Część druga rozmowy między panem, wójtem i pedałem na temat łobrazonych łucuć łobywatelek i łobywateluf! Dzisiaj w roli głównej występuje polska lewica (TM), tak zwane SLD.




Chyba dla podkreślenia rangi, jaką Sojusz Lewicy Demokratycznej nadaje projektom ustaw o zakazaniu mowy nienawiści oraz zezwoleniu na związki partnerskie, podlascy działacze tej partii (mniejsza o nazwiska, pamięć nie śmietnik) zgodnym chórem wyrazili swoją opinię na temat homoseksualistów. 




Ściślej – poszło o plakaty rozwieszane w ramach akcji „Miłość nie wyklucza”. Nie zawisną one w Suwałkach, a to dlatego, że choć tamtejsi działacze są w gruncie rzeczy za obiema ustawami (nie ma to jak dyscyplina, szczególnie partyjna), to jednak stawiają zasadnicze pytanie: „Czy [homoseksualiści] muszą się z tym obnosić w Suwałkach”? 



Jak wiadomo, w Suwałkach nie ma żadnych homoseksualistów, jest to miejsce wyjątkowe na naszym globie, gdzie tacy się zwyczajnie nie rodzą, a nieliczni przyjezdni (nieliczni, bo szczerze sobie powiedzmy, my, homoseksualiści mamy dobry gust i upodobanie do rozrywek i żadnej z tych cech nie zaspokaja nam wyjazd na weekend do Suwałk) mogą się zawsze przez te parę dni nie obnosić. Łoto proste rozwiązanie problemu łobywatelek i łobywateluf!




Politycy SLD-owskiej centrali postawili oczy w słup. Niesłusznie, gdyż lewicowość, prawdziwa i zadekretowana, nie ma nic wspólnego ze stosunkiem do ludzi, którzy z jakiegoś względu są inni. Tak samo zresztą, jak prawicowość, a wiemy to stąd, że w krajach Zachodu całkiem spory odsetek polityków deklaruje otwarty homoseksualizm, co nijak nie kłóci się z oglądem świata silnie konserwatywnym.



No nie ma, ale nie mówimy o krajach Zachodu, tylko o zadupiu Europy, panie Pawle. 



Ja wcale nie mam złudzeń, że w SLD akurat skupiły się osoby tolerancyjne i wrażliwe na krzywdę innych. W SLD skupiły się osoby, które 1) są postkomunistami w wieku 60+ i na temat homoseksualizmu mają do powiedzenia tyle co Leszek Miller i eks-Platformianin Robert Węgrzyn, 2) które miały szwagra w SLD a nie w LPR i dlatego w SLD robią karierę, 3) osoby o poglądach lewicowych w kwestii gospodarczej, a dowolnych innych w kwestiach pozostałych, 4) zwyczajni oportuniści, którym wszystko jedno, jakie głoszą poglądy, byle się dorwać do koryta, oraz 5) Robert Biedroń i profesora Joanna Senyszyn. Z tych wszystkich osób byłbym gotów na jedną nawet zagłosować, czemu nie. Na profesorę Senyszyn. Która jest chyba jedyną osobą w SLD, której wierzę, że jej zależy, że swoje poglądy rzeczywiście posiada i nie zmieni ich, jeśli akurat nadejdzie nieprzychylny wiaterek czy inny Pieronek. Tak poza tym nie wierzę nawet Biedroniowi, bo sam fakt bycia homoseksualistą nie wystarczy mi do poparcia oportunisty-pseudolewicowca, który talent i charakter zastępuje ambicją i parciem na szkło.



Mam też przykrą wadę, mianowicie mimo sklerozy niepozwalającej mi na pamiętanie dat urodzin, godzin spotkań oraz zadań do wykonania w pracy pamiętam jeszcze, jak SLD szło do wyborów z programem nowoczesnej partii lewicowej, po czym te wybory wygrało, po czym przystąpiło z zapałem do realizacji programu partii prawicowo-konserwatywnej. Niespecjalnie widzę powód, dla którego teraz miałoby być inaczej, bo jeden Napieralski wiosny nie czyni (a poza tym nie wzbudza on jakoś we mnie nadmiaru sympatii) i za cholerę nie wierzę w magiczne przemiany, czego dowodem wesołe pomysły suwalskiego SLD.




