I już się zdenerwowałem. Ja coś ostatnio nerwów jestem.

Ważne to, że pani Dorota jeszcze się nie rozkręciła, a już pojechała seksizmem. Otóż to kobieta chce zakładać rodzinę, mężczyzna zaś się przed tym broni widłami i szpadlem. Jednak!!! Gdy kobieta nabierze kunsztu w stosowaniu swych Kobiecych Sztuczek (TM) jest szansa, że Stanie Na Jej i uda się założyć Prawdziwą Polską Rodzinę.

Ale, jak to mawiam, nie uprzedzajmy faktów — zobaczmy, co tam dalej pani Dorota odkryła.

Dorota przyznaje, że potrzebuje kogoś, kto patrzyłby jej głęboko w oczy, ale też zjadł tonę gołąbków, pozmywał, a potem zabrał auto do mechanika. No i kogoś, z kim można by było zajść w ciążę, bo mam 34 lata.

Brzmi romantycznie, zwłaszcza ta tona gołąbków. Chociaż mogło być gorzej, mogła zażądać tony groszku puszkowego. A potem bez wizyty w toalecie do mechanika takoż proszę won.

Zdaniem cytowanych przez autorkę mężczyzn, to właśnie ta nieszczęsna lista oczekiwań jest najbardziej problematyczna.

No bo jest. Związek nie polega na tym, że tworzymy listę zakupów, a potem egzaminujemy nieszczęsnego kandydata i wystawiamy mu punktację. Co nie znaczy, że nie można mieć jakichś tam oczekiwań, umówmy się, że każdy ma, ja też miałem. (Oszukuję tu trochę, przeczytałem dalszą część artykułu i wiem, jakie oczekiwania ma pani Dorota. Włosy na plecach stają dęba.)

Większość znanych mi mężczyzn ucieka z definicji od kobiet z checklistą, szukając przede wszystkim kobiet ładnych i dobrych. Stań się taką, wyrzuć checklistę, oczekiwania i małżeńskie aspiracje, a wtedy może dojrzysz gdzieś kogoś dla siebie – tłumaczy jeden pan. Inny kawaler pisze, że zwiewa od takich kobiet, bo czuje presję.

Moment! – apeluje Dorota. Facet pod czterdziestkę, który spotyka się z babką po trzydziestce, chyba liczy się z tym, że jej spieszno do dzieci?

Ależ pani Doroto, pani w ogóle nie na pytanie odpowiada. To, że kobieta 34-letnia chciałaby mieć dzieci przed sześćdziesiątką jest zrozumiałe, ja bałbym się raczej wymagań dotyczących mechaników i ton gołąbków (a przy okazji ciała godnego Chrisa Hemswortha). Jak pisała w pierwszym tomie przygód Bridget Jones Helen Fielding, “mama chciałaby wyłącznie Burta Reynoldsa, ale gdyby zastukał do jej drzwi, kazałaby mu wynieść śmieci”.

Jak pisze dalej autorka, nastolatki kipią nadzieją i naiwnością. A trzydziestki plus, nadzieję krzeszą na sesjach u psychoterapeuty, a po minionych związkach mają dusze poorane jak sierpniowe pole.

A po sesjach u psychoterapeuty mają wymagania, jak następuje (co powoduje, że chętnie poznałbym nazwisko psychoterapeuty, żeby wiedzieć, kogo odradzać znajomym):

Lista była długa, ale z czasem zawęziłam ją do tego, co naprawdę ważne. Dziś to: facet po trzydziestce, ponad 185 cm wzrostu (nie odpuszczę, sama mam 187 cm), spokojny (dwóch maniaków w związku to o jednego za dużo), cierpliwy (patrz wyżej), wesoły (bo humor rozładuje każdy konflikt, a życie składa się z konfliktów), odważny, blondyn (preferencja, zakładam wyjątki), pracujący w mediach, reklamie, filmie, organizacjach pozarządowych lub w służbie zdrowia (to mnie kręci, ale dopuszczam wyjątki), no i wierzący (doświadczenie uczy, że wspólny światopogląd jest kluczowy).

Jeśli po trzydziestce chcemy budować związek na tym, czy ukochany pracuje w mediach i jest blondynem, to psychoterapeuta rzeczywiście się nam przyda. Blondyn najzwyczajniej w świecie w pewnym momencie osiwieje i co wtedy — rozwód? Jeśli straci pracę w mediach, a dostanie w biurze — rozwód? Jeśli pewnego dnia odkryje w sobie pasję do skoków ze spadochronem — rozwód? Na miejscu wysokiego, wierzącego, spokojnego blondyna zacząłbym odczuwać pewien niepokój. Wszakże lista została zawężona do tego, co naprawdę ważne (choć pani Dorota pominęła dzieci, gołąbki i mechanika). Nie do końca też wiem, czy ten wierzący światopogląd tak dobrze się zgrywa z wymaganiami dotyczącymi zawodu. Czy Jezus aby na pewno mówił „kochaj brata swego, lecz rzecz jasna wyłącznie gdy pracuje w mediach lub organizacjach pozarządowych”?

Inna sprawa, że wygląda na to, że mężczyźni lepiej znoszą odrzucenia. Z powodów biologicznych łatwiej im ryzykować, niż nie robić nic – tak twierdzą psychologowie ewolucyjni. Jako przykład na potwierdzenie tej tezy Dorota po raz kolejny przytacza postać Alexa z „Kobiety pragną bardziej”.

