Ślub po 30 (cz. I)

Dobrego pretekstu dostarczył mi wywiad z doktorem Majem, psychologiem z Uniwersytetu SWPS, zatytułowany „Dlaczego wiara w miłość od pierwszego wejrzenia nam szkodzi? ”Miłości trzeba szukać tak samo, jak szuka się pracy”.

Nie zgadzam się już z tytułem, ale pozwólmy doktorowi rozwinąć myśl, zwłaszcza, że tytuł jest zwodniczy.

Większość ludzi, zwłaszcza tych ze starszego czy średniego pokolenia, mocno wierzy, że miłość jest jakimś nieuchwytnym zjawiskiem, na które trzeba cierpliwie czekać. Zakłada się, że osoba, z którą mamy iść przez życie, jest nam zapisana gdzieś w gwiazdach, przeznaczona. Wynika z tego, że jedyne, co my sami musimy zrobić, to ten ideał odnaleźć.

I faktycznie go szukamy?

– Jedni po prostu czekają, drudzy szukają, ale nawet jeśli wybierają tę drugą możliwość, to jest to szukanie mało aktywne. Ludzie zbyt często wychodzą z założenia, że ta druga połówka po prostu gdzieś jest. Nie biorą pod uwagę możliwości, że samo zakochiwanie się to swego rodzaju proces i że miłość trzeba w kimś rozbudzić. Przyjmują często, że ten ideał dowie się, że daną, przeznaczoną sobie osobę kocha, gdy tylko ją zobaczy – wtedy dozna olśnienia.

Oczywiście daleko mi do ekstrapolowania własnego doświadczenia na ludzkość – od tego mamy psychologów z Uniwersytetu SWPS.

Kiedy poznałem Josa, żaden z nas nie szukał partnera. Ja przeżywałem przepiękną hipomanię, dzięki której mogłem mieć wszystko i wszystkich, których chciałem. Tyle, że – jak pisałem wcześniej – wtrąciła się intuicja, chociaż dzisiaj uważam raczej, że moje Bóstwo opiekuńcze straciło do mnie cierpliwość, bo ile czasu można się wkręcać w idiotyczne związki z nadrukowaną na czole datą przydatności do spożycia. Po godzinie znajomości z Josem głos w głowie poinformował mnie z przekonaniem, że „to Ten”. Jaki ten, spytałem głosu. „No, Ten – jedyny” podsumował głos i zostawił mnie z przerażoną myślą: jak to może być Ten, skoro znam go od godziny? Głos miał rację.

Skoro to takie proste, to co ma zrobić zdolny, oczytany trzydziestoletni człowiek, żeby znaleźć dla siebie idealnego partnera lub partnerkę?

– Przede wszystkim się nie poddawać i aktywnie tworzyć szeroki krąg kontaktów. Im więcej przebywamy z ludźmi, tym większe szanse na to, że poznamy kogoś odpowiedniego.

Problem w tym, że często na miejsce poszukiwań potencjalnego towarzysza życia wybieramy kluby, a tam przychodzą ludzie dość do siebie podobni, zresztą w podobnym celu.

Nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy szukać towarzysza życia w klubie, ale może hetero robią to inaczej. Pominąwszy wszystko inne, w klubie ludzie są na ogół nietrzeźwi, jest kiepskie oświetlenie i chodzi się tam tańczyć, a nie zasiadać w kątku i zapoznawać się z nieśmiałym uśmiechem. Chyba, że pan doktor ma na myśli np. kluby książki lub kluby gospodyń wiejskich. W takim przypadku wycofuję swój komentarz.

Co do szerokiego kręgu kontaktów, to zaraz będzie na ten temat więcej.

Moim zdaniem największe szanse na trwały związek ma ta osoba, która spokojnie zastanowi się nad tym, co ją interesuje, jaki ma system wartości, pasje, hobby i będzie starać się szukać grup ludzi, którzy myślą i zachowują się podobnie. Chodzi o aktywne włączenie się w rozmaite organizacje, fora, kursy, wyjazdy itd. Logicznie rzecz biorąc, jeśli chcemy spotkać osobę podobną do nas, musimy założyć, że należy ona do pewnej sprofilowanej grupy społecznej.

[…]

Być może, ale robienie sobie szczegółowej listy pod tytułem „ktoś, kogo szukam”, dotyczącej tego, kim taka osoba powinna być, jakie cechy posiadać, też jest pewną pułapką.