Pogląd wyrażony zdaniem „Żyj i daj żyć innym” jest doskonale apolityczny, wyznacza podział biegnący w poprzek wszystkich formacji i obozów politycznych. […] To sprawa o wiele szersza, a przez to tak bardzo polityczna, że aż apolityczna. Przynajmniej nad Wisłą. Wspomnijmy dla przykładu kilku parlamentarnych orłów, akurat prawicowych, i ich wypowiedzi o prezydencie Obamie. Jeśli komuś mało, można odgrzebać komentarze lewicowo-postępowych autorów, którzy raczyli oznajmić, że nie zamierzają stać z petem przed knajpą jak jakiś Murzyn, jeśli wejdzie w życie prawo antynikotynowe. 



Lewicowo-postępowi autorzy o nazwisku Żakowski rzeczywiście się popisali wyjątkowo. Ale w Polsce powyższe zdanie nie brzmi tak, jak je naiwnie przytoczył redaktor Smoleński, tylko „Żyj i daj żyć innym… tak samo”. W Polsce chęć do życia w sposób inny niż ten jeden podstawowy wywołuje reakcje od „ale po co się z tym obnosić” do otwartej agresji i nienawiści.




Mam kolegę, cwaniaka-warszawiaka, mieszkającego w moim mieście od ponad ćwierć wieku. Nazywa się Mamadou Diouf i różni się ode mnie kolorem skóry. Opowiadał mi, że jeśli słyszy skina wygrażającego kolorowym, obcym, innym, nie dziwi go nic, bo taka jest praca gościa z łysą głową. Lecz czuje zażenowanie, gdy podobne poglądy wyrażają w ładnych, kulturalnych i niekiedy dowcipnych słowach ludzie, którym tak robić po prostu nie wypada. A wyrażają, bo nie pomyśleli. Albo – co gorsza – tak kulturalnie i elegancko myślą.



Mam to samo, co pan Diouf. To, że ćwok z PiS czy inna Młodzież Wszechgłupia wygłasza pierdoły na mój temat mam w dupie, ponieważ nie spodziewam się po nich niczego innego — to są ludzie, którzy na poważnie roztrząsają temat antypolskości Miłosza i pasjonują się odpowiedzią na pytanie, czy prezydencki tupolew rozbił się wskutek działania sztucznej mgły rozpylonej przez człowieka-brzozę na polecenie Tuska. Ciutkę gorzej, jeśli robi to suwalskie SLD, ale też przyznam szczerze, że niewiele więcej się spodziewałem, może dyscypliny partyjnej ewentualnie. Ale kiedy Jacek Żakowski dowcipkuje o Murzynach, a sympatyczni komentatorzy mojego bloga piszą mi, że oni są oczywiście tolerancyjni, a ich najlepsi przyjaciele niekiedy wspominają o biseksualizmie, ale coś tam, robi mi się dziwnie. Bo Żakowski powinien być mądrzejszy tak po prostu sam z siebie, a komentatorzy powinni być mądrzejsi, bo znają MNIE.




Mamadou napisał „Małą książkę o rasizmie”. Opowiada w niej o uprzedzeniach wynikających z różnych kolorów skóry, ale przypomina, że dyskryminacją równie paskudną jak rasizm jest wytykanie palcem homoseksualistów, ludzi innych religii, starszych, niepełnosprawnych. Skierował ją do dzieci, jakby przeczuwał, że z dorosłymi ciężka sprawa. Przytomny ten Mamadou, nie ma co. Ja jednak zaryzykuję i gotów jestem podarować partyjnej biblioteczce SLD w Suwałkach kilka egzemplarzy książki Dioufa. Pod warunkiem, że będą ją wypożyczać wszystkim, od prawa do lewa, którym może się przydać. 



Oj tam. A pamiętamy Żywą Bibliotekę? 




Projekt „Żywa Biblioteka”, oprotestowany – ze względu na udział w nim geja – przez radomskiego radnego PiS Sławomira Adamca, nie odbędzie się w podległej władzom Radomia placówce kulturalnej. Organizatorzy „Biblioteki” szukają innego miejsca dla tego projektu. Jak powiedziała PAP w środę jedna z organizatorek projektu „Żywa Biblioteka” w Radomiu Ewa Niedziałek, w środę szefowa Resursy Obywatelskiej Renata Metzger poprosiła organizatorów o wycofanie z niego osoby homoseksualnej.



