Dziś ojciec Muchomorek opowie nam o genderze (jak zwykle)!

Redemptorysta zabrał głos podczas spotkania Rodziny Radia Maryja w Kędzierzynie-Koźlu. Takie zjazdy odbywają się co tydzień, za każdym razem w innym mieście. Oprócz mszy i wspólnych modlitw kilkanaście minut transmitowanej przez Radio Maryja i Telewizję Trwam uroczystości przeznaczone jest na spotkanie z redemptorystami. O. Rydzyk prawie zawsze zabiera wtedy głos – albo przyjeżdża, albo łączy się z wiernymi przez telefon. Tym razem wybrał tę drugą opcję, bo jest przeziębiony.

– To cud, że ojciec w ogóle mówi – stwierdził o. Benedykt Cisoń, który reprezentował Radio Maryja na miejscu.

CUD!!! Ja bym powiedział, że to za wstawiennictwem u relikwii paznokcia u nogi JP2. Santo subito!

O. Rydzyk jak zwykle zaczął od ciepłych słów pod adresem parafii, która gości słuchaczy radia. Najcieplej mówił o działającym w Kędzierzynie-Koźlu Ruchu Czystych Serc. To młodzieżowy ruch, którego członkowie rezygnują z uprawiania seksu przed ślubem.

– To jest wspaniały ruch. Polska będzie inna, jeżeli młodzież tak będzie formowana. Polska będzie piękna i uporządkowana, po Bożemu – stwierdził redemptorysta.

Aha, będzie mniej dzieci i więcej rozwodów ze względu na niedopasowanie seksualne. Pięknie i po Bożemu. (Co oni wszyscy mają za hysia na punkcie seksu? Polecam moją religię, nasze bóstwa kompletnie nie są zainteresowane wtykaniem komuś nosa pod kołdrę, chyba, że w nadziei na trójkąt.)

Bo zobaczcie, co robią przeciwnicy Pana Boga. Deprawują. W Polsce to idzie od rządu. Kiedyś od rządu szło „zrywać krzyże”, „religię wyrzucać” „czarni…” i tak dalej. Czy się dużo zmieniło? Teraz dopiero deprawują. Jakieś gender wprowadzają. Dowiedzcie się, co to jest, to jest coś strasznego – mówił o. Rydzyk.

Oj, panie Grzybku, ja bym na pana miejscu nie namawiał ludzi, żeby się dowiedzieli, co to jest gender, bo będzie ich potem zajebiście trudno straszyć. Na przyszły raz polecam powiedzieć „Jakieś gender wprowadzają. W ogóle o tym nie czytajcie, bo to grzech śmiertelny, tak jak Hary Ploter, picie maridżuany i wstrzykiwanie sobie ekstazi”.

Teraz na przykład mają jakąś tam konwencję przeciw przemocy. Przecież każdy jest przeciwko przemocy w rodzinie.

O? To ciekawe, a gdzie podpisiki i ratyfikacja?

Nazywają to tak, a tam jest gender. Popatrzcie, którzy posłowie to robią. Zapytajcie ich, idźcie do nich. Tych z Platformy, SLD i z PSL. Oni się bardzo ładnie kłaniają i do Kościoła pędzą się pokazywać katolikom, żeby głosy zdobyć. A to jest fałszywe takie, że aż szkoda gadać.

Tu się poniekąd zgadzamy…

Zaatakował też Ewę Kopacz, która w weekend była na inauguracji roku akademickiego na KUL-u.

– A parę lat temu w Lublinie szukała szpitala dla dziewczynki, żeby jej aborcję zrobili – stwierdził o. Rydzyk. Chodziło mu o sprawę z 2008 roku, kiedy Ewa Kopacz jako minister zdrowia pomagała szukać szpitala, który zgodzi się wykonać aborcję u 14-letniej zgwałconej dziewczynki.

A to podlizna z tej Kopacz, nie zmusiła dziecka do urodzenia. Mam wielką nadzieję, że wierni Sromotniczka wiedzą, o jaką sprawę chodzi.

Od aborcji redemptorysta płynnie przeszedł do wyborów samorządowych.