Bo postacie z filmów to jest właśnie to, na czym należy budować nasze realistyczne oczekiwania wobec życia. Ja na przykład buduję swoje na podstawie filmu “Thor” — jedyny mężczyzna, na jakiego gotów jestem zwrócić uwagę, to nordycki blond bóg z plastikowym młotkiem, przyodziany w gumowy kombinezon z sześcioma sutkami. Zawężam swe oczekiwania do tego, co naprawdę ważne, widzicie.

Ten bowiem, jak sam twierdzi ma twardą skórę: 'podobam się dziewczynie – OK, nie podobam się – takich jak ona jest na pęczki’.

Nie wydaje mi się, żeby to miała być męska cecha. Jest to cecha osób, które nie mają kompleksów. Nie podobam się — trudno — moje poczucie własnej wartości nie zależy od tego, czy podobam się osobie X lub Y. Po tysięcznym odrzuceniu może bym rozważył podejście do życia, ale na szczęście nie muszę. Może dlatego, że nie idę na pierwszą randkę z założeniem, że spotykam przyszłego męża, wierzącego blondyna odpowiedniego wzrostu?

„Czasem mężczyźni zwyczajnie poszukują partnerki seksualnej ( ). Kobiety natomiast prawie zawsze flirtują, żeby stworzyć związek” – pisze cytowana w artykule psycholożka dr Linda Papadopoulos w poradniku randkowym „Co mówią mężczyźni, co słyszą kobiety”.

SEXISM METER EXPLODED — ale czym tu się dziwić, skoro “She is a contributing editor for Cosmopolitan magazine”. Następne źródło pełne głębokich psychologicznych porad.

– A więc statystyczna kobieta po trzydziestce idzie na randkę z innym nastawieniem niż samotny trzydziestoparolatek i choć ostrożnie podchodzę do stereotypów, to na pewno dla mnie każda kolejna randka jest stresującą próbą ułożenia sobie życia – wyznaje szczerze Frontczak.

Pani Doroto, to nie jest problem statystycznej kobiety, tylko problem pani Doroty. Są i trzydziestolatkowie, którzy na pierwszą randkę idą wybierać imiona dla dzieci. Są — przysięgam! Znam!!! — kobiety, które czasami zwyczajnie poszukują partnera (lub partnerki) seksualnego. ESCANDALO, wiem – nie wszyscy są tacy sami i jak tu teraz żyć, panie premierze?

Mężczyźni nie potrzebują checklisty, bo jak pisze David M. Buss w „Ewolucji pożądania” męskie oczekiwania wobec kobiet są proste.

Po pierwsze, może pan Buss ma proste. Po drugie, “Ewolucja pożądania” to dzieło z roku 1995. W roku 1995 myśleliśmy, że w roku 2014 będziemy latać do pracy na jetpackach.

Buss udowadnia, że mężczyźni szukają kobiet płodnych – a więc młodych, zdrowych, z biustem i biodrami.

Panie Buss, umówmy się, że Warsaw Shore to nie jest statystyczna średnia. Gdyby pana teorie były prawdziwe, kobiety po 30, bez biustu i bioder zostawałyby co do jednej zakonnicami.

Głównym celem panów jest seks i rozsianie swoich genów.

Jezu, jezu (nieczyt.)

Kobieta szuka mężczyzny z najlepszymi genami (wysoki, przystojny, silny), takiego, który się o nią zatroszczy (odważny, opiekuńczy), będzie miał zasoby, żeby utrzymać rodzinę (ambitny), i do tego zechce zostać z nią dłużej (stabilny emocjonalnie, wierny).

I zje tonę gołąbków z mechanikiem pracując przy tym w mediach!!!

A więc checklista to nie widzimisię starych panien, ale ewolucyjna konieczność – cieszy się autorka.

Autorka nadal używa sformułowania “stara panna”, więc w sumie nie powinienem się dziwić, że w swych lekturach zatrzymała się na ekspertkach Cosmo i publikacjach z lat 90…

A zatem jaka jest puenta? Frontczak pozostaje pełna optymizmu, pisząc, że: – Potrzebujemy większej uwagi i delikatności we wzajemnych kontaktach. Drugiej szansy, bo za pierwszym razem może nas zjeść trema i powiemy coś, czego będziemy żałować. Trzeba też przejrzeć checklistę, może są na niej bzdury: czy naprawdę facet, który przyjdzie w różowym sweterku, musi odpaść?

Kiedyś, lata temu, pisałem, że i ja miałem checklistę. Życie zaś było złośliwe i podtykało mi to, co na mojej checkliście się znajdowało. Na przykład chciałem mężczyzny miłego, wyedukowanego, brodatego, artysty… dostawałem miłego, wyedukowanego, brodatego, artystę, alkoholika. Dodawałem do checklisty, że ma być nie-alkoholik i dostawałem miłego, wyedukowanego, brodatego, artystę, nie-alkoholika, który nie zamykał drzwi od toalety podczas, jak by to ładnie, numeru dwa. (Po drugiej randce, nie po dziesiątym roku związku.) Trafił mi się pan, który na checkliście odhaczał absolutnie wszystkie punkty, tyle, że nie wpadło mi do głowy dopisać, że podczas seksu ma nie płakać “mamo, mamo”. A jak to się stało, że od ponad dwóch lat mam u boku Zbrojmistrza? Przestałem mieć checklistę. Ba, przestałem szukać. Sam się znalazł. Gdybym robił checklistę, zapewne połowy moich wymagań by nie wypełnił.

