów — po pierwsze primo nie obudziłem się z krzykiem, po drugie primo — podobało mi się zakończenie, po trzecie primo — w ogóle całość zrobiła na mnie dobre wrażenie, więcej takich proszę.

*

Tymczasem zaś… czy wspominałem Wam kiedyś, drodzy Czytelnicy, o mojej stajni?

Tym żartobliwym mianem określam dostępnych mi w smętne jesienne wieczory ogierów. (jak wiadomo, „puszczalski” mężczyzna to ogier, zaś kobieta to szmata. In unrelated news, w Polsce seksizm nie jest problemem.) Dobieram ich na ogół pod kątem tego, czy da się z nimi porozmawiać również przed i po odbyciu wzajemnego masażu i nader rzadko mnie intuicja zawodzi; ba, w przypadku Starszego Cubsa znajomość (z przerwami) trwa trzeci rok i jest nader przyjemna.

Jakiś czas temu do mojej stajni dołączył sobie Zbrojmistrz. Zbrojmistrz samego siebie nazywa raczej Rudym Wikingiem, ale Wikinga już na tym blogu mieliśmy i nie będziemy się powtarzać. Drwala poznałem już po Zbrojmistrzu i jakoś tak Drwal się prędzej zakręcił, toteż kiedy Zbrojmistrz dojrzał do deklaracji idących dalej niż do łóżka i z powrotem, było za późno. Po czym Drwal się wykruszył, a Zbrojmistrz trwa na stanowisku.

Podobnie jak Drwal, Zbrojmistrz jest miły, uroczy, sympatyczny i dobry dla mnie (aż za bardzo — ubieram się ostatnio głównie w stroje, które uszył). Ma jednak cechę, której Drwal nie ma: nie nudzi mnie. Wprost przeciwnie — fascynuje. Jest niesamowicie kreatywny, inteligentny i nigdy nie kończą się nam tematy do rozmowy. Seksualnie jesteśmy o wiele bardziej kompatybilni, rozmawiamy szczerze o wszystkim i przez cały czas, tęsknimy za sobą i pozostajemy w kontakcie właściwie cały czas.

Oczywiście, nie jesteśmy w związku.

*

Moje związki generalnie mają jedną wadę — źle się kończą. (Tzn. przede wszystkim zło polega na tym, iż się kończą.) Co gorsza, coraz szybciej. Z Wikingiem wytrzymałem 18 miesięcy, z DJ-em 6, z Drwalem raptem 3 — nawet nie nazwałbym tego związkiem. A tymczasem Zbrojmistrz pozostaje na czele mojej stajni od ponad 3 miesięcy. Żaden z nas nie jest monogamiczny, żaden z nas nie udaje, że jest. Żaden z nas nie przyzna się drugiemu, że jest w nim zakochany, przy czym na moje oko obaj troszkę jesteśmy. Niewykluczone, że przez to nie udało się z Drwalem, bo ciągnęło mnie raczej ku Zbrojmistrzowi.

Przezwisko, nawiasem mówiąc, bierze się z tego, że łączy nas między innymi upodobanie do rzeczy kojarzących się ze średniowieczem. Zbrojmistrz osobiście produkuje kolczugi i elementy zbroi, ja jak wiadomo szkolę się w kowalstwie (za chwilę więcej na ten temat), obaj lubimy zamki, ogniska, dziwne stroje z epoki i tym podobne rzeczy. Tak więc łączy nas mnóstwo upodobań i chyba dlatego potrafimy się spotykać w tak dziwny sposób.

Jesteśmy w czymś w rodzaju bardzo nieformalnego związku otwartego i nagle okazuje się, że nie mam absolutnie żadnych problemów z byciem w związku otwartym. Najzwyczajniej w świecie czasami czy ja, czy on mamy ochotę na seks, on pracuje nocami, ja raczej dniami, więc czasami nie ma takiej możliwości, żebyśmy się spotkali i już. Tak więc wtedy wybieramy się uprawiać wzajemny masaż z kimś innym i żaden z nas nie ma z tym problemu — bo to, co Zbrojmistrza i mnie łączy jest takiego rodzaju, że seks z inną osobą w ogóle nie leży w tym samym kosmosie. On i ja czujemy, że znaleźliśmy pokrewną duszę; kogoś, z kim komunikujemy się w tak głęboki sposób, że prawdopodobnie gdybyśmy byli obaj zamężni, nasi mężowie musieliby zostać odstawieni na bok.