– Zwróćmy uwagę, kogo wybieramy. Jak jest nastawiony na rodzinę, na człowieka, żeby miał pracę, żeby rodzina się rozwijała. Wiecie o tym, że w roku 2050 Polaków będzie o 5 mln mniej? Polska umiera i Polskę deprawują – mówił o. Rydzyk.

I to wszystko dzięki wyborom samorządowym!

Zdjęcie: Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta

Ucieszyłem się, widząc propozycję Piotra Szumlewicza, eksperta OPZZ, dotyczącą wprowadzenia o wiele bardziej progresywnej skali podatkowej, niż ta, którą „cieszymy” się w tej chwili. Ucieszyłem się, ponieważ sam mam dokładnie takie same poglądy. Ku swojemu zdziwieniu odkryłem jednak, że jestem w nich osamotniony. Oto wybór komentarzy:

Bardzo mądra i zasadna propozycja. Tylko dlaczego 95%? Sprawiedliwsze by było okrągłe 100% i zasiłek.

No tak, absolwent filozofii i socjologii. Bezproduktywny darmozjad.
Załóż Pan firmę Panie Szumlewicz. Zobaczymy czy będzie Pan wówczas skłonny oddać 95% swojego wynagrodzenia.

W tym kraju muszą wymrzeć pokolenia zainfekowane komuną, aby można było normalnie żyć. Gdy zaczną karać bogatych, przedsiębiorczych i zaradnych, to natychmiast cały kapitał wyjedzie z Polski a bolszewicka i kato-bolszewicka dzicz będzie żarła kartofle ze skwarkami bo związkowcy oczywiście „zawsze się wyżywią”.

Co za megakretyn! Ekspert nie wie, że przy 95% podatku nie zapłaci go NIKT? Co więcej, w grupach lepiej zarabiających (i z reguły lepiej umiejących efektywnie myśleć) nowe podatki na poziomie 50% i więcej wywołałyby masowe działania celem obejścia systemu. Budżet poszedłby z torbami w ciągu pierwszego roku obowiązywania nowych stawek. To proste i oczywiste.

Powaliło go, nic innego. Haruję jak wół po 60 godzin w tygodniu żeby zarabiać te 10-15 tysięcy miesięcznie a ten pan chce, żebym miał połowę tego, za pracę i tak dużo ponad siły? To jakiś żart. Ja rozumiem, że mu chodzi o cwaniaków co nic nie robią i dostają pensję kilkanaście tysięcy złotych, ale chyba zapomniał o ludziach, którzy się zajeżdżają w robocie, żeby zapewnić rodzinie dobry byt.

95% podatku za to, że ktoś dużo zarabia, czyli kara za wysokie zarobki. W Stanach chcieli wprowadzić wysokie podatki dla najbogatszych ale społeczeństwo nie wyraziło na to zgody ponieważ ludzie założyli, że oni sami mogą kiedyś stać się bogaci. I to jest myslenie godne podziwu.

I tak dalej.

Ciężko mi uwierzyć, że wszyscy komentujący co do jednego są prezesami-milionerami. Bo jeśli nie, powinni być mniej wiecej w stanie zrozumieć, o co w tej propozycji naprawdę chodzi. Wiele mówi ostatni komentarz (nawiasem mówiąc, w Stanach kiedyś istniały podatki powyżej 90% i był to okres wyjątkowej prosperity). Otóż społeczeństwo pozwoliło sobie wmówić, że każdy może kiedyś stać się bogaty. Co jest nieprawdą z bardzo prostego powodu: aby 90% społeczeństwa stało się bogate, musielibyśmy wydrukować ogromne ilości pieniędzy, co natychmiast zaowocowałoby gigantyczną inflacją, dzięki której wszystkie wydrukowane papiery stałyby się warte tyle, co wczorajsza gazeta.

Przykładem — nieświadomym — jest komentator, który „haruje po 10-12 godzin dziennie” aby zarabiać 10-15 tysięcy „za pracę ponad siły”. Jeśli praca jest ponad siły, może warto rozważyć pracowanie mniej? (Nie mówiąc już o tym, że nie jest tak, że w tej chwili podatek wynosi 0%, a pan Szumlewicz postuluje 50%, dzięki czemu biedny harujący ponad siły zarobi połowę.) Co powinno być celem życia, naharowanie się jak najwięcej ponad siły? Naprawdę? Może po zastanowieniu dałoby się pracować 8h dziennie, zarobić marne 6-8 tysięcy i dzięki 10 tysiącom kwoty wolnej od podatku jakoś z trudem wyżyć z tych grosideł? Otake Polske walczyliśmy?