Seksizm to rzecz potworna, bo rujnuje nam życie. Oczekiwania pani Doroty są nawet nie tyle nierealne, co uzasadniające tytuł o księciu z bajki. W świecie pani Doroty my, kobiety musimy używać naszych kobiecych sztuczek, aby upolować rzadkiego blond-bawoła z odpowiednim zawodem i światopoglądem. Jednocześnie nie rozumiemy, czemu mając 34 lata wciąż jesteśmy niezamężne. A przecież po świecie chodzi mnóstwo nieupolowanych wierzących blond lekarzy o wzroście powyżej 187 cm. Tyle, że są za mało cierpliwi, albo mają nie takie poczucie humoru, albo niespokojni, albo boją się pająków. Odrzut! Nie nadaje się! No powiedzcie sami – jak w ogóle można rozważać związek z kimś, kto boi się pająków albo nie pracuje w mediach?! (Disclaimer: autor tych słów, ZNACZY JA, mierzy 184 cm, nie jest blondynem, nie pracuje w odpowiednim zawodzie i boi się pająków. Wspomniałbym, że nie jestem hetero, ale o tym pani Dorota nic nie mówi, znaczy nie jest to dla niej ważne.)

Pani Doroto, ja proszę. Niech pani przestanie wyrabiać sobie zdanie o życiu na podstawie Cosmo, „Seksu w Wielkim Mieście” i książek sprzed 20 lat. Nie jest za późno, żeby się dowiedzieć, że w roku 2014 „stare panny” już nie istnieją. A poza tym, życzę oczywiście tego odważnego, wesołego lekarza o wyglądzie Aryjczyka, ale proszę jednak rozważyć dodanie chociaż tego, żeby nie pił, nie bił i nie był gejem.

Zdjęcie: Getty, premiera „Sex And The City 2” w Nowym Jorku, maj 2010.

W komentarzach do poprzedniej notki różne ciekawe rzeczy napisał Marcin, który wspomniał na przykład, że “nie wierzę w wysokie podatki, bo to oznacza, że tracę kontrolę nad moimi pieniędzmi i one są marnowane lub wydawane na coś, czego nie popieram, a decydują o tym ludzie, których nie trawię. O moich pieniądzach, efekcie mojej pracy i umiejętności, chcę decydować sam.” Poprzednio pisał zaś, że “Naprawdę nie rozumiem, jaki masz problem z bogatymi ludźmi.” No więc (nigdy nie zaczynaj zdania od…) mój problem z bogatymi ludźmi jest dokładnie taki, że na ogół o swoich pieniądzach chcą decydować sami, a efekt ich decyzji jest taki, jak w przypadku pana Bezosa z Amazon lub rodziny Waltonów od Walmartu.

Przyjrzyjmy się rodzinie Waltonów. Sześcioro z nich w sumie znajduje się na liście Forbes 400. W sumie warci są 144.7 miliarda dolarów. Budżet Polski na rok 2013 (wydatki plus deficyt) wyniósł około 110 miliardów dolarów, co oznacza, że sześcioro Waltonów mogłoby sobie kupić na własność Polskę plus kawałek.

Państwo Waltonowie twierdzą, że tworzą miejsca pracy. W rzeczywistości ich nie tworzą, tylko usuwają je z rynku — każde dwa miejsca pracy w Walmarcie oznaczają zniknięcie prawie trzech miejsc pracy w sektorze handlowym w innych instytucjach. Praca w Walmarcie jest opłacana średnio 8.81 dolara na godzinę, co daje 15.576 dolarów rocznie. Granica biedy w Stanach uznawana jest za 15.510 dolarów dla rodziny dwuosobowej, co oznacza, że samotna matka z dzieckiem pracująca na pełen etat w Walmarcie przekracza granicę biedy o 66 dolarów w skali roku.

Walmart nie zapewnia ubezpieczenia zdrowotnego osobom pracującym poniżej 30 godzin w tygodniu. Żadnego. Zawsze mogą je sobie sfinansować z 8.81 dolara na godzinę, powie nam pan Walton. Niestety! Tak się nie dzieje, bo ludzie na krawędzi biedy załapują się na programy stanowe i otrzymują dofinansowanie ubezpieczenia zdrowotnego (co Republikanom okropnie przeszkadza i woleliby, żeby nie otrzymywali, tylko zdechli pod płotem). Mimo to, w roku 2007 Walmart otrzymał ponad 1.2 miliarda dolarów w: zwolnieniach podatkowych, darmowych gruntach, pomocy w tworzeniu infrastruktury i zwyczajnych subsydiów w gotówce. W tym samym czasie rodzina Waltonów robi co może, żeby uniknąć płacenia podatków. Jak mniemam, zgadzają się z Marcinem, gdy ten mówi “O moich pieniądzach, efekcie mojej pracy i umiejętności, chcę decydować sam”. Tak to jest, że w kapitalizmie jakoś dziwnym trafem większość ludzi NIE chce płacić podatków, jednocześnie nie kręcąc wcale nosem na autostrady, infrastrukturę i tym podobne rzeczy, które się wybudowały same za pieniądze z kosmosu (i z dobroczynności Billa Gatesa).