Bo?

– Bo stwarza ryzyko, że będziemy od razu, na starcie, skreślać pewne osoby niepasujące do typowanego przez nas modelu. A zdarza się przecież, że człowiek tkwi latami w pewnych przekonaniach, niekoniecznie słusznych, co do własnych preferencji. Wierzy, że dobrze będzie mu się żyło u boku partnera o konkretnej osobowości, a potem przeżywa rozczarowanie. Wydaje się więc, że lepiej jest zawsze przyjmować jedynie ogólne założenia.

Mam wrażenie, że pan doktor zaprzecza samemu sobie. Albo zastanawiamy się nad zainteresowaniami, systemem wartości i włączamy w organizacje i fora, albo nie robimy listy. Przecież takie zastanawianie to właśnie tworzenie listy. Jakąś listę dobrze mieć, bo na świecie jest siedem miliardów ludzi i nawet jeśli pominąć dzieci i księży, ciągle nie zdołamy poznać absolutnie wszystkich.

Złośliwy los przez dłuższy czas spełniał moje potrzeby. Miałem listę, było na niej wiele potrzeb i wymagań, poznałem człowieka spełniającego wszystkie, po czym okazało się, że podczas seksu płacze i woła „mama! mama!”. (Nie żartuję.) Tego na mojej liście istotnie nie było. Kolejny spełniał – znowu – wszystkie punkty, podczas seksu nie robił niczego zbyt interesującego (to nie miało być złośliwe), ale był alkoholikiem. Dopisałem do listy. Następny, excusez le mot, robił kupę przy otwartych drzwiach od toalety i usiłował prowadzić ze mną grzmiącym rykiem konwersację. W tym momencie postanowiłem wyrzucić listę do mentalnego śmietnika, ponieważ na to też nie wpadłem. Nazwijcie mnie człowiekiem powierzchownym, albo cnotkiem, ale głęboko wierzę, że jednym z kluczy do trwałości związku jest zamykanie drzwi od toalety. Przynajmniej w pierwszych dniach znajomości.

Jeśli jesteśmy na jakimś życiowym zakręcie, chcemy kogoś poznać, założyć rodzinę, warto mieć po prostu otwartą głowę. Tymczasem ludzie często postępują odwrotnie – osoby samotne zamykają się w domu, bo wcześniej coś im się nie udało. Myślą sobie, że skoro ta jedyna czy ten jedyny nie okazali się ideałami, to dalej już nie będą próbować. Albo uznają, że mają już swoje lata i nikogo już na pewno nie znajdą, a przecież w podobnej do ich sytuacji jest cała masa ludzi.

Tu przyznam, że dokładnie tak myślałem, tyle, że nie zamknąłem się w domu. Hipomania przynosi ze sobą cechę zwaną hiperseksualnością. Miałem swój „harem”, co jakiś czas aktualizując skład – jeśli ktoś się we mnie zakochał, wylatywał z haremu, na jego miejsce wchodził ktoś nowy. Byłem przekonany, że już nigdy nikogo nie pokocham, że nie nadaję się do związku – poprzednie trzy próby trwały odpowiednio 25, 15 i 6 miesięcy. Tak więc dałem sobie sposób z myśleniem o miłości. Pięć miesięcy później poznałem Josa i dołączyłem go do haremu, a potem harem powoli się rozpadł, bo zacząłem zdawać sobie sprawę, że nieważne, z kim jestem – myślę tylko o jednym. Nie o tym jednym, co sobie myślicie, tylko właśnie tym drugim jednym.

A pierwsza selekcja to przede wszystkim fizyczność?
– Na początku nie mamy na czym bazować w naszej ocenie, bazujemy więc na czynnikach fizycznych i na tej podstawie oceniamy, czy nam się ktoś podoba, czy nie. Fizyczność jest dla nas od razu widoczna, i nie chodzi w niej tylko o atrakcyjność ciała czy jego mowę, ale również o ubiór, który jest wskaźnikiem statusu czy stylu życia. To dotyczy obojga płci, choć faktycznie większą wagę do wyglądu przywiązują mężczyźni. Im głębiej jednak wchodzimy w konkretną relację, tym bardziej liczą się inne, głównie fundamentalne wartości.