Głosowanie na liberałów, którzy chcą podatku liniowego i zmniejszania sumy wolnej od podatku ma sens tylko w dwóch wypadkach. 1) kiedy jesteśmy milionerem lub synem milionera i nie opłaca nam się oddawanie pieniędzy w formie podatków — dotyczy to, powiedzmy, 0.1% społeczeństwa. 2) kiedy mamy realistyczne widoki na zostanie milionerem, małżonkiem/małżonką milionera i myślimy przyszłościowo. I tutaj właśnie następuje dziwaczna dyskrepancja, wskutek której liberałowie w takiej np. Holandii rządzą drugą kadencję z widokami na trzecią — z jakiegoś powodu ich wyborcy nie dysponują inteligencją wymaganą do dokonania trudnego działania matematycznego, jakim jest pomnożenie liczebności kraju, w którym zamieszkują przez 0.1% i rozważenia szans, jakie mają — ze swoją pracą w biurze i domkiem na kredyt — żeby magicznie znaleźć się w tymże 0.1%. W międzyczasie harują za 2 tysiące euro 30.5 godziny w tygodniu (tyle średnio pracuje Holender) i cieszą się jak dzieci, gdy podatki dla najbogatszych spadają, a wraz z nimi zasiłki, bo dzięki temu „budżet oszczędza”.

Pan Szumlewicz doskonale to rozumie, chociaż nie udało mu się tego przekazać w sposób taki, żeby ludzie o mózgach kompletnie wypranych przez liberalny etos „od syna miliardera all the way do miliardera” zrozumieli, co ma na myśli. Nie ma żadnego powodu, żeby prezes jakiejkolwiek firmy zarabiał 1.7 miliona rocznie. Jak powiedział kiedyś odchodzący poseł niderlandzkiej Partii Pracy, powiedzmy, że prezes ma większe potrzeby, w związku ze stresem dużo je, zje więc dwa obiady. No, niech zje trzy. Ale nie zje ich przecież stu. Dlaczego ma zarabiać sto razy więcej? A przecież rozbieżności między zarobkami pracowników i prezesów potrafią być większe, niż stukrotne. Prezesi firm są wymienialni o wiele prościej, niż prawdziwi specjaliści; widać to chociażby po roszadach dokonywanych podczas zmian rządu, gdy prezes PKP staje się prezesem Orlenu, prezes Orlenu zostaje ministrem zdrowia, a minister telekomunikacji prezesem TVP. Każdy z nich dostaje oczywiście sutą odprawę, żeby nie był pokrzywdzony tak okropnym losem. Odprawą dzieli się z pracownikami, bo… a nie, zapomniałem, nie dzieli się, bo i dlaczego. Przecież sobie na nią ZAPRACOWAŁ.

Masowe działania celem obejścia systemu są oczywiście niebezpieczeństwem i dlatego należy zadbać o to, żeby systemu nie dało się obejść. Spółki polskie z siedzibą na Cyprze powinny zacząć podlegać opodatkowaniu takiemu, jakiemu podlegają produkty spoza Unii Europejskiej. Firmy typu Amazon czy Apple, które mają przychód liczony w bilionach, magicznie zamieniający się w skromny milion w momencie płacenia podatków, powinny być karane tak długo, aż przestaną kręcić lody z siedzibą w Irlandii (skoro o tym mowa, być może warto by ukarać Irlandię, o czym zdaje się ostatnio mowa). A jeśli prezes nie może wytrzymać strasznego bólu portfela na myśl o tym, że powyżej miliona rocznie będzie musiał zapłacić podatek 95%, to przecież zawsze może ograniczyć swoje zarobki do miliona rocznie, a za resztę podnieść pensje pracownikom, lub dokonać inwestycji w coś innego, niż trzeci jacht.