A jednocześnie żaden z nas nie chce być w związku z tym drugim. To znaczy, nie chce być to nieprecyzyjne określenie. Obaj mamy złe doświadczenia i obaj nie chcemy tego spieprzyć. Sam czuję, że poznałem kogoś wyjątkowego i dotychczasowe praktyki zwyczajnie do tej osoby nie pasują. Tak więc należy wymyślić coś innego, a dopóki nie wymyśliliśmy, po prostu się spotykamy, gadamy godzinami przez komunikatory i maile, wysyłamy sobie SMSy, uprawiamy dziki seks, spożywamy razem posiłki i robimy różne mniej i bardziej artystyczne rzeczy. I jest dobrze.

*

Co do kowalstwa: planowałem blogowe świętowanie z okazji rozpoczęcia nowej pracy jako czeladnik kowalski. Niestety, nic z tego nie wyszło, ponieważ pan, u którego miałem pracować z chęcią przyjmie nową stronę WWW, z chęcią przekaże mi marketing swojej kuźni, z chęcią przyjmie zamówienia, które przyniosę, ale pieniędzmi się ze mną niestety dzielić specjalnie nie chce. Jego prawo, ale straciłem dwa tygodnie czekając, aż mi to zakomunikuje po pierwszej informacji, że bardzo chętnie nawiąże ze mną współpracę. Niestety nie mam nieskończonej ilości pieniędzy i nie wygrałem jeszcze w totka, więc darmowej pracy w kuźni 5 dni w tygodniu przyjąć nie mogę, chociaż przyznam, że szalenie by mnie uszczęśliwiła.

Moje plany zawodowe, że tak to określę, zmieniają się w tempie przyprawiającym mnie o chorobę lokomocyjną. W zeszłym tygodniu planowałem założyć firmę zajmującą się grafiką w 90% i kowalstwem w 10%, z planem powolnej zamiany proporcji miejscami. W tym tygodniu dowiedziałem się, jak wyglądają moje finanse w najbliższych miesiącach i odczułem gwałtowną potrzebę znalezienia pracy, która zapłaci moje ubezpieczenie. W międzyczasie rozpocząłem pomaganie znajomemu w remoncie, a znajomy zgłosił chęć zapłaty za regularną pomoc, co oznacza, że stałem się słynnym polskim hydraulikiem (tylko, rzecz jasna, o wiele przystojniejszym). Chwilowo. Ponieważ życie ostatnio co kilka dni doświadcza mnie nowymi doznaniami, z których niektóre są bardzo przyjemne, a niektóre nie.

Jedno wiem na pewno (chociaż zapewne powinienem to natychmiast odpukać) — mam załatwione regularne praktyki w kuźni. Uczę się w tempie być może piorunującym, ale dla mnie rzecz jasna zbyt wolnym, bo ja chciałbym wszystko robić idealnie JUŻ. A tymczasem w międzyczasie wykonałem sobie pierwsze kleszcze, przy pomocy których wykonuję drugie; wykonałem własny punktak; a w nadchodzącym tygodniu wykonam sobie własny młotek. Doznania, jakich dostarcza mi praca przy pomocy narzędzi wykutych TYMI RĘCAMI są nieporównywalne absolutnie z niczym. To jest coś, co mnie nie nudzi, nie zniechęca, nie męczy, nie irytuje (nawet, jeśli cały dzień kuję nity jeden za drugim i każdy wychodzi zezowaty) i bez przerwy zachwyca. Więc jeśli ktokolwiek by mnie szukał w środy, to jestem w kuźni.

Dawno nic o miłości nie było na Miłości, więc spieszę z aktualnościami.