Moja pierwsza selekcja – od kiedy dorosłem wystarczająco, żeby zrozumieć, co jest dla mnie ważne – zawsze opierała się na tym, czy wobec danej osoby czuję sympatię, czy nie. Oczywiście mam swoje pragnienia wizualne, lubię patrzeć na różne cechy (podoba mi się na przykład lider Nocnych Wilków, możecie mnie oceniać jak chcecie), ale z wiekiem nauczyłem się, że rodzaj facetów, który najbardziej mnie kręci wizualnie bardzo dużo traci w momencie, gdy wyda z siebie dźwięk. Najlepszym miejscem do zażywania przystojnych mężczyzn niewydających z siebie skoordynowanych dźwięków są sex-parties i darkroomy, ale moja wyobraźnia żywiuteńko prezentuje mi ilość bakterii i wirusów, mlaszczących na myśl o tym, że znajdę się w pobliżu.

W związku z tym, że znam niektóre techniki „miszczuf podrywu”, reaguję na nie natychmiastową nienawiścią. W ten sposób dałem spektakularnego kosza Misterowi Europejskich Skórzaków, który podszedł do mnie na siłowni i położył mi dłoń na ramieniu (link prowadzi do artykułu, w którym wytłumaczona jest rola dotyku na samym początku znajomości) zanim się do mnie w ogóle odezwał. W tym momencie sprawa była przesrana, bo nie zdążył nawet powiedzieć „hej”, a ja go już nienawidziłem. O tym, że dałem kosza Misterowi dowiedziałem się dużo później, zresztą od Josa. Dotknąć mnie wolno dopiero wtedy, gdy udzielę werbalnego pozwolenia. A pozwolenie uzyskuje się za pomocą posiadania poczucia humoru, niezachowywania się jakby cała krew uciekła do mniejszej główki i niebycia Republikaninem. (Kiedyś o mało co nie przespałem się z Republikaninem i do tej pory budzę się z krzykiem.) Owszem, jeśli ktoś nie posiada brody, ma 22 lata i jest wątłym blondaskiem, raczej nie wyjdziemy poza koleżeństwo, ale nie pomoże nawet najpiękniejsze ciało, testosteron kapiący ze skroni i broda jak u prawdziwego hipstera, jeśli ktoś się do mnie odezwie w niewłaściwy sposób, lub dotknie mnie bez pozwolenia. Co do ubioru, zwracam na niego głównie uwagę o tyle, że mężczyzna w garniturze wzbudza we mnie silny brak zainteresowania.

– Wtedy rzeczywiście powinniśmy zastanowić się nad tym, w jaką relację wchodzimy, czy to, co ten ktoś ma do zaoferowania, nam odpowiada. Przy czym kiedy szukamy pracy, pytamy szczegółowo o godziny zatrudnienia, pensję, warunki socjalne. A kiedy szukamy partnera na całe życie, co jest przecież ważniejsze od pracy, często nie zadajemy takich kluczowych pytań. W konsekwencji zdarza się, że po kilku miesiącach czy nawet latach związku okazuje się, iż partnerzy mają bardzo różne potrzeby, plany i nadzieje dotyczące przyszłości, małżeństwa czy dzieci.

Oczywiście nie jest tak, że powinniśmy na pierwszą randkę przyjść z listą kluczowych pytań, ale warto o nich pamiętać, mieć je z tyłu głowy i zadawać dyskretnie w stosownych momentach.

Och, przypomina mi się Bridget Jones. „Bridget, dlaczego nie umówisz się z Markiem? Świeżo po rozwodzie, prawnik. Jest BARDZO bogaty.” Absolutnie nie jest tak, że nie zgadzam się z panem doktorem, bawi mnie tylko zadawanie pytań dyskretnie w stosownych momentach. W jednym z wcześniejszych odcinków „Seksu w wielkim mieście” Charlotte zrozumiała, że jej związek nie ma przyszłości, gdy wybranek zachwycał się talerzami nie w jej guście. Może powinna go o to dyskretnie zapytać przed wyprawą do sklepu.