To, o czym rozmawiamy — propozycja Szumlewicza — to nie jest populizm, to propozycja radykalnej zmiany systemu, w którym rozwarstwienie zarobków rośnie z roku na rok. Nie doganiamy jeszcze Stanów, w którym właściciele Wal-Martu tarzają się w dziełach sztuki, a pracownicy zarabiają poniżej granicy biedy, ale sądząc po komentarzach pod artykułem Szumlewicza, byłoby to niezwykle mile widziane — zwłaszcza wśród wyborców Nowej Prawicy. Zastanawia mnie jedno. Skąd przekonanie wyborców Nowej Prawicy, że to akurat oni szczęśliwie wylądują wśród 0.1% zarabiających powyżej miliona rocznie?

Zdjęcie: slate.com

Podczas premiery najnowszego modelu iPhone, Apple Watch i iOS8 miała miejsce również premiera nowej płyty U2. Zespół rozdaje album za darmo, zapewne powodowany niezwykłą dobrocią serca, Apple zapewnia im kanał dystrybucji, kląskają ptaszki, pachną kwiatki, zakochane kundle jedzą spaghetti. Bono, znany ze swojej działalności charytatywnej, po raz kolejny okazuje, jak wielkie ma serce, nieczułe na jakąś tam mamonę. Wszyscy zyskują, nikt nie traci.

Tylko, że nie.

Po pierwsze, U2 nie rozdali swojej płyty za darmo. Zapłacił za nią Apple, prawdopodobnie około stu milionów dolarów. (Istnieje możliwość, że część tych kosztów się Apple jeszcze zwróci, bo album jest dostępny za darmo tylko do 13 października, a nie na wieki wieków amen.) Bono z kolegami na tym nie stracili. Podatków też zapewne unikną. Bono lubi rozdawać przed kamerami pieniądze, ale nie swoje. Apple wrzuci sobie U2 w koszty produkcji iPhone 6.

Po drugie, płyty coraz częściej stają się narzędziem do promowania tras koncertowych. MDNA Madonny była dodawana do biletów na MDNA Tour. ARTPOP Lady Gagi było dostępne za $1.99 na Amazon Store chyba tydzień po wydaniu. Przemysł płytowy pogodził się z faktem, że piractwo istnieje i nie zniknie i odbija sobie straty za pomocą tzw. 360 Deals — kontraktów podpisywanych nie tyle na płytę, co na wizerunek artysty, dzięki czemu Britney Spears sprzedaje bieliznę, Kylie Minogue kołdry i poduszki (podobno z dużym sukcesem), a kto popadnie perfumy. Wielkie wytwórnie zapewniają promocję, koszta zwracają się z nawiązką i problem mają wyłącznie ci, którzy nie załapali się na kontrakt z wielką wytwórnią, czyli prawie wszyscy.

Obejrzałem na koncercie swojego ukochanego Asgeira. Wyprzedane Paradiso, pod sceną dziewczęta wyśpiewujące każde słowo, nawet w utworach po islandzku. Nie mogę się oprzeć pytaniu: ile z tych osób kupiło płytę? Przyznaję się szczerze: ja kupiłem sobie na koncercie, ponieważ bardzo chciałem mieć wersję winylową, a wydawanie 15 euro na winyl i 8 na wysyłkę nadzwyczaj mnie zniechęcało (w sklepie „fizycznym” zaś winyl kosztuje 22 euro). Młodzi, niezależni artyści traktowani są trochę w taki sposób, jakby powinni lizać nam buty za to, że robimy im łaskę słuchaniem ich utworów. Oczywiste jest to, że nikt za nie nie płaci — skoro U2 rozdają płytę za darmo, czemu miałbym płacić jakimś tam Asgeirom?

W wywiadzie z zespołem Grizzly Bear padają takie słowa:

Droste doesn’t expect a middle-class living, but he wouldn’t mind one. “I’d like to someday own a house, and be able to have children, and be able to put them through school, in an urban environment that one enjoys living in,” says Droste. “A lot of people do it. And doing it through music is harder than doing it as a lawyer.” I ask him if Grizzly Bear, with all its success, offers the beginnings of that. “No,” he says, very quickly. “I’d have to keep doing this forever. But the biggest thing you can’t do is focus on money.” I ask how he’d feel if it turned out that pursuing music had prevented him from accomplishing any of that other stuff—would that be worth it? “Totally,” he says, also very quickly. Even the way I’ve phrased it, as a sort of gamble, doesn’t sit well with him. “It’s not a gamble. You’re doing it because you love it. I’m not placing bets on it, like, ‘I hope this works, because otherwise my unborn child …’ I’m doing it because I really enjoy it.”

