Kreatywny ups

Na urodziny postanowiłem dać sobie w prezencie ukończoną książkę. Wysłałem tekst do korekty – nie jestem nativem, a piszę po angielsku – i dokładnie na 40 urodziny otrzymałem plik z powrotem. Było w nim dziewięć tysięcy poprawek – to nie żart. Ale dodanie spacji, usunięcie przecinka, a nawet pomyłka – Megan usunęła kropkę, Megan dodała kropkę – to według Worda poprawka. Trzy akapity popsuły się po drodze, drobiazg. Po dwóch dniach tekst był poprawiony, ale.

Megan – przypominam, z zawodu redaktorka – wyraziła swoje zdanie na temat książki. Jej zdaniem książka jest bardzo dobra i ma duże szanse na pozyskanie zainteresowania agenta/tki. Jest to informacja miła i nieprzydatna – chociażby dlatego, że „duże szanse” to bardzo nieprecyzyjne określenie. Z uwagi na to, że na płatność umówiliśmy się z góry Megan nie musiała mi tego jednak mówić wcale. Nie musiała też rozwijać uwag, co poczyniła: 1) Akcja rozwija się wolno przez pierwsze 1/3 książki, bardzo szybko dalej. 2) Postaci kobiece w pierwszej 1/3 są zarysowane w sposób banalny i za pomocą klisz. 3) Za dużo opisuję, a za mało pokazuję.

Pokazywanie od opisywania różni się tym, czym zdanie „Janinie zaschło w gardle, a z drżącej dłoni wypadł długopis” od „Janina się zdenerwowała”. Megan zwróciła uwagę na postaci kobiece, ale jej uwaga tyczy się też płci męskiej; skupiony na postaciach pierwszoplanowych pozostałe wykorzystałem w charakterze stołków, w gospodzie musi być trzech facetów, dajemy więc im imiona z listy i są. Największym problemem – przez który przepisuję książkę po raz kolejny – jest oczywiście ten pierwszy, zwłaszcza dlatego, że słyszę to po raz trzeci. Feedback, który pojawia się raz jest rzeczą do rozważenia; gdy trzy nieznające się wzajemnie osoby powiedzą to samo, mam do wyboru 1) obwieścić, iż jestem Artystą, a osoby nie rozumieją mej Sztuki, lub 2) podziękować i wrócić do pracy.

 

Megan – oprócz poprawek stylistycznych – dodała mi na marginesie różne pytania, na które jako kwiatek młody i naiwny odpowiedziałem, również na owym marginesie. Dwa dni po odesłaniu tekstu przyszło mi nagle do głowy, że być może redaktorka nie przeprowadzała ze mną wywiadu, tylko wskazywała mi, że tekst nie był jasny. Megan mogła mnie bowiem zapytać, co konkretnie miałem na myśli pisząc „Great War” i uzyskać ode mnie odpowiedź, że Islandczycy nazywali tak I Wojnę Światową. Potencjalni czytelnicy będą do mnie musieli – każdy z osobna – wysyłać to samo pytanie mailem. Redakcja jest książce potrzebna między innymi dlatego, że autor – jak lubię mawiać Poetycznie – mieszka u siebie w głowie i nie wie, co jest dla czytelnika nieoczywiste.

Jeśli chodzi o mnie, akcja rozwija się w idealnym tempie, bo opowieść o rodzinie głównych bohaterów, a w szczególności wgłębianie się w uprawiane przez nich zboża i warzywa jest fas-cy-nu-ją-ca. No i zrobiłem tyle riserczu – musicie to docenić, czy chcecie, czy nie! A jeśli czegoś nie wiecie, to albo wyślijcie maila, albo najlepiej sami piszcie do historyczki z Árbæjarsafn, z PEWNOŚCIĄ będzie zachwycona. PS. To był sarkazm.

Wygląda na to, że rzeka ma dwa brzegi – po jednym znajduje się traktat historyczny, po drugim brednie wystające spod banknotów. W skrócie nazwijmy te brzegi „przyzwoitością” i „konfiturami”. Celem jest dokonanie tego, co potrafią moi ulubieni autorzy – balansowanie na linie rozpiętej między tymi brzegami. Może Guðrún może posiadać jakieś cechy oprócz bycia „pracowitą” i „zażywną”. Może czytelnik nie musi wiedzieć, jakie konkretnie gatunki solonej ryby znajdowały się w menu średnio zamożnej rodziny islandzkiej w roku 1885. Oczywiście się wygłupiam, bo nie umiem inaczej, ale niestety tylko trochę.