Naprawdę nie ma nic gorszego niż kilka czy kilkanaście lat spędzonych z osobą, o której podświadomie wie się, że to nie to, że nie tak powinna wyglądać relacja. Tkwienie w ułudzie wiąże się często nie tylko z poczuciem zawodu, ale też z lękiem. Boimy się zakończyć tę nie do końca udaną relację, by nie zostać znów samemu i nie wracać do etapu poszukiwania partnera. Bardzo często boimy się również zaburzenia pewnego zbudowanego ładu, odczucia przegranej, reakcji otoczenia, nie chcemy nikogo zawieść, rozczarować. Chcąc uszczęśliwić innych, unieszczęśliwiamy samych siebie. Zakończenie związku to duży koszt, dlatego aby go uniknąć, zalecam więcej refleksji na jego początku.

Do tego etapu doprowadził mnie Wiking sześć lat temu. Gdybym wydrukował swoją listę potrzeb, miałby 100% pozytywów. Tyle, że nie był dominujący dlatego, że obu nam to sprawiało przyjemność – był dominujący, bo miał nerwicę natręctw i radził sobie z nią za pomocą przykrawania mnie do odpowiednich rozmiarów. Nie mieści się stopa do buta? Obetniemy palce i wejdzie. (Courtesy Grimm Brothers) Czułem się źle z tym, że czuję się źle, podczas, gdy powinienem się czuć dobrze. Coś na zasadzie pytania osoby z depresją „jak ci nie wstyd narzekać, gdy dzieci głodują w Afryce” – no właśnie nie miałem w zasadzie na co narzekać, ale byłem nieszczęśliwy, ciągle nerwowy i czułem się koncertowo olewany, a gdy ośmieliłem się coś powiedzieć, dyskusja na ogół kończyła się argumentem typu „a ty rok temu skręciłeś w lewo i przez to się spóźniliśmy”. Przepraszałem, błagałem o wybaczenie, następnego dnia powtarzaliśmy kłótnię, bo Wiking wszystkie kłótnie potrzebował odbyć dwa razy, drugi raz przepraszałem, łaskawie wybaczał, a ja siedziałem z dziwnym uczuciem, że przecież Uratowałem Związek, więc czemu czuję się tak beznadziejnie?

Ja sobie myślę, że serwisy randkowe mocno ułatwiają sprawę… Piszemy tam jasno, czasem nawet bardzo szczerze, jacy jesteśmy i jakiego partnera szukamy. Podchodzimy do sprawy pragmatycznie.

– Tak, przy czym tego rodzaju miejsca w sieci są bardziej odpowiednie dla osób mocno sprofilowanych, świadomych własnych cech i cech poszukiwanych u partnera.

Serwisy randkowe to już prawdziwy przemysł. Wielu na nie narzeka, mają jednak ciekawą funkcję: pozwalają na dostęp do czegoś poza fizycznością, do jakiegoś opisu, informacji o tym, czym ta osoba się zajmuje, jaki ma charakter – oczywiście o ile deklaracje odpowiadają rzeczywistości.

Dla wielu osób założenie w sieci konta z ofertą matrymonialną jest dużym przeżyciem. To jest tak, jakby ktoś przez dziesięć lat wchodził do jednego warzywniaka i kupował tę samą kapustę, marchewkę i rzodkiewkę i nagle znalazł się w jakimś wielkim megasamie, w którym ma do wyboru milion możliwości.

Serwisy randkowe wszelkiego rodzaju wykształciły w ludziach kilka nowych cech.