Niedawno czytałem artykuł, nie pomnę rzecz jasna gdzie, w którym autor uświadamiał czytelnikom, że to, ile płacimy współ-członkom społeczeństwa jest odwrotnie proporcjonalne do ich przydatności w tymże społeczeństwie. Muzyk, który potrafi stworzyć rzeczy niebywale piękne — na Ciebie patrzę, Asgeirze — zarabia grosze. Prawnik, który potrafi najpierw wycyckać przeciwnika, a potem własnego klienta — miliony. Mojego najlepszego przyjaciela oszukał na kilkadziesiąt tysięcy euro jego własny agent mieszkaniowy (ten sam zresztą, co mój, długa to historia). Agent za naszych czasów jeździł BMW, obstawiam, że zmienił je ze dwa razy od tego czasu, bo cóż to za wstyd mieć ten sam samochód przez dłużej, niż dwa lata. Mój przyjaciel boryka się z problemem, skąd wziąć pieniądze na prawnika, który w jego imieniu pozwie agenta.

Jak to się wiąże z U2? Bardzo prosto. Zespół jest w stanie zaśpiewać sobie za bilet na koncert ilość pieniędzy wprost proporcjonalną do ilorazu ilości fanów przez ilość miejsc w hali/na stadionie. Jeśli Madonna jedzie w trasę, w hali mieści się, powiedzmy 5 tysięcy osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 30 tysięcy, może sobie pozwolić na bilety po 150 euro. Jeśli w trasę jadą Grizzly Bear, w klubie mieści się 300 osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 150, jest oczywiste, że bilet nie może kosztować za wiele, chyba, że lubimy przestrzeń. Początkujący wykonawca automatycznie przegrywa, gdy w grę wchodzi możliwy zarobek na koncertach, więc musi próbować zarobić inaczej. Rodzajem artefaktu, który może sprzedawać, jest koszulka, płyta, kubek. Rozdające U2 za darmo Apple samo sobie strzela w stopę, sugerując jednoznacznie, że muzyka to coś, za co nie trzeba płacić — ale o wiele bardziej krzywdzi młodych wykonawców, dla których strata połowy sprzedaży nie jest różnicą między ogromnym jachtem i bardzo dużym jachtem, tylko między wyżyciem z muzyki, a znalezieniem pracy w biurze.

Oczywiście można powiedzieć, że muzyki i tak jest za dużo i może dobrze jej zrobi, jak się jej zrobi mniej. W związku z nadwyżką podaży nad popytem tracą artyści (którzy przymierają głodem), fani (którzy nie mają szans przekopać się przez tysiące nowych płyt, bo zanim zdążą, zalewa ich darmowe U2 wpychane na siłę do iTunes), małe wytwórnie (bo ciężko się przebić pomiędzy dużymi)… Kto zyskuje? Jak zwykle, najwięksi. Britney Spears gra obecnie serię „koncertów” w Vegas. Nikt nawet nie udaje, że rzeczywiście śpiewa. Trochę tańczy, trochę się giba. Ludzie wydają wielką kasę, bo przecież Sama Britney, a poza tym jesteśmy w Vegas, więc zaszalejmy. Ojciec Britney i jej wytwórnia liczą banknoty i lekko się ślinią z rozkoszy. A muzyka? Cóż, głośna jest dosyć. Nikt nie daje gwarancji, że jeśli połowa najmniej zarabiających i najmniej zdesperowanych zrezygnuje z tworzenia muzyki, ogólny poziom wzrośnie.

