Ostatni tydzień w dotychczasowej pracy.

Wypalenie zawodowe zawsze wydawało mi się wymyślonym problemem dotykającym osób kiepskich w tym, co robią. Nie przyszło mi do głowy, że dotknie mnie. A już na pewno nie dlatego, że odkryję, że zamknąłem się w złotej klatce, w pracy, która nie stanowi dla mnie wyzwania, która jest prosta, przyjemna, nieabsorbująca i przez większość czasu… nudna. Mili współpracownicy, fajne zarobki, pieniądze na wakacje, rozjazdy, kredyt na mieszkanie… i mordercza nuda.

Przez miesiące powtarzałem sobie: jest kryzys, masz kredyt, warunki ekonomiczne, rynek pracy, etc. etc. Najpierw działało. Potem działało coraz gorzej, zgrzytało i chrzęściło, aż działać przestało — i odkryłem, że nie jestem w stanie wyleźć z łóżka w poniedziałkowy poranek. Wtedy zrozumiałem, że podobnie jak wyrzucony z domu alkoholik, dotarłem do ściany — albo zmienię sytuację, w której jestem, albo sytuacja mnie zabije. W jak najbardziej dosłowny sposób, jak wiedzą ci, którzy chorowali na depresję.

W ten sposób z własnej woli odchodzę z dobrze płatnej, bezpiecznej pracy podczas kryzysu ekonomicznego. Ci, którzy nie rozumieją, jak czuje się osoba wypalona zawodowo — bądź pracują na kasie w supermarkecie za grosze — zapewne uważają, że jestem kompletnym idiotą z #whitegirlproblems. Ale podobnie, jak w związku, który dotarł do fazy powolnego rozkładu, w pewnym momencie trzeba powiedzieć „koniec” i odejść; nieważne są kredyty, czterogwiazdkowe wakacje i markowe ciuchy, jeśli każdy poranek rozpoczyna się od myśli samobójczych.

Ostatnie tygodnie w pracy wzbudzały we mnie wiele ekstremalnych uczuć. Z jednej strony: ulga. Z drugiej: przerażenie. Z trzeciej: radość. Z czwartej: to doznanie, które mamy, odkrywając, jak wiele ludzi lubiło z nami pracować, żałuje, że odchodzimy, pyta, czy i jak może nam pomóc i oferuje, że napisze nam referencje. Z piątej: wrażenie, że zmarnowałem ostatnie 12 lat; dotarłem do ściany, za którą cholera wie, co znajdę, przez 12 lat pracowałem w zawodzie, w którym w tej chwili nie wyobrażam sobie dalszej pracy, a nic innego nie umiem. Czy to znaczy, że spierdoliłem sobie życie?

Zgrzytając zębami staram się dożyć piątku. A co będzie w poniedziałek, kiedy okaże się, że weekend minął, a ja nigdzie nie muszę rano iść? Nie mam pojęcia.

Drogi roku 2011, mam do Ciebie prośbę: SPIERDALAJ.

W szczególności naraziłeś mi się w tym tygodniu. W poniedziałek odkryłem, na jak słabych podstawach opiera się moje dobre samopoczucie; szef zachował się wobec mnie bardzo niefajnie, ale bez większych konsekwencji (usiłował wetknąć nos w kompetencje kadr, które dały mu po łapach). Niestety mój umysł nie był w stanie przyjąć do wiadomości braku kompetencji. Wróciłem do biurka po rozmowie i poddałem się atakowi paniki; kolejne dwa dni spędziłem usiłując nie myśleć WYŁĄCZNIE o samobójstwie. Oczywiście nie realizuję tych myśli (jak widać) ponieważ wiem, że to nie ja myślę, tylko depresja, ale niestety od tego nie robi mi się o wiele lepiej.

W środę zostałem uprzejmie nakłoniony do wysłania maila do współpracowników z informacją o moim odejściu, dzięki czemu kadry będą mogły zacząć poszukiwania mojego następcy. Pisząc maila miałem bardzo mieszane uczucia; nie do końca odchodzę z tej pracy dlatego, że chcę, ale też dzięki pomocy kadr odchodzę z ogromną pluszową poduchą, siatką bezpieczeństwa i przypięty liną. Nie mam nowej pracy, ale — w zasadzie/na ogół/przez większość czasu/prawie w stu procentach — wierzę, że znajdę ją w miarę prędko. Z drugiej strony, bardzo lubiłem pracować z tymi ludźmi, a jak udowodniło mi 13 odpowiedzi na mojego maila, oni lubili pracować ze mną. Referencje będę mieć przepiękne, od trzech różnych managerów, z których jeden spytał, czy MOŻE mi napisać referencje. No cóż, nie wiem, nie wiem, niech no się zastanowię, no dobrze, trudno, jak już musisz, to pisz 😉