Plan, aby na 40 urodziny mieć w dłoni tekst gotowy do rozsyłania agentom wziął zatem w mordę. Może to kwestia starości, ale bardzo mnie to cieszy, ponieważ traktuję tę książkę bardzo emocjonalnie i mam wielką ambicję uczynienia jej jak najlepszą. Nie traktuję natomiast emocjonalnie samego siebie i nie mam żadnej ambicji bycia Cudownym Chłopcem, co to ledwie spojrzy w kierunku laptopa, a na ekranie już zakwitnie geniusz. Ciągle pierwszą, automatyczną reakcją na niektóre fragmenty konstruktywnej krytyki jest „bo to nie tak miało być”, lub, co gorsza, „nie zrozumiałaś” (!!!) Na plus poczytuję sobie, że – czasem po godzinie, czasem po dwóch dniach – przychodzi reakcja druga. Za pierwszą nie stoi zaś zdruzgotana duma, tylko proste, naiwne przekonanie, że Megan naprawdę nie zrozumiała i trzeba jej pomóc. Zapewne za jakąś dekadę zmądrzeję. Alibo nie.

Na koniec dwa punkty ekstra, za darmo.

1) Ta książka się ukaże, kiedy już ją skończę. Daję sobie 9 miesięcy na znalezienie agenta w Stanach lub Jeszcze Wielkiej Brytanii. W Polsce też będę szukać wydawcy, ale z mniejszym napędem – jeśli ktoś mnie czyta i nie zniechęcił(a/o) się powyższym, zachęcam do wysyłania kontraktów i zaręczam, że wiem, czego się w nich spodziewać, również finansowo. Jeśli nikt nie zechce dzieła wydać, ukaże się tak samo, jak „ChAD dla Początkujących”, jako e-book i druk na żądanie. Oczywiście, że zależy mi na tym, żeby znaleźć czytelników, najlepiej zachwyconych. Oczywiście, że pragnę zostać milionerem. Ale nie są to podstawowe powody, dla których piszę.

2) Podczas lektury „78 Reasons Why Your Book May Never Be Published” natknąłem się na nierealistyczne oczekiwania wobec self-publishingu i bycie ogromnie zawiedzionym, gdy rezultatem nie będzie wielki $UKC€$. „Dwubiegunówki” sprzedało się kilkaset kopii i przyznam, że nie wiem, ile. Między 300, a 600 (wliczam wersję angielską). Przestałem liczyć koło 50. Nie zarabiam na niej, nie dla zarobku ją napisałem, kilku czytelnikom wysłałem za darmo – co ciekawe, prosiły mnie o to na ogół osoby raczej dobrze sytuowane, tak na marginesie, stanowi to dla mnie lekcję, jak stać się osobą dobrze sytuowaną 🙂 Ale to dygresja. W przypadku nowej książki oczekuję, że będzie na tyle dobra, żeby nie było mi jej wstyd za dziesięć lat. Być może i tak będzie, ale warto spędzić kolejny rok na dłubaniu w strukturze tylko po to, by uniknąć mdlącego uczucia.

Przyjmowanie konstruktywnego feedbacku jest bardzo trudne, kiedy inwestujemy emocjonalnie we własną, na ogół niską samoocenę. Robi się o wiele łatwiejsze, gdy te same pragnienia i chęć bycia kochanym zainwestujemy w książkę. Kiedy przez, ahem, dużo lat tkwiłem w punkcie pierwszym, objawiło się to tak, że nigdy niczego oprócz bloga nie napisałem. Bo gdybym napisał, to ktoś by to przeczytał, nie spodobałoby mu się I CO WTEDY. Aktualnie nie mam czasu rozważać, co wtedy, bo muszę skończyć książkę pierwszą, a niechcący zacząłem dwie kolejne, do jednej muszę przeczytać strasznie dużo książek, a do drugiej zrobić wywiad z osobą pracującą w ratuszu amsterdamskim. Recenzje internauty_77 będzie za mnie musiał czytać ktoś inny, bo ja będę zajęty słuchaniem, co ma do powiedzenia Megan.