Zdaję sobie sprawę, że popularny w Polsce i nie tylko punkt widzenia jest taki: „nikt im nie każe śpiewać/grać”. Oczywiście, że nie. Tylko tyle, że mówiąc te słowa, ryzykujemy obudzenie się w świecie, w którym do słuchania pozostała tylko Britney i U2, do oglądania tylko Warsaw Shore i Here Comes Honey Boo-Boo, do czytania 50 Twarzy Sreya i Ałtorkasia Michalak. Bo tym chcieliśmy zapłacić wystarczająco dużo, żeby kontynuowali. Koncertów rzecz jasna zrobi się mniej ogólnie, bo mniej będzie artystów, więc wzrosną ceny, bo czemu nie. Na rynku pozostaną dwie stacje radiowe, „Złote Przeboje” i „Przeboje Złote” (no dobrze, mam wrażenie, że akurat to już nastąpiło). Nie wierzycie? To popatrzcie na scenę komputerową. Twarde prawidła rynku wyrżnęły firmy takie, jak Commodore, Atari, Amstrad, Sinclair, Tandy i pozostawiły nam Windows, Maca i Linuxa, stawiane na tych samych podzespołach. Jeśli nie lubisz Windows, Mac jest dla Ciebie za drogi, a Linux za skomplikowany, to możesz sobie szukać glinianej tabliczki. Być może chwila, w której Tim Cook wprowadzał na scenę Bono i jego kolesiów, była tą samą, w której dwadzieścia młodych zespołów zmuszone było się rozwiązać, bo nie miało z czego płacić rachunków za starego iPhone.

Wróciłem właśnie z Warszawy, gdzie dokonano na mnie kolejnego zabiegu tatuowania, tak więc czuję się ekspertem w dziedzinie, o której pisze mądrze i uczenie pan Łukasz Bogucki, zapewne już magister.

Łukasz Bogucki, w ramach pracy magisterskiej pod naukową opieką dr. Jana Pietraszki, postanowił zbadać związek pomiędzy tatuażem (jako hipotetyczną formą autodestrukcji pośredniej) a płcią psychologiczną (która może odpowiadać za stopnień przystosowania jednostki do życia w społeczeństwie). Do badania zaprosił młode osoby w wieku 19-24 lata ze średnim wykształceniem.

O, to ciekawe, znaczy związek między tatuażami a genderem, tak? To brzmi bardzo ciekawie, chociaż w ogóle nie widzę związku, ale od tego mamy magistra Boguckiego, żeby nam go wykazał. No to czekam.

Przeprowadzone przez niego badanie pokazuje, że im więcej tatuaży posiada młoda osoba, tym większe jest zagrożenie, że będzie ona przejawiała patologiczne, autodestrukcyjne i ryzykowne dla siebie zachowania. Wśród badanych osób, które nie posiadały tatuażu, takie zachowania przejawiało 13 proc. respondentów, w grupie osób z jednym tatuażem 22 proc. badanych, natomiast w grupie z przynajmniej dwoma tatuażami był to już co trzeci ankietowany.

Hę? Patologiczne zachowania genderowe? Czy chodzi o fioletowe sukienki, śmieszne kapelutki i laskę zawsze w dłoni? A nie, to biskup. Ryzykowne dla siebie zachowania genderowe? W Polsce to proste, wystarczy się ubrać w spodnie nie tego koloru, albo wziąć za rękę tej samej płci, ale czy na pewno to ma na myśli magister Bogucki?

Osoby, które posiadają przynajmniej jeden tatuaż, najczęściej lekkomyślnie prowadzą samochód (90 proc. respondentów),

Czy pan magister do próby wziął sobie wyłącznie posiadaczy prawa jazdy, czy też w Polsce prawo jazdy posiada powyżej 90% osób w wieku 18-24? Bo za moich czasów tak nie było, ale może coś się zmieniło.

nadużywają alkoholu (74 proc.), ignorują zalecenia lekarskie (68 proc.), wchodzą w związki emocjonalnie zaburzające (58 proc.), rozdrapują własne ciało (55 proc.)

ROZDRAPUJĄ WŁASNE CIAŁO

*cue in temat z Egzorcysty*

Uuuwaaażaaaj… tatuaż zmusi cię, abyś rozdraaapaaaał swe ciaaałoooo… I JE ZJADŁ…

lub posiadają wielu partnerów seksualnych bądź angażują się w ryzykowne zachowania seksualne (48 proc.).