W piątek rano trzymałem za rękę przyjaciela, któremu komunikowano, że powtórny test również wykazał obecność wirusa HIV w jego krwi. (Uschi, przysięgam, napiszę o tym, ale jeszcze nie teraz.) Był piękny, słoneczny dzień — w Amsterdamie z niewiadomych powodów lato zaczęło się w dzień po oficjalnym jego zakończeniu i od 10 dni mamy temperatury powyżej 20 stopni i piękne słońce — a my siedzieliśmy w kafejce obok kliniki z silnym poczuciem nierealności sytuacji. No bo jak to? Mój kumpel? Przecież ja go ZNAM. Przecież takie rzeczy przytrafiają się innym ludziom. Jakimś narkomanom czy innym takim. A nie mojemu przyjacielowi…

Dzisiaj rano obudziłem się, leciutko skacowany, gdyż o 8:30 nadszedł sms. Nie przeczytałem go od razu, bo planowałem jeszcze pospać, i była to decyzja słuszna. Sms był krótki i treściwy: „wujek umarł”. Mój wujek dwa miesiące temu doznał dziwnych zawrotów głowy i na wszelki wypadek udał się do lekarza. Lekarz stwierdził raka z licznymi przerzutami. Rak do tej pory nie dawał żadnych konkretniejszych objawów, aż dopóki nie nastąpił przerzut do mózgu. Stan wujka pogarszał się błyskawicznie, aż jakieś półtora tygodnia temu dowiedzieliśmy się, że zostały mu „dni albo godziny”. Po czym wujek nagle poczuł się lepiej, został wypisany ze szpitala, sobotę spędził pogodny, uśmiechnięty i spokojny, po czym zasnął i już się nie obudził. #fuckcancer

Takich oto przyjemności dostarczył mi mijający tydzień. Dzisiejszą randkę z Wilkołakiem odwołałem, bo jakoś nie byłem w nastroju na prowadzenie rozmowy o czymkolwiek oprócz raka, śmierci i chorób przenoszonych drogą płciową, a tak naprawdę w nastroju na rozmowę o raku, śmierci i chorobach przenoszonych drogą płciową też nie byłem. Niespecjalnie cieszy mnie nawet pogoda. Najchętniej chodziłbym na siłownię 2-3 razy dziennie, bo to jedyny okres, z wyjątkiem stanu ciężkiego upojenia alkoholowego, kiedy nie jestem w stanie myśleć o tym, co życie uznało za stosowne mi sprezentować. Znam maksymę o tym, że życie daje nam tyle problemów, z iloma uważa, że sobie poradzimy, ale przysięgam, że życie w moim przypadku wykazuje się zgoła przesadnym optymizmem i wolałbym chwilowo spędzić kilka miesięcy w sposób mniej urozmaicony. A przede wszystkim, jeśli można prosić, niech nikt dookoła mnie już nie umiera. Moja rodzina nie jest aż tak liczna i dwie osoby zmarłe w ciągu 8 miesięcy z pewnością wyrobiły już normę wraz z nadgodzinami.

Randkowanie online w przypadku osób heteroseksualnych jest, rzekomo, sposobem na spotykanie wyłącznie przerażających paszteto-meduz:

1. Blady Pan z fizjonomią sieroty życiowej i twarzy żaby Kermit, mając kilka miesięcy wolnego spędził je …siedząc w domu, przyszedł na spotkanie bo ja zaproponowałam, pewnie jakbym znowu zaproponowała to znowu by przyszedł ale tak sam z siebie….a po co… 
2. Rubaszny Pan rozwiedziony o fizjonomii Fredka Kiepskiego i takim samym obejściu… 
3. Pan po przejściach zdecydowany na związek a nawet małżeństwo bo mu brakuje stałego seksu, może już natychmiast go tworzyć, nie widzi żadnych przeszkód nawet w trójce swoich dzieci, chudziutkie nóżki, pulchny kadłubek i praktycznie brak szyi… za to w uszach pokłady woskowiny. 
4. Pan potrafiący przez telefon mówić kwieciście całymi godzinami, na spotkaniu nie umiał podtrzymać żadnego wątku, sięgał mi za to do ramienia i co 15 minut pytał czy mi to nie przeszkadza , po 2 tygodniach od spotkania znowu kompulsywnie chciał godzinami mówić przez telefon. 
5. Dwumetrowy chudzielec o twarzy Frankensteina, nadrabiał inteligencją , poległ ostatecznie widoczną zaawansowaną nerwicą natręctw. 

ja się boje umówić z kolejnym…

Powiem Wam szczerze, drodzy heteroseksualiści, że ja Was nie rozumiem. Dla mnie randkowanie online jest o wiele lepsze, niż spotykanie facetów w barze, w klubie czy też w supermarkecie, z kilku podstawowych powodów:

1. Mamy większe prawdopodobieństwo, że przyłapiemy tegoż faceta w stanie trzeźwości, niż np. o 3 nad ranem w barze Pod Surową Marchewą;
2. Możemy się o nim dowiedzieć więcej, niż tylko tego, jak wygląda — a ponieważ w barach bywa kiepskie oświetlenie, czasem nie wiemy nawet tego. Generalnie, randkowanie online ułatwia uniknięcie efektu pt. „WAAAAAAH CO TO ZA STRASZNE COŚ ŚPI OBOK MNIE AAAAAAAA”;
3. Wbrew pozorom, również brak jakiegokolwiek tekstu opisującego osobę, zdjęcia przedstawiające wyłącznie genitalia oraz tekst „nie wiem, co tu napisać, zapytaj jeśli cię interesuję” wiele nam mówią. W kolejności: chce tylko seksu, chce tylko seksu oraz jest kompletnie nieinteresującym nudziarzem bez odrobiny inteligencji;
4. Łatwiej się pozbyć gościa, który odzywa się do nas „hej seksi” online, niż tego samego, który przylepia się do nas w barze i ględzi pierdoły o tym, jaki jest zajebisty;
5. Nie ryzykujemy spotkania Artysty Podrywu.

Naprawdę, osoby, narzekające na spotkanych online facetów chyba nie potrafią używać Internetu, nie rozumieją, że czasem warto wymienić parę wiadomości przed spotkaniem w realu oraz nie umieją rozpoznać zdjęcia, które zrobiono 15 lat temu, a potem przejechano filtrem „Julia Roberts w reklamie L’Oreal” w fotoszopie. Cóż mogę powiedzieć. Sameście sobie winne, drogie heteroseksualistki.

*

Spędziłem wczoraj 6.5 godziny w towarzystwie Coota. Coot ma jak na razie tylko jedną wadę, mianowicie pali. Na szczęście przynajmniej w moim towarzystwie nie robi tego często. Poza tym ma same zalety: jest sympatyczny, zabawny, mówi po angielsku bez niderlandzkiego akcentu, jest inteligentny, pracuje w tym samym zawodzie, co ja, jest pięknym, dużym mężczyzną (co po chłopcu-DJu jest odmianą nader przyjemną) i bardzo lubi ze mną spędzać czas. Ja z nim też. Ważną zaletą jest to, że nie bardzo umie gotować — ja też nie umiem i dostaję kompleksów w towarzystwie osób, które umieją, bo czuję, że powinienem na nich jakoś zrobić wrażenie, a za cholerę nie wiem, jak miałbym to niby zrobić.

Poznawanie wilkołaka wzbudza we mnie dziwne uczucia. To zdecydowanie nie jest facet do szybkiego bang-bang w pościeli i panicznej ucieczki, zanim zdąży otworzyć usta i coś powiedzieć. Ale ja nie mam pewności, czy jestem gotów na coś poważniejszego, niż szybkie bang-bang. DJ ciągle mnie napastuje telefoniczno-smsowo-facebookowo (po ostatniej rundzie wyskoków w ten weekend poblokowałem go wszędzie, gdzie się dało; niestety, telefonów nie da się zablokować bez wydania zauważalnej ilości pieniędzy) i generalnie zatruwa mi życie. Tęsknota za nim na szczęście zupełnie mi przeszła, nawet nie wskutek Coota, tylko wskutek jego własnych wyskoków — zachowania pasywno-agresywne oraz psychopatyczne generalnie nie są nader atrakcyjne, podobnie cyber-stalking, odmawianie rozmowy na jakiś temat twarzą w twarz, a potem wysyłanie mi (kiepsko) zaszyfrowanych wiadomości na twitterze… Nie sądziłem, że to będzie tak wyglądać; zwłaszcza, że to on zerwał ze mną, a teraz nie może się ode mnie odczepić i natrętnie mi się narzuca, na zmianę z ofertami przyjaźni i brutalnym chamstwem. Chciałbym zamknąć ten rozdział i przejść do kolejnego, ewentualnie po drodze przeglądając jakieś magazyny plotkarskie, ale jak to zrobić, kiedy książka natrętnie rzuca się na człowieka, klapiąc go po twarzy okładką i domaga się czytania przypisów — po piętnaście razy tych samych?

Sytuacja zaczyna być odrobinę skomplikowana.