Biblioteczka SLD w Suwałkach książkę Dioufa zamknie zapewne gdzieś w sejfie, jako niebezpieczny materiał wywrotowy promujący dewiacje i zachowania homoseksualne. Oraz zachowania czarnoskóre. (Co za pech, że kolor skóry jest taki trudny do zmiany i posłowie PiS nie mogą rozpowszechniać bredni o tym, że Krystian Legierski, Mamadou Diouf i Mike Tyson propagują samym faktem swojego istnienia zachowania czarnoskóre, prawdaż? Biedactwa muszą się ograniczać do opowieści o cywilizacji białego człowieka i złym wpływie Obamy na ową.) Ja natomiast mieszkam w Internetsach i nie jest mnie łatwo zamknąć w sejfie, poprosić o wycofanie mnie z projektu, a sprzeciwy radnego Adamca mam nawet nie w dupie, bo na dostęp do tak intymnej części mego ciała trzeba sobie zasłużyć, tylko w kanalizacji. Tak więc na koniec notki uroczyście oświadczam, że otwieram program Żywy Navaira, w ramach którego można mi zadawać dowolne pytania w komentarzach do tej notki, a ja odpowiem na nie w formie filmiku na Youtube.

Łojezusicku jaki przeraz. (Wszystkie artykuły znalazłem w blogu Katarzyny Formeli.)


Grupa Tel-Aviv walcząca o prawa homoseksualistów chce wieszać w Kędzierzynie-Koźlu plakaty propagujące związki tej samej płci. Władze miasta: – No to mamy problem.

Kędzierzyn-Koźle znalazł się na liście 16 miast w Polsce, w których ma zostać przeprowadzona akcja „Miłość nie wyklucza”. […] No to mamy problem – wzdycha Artur Widłak, wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla ds. społecznych. – Obojętnie, jaką decyzję byśmy podjęli, to wzbudzi ona wiele kontrowersji. Albo będą protestować mieszkańcy, którym się to nie spodoba, albo organizacje walczące o prawa homoseksualistów.

Widłak zaznacza, że gdyby decyzja w tej sprawie zależała tylko do niego, to nie pozwoliłby na wieszanie takich plakatów. – Nie widzę potrzeby propagowania takich związków, szczególnie w takiej formie – tłumaczy.

Ja nie widzę potrzeby propagowania religii katolickiej, wybitnej urody polskich polityków, publikowania w ogóle jakichkolwiek reklam czegokolwiek, a w szczególności produktów adresowanych do kobiet, gdyż nie jestem kobietą i mnie one nie interesują. Jednak, ku mojemu żalowi, nie jestem dyrektorem całego świata i nie zajmuję się podejmowaniem odgórnych decyzji dotyczących tego, co wolno wieszać, a co nie.


Adam Sadłowski, miejski radny Prawa i Sprawiedliwości jest w ogóle zszokowany tym pomysłem.

– Preferencje seksualne to nie jest jakiś towar, żeby go reklamować na plakatach – uważa Sadłowski. – Nie wyobrażam sobie, żeby w autobusach wisiały zdjęcia przytulających albo całujących się facetów.

Próby wyszukiwania zdjęć radnego Sadłowskiego owocują ciekawymi rezultatami, z których większości nie chciałbym oglądać w autobusach. (Nawiasem mówiąc, radny Sadłowski domaga się, żeby współpracownicy zdejmowali obrączki, aby nie epatować preferencjami seksualnymi, prawda?) Poniżej przykład ESCANDALO zboczonego plakatu z całującymi się facetami. (Czy kogoś zaskakuje to, że radny Sadłowski nie wie o czym mówi?)





Wojciech Szot tłumaczy, że szesnaście polskich miast wybrali w głosowaniu internauci. Wiceprezydent Widłak podejrzewa, że powód może być jednak inny.


– Niedawno wypowiedzią o gejach i lesbijkach podpadł poseł Robert Węgrzyn z Kędzierzyna-Koźla. Może dlatego ci działacze wzięli nas pod lupę? – zastanawia się.


Poseł Węgrzyn się odcina: – Że niby ja tym incydentem sprowadziłem na miasto taką organizację? Nie sądzę.