Jak wiemy, posiadanie wielu partnerów seksualnych i angażowanie się w ryzykowne zachowania seksualne to jest do tego stopnia to samo, że można wrzucić w jedną szufladkę. (Swoją drogą, ilu partnerów to jest „wielu” i które zachowania są „ryzykowne”?) A może ja dodam od siebie hipotezę roboczą, że osoby posiadające tatuaże po prostu są bardziej atrakcyjne i dlatego mają więcej partnerów? Analyze this, Sigmund Freud.

Powodem i motywacją do wykonania tatuażu okazała się przede wszystkim chęć bycia dostrzeżonym przez otoczenie, którą deklarował prawie co drugi badany. W dalszej kolejności były to: likwidacja nieprzyjemnego uczucia zniekształcenia i zdeformowania własnego ciała, ulga, pustka, poczucie pewności siebie, uczucie panowania nad własnym ciałem czy rozładowanie wewnętrznego napięcia.

No to ja się tutaj znowu okażę nietypowy, ponieważ pierwszy tatuaż zapodałem sobie w wieku lat 22, czyli będąc w próbie pana magistra, o ile pamiętam przed skończeniem studiów, więc też się zgadza, a powodem i motywacją była chęć posiadania tatuażu, bo tatuaże są fajne. Miałem go na ramieniu i zakrywałem koszulką, żeby mama nie zauważyła, więc chęć bycia dostrzeżonym to tak średnio. Na temat zdeformowania własnego ciała nie będę się wypowiadać, ale zaczynam się zastanawiać, czy pan magister wzorem Paula Camerona próbkę losową wziął sobie np. z zakładu dla osób z zaburzeniami osobowości.

– U osób z tatuażami nie można wykluczyć istnienia innych form motywacji, w tym również tendencji autodestrukcyjnych. Tatuaż, a szczególnie większa ich liczba, może być też istotnym sygnałem dla terapeutów, aby baczniej przyjrzeć się swojemu pacjentowi z perspektywy podejmowania zachowań autodestrukcyjnych, które mogły, aczkolwiek nie musiały wystąpić – mówi autor badania.

Skrót: „Ble ble”. U żadnych osób nie można wykluczyć istnienia innych form motywacji, w tym również tendencji autodestrukcyjnych. NO I GDZIE TEN GENDER JA CHCĘ GENDER

– Ważne wydaje się również to, aby terapeuta zapytał się o powód zrobienia sobie tatuażu, o znaczenie jakie ma on dla pacjenta. Takie niewerbalne sygnały zawarte w wyglądzie człowieka mogą okazać się bardzo ważne dla postępów terapii, lepszego wzajemnego zrozumienia i trafnej diagnozy – tłumaczy Łukasz Bogucki.

A bardzo proszę, nikt mnie nie pytał, ale powiem. Mam tatuaże, bo tatuaże są fajne, a dodatkowo ich robienie jest uzależniające — hormony, wydzielające się podczas tatuowania, są podobne do tych, które wydzielają się podczas dobrego S/M, jedno i drugie bardzo lubię (tu pan Bogucki robi minę i zaczyna sobie coś zapisywać), tylko po zrobieniu tatuażu mam dodatkowo ładną pamiątkę. Mój artysta jest fajnym facetem, pracuje na mnie już od ponad 10 lat, różnimy się prawie wszystkim, w szczególności poglądami politycznymi, ale dogadujemy się bardzo dobrze.

Ze znaczeniem mam parę tatuaży. Jeden to data zmiany nazwiska, co było dla mnie bardzo ważnym krokiem życiowym. Drugi to ten najnowszy — słowo „BLACKSMITH” i masa płomieni. Ogień w ogóle uwielbiam i połowa moich tatuaży jest raczej ognista. A trzeci to młot Thora, który sam zaprojektowałem, artysta — Robert — jeszcze upiększył i powody są religijne. Analyze that, Sigmund Freud. GDZIE MÓJ GENDER CHCĘ GENDERU

Badanie pozwoliło także ustalić, jakie płcie psychologiczne są najbardziej podatne na robienie tatuaży. Okazało się, że tatuaży nie posiadają wcale albo posiadają ich bardzo mało w szczególności osoby określane jako androgyniczne, czyli takie, które posiadają zarówno cechy kulturowo uznane za męskie, jak i żeńskie.

O! Jest gender!