Jak się okazuje, DJ nie odzywa się do mnie, gdyż jest zajęty spotykaniem się z wilkołakiem. Wiem o tym, gdyż napisał to na Twitterze, zaczekawszy, aż zacznę tam przejawiać aktywność — wszakże nie o to chodziło, żebym tego nie przeczytał. W pewnym stopniu udało mu się popsuć mi humor — nie przeczę, że nieco się zdołowałem tą informacją — jakoś tak jest, że nie chcemy, żeby nasi eksi zbyt łatwo się po nas pocieszali i nawet fakt, że my się również już pocieszyliśmy nie do końca te dziwne uczucia rozprasza. Głównie czuję jednak irytujące poczucie własnej wyższości moralnej, ponieważ ja swoimi randkami nie chwalę się na Twitterze tylko po to, żeby DJ mógł to przeczytać. Chwalę się nimi tutaj, po polsku. 😛

W serialu True Blood występują, jak wiadomo, wilkołaki. Tym, na którego zawsze leciał DJ, był Alcide, a tym, na którego leciałem ja, był Coot, ponieważ niestety mam beznadziejnie zły gust i tak z urody podobają mi się faceci ociekający testosteronem, w miarę możliwości brodaci, futrzaści i ubrani w skóry. Coot wygląda tak:

Jak się okazuje, obu nam spełniły się marzenia, ponieważ DJ spotyka się z sobowtórem Alcide’a, a ja z sobowtórem Coota. Jak wygląda Alcide DJa nie mam pojęcia, ale jak wygląda mój Coot wiem, rzecz jasna, doskonale — tak, jak fotka powyżej, tyle, że z krótszymi włosami. Oprócz wyglądania Coot zajmuje się sprawianiem mi drobnego problemu. Mianowicie zaprosił mnie na kolację, gdyż chciałby ze mną spędzać więcej czasu.

Cóż złego w zaproszeniu na kolację, zapytacie? W zasadzie wszystko. Dwa tygodnie temu wszystkie, co do jednej, komórki mojego ciała (nawet te w większej główce) domagały się natychmiastowego powrotu DJa. Nie czuję się gotów na spotykanie się z kimś na poważnie, nie chcę niechcący przenieść uczuć z DJa na Coota, nie chcę skrzywdzić naprawdę fajnego faceta. Mieliśmy, do cholery, tylko ze sobą sypiać. Przy czym kiedy mówię „ze sobą”, mam również na myśli jakąś rozsądną selekcję spośród 1 Surinamczyka, 1 Jamajczyka, 1 Kanadyjczyka, 1 Holendra oraz 1, eee, jak to się odmienia, Arubijczyka, którzy lecą na mnie energicznie, potykając się o sznurowadła i ogólnie rzecz biorąc z zapałem mi udowadniają, że wciąż jestem przerażająco atrakcyjny nawet mimo dodatkowych kilogramów po antydepresancie.

Skoro o tym mowa, ciągle borykam się z efektem ubocznym, a mianowicie problemami ze snem. Bez żadnych problemów zasypiam w stanie upojenia alkoholowego, ale umówmy się, że to nie jest rozwiązanie, które można stosować co wieczór. Bezalkoholowo natomiast w ciągu nocy przesypiam 3-5 godzin, a resztę czasu spędzam na przewracaniu się z boku lewego na bok prawy i odwrotnie, co szczerze mówiąc może człowieka po jakimś czasie znudzić. W ostatnich czterech dniach przespałem noc jedną — po wizycie w moim ulubionym barze, gdzie szkocki barman dopełniał mi drinka wódką, żebym sobie nie poszedł za szybko. Pozostałe noce spędziłem na przewracaniu się z boku na bok. Ostatniej nocy postanowiłem być sprytny i zaczekać, aż zacznę być śpiący. O drugiej uznałem, że ten moment nie nastąpi i położyłem się do łóżka, gdzie spędziłem następne godziny na — zgadliście — przewracaniu się z boku na bok.

Drugi efekt uboczny jest łatwiejszy do zniesienia. Mimo przyrostu w pasie, przede wszystkim przyrastam w ramionach, plecach, bicepsach i klatce piersiowej, co zupełnie mi nie przeszkadza. Wszystkie rekordy siłowniane pobiłem 3 tygodnie temu, a od tego czasu każdy z nich pobiłem kolejne 3 razy. Przestałem się mieścić w swoją ulubioną przymałą koszulę, bo nie wchodzą mi w nią, eee, bicepsy. Cootowi się to wielce podoba i mi w sumie też. Mniej podoba mi się ten sam efekt w przypadku spodni, w które nie mieści się mój brzuch.

Trzeci efekt muszę tonować, polega on bowiem na tym, że niczego się nie boję. W tym przejeżdżania na czerwonym świetle, co zaowocowało wpierniczeniem się pod skuter, oraz spadania z hulajnóg, co zaoowocowało licznymi ranami szarpanymi oraz stłuczeniem telefonu. Wydaje mi się, że dobrze byłoby czasami nieco się jednak bać…