Co ciekawe, Waltonowie są bardzo szczodrymi ludźmi, a przynajmniej tak możnaby mniemać, oglądając piękne muzeum Crystal Bridges. Alice Walton eksponuje tam warte miliard dolarów malowidła ze swojej prywatnej kolekcji. Kolekcja ta została ufundowana przez Fundację Rodziny Waltonów, główną organizację charytatywną rodziny, która wydaje również setki milionów dolarów rocznie na reformę edukacji i ochronę środowiska. Oraz pozwala unikać podatków. Tego typu trusty nazywa się często “Jackie O.”, na cześć… zgadnijcie kogo. Pieniądze umieszczane w trustach tego typu oficjalnie są przeznaczone na cele charytatywne, jednak jeśli zupełnym przypadkiem pieniądze uda się pomnożyć dzięki inwestycjom, po latach można pozostałą gotówkę przekazać — bez podatku — dzieciom. Z uwagi na aktualny kryzys, w przypadku trustów założonych w roku 2013 “pozostała gotówka” oznaczała wszystko, co udało się zarobić ponad poziom 1.4%. Tak się przypadkiem złożyło, że matka pani Alice, Helen, założyła swoje pierwsze cztery trusty w styczniu 2003, kiedy oprocentowanie to było najniższe od roku 1970 (i wzrosło miesiąc potem). W ciągu kolejnych lat średnia stopa zwrotu — hej Jiima! — wynosiła około 14%, dzięki czemu trusty Helen Walton kumulowały pieniądze prędzej, niż wydawały je na cele charytatywne. W ciągu czterech lat, od 2007 do 2011, sumaryczna wartość wzrosła od 1.4 miliarda do 2 miliardów dolarów. Jeśli nie nastąpi coś, czego pani Walton nie przewidziała, większość z tych pieniędzy wróci — bez podatku spadkowego — do dzieci Helen.

Nie będę tłumaczyć reszty artykułu z Bloomberga. Polecam jednak wyzbycie się naiwnych pomysłów, że najbogatsi ludzie świata wzbogacili się wyłącznie legalnie, unikając jak ognia oszustw i prawniczych gierek, a skoro już nabyli swe bogactwo lekko się go brzydzą i rozdają je na prawo i lewo. Muzeum pani Alice Walton z pewnością jest przepiękne. Samotne matki zatrudnione w Walmarcie powinny pocieszać się myślami o sztuce, gdy zastanawiają się, czy nakarmić tego dnia dziecko, czy siebie.

Zdjęcie: strajk pracowników Walmartu w Orlando, Black Friday, 2012.

Oczywiście od razu się zdołowałem, bo znajomy w ogóle jest sympatyczny, tyle, że najwyraźniej bezmyślny. (Jest oczywiście białym, heteroseksualnym mężczyzną.) Ale może to nie on jest bezmyślny, tylko nasz przekaz za mało zrozumiały? Może chodzi o to, że nie umiemy wytłumaczyć, na czym polega duma, którą się “afiszujemy”?

Poniekąd trudniej jest wytłumaczyć, na czym polega duma z bycia kobietą albo czarnoskórym, ponieważ nie da się z tymi cechami nie obnosić (chyba, że zamkniemy się w piwnicy bez okienka). Homoseksualizm da się, rzecz jasna, ukrywać i tak odbieram podtekst obrazka: otóż biedny, biały, heteroseksualny mężczyzna nie ma swojego straight pride i nie może się afiszować swoją orientacją i rasą. Tyle, że biedny BHM nie odnotował drobnego faktu: otóż BHM mają swoje straight, white, male pride przez 365 dni w roku. Nic mi nie wiadomo o tym, żeby z szacunku dla Manify gwałciciele wstrzymywali się uprzejmie w dniu 8 marca; żeby słysząc nazwisko Matthew Sheparda poseł Pawłowicz ocierała ślinę z ust i na moment przestawała wygadywać obraźliwe (choć nie dla Komisji Etyki Poselskiej) głupoty.

Na czym właściwie polega zjawisko Gay Pride? Nie zaczęło się przecież od wielotysięcznych parad na łodziach przez centrum Amsterdamu. Zaczęło się od tego, że mimo aresztowań, prześladowań, bicia przez policję coraz więcej ludzi “manifestowało” swoją orientację. BHM nigdy nie dowie się, jak to jest dostać w twarz pałką policyjną za to, że wziął za rękę ukochaną osobę. Nie odbierze, jak ja, telefonu o północy i nie usłyszy “nie denerwuj się kochanie, ale kiedy wsiadłeś do autobusu, mnie pobito”. A może usłyszy “kiedy wsiadłeś do autobusu, mnie zgwałcono”? Od, jak to określa, swojej kobiety?

Myślę, że najtrudniej jest być czarnoskórym gejem. Od czarnoskórych mężczyzn kulturowo oczekuje się tego, żeby byli wiecznie gotowymi seks-maszynami z wielką, heteroseksualną erekcją. Kilku z nich w życiu poznałem i chyba tylko jeden — Londyńczyk — nie miał problemów związanych z ciężarem spoczywających na jego barkach oczekiwań społecznych. BHM nigdy nie zostanie aresztowany za “driving while black” i nigdy nie zostanie zastrzelony przez “patrol społeczny” za przebywanie na ulicy z butelką oranżady. Z drugiej strony, jego koledzy nie zgwałcą go zbiorowo w celu “naprawczym” kijami od baseballa, więc nie dowie się, jak milutko jest być czarnoskórą lesbijką.