Wczoraj odbyło się zaplanowane od jakiegoś czasu zerwanie z Drwalem. Drwal jest uroczy, miły, słodki, sympatyczny i, niestety, nudny. Na blogu Bohater Pozytywnej przeczytałem, że najpierw przydarzył się jej normalny mężczyzna, który zyskał pseudonim Antychemiczny, potem zaś nawiedził ją dla odmiany pan Sinusoida. Mi przydarzyło się to samo, tylko w odwrotnej kolejności; po DJ-u chciałem bardzo spotkać mężczyznę normalnego, bez odchyleń, udziwnień i wyskoków. I spotkałem.

Po trzech miesiącach spotykania się nasza chemia kompletnie zdechła. W trzecim miesiącu znajomości czułem się, jakby to był trzeci rok. A jednocześnie Drwal jest zwyczajnie porządnym facetem i myśli o zerwaniu wzbudzały we mnie silne poczucie winy oraz, po prostu, irytację na samego siebie. Aż w końcu nie mogłem przestać odsuwać od siebie myśli, że dokładnie dzięki takiemu podejściu i trzymaniu się pracy, która mnie nudziła, ale za to jakże była stabilna i porządna wyhodowałem sobie wypalenie zawodowe.

Temat poruszyłem wczoraj, zaserwowawszy wcześniej klopsiki wegetariańskie (Drwal jest wege, ja lubię się żywić jak wilkołaki w serialu True Blood — na śniadanie trzy steki, a potem coś z kurczaka; nawet żywieniowo jesteśmy niedopasowani). Drwal zaś ku mojemu zaskoczeniu zareagował następująco:

— Dobrze, że to mówisz, bo czułem się tak samo, planowałem porozmawiać o tym z tobą w weekend.

Najpierw nie do końca zrozumiałem, co słyszę. Potem przez chwilę zastanawiałem się, czy na pewno powiedziałem to, co chciałem. Po czym przeżyłem ogromną ulgę. Wyściskaliśmy się, wyznaliśmy sobie, że obaj czuliśmy, że nie do końca do siebie pasujemy, po czym obiecaliśmy sobie pozostanie w przyjaźni.

Po wyjściu Drwala poczułem, że nie mam ochoty siedzieć w domu i zadzwoniłem do najbliższego kumpla z książki telefonicznej, którym okazał się niejaki Starszy Cubs. Zameldowałem się u niego pół godziny później, opowiedziałem mu o wydarzeniach, po czym okazało się, że jemu tego samego dnia również przydarzyło się zerwanie z kimś, z kim spotykał się od kilku tygodni, tyle, że w jego przypadku nie było ono ani obustronne, ani przyjemne. Tak więc jako nadzwyczaj świeżo upieczeni single ruszyliśmy najpierw do mojego ulubionego baru, zaś gdy o 1:30 wyproszono nas stamtąd — do pobliskiego klubu, w którym w czwartek grają muzykę taneczną.

Wstęp do klubu w zasadzie jest płatny. Byłem tam do tej trzy razy i ani razu nie kazano mi zapłacić. Wczorajsza noc nie była wyjątkiem. (Najwyraźniej wyglądam nadzwyczaj ubogo i z litości wpuszczają mnie za darmo. Note to self: rozważ kupno nowych butów.) Tańczyliśmy do 4, kiedy to skończyły nam się fundusze na napoje oraz siły do tańców.

W trakcie wieczora kumpel dziękował mi jakieś osiem razy za to, że się z nim spotkałem i zaoszczędziłem mu samotnego wieczoru w towarzystwie chardonnay, ja zaś bawiłem się doskonale — ku własnemu zdziwieniu. Nie spodziewałem się, że będę się czuł tak dobrze. Nie spodziewałem się, że zerwanie okaże się najlepszym rozwiązaniem dla nas obu. Może trzeba zastosować te same zasady, co przy wyborze nowej pracy, do mojego życia osobistego? Najwyraźniej szukanie partnera metodą „chcę kogoś normalnego” w moim przypadku nie działa. A może po prostu pogodzić się z faktem, że przeznaczone mi zostać singlem po wieki wieków, amen?