  • asloska

    Podziwiam. Jestem całkowicie niestworzona do robienia długoterminowych zadań. Jeśli rysunek zajmuje mi dłużej, niż dwie godziny i np. muszę iść spać, to potem w ogóle nie chce mi się do niego wracać. (Dlatego jeden dużoformatowy wciąż leży na regale, sigh.) (No dobra, trochę też dlatego, że wypisałam na nim jeden flamaster.)
    Oraz jestem jedną z tych 300-600 osób, bo mam przyjaciela ChADowca i chciałam więcej wiedzieć 🙂

  • Małgorzata Grosbart

    Takie to zycie (aspirujacego) pisarza. Dwa lata temu napisalam gniotka i duzo czasu zajelo pogodzenie sie z fatem, ze to gniotek. No bo jak to, przeta to moja krwawica, sekrety mego serca, wytwor mojej madrosci cale zycie akumulowanej! Teraz pisze znowu i… jest lepiej! Ale nadal zmagam sie z dokladnie tymi samymi problemami jakie opisales. Z pisaniem, tak jak z wszystkim—zdolnosc nabyta i wypracowana, a nie wrodzona. Nie porywam sie jeszcze z motyka na slonce w postaci profesjonalnego edytora, ale grupy pisarskie i okazjonalny beta read od przyjaznej duszy bardzo pomagaja. Gratulacje z okazji skonczenia manuskryptu!

    • Ray Grant

      Sam zauważyłem, że przepisuję ten tekst po raz czwarty i za każdym razem robi się lepiej. Muszę wypośrodkować pomiędzy perfekcjonizmem (bo naprawdę mógłbym spędzić resztę życia na pisaniu tej samej książki), a lenistwem i Będąc Młądą Artystą Na Gumnie. 🙂

      Czytelnicy beta są super, ale edytorka (właściwie nie wiem, czy to się tłumaczy na polski jako edytor czy redaktor, bo wiem, co robi amerykański editor, ale nie wiem, co robi polski) wie o wiele więcej. Przesłała mi ćwiczenie, które z jednej strony jest cholernie trudne – nie wiem, czy w ogóle umiem sobie z nim poradzić – z drugiej pokazuje, że jest wysokiego zdania o moich umiejętnościach. Kfuck. Aktualny deadline to koniec roku i wcale nie wiem, czy się wyrobię; tym razem nie z perfekcjonizmu, tylko dlatego, że jeśli zawodowczyni we mnie wierzy, to czuję się w obowiązku potwierdzić jej nadzieje. Nie celem sprawiania jej przyjemności, tylko pokazania, że wierzy słusznie.

      Trzymaj kciuki – a czy ja Cię mogę gdzieś poczytać?

      • Małgorzata Grosbart

        Jak na razie jedynie w czasopismach naukowych 😀 Bujam sie z pomyslem pisania bloga od lat co najmniej pieciu, ale pomiedzy praca, pisaniem ksiazki i esejow nigdzie-ostatecznie-nie wysylanych i uzalaniem sie nad soba nie udalo mi sie zaczac…

        Ja mam deadline tez na koniec roku, ale juz wiem, ze sie nie wyrobie. Wzielam sobie do serca czesto powtarzana porade, zeby nie przepisywac fanatycznie po mlion razy, tylko dac na luz—odlozyc manuskrypt/rozdzial, niech polezy, pomarynuje sie przez miesiac-dwa. Potem latwiej zdecydowac, co jest spoko i zostaje, a co wylatuje. Ai sa bledy/problemy, ktorych nie wylapiemy sami i wtedy wlasnie postronna para jest zbawienna.

        Bede trzymac, ty trzymaj za mnie 😉

      • Jiima Arunsone

        Polski edytor to prawdopodobnie M$ Word albo LOffice z wgranym spolszczeniem. Za to redaktorów rozmaitych ci u nas dostatek, korektorów też ze dwóch lub trzech (zależy czy to profeska czy beletrystyka). Patrząc na niektóre książki, nie bardzo wiem co oni w zasadzie robią. Tzn wiem co robiłom na stanowisku korektora merytorcznego, ale czasami miałom wrażenie, że jestem samo…