Nie odpowiedziałem jednak na zadane przez samego siebie pytanie. Z czego tu, do cholery, być dumnym? A z tego, że każdego dnia, biorąc partnera za rękę podejmuję ryzyko, że jakiś uciśniony hetero (albo schowany w szafie gej) napluje mi na buty lub pobije. Osoba o odmiennym kolorze skóry to ryzyko podejmuje po prostu wychodząc z domu. Studentki w Stanach są regularnie gwałcone przez “kolegów” z campusu. A jednak wychodzimy z tego domu. Bierzemy się za ręce. Pokazujemy twarze — mimo, że w przeciwieństwie do BHM ryzykujemy chociażby dostaniem się na stronę typu Redwatch. Tworzymy sztukę, piszemy piosenki, malujemy, robimy sesje fotograficzne, organizujemy parady. Nie po to, żeby kogoś z nich wykluczyć — przecież tak naprawdę każdy hetero jest mile widziany na paradzie gejowskiej, nikt go nie będzie przed wejściem badał wykrywaczem kłamstw. Po to, żeby BHM przypomnieć, raz do roku, że świat, który znają — świat, w którym gej to ciota, kobieta to “dupa”, a Murzyn to w najlepszym wypadku koszykarz — nie jest światem wszystkich ludzi. Nasze zwyczajne życie — w przeciwieństwie do życia naszych sympatycznych, lekko ślepawych znajomych — wymaga odwagi na co dzień. I z tej odwagi właśnie jesteśmy dumni.

A czy wzrusza mnie cierpienie biednych, uciśnionych BHM, którzy sobie nawet nie mogą parady zorganizować? Nie, nie wzrusza. Macie rząd, macie prezydenta, macie premiera, macie większość w parlamencie i senacie, macie najwyższe posady w bankach, najdroższe samochody i domy. Nie grozi wam pobicie za sam fakt istnienia, chyba, że uprzecie się na wycieczkę do dzielnicy murzyńskiej w amerykańskim mieście po zmroku. Tako mi rzeke wypłaczcie.

Zdjęcie: członek Gwardii Ariańskiej Aryjskiej salutuje na paradzie White Pride w Calgary, Kanada, 21 marca 2009. Associated Press.

Oczywiście wiem, że dla pani Wielowieyskiej moja opinia warta jest tyle, co dla mnie opinia księdza Oko i posła Pawłowicz, ale cóż poradzę.

Moim problemem jest to, że pani Wielowieyska za dużo mówi i pisze, a za mało, na ten przykład, się dokształca. Tak więc Wyborcza regularnie serwuje nam poglądy pani Dominiki na tematy kontrowersyjne, a jak wiemy, ostatnio takim tematem jest gęger. Czy pani dziennikarka rozmawia na ten temat z osobami, które się na gęger znają? Oczywiście! Na przykład z księdzem.

Wywiad z ojcem Kozackim (ładne nazwisko) zatytułowano malowniczo „O. Kozacki: Jestem przeciwny religii w szkole”. No tak, czego się spodziewać po lewackim medium, znalazło księdza-lewaka, który nie kocha Ojca Świętego JP2 Wiecznie Żywego i zadbało o klikalność. Znając tę reputację GW warto się dowiedzieć, co ksiądz-lewak rzeczywiście myśli, poza jednym wyrwanym z kontekstu zdaniem. A ksiądz ma opinię, jak to ksiądz, na wszystkie tematy, na których się świetnie zna: gender, związki osób homoseksualnych i dzieci.

Na początek ładnie:

Teza, iż za wszelkie zło odpowiada „ideologia gender”, wydaje mi się fałszywa. Owszem, są poglądy środowisk lewicowych, z którymi się nie zgadzam. Wolę jednak spokojnie je nazywać i rzeczowo przed nimi ostrzegać, a nie uderzać w alarmujące tony.

I całe szczęście. Chociaż ciekaw jestem, jakie to są poglądy. Nie martwcie się! Zaraz się dowiemy, jakie mamy poglądy, ksiądz nam powie. Zacznijmy od gender studies.

Gender studies zajmują się nierównościami między kobietami i mężczyznami. Niższe płace kobiet, przemoc w rodzinie, przedmiotowe używanie kobiet to są ważne problemy.

Niezwykle interesujące jest dowiedzieć się, czym zajmują się gender studies i że niższymi płacami kobiet. To powinno zamknąć usta krytykom feministek, twierdzącym wszakże, że te nigdy nie pamiętają o tanich żłobkach i przemocy w rodzinie, jeno czytają Judith Butler i inne Szczuki. Ciężko mi co prawda wyobrazić sobie, jak można przez kilka lat studiować wiedzę o niższych płacach kobiet i nierównościach między płciami, ale skoro ksiądz mówi, to wie.

Jednak studenci mówią mi, że na wykładach poświęconych tym zagadnieniom często pojawia się antyklerykalizm, atakowanie Kościoła, podważanie prawa naturalnego.