Nie mówi się „sprowadziłem na miasto organizację”, tylko „sprowadziłem na miasto plagę i zarazę”.

Czas na Inowrocław, gdzie roi się prezes Iwański:


Trudności zaczęły się już w Inowrocławiu, gdzie organizatorzy MNW chcieli umieścić plakaty w komunikacji miejskiej. Szef firmy zarządzającej nośnikami reklamowymi Ireneusz Iwański powiedział Gazecie Wyborczej: Społeczeństwo nie jest gotowe na oglądanie takich plakatów.




ESCANDALO — mam nadzieję, że społeczeństwo nie zajrzy na mojego bloga…


Ludzie zniszczyliby je, połamali ramki.

…bo mi przeca połamie ramki. (Wandale w tym Inowrocławiu mieszkają, u nas w Amsterdamie nikt nie łamie ramek.)


A moja firma poniosłaby straty. Wolałbym, żeby akcje uczyły młodzież ustępowania miejsca w autobusach. I nie namówi mnie pan, żebym publicznie się wypowiedział, co sądzę o treści tych plakatów.

No panie prezesie, pan się wypowie o treści, strasznie jesteśmy ciekawi i totalnie przekonani, że pan te plakaty widział.


Prezes inowrocławskiego MPK Mariusz Kuszel dodał, że „Publiczne propagowanie takich scen nie jest właściwe.”

TAKIE SCENY





Plakaty (w formie ogłoszenia) zamieściła gazeta lokalna „Kurier Inowrocławski”, nie robiąc żadnych przeszkód.

Bo tam pewnie pracuje jedyny gej w mieście.


Nie lepiej jest w Suwałkach, gdzie organizatorzy, starając się wyważyć koszty i widoczność kampanii, nastawili się na słupy ogłoszeniowe. Tymi zarządza Zakład Usług Komunalnych, a jego dyrektor Tomasz Łazarski zapowiedział: Regulamin zabrania umieszczania plakatów, których treść mogłaby naruszyć cudze uczucia. Suwalczanie to w 90 procentach katolicy. Na pewno poczuliby się dotknięci.

Poniżej, zboczone plakaty urażające uczucia Suwałczan-katolików.



Poważnie, Suwałczanie-katolicy, tak wam łatwo urazić uczucia? Wystarczy istnieć i stać w pobliżu siebie? Objąć się w pasie? Muszę wam powiedzieć w zaufaniu, że brzmicie, jakbyście cierpieli na jakiś rodzaj niezrównoważenia psychicznego, jeśli widok obejmującej się pary, w pełni ubranej w przeraźliwie nudne ciuchy, na wszelki wypadek z długimi rękawami ŻEBY NIE BYŁO GOŁEGO ŁOKCIA wam uraża uczucia.

Tylko sprawdzę dla pewności. Para objętych dziewcząt wam uraża, tak? A to poniżej wam nie uraża, robaczki? (Żeby nie było, że manipuluję, obwieszczam uroczyście i obłudnie, że te plakaty wywiesili katolicy z Poznania.)






Wiecie co, katolicy? Wy się leczcie. I miejcie nadzieję, że mnie po drodze nie spotkacie, bo ja na ogół noszę krótkie rękawy, zobaczycie homo-łokieć i trauma murowana.

Poprzedni post brzmi trochę, jakbym spoglądał z góry na maluczkich, z pobłażaniem klepiąc ich po główce, ponieważ nie mają szans osiągnąć tak niezwykłego poziomu wyzwolenia i odwagi, jak ja. Żeby nie było tak różowo, dzisiaj przyznam się, czego się boję.