  1. „ten się na razie nada, ale za rogiem z pewnością czeka ktoś lepszy”.
    Wyobraźmy sobie, że idziemy do megasamu bez listy zakupów i mamy przy sobie 20 zł. Z oczywistych powodów nie kupimy wszystkiego. Tu kusi promocją „pizza jak u mamy”. Obok „6 papryk za 15 zł”. Tam „3 czekolady w cenie 1”. Zamiast wybrać coś, co nas naprawdę zadowoli, mamy problem – wszystkiego nie kupimy, nawet gdyby to nie zjemy zanim się nie zepsuje. Kiedy w 1975 roku ktoś mieszkał w niedużej miejscowości, miał generalnie do wyboru Adę z mięsnego lub Julkę od szewca. Teraz ten ktoś wchodzi na Tindera i czuje się panem stworzenia, który swym Kciukiem Mocy przesuwa na lewo lub prawo. Po co się wiązać niepotrzebnie kupowaniem co tydzień pizzy jak u mamy, gdy w megasamie ciągle czekają 3 czekolady w cenie 1 oraz sałatka cesarska, w tym tygodniu przeceniona o 50%?
  2. „nie wiem, co o sobie napisać, pytaj”
    Ten typ zaoszczędza mi mnóstwo czasu, bo jeśli ktoś nie umie o sobie napisać NIC, z pewnością się nie polubimy.
  3. „jakoś tak się złożyło, że od 13 lat nie zrobiłem sobie nowego zdjęcia”
    Poznałem kiedyś online trenera fitness. Na widok fotek oczka wypadły mi z głowy i musiałem ich po omacku szukać pod biurkiem. Umówiliśmy się do kina. Pominę już to, że przyszedł z kolegami i cały czas gadali po hiszpańsku, zdjęcia były zrobione trzydzieści kilo temu. „Buduję masę,” powiedział, żrąc popcorn. Rzecz nie w tym, że był nieco pulchniejszy niż wcześniej, bo mi to akurat specjalnie nie przeszkadza, tylko w tym, że w pudełku od Macbooka znalazłem używanego Acera z 2004 roku. Nauczyło mnie to nie fotoszopować własnych zdjęć. Wyglądam tak, jak widać i gdy się spotkamy nie będę ani szczuplejszy, ani wyższy, ani bardziej aryjski.

Połączenie tych cech powoduje, że łowy na portalach randkowych są trudniejsze, niż w mitycznym klubie. W klubie przynajmniej widać, jak dana osoba naprawdę wygląda (minus filtr alkoholowy oraz „jezujezu nieczyt., w ciemności wyglądałeś najwyżej na czterdziestkę”). Na portalu randkowym można napisać wszystko i wrzucić wszystkie zdjęcia znalezione w internecie. Pewien pan reklamował się za pomocą fotki, którą w postaci plakatu 70×100 miałem na ścianie w sypialni. Oczywiście możliwe, że akurat przypadkiem był modelem do tego zdjęcia, ale jakoś nie wierzyłem.

„Kocham czytać” może oznaczać „mam w domu dwie książki Katarzyny Michalak”. „Jestem młody i przystojny” = „mam takie kompleksy, że muszę sobie pomagać afirmacjami”. „Moim hobby są szybkie samochody” = „jeszcze dwa punkty i stracę prawko”. O wiele prościej byłoby, gdyby ludzie pisali prawdę, ale obawa, że nikt się nami nie zainteresuje kusi, by nieco podkolorować rzeczywistość. A potem dwie podkolorowane osoby spotykają się w realu i okazuje się, że jedna buduje masę i przyprowadza na pierwszą randkę kolegów, a druga przyjechała rowerem, bo w międzyczasie złapała pozostałe dwa punkty. Dodatkowo w powietrzu wisi pytanie: czego tak naprawdę szuka druga osoba? Istnieje niebezpieczeństwo, że dyskretne pytanie w stosownym momencie nie zdradzi, że „tylkosexxx37” jest strasznie samotny i pragnie miłości po grób, a „przyszłażona89” uważa, że nowo spotkany dżentelmen co prawda posiada inteligencję zmiotki, ale z uwagi na to, że ma wśród kolegów ksywę „trójnóg” chętnie zaprosi go na herbatkę z rumem – co pozwoli przyjemnie spędzić czas w trakcie, gdy będzie poszukiwać „przyszłegomęża83”.

Z Josem stykaliśmy się na Gayromeo. Nic nam z tego nie przyszło, ponieważ on uważał, że jestem za młody i za ładny i na pewno nie ma się co odzywać, a ja uważałem, że Znany Artysta tworzący tak piękne rzeczy nie ma żadnego powodu zainteresować się kimś tak nudnym, jak ja. Gdyby nie to, że wpadłem po uszy w kowalstwo i chciałem się dowiedzieć, jak się robi kolczugi, w życiu byśmy się nie spotkali.

Część druga nastąpi, bo strasznie to długie.

  • Ej no.. jakie za długie, właśnie się wciągnęłam 🙂

  • Gammon No.82

    Doskonałe (niestety nie umiem błyskotliwie skomentować).

  • Nie jest za długie.

    • Grant Thorsson

      🙂

      Druga część jutro.

  • Pingback: Ślub po 30 (cz. II) – miloscpo30.net()

  • Magda

    Nie lubię długich wywodów. Na szczęście od każdej zasady jest wyjątek.
    Uwielbiam cię czytać 😀
    Czekam na druga część.