Och, ubóstwiam sformułowanie „prawo naturalne”, nic tak dobrze nie tłumaczy, dlaczego zabijamy się kamieniami, zjadamy nawzajem, mieszkamy w dziurach wykopanych pazurami w ziemi, a najsłabszym jednostkom pozwalamy zdechnąć z głodu na mrozie. Nie? Nie to ksiądz miał na myśli? Ojoj. To ja nie wiem, co to jest to prawo naturalne, ale chyba coś innego, niż prawa natury?

Po obu stronach barykady, wśród zwolenników i przeciwników gender, dostrzegam ideologów. Jeden z moich braci opisuje ich jako kiboli dwóch przeciwnych drużyn piłkarskich podczas meczu.

Ach, te wygolone na łyso feministki, wiecznie w maskach na twarzach i z racami w dłoniach. Jak taka pierdolnie z glana, to nie ma zmiłuj!

„Ideologia gender” – zdaniem Kościoła – wysadza dzieci z ich płci biologicznej. Ojciec też tak uważa?

– Obawiam się radykałów, którzy uznają wszelkie różnice między kobietami i mężczyznami za szkodliwe stereotypy kulturowe i chcą je zlikwidować, wprowadzają sztuczne parytety i administracyjnie dekretują rzeczywistość.

Ja też się ich obawiam! Co za szczęście, że nigdy żadnego nie spotkałem poza bajkami opowiadanymi przez księży i posła Pawłowicz. Chociaż akurat administracyjne dekretowanie rzeczywistości ma miejsce jak najbardziej, na przykład w Konstytucji, które administracyjnie zadekretowały, że tylko związek mężczyzny i kobiety może być rodziną. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi?

Ks. Adam Boniecki ma zakaz wypowiedzi publicznych, a ks. Oko występuje właściwie w imieniu całego Episkopatu.

– Bolesne jest, jeśli piętnuje się duchownych za wypowiedzi, które nie dotyczą kwestii fundamentalnych, czyli zgodności z nauczaniem Kościoła. Tego, czy ks. Adam Boniecki poda rękę Nergalowi, czy nie poda. Jeśli duchowni nie podważają nauki Kościoła, to zamykanie im ust jest nadużyciem. Jestem za wolnością wypowiedzi ks. Oko i ks. Bonieckiego.

Czy chce pan ksiądz przez to powiedzieć, że wypowiedzi ks. Bonieckiego i Oko są równoważne?

A ojciec by podał rękę Nergalowi?

– Pewnie bym podał, choć nie zgadzam się z ks. Bonieckim, jeśli chodzi o ocenę Nergala. Dla mnie darcie Biblii jest czymś nie do zaakceptowania i ja bym nie powiedział – jak ks. Boniecki – że to plastikowy satanizm. Nergal śpiewa po angielsku, na dodatek wrzeszcząc, więc nikt tego nie rozumie. A teksty jego piosenek są nazistowskie.

A skąd ojciec wie, skoro są po angielsku i nikt tego nie rozumie?

Kto nie obchodzi 10 kwietnia, jest złym liberałem, który popiera PO. Ale jestem też przerażony, z jaką pogardą się mówi po drugiej stronie barykady o „kaczorach”, „oszołomach” i „ciemnogrodzie”. Poziom nienawiści jest nie mniejszy, tylko inaczej sformułowany. Nie chcę ważyć, gdzie tej pogardy i nienawiści jest więcej. Jestem zdruzgotany, że ludzie modlą się na tej samej mszy, a nie są w stanie podać sobie ręki.

Ja poniekąd też, bo taki poziom hipokryzji jest dla mnie nie do przełknięcia. Chociaż pamiętam, jak kiedyś podałem rękę starszej pani, która wyszła z kościoła, potem zaczęliśmy rozmawiać, powiedziałem jej, że pan siedzący obok to mój ukochany, a ona zaczęła wycierać rękę w płaszcz. Ja podałbym jej rękę i drugi raz. Każdemu bym podał, nawet Macierewiczowi, byle choroby zakaźnej nie miał.

Franciszek głosi rozmaite rzeczy i każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Jest w Polsce taka tendencja, by strzelać Franciszkiem w biskupów.

A ja myślałem, że „Flappy Bird” wycofano z App Store.

Dlaczego rodzina miałaby być poszkodowana z powodu zalegalizowania związków partnerskich osób tej samej płci?

– Nie akceptuję zrównania praw związku partnerskiego z prawami rodziny tworzonej przez kobietę i mężczyznę.

To ma być odpowiedź na pytanie „dlaczego”? Ja nie akceptuję bawarki, a jednak ludzie na całym świecie wlewają mleko do herbaty (ESCANDALO) i nikomu się z tego powodu nie dzieje krzywda, oprócz biednych dzieci, jak ja kiedyś, zmuszanych przez rodziców do picia tego paskudztwa.

Jeśli legalizuje się taki model, to oznacza, że nie widzimy fundamentalnej różnicy między rodziną a luźnym związkiem dwojga osób tej samej płci. Rodzina jest dla ludzi fundamentem, oparciem i nie chcę pomniejszać jej znaczenia. A boję się, że zalegalizowanie związków partnerskich jest tylko etapem. Na końcu tej drogi jest zrównanie ich z małżeństwem i pozwolenie na adopcję dzieci. Patrząc na to, co się dzieje na Zachodzie, zapewne tak będzie.