Podobny wynik osiągnęły osoby psychologicznie określone płciowo, które posiadają cechy odpowiadające ich płci biologicznej. Najwięcej tatuaży natomiast posiadają osoby płciowo nieokreślone, które nie przejawiają jednoznacznie ani cech męskich, ani żeńskich oraz osoby stypizowane na krzyż, które określane są jako męskie kobiety oraz kobiecy mężczyźni.

No i tu jest zonk, bo ja nie rozumiem, czym się różni osoba androgyniczna od osoby stypizowanej na krzyż. O ile w przypadku lesbijek rozumiem, że chodzi o tomboy vs butch (chociaż tylko zgaduję) o tyle w przypadku wszystkich pozostałych już nie wiem. Michael Jackson vs Jarosław Kaczyński? (poważnie się pytam) No i co to jest osoba płciowo nieokreślona, nie przejawiająca jednoznacznie ani cech męskich, ani żeńskich? Jak można nie przejawiać ani cech męskich, ani żeńskich? Ani nie mieć biustu, ani mieć? Ani nie nosić spodni, ani nosić? Papież Franciszek, czy co? Jeśli ktoś mi to może wytłumaczyć w komentarzach, to poproszę.

– Praca wpisuje się w nurt dyskusji nad psychologiczną oceną skłonności młodych ludzi do ozdabiania swego ciała tatuażami. Nie brak w owej dyskusji opinii podkreślających, że tatuowanie się to zazwyczaj swoista forma autoekspresji, cechująca osoby korzystające z prawa do decydowania o własnym wyglądzie i do wolnego od emocjonalnych napięć komunikowania innym swojego społecznego statusu oraz swojej indywidualnej tożsamości – mówi dr Jan Pietraszko, psycholog SWPS Wrocław.

Odnotowuję gwałtowny wzrost poziomu wypowiedzi, co mnie odrobinę uspokaja w temacie poziomu SWPS Wrocław, jednocześnie jednak wypowiedź nie wydaje się mieć żadnego związku z patologicznym prowadzeniem samochodów i rozdrapywaniem własnego ciała. Może dr Pietraszko tej pracy jeszcze nie czytał?

– Wyniki uzyskane w tej pracy dostarczają jednak poparcia stanowisku przeciwnemu, wedle którego tatuowanie się może być sygnałem nieprzystosowania jednostki i wyrazem jej ogólniejszych skłonności autodestrukcyjnych. Niebezpieczeństwo to dotyczyć może osób doświadczających problemu tożsamościowego w sferze własnej płci psychologicznej – tłumaczy dr Pietraszko.

Ach. Jednak czytał. Panie doktorze — Wrocław nie jest może metropolią — ale zapewniam, że w Warszawie, nie mówiąc o Amsterdamie, tatuaże ma już prawie każdy. Większe, mniejsze, ładne, nieładne (chociaż to oczywiście subiektywne), ale jeśli 90% posiadaczy tatuaży w Warszawie ryzykownie prowadzi samochód, to ja więcej się tam nie wybieram, a co więcej dziwię się, że ktokolwiek jeszcze przeżył.

– Na wyniki badania zwrócić uwagę powinni w szczególności rodzice, których dzieci komunikują zamiar wykonania stałego rysunku na własnym ciele. Myślę, że powinna im zapalić się wtedy lampka alarmowa – konkluduje Łukasz Bogucki.

Ja myślę, że lampka alarmowa powinna się zapalić recenzentom tak wybitnej pracy magisterskiej. Ja oczywiście odnoszę się do artykułu, niemniej jednak zakładam, że autor owego nie pozmieniał liczb, nie dopisał cytatów wyssanych z palca, a skoro zarówno autor, jak i promotor wypowiadają się obszernie, zakładam również, że miejsce miała autoryzacja tekstu.

Może warto zrobić badanie na temat psychologicznej oceny osób, które NIE chcą sobie zrobić tatuażu? Na podstawie riserczu ziemkiewiczowskiego obstawiam, że są niepewne swojej płci biologicznej, przepełnione niesłusznymi obawami i mają obniżoną odporność na ból, co skutkuje problemami natury dentystycznej, Analyze this, Sigmund Freud.

Zdjęcie: tattooku.info/mike-tyson-tattoo