Najbardziej boję się chorób. Fajnie jest być sobie kreatywnym imprezowiczem bez zobowiązań. Nieco trudniej jest być kreatywnym imprezowiczem z rakiem płuc, na przykład. Albo ze stwardnieniem rozsianym. Albo z nadciśnieniem. Albo… Jakiś czas temu udało mi się chorować cztery razy w ciągu trzech miesięcy — przeziębienie, infekcja błędnika, grypa i znowu przeziębienie — i zaniepokoiło to zarówno mnie, jak i mojego lekarza na tyle, że przetestował mnie na okoliczność WSZYSTKIEGO, od HIV przez cukrzycę, nerki, tarczycę, białe ciałka aż do białka w moczu i właściwie wszystkiego, co mu się udało pozaznaczać na formularzu. Pielęgniarka, przekazująca mi wyniki, powiedziała: „jest pan wyjątkowo zdrowym człowiekiem… no, oprócz tego, że jest pan chory, rzecz jasna”. Bardzo mnie ucieszyła, psia noga…

Boję się trochę amsterdamskiego środowiska gejowskiego, które, ujmijmy to delikatnie, jest takie troszkę niepodobne do warszawskiego. Pogląd, że można by w ogóle chcieć być w monogamicznym związku wielu ludzi zaskakuje i należy się z niego tłumaczyć. Odpowiedzenie na „cześć” w oczach wielu ludzi oznacza, że chcemy z nimi uprawiać seks. Narkotyki są do tego stopnia na porządku dziennym, że jeśli ktoś przypadkiem ich nie używa, też się musi z tego tłumaczyć. Ja bardzo lubię panującą tutaj nadal (pomimo rządów koalicji chrześcijańsko-faszystowsko-korwinistycznej) atmosferę wolności, ale nie lubię być rozliczany z tego, czy aby jestem wystarczająco liberalny i czy aby na pewno korzystam z życia w wystarczającym stopniu i nie zaniżam średniej. Dla mnie wolność polega na tym, że pewne rzeczy MOGĘ wybrać, a nie MUSZĘ. (Mówiłem już, że w Polsce jestem na lewo od zdziczałych lewaków-anarchistów, a w Holandii jestem konserwatywnym centrowcem?) A jeszcze w tym środowisku są tacy, którym się nie podoba, jak komuś jest za dobrze…

Co do wierności i monogamii jeszcze: zanim spotkałem DJa żyłem, hm, pełną piersią. Po czym pożegnałem przeszłość uprzejmie i poprosiłem, żeby raczej nie dzwoniła. Przeszłość niestety nie pogodziła się z tym tak do końca i co jakiś czas obłudnie się upewnia, czy aby na pewno wszystko dobrze w moim związku. Bo gdyby nie, to przeszłość chętnie by mi użyczyła ramienia (i innych części ciała) do przytulenia i masażu z happy endingiem. A ja co jakiś czas się obawiam, że wpadniemy na przeszłość na imprezie, przeszłość zacznie się za bardzo przymilać, DJa trafi szlag, a na koniec ktoś dostanie po mordzie. (DJ też ma przeszłość, ale zdecydowanie mniej rozwydrzoną, po części dlatego, że ja singlowałem sobie przez osiem miesięcy, a on trzy.)

Boję się codziennie rano jazdy na rowerze, zwłaszcza od kiedy miałem swój pierwszy i jak do tej pory jedyny wypadek. Ja jeżdżę W MIARĘ ostrożnie, ale stanowię wyjątek. Większość rowerzystów nie staje na czerwonym świetle, nie rozgląda się, podczas jazdy pije kawę, wysyła SMSy, rozmawia przez telefon, widziałem takiego, co czytał gazetę, drugi zaś golił się golarką elektryczną. Sytuacje grożące śmiercią przydarzają mi się średnio 3 razy w tygodniu i poniekąd już do nich przywykłem, ale nie mogę jakoś odgonić myśli, że właściwie wystarczy tylko jedna taka sytuacja, której nie zdołam uniknąć — ot, jedna pani z telefonem komórkowym nie zwróci uwagę przy zakręcie, czy ktoś koło niej nie jedzie — i resztę życia spędzę na wózku inwalidzkim. A ta opcja też mi się średnio podoba.

Boję się utraty pracy. Jakoś tak się składa, że posiadanie kredytu na mieszkanie powoduje, że człowiek ma mniejszą ochotę na gwałtowne ruchy, mniej się przejmuje problemami z szefem, czy też różnymi pierdołami typu „moja wizja artystyczna nie do końca się pokrywa z profilem firmy”. Nie jest tak, że utrata pracy mi grozi w jakiejkolwiek perspektywie, po prostu, no, wiecie. Kryzys jest…

Żadnej z tych rzeczy nie boję się paraliżująco, ot, takie tam drobiazgi, które czasami się narzucają naszym myślom, czy chcemy, czy nie.