No to jak się księdzu nie podoba legalizowanie luźnych związków, sformalizujmy związki ścisłe. Na tym, o ile wiem, polega małżeństwo — uznaliśmy, że luźny związek nam nie wystarcza, więc zakładamy sobie obrączki i takie tam, dzięki czemu po paru latach prawnicy mogą zarobić mnóstwo kasy na negocjowaniu warunków rozwodu. Wygłasza ksiądz zdania sprzeczne ze sobą. Ale nie ma się co martwić, pani Wielowieyska to dziennikarka z doświadczeniem, na pewno o to spyta!

Ależ wodzu, co wódz…

Nie? Nie spyta? A to przepraszam.

Na jednej szali ma ojciec swoje obawy, na drugiej godność ludzi o orientacji homoseksualnej, którzy przez lata byli poniżani. Przyznanie im prawa do związków ma wymiar symboliczny.

– Przyjmuję to. Gdyby ktoś mi zagwarantował, że poprzestaniemy na legalizacji związków partnerskich, to byłbym za. Przecież nie mogę być przeciw temu, by te osoby odwiedzały się w szpitalu czy dziedziczyły swój majątek. Nie wierzę jednak, że się w tym miejscu zatrzymamy.

Mam nadzieję, że słusznie ksiądz nie wierzy. Przecież jest ksiądz przeciwny administracyjnemu dekretowaniu rzeczywistości. Znam pary jednopłciowe, które są ze sobą od 30 lat, są ze sobą w Holandii, więc ślub wzięły już dawno. To się właśnie nazywa dopasowywanie dekretów do rzeczywistości. „Odwiedzanie się w szpitalu” to jest w jakiś sposób naplucie na buty. Naści pedałki, odwiedzajcie się w szpitalu i odchrzańcie od nas, Dumnych Hetero w prawdziwym związku zalegalizowanym ślubem w kościele i weselem w remizie.

A wymiar symboliczny pani Wielowieyskiej spowodował u mnie wysypkę ze szczęścia.

Abstrahując od prawa, trzeba przyznać, że tacy ludzie są poniżani, a my nie możemy się na to zgodzić, musimy uznać ich godność w tym, kim są.

Ojej, jak mi miło, gdy się o mnie mówi per „tacy ludzie”.

Z ambony słyszą, że homoseksualizm to najgorsze nieszczęście, utożsamia się ich z działaczami organizacji gejowskich, które promują antyklerykalny światopogląd i dla których orientacja seksualna jest manifestem politycznym, a nie sferą prywatną.

Przypominam uprzejmie, że każdy heteroseksualista na świecie, noszący na palcu obrączkę, każda panna młoda zmuszająca bliskich i dalszych znajomych do oglądania zdjęć z wesela, każda komedia romantyczna z cyklu „ja cię kocham, a ty zdradzasz mnie z Helenką”, każda wreszcie kobieta w ciąży manifestują swoją orientację seksualną. Orientacji seksualnych jest więcej, niż jedna. A gdyby ksiądz się momencik zastanowił, może by zrozumiał, czemu katolików utożsamia się z działaczami organizacji katolickich, które promują antyludzki światopogląd i dla których orientacja seksualna jest manifestem politycznym, a nie zwyczajnym życiem.

Ci ludzie mówią: ja nie wybierałem – czy nie wybierałam – tej orientacji, chętnie żyłbym w heteroseksualnym związku, ale nie jestem w stanie.

A ja wcale bym chętnie nie żył w heteroseksualnym związku, dobrze mi w homoseksualnym. #icoteraz #ozgrozo Poza tym to bzdura, że „nie są w stanie”, oczywiście, że są w stanie. Tyle lat geje brali śluby z kobietami, płodzili dzieci, po czym odstawiali małżonki od łoża i zdradzali je z mężczyznami na boku. To jest ten model szczęśliwej rodziny, który się księdzu-liberałowi marzy?

Dlaczego prawo do adopcji dla związku homoseksualnego jest złe?

– Dla wzrostu człowieka pełny model z ojcem i matką jest optymalny. I warto trzymać się tej zasady, że to jest nasz wzór. To nie zawsze się udaje, inne rodziny też wymagają szacunku, a nie potępienia. Ale to nie znaczy, że mamy zrezygnować z wzoru. Dziecko, które ma ojca i matkę, będzie dobrze wyposażone emocjonalnie – kobieta ma inną wrażliwość niż mężczyzna. Oboje się uzupełniają i dostarczają dziecku wszystkiego, co pozwoli mu poznać świat i radzić sobie w nim jak najlepiej.

Skopiowałem całą odpowiedź, żeby pokazać, jak bardzo jest nie na temat. Adopcja nie polega na odbieraniu płaczących dzieci parom heteroseksualnym. W moim domu najpierw ojca nie było, bo był dobrym katolikiem i nie mógł powiedzieć żonie, że mnie zrobił na boku, więc zaoferował mojej mamie pieniądze na aborcję. Potem ojczym zniknął, bo znalazł inną kobietę, która nie miała trójki dzieci i z której mógł czerpać większe korzyści finansowe. Czemu ksiądz wtedy nie zrezygnował z „powołania” i mnie nie zaadoptował?

Warto zauważyć, że ja się w ogóle nie odnoszę do stwierdzenia, że „pełny model z ojcem i matką jest optymalny” — po części dlatego, że optymalniej mi się wzrastało, gdy ojczym-alkoholik już zniknął z naszego życia, a po części dlatego, że nie robiłem na ten temat badań, w przeciwieństwie do księdza-eksperta ds. wzrostu człowieka.

A czy potrafi ojciec powiedzieć rodzicom dzieci poczętych metodą in vitro, że zrobili coś złego?

– Potrafię, choć nie potrafię ich potępić, potrafię cieszyć się ich dzieckiem.

A to bydlak liberał z księdza.

Mogę namawiać kogoś, aby żył w czystości przedmałżeńskiej, nie wchodził w powtórny związek małżeński albo związek homoseksualny, ale trudno mi go potępić, jeśli to robi. Rozumiem jego pragnienia.

Od dobroci księdza aż zgagi dostałem. Dowcip o Stalinie — „a mógł zabić” — się przypomina.

Kościół musi pozostać wierny Ewangelii, nawet wbrew opinii większości. Nie chcę świata, w którym będziemy rewidować wszelkie zasady, bo do nich nie dorastamy.

To się bardzo dobrze składa, bo dzięki temu wiernych będzie coraz mniej i może nadejdzie taki moment, kiedy WSZYSCY ludzie będą mogli poślubić ukochaną osobę.

Boję się, że będziemy krok po kroku przesuwać granice i burzyć system wartości.

Och, a zdawało mi się, że administracyjne dekretowanie rzeczywistości księdzu nie odpowiada. Granice już się przesunęły bardzo dawno, być może nigdy nie było ich tam, gdzie księdzu się wydaje.

Podobnie niejeden biskup zapewne nie zdawał sobie w pełni sprawy, że pedofil to człowiek chory, który dalej będzie czynił zło, że w pierwszej kolejności podejrzanego trzeba odseparować od dzieci. Dzisiaj wszyscy jesteśmy mądrzejsi niż trzydzieści lat temu, a w Kościele powstały jasne reguły postępowania w takich przypadkach – zero tolerancji.

To chyba o jakimś innym Kościele mówimy, bo ten, który ja znam, przesuwa księży-pedofilów do innej parafii, a w ostateczności — gdy za dużo jest pedofili i nie da się dalej sprawy zamiatać pod dywan — wyciąga z kapelusza ideologię gęger i rozpoczyna głowologiczne pielgrzymki księdza Oko pod rękę z posłanką Kempą.

Jako przełożony jestem jednak przekonany, że nie będę automatycznie odsyłał każdego podejrzanego do prokuratury, choćby dlatego, że wtedy bracia nigdy do mnie nie przyjdą z takimi problemami. A chcę, by przychodzili, bo wtedy mogę pomóc mojemu bratu, a w razie konieczności chronić ofiary i zapobiegać następnym tragediom.

Jak miło, że bratu pomóc najpierw, a ofiary ewentualnie chronić w razie konieczności.

Przyznam szczerze — od ojca Kozackiego wolę Rydzyka. Rydzyk mówi prosto i zrozumiale: Żydzi rozkradli bogactwa, gęger gwałci nam dzieci, Ruscy zabili prezydenta, tutaj jest numer konta, należy się 200 zł miesięcznie. Ojciec Kozacki leje rzekę słodkiej hipokryzji, przepełnionej sprzecznościami, kłamstewkami i niedopowiedzeniami, a Dominika Wielowieyska zadaje mu Trudne Pytania w stylu „Czy to powszechne zjawisko, że hierarchowie zamiatają takie sprawy jak pedofilia wśród księży pod dywan?” oraz „”Ideologia gender” – zdaniem Kościoła – wysadza dzieci z ich płci biologicznej. Ojciec też tak uważa?” Leszek Miller w Soczi brata się z Putinem, bo polityka polityką, a sportowców trzeba wspierać.

Artykułów o poliamorii na gazeta.pl w ogóle nie komentuję, bo mi macki opadają (ostatnio był jeden sensowny). Większość ludzi w ogóle nie wie, co to jest poliamoria, wliczając w to większość tych, którzy się na jej temat wypowiadają. To samo dotyczy rzecz jasna gender. Zdawałoby się jednak, że wiedzę na temat „co to jest związek” posiada większość ludzi na świecie, bo niemal każdy powyżej, bo ja wiem, 30 roku życia w jakimś związku był — dłuższym, krótszym, mało to ważne. Czemuż więc, do stu fur beczek w tę i nazad po moście Różyckiego drutem kolczastym ganianych, pytamy o to KSIĘDZA? Czy ja piszę notki na temat geografii Chin? Studiów teologicznych? Schizofrenii? Curlingu? No i skoro już GW zadała sobie trud znalezienia jedynego księdza-zdziczałego lewaka w kraju, który gotów jest rozmawiać z lewacko-żydowskom gadzinuwkom o tym, że religii nie powinno być w szkole, to czy tego wywiadu nie mógł przeprowadzić Pacewicz, albo Żakowski?

Dobra, wywnętrzyłem się, a teraz — jak to prawdziwy mężczyzna — idę sprzątać i gotować homoseksualne spaghetti z trans-genderowym sosem na cześć Potwora Spaghetti. Alleluja i do kuchni!

(Fotografia: Mateusz Skwarczek, Agencja